sobota, 21 lipca 2018



Wrócił rak, nieborak, jak go pierdolnę to ino raz!

Na fejsie pisałam już Wam, że odebrałam połowę wyników z tomografii. Było to już z tydzień temu, ale musiałam sama zastanowić się nad swoimi odczuciami, żeby w ogóle moc Wam coś na ten temat opowiedzieć.

Rak, a dokładniej przerzuty na kręgosłup mi szaleją. Miałam zajęte dwa kręgi, mam zajęte sześć. Wiąże się to pewnie z powrotem do leczenia, a także rezygnacją z pracy... ale więcej będę wiedzieć dopiero w poniedziałek, kiedy odbiorę drugą część wyników i skonsultuję się z onkologiem.

O dziwo, nie jestem załamana. W pewnym sensie trochę mi nawet ulżyło!
Jakoś od marca miałam straszne wyrzuty sumienia w sprawie mojego pracowania...
Wracałam z roboty, bez sił i chęci do życia. Nie umiałam się na niczym skupić, a bóle kręgosłupa stały się szarą codziennością. Każdy wysiłek fizyczny, nawet najmniejszy, kończył się powodzią potu, włosy miałam praktycznie non stop mokre...

I miałam schizy. Moje poczucie własnej wartości spadło do poziomu szlamu i mułu. Czy jestem aż tak do dupy, aż tak leniwa i rozpieszczona, że mi się nawet pracować nie chce?
Dlaczego reszta dziewczyn z pracy ma siły i chęci do imprez i wyjazdów, gdy ją po robocie mam ochotę tylko zakopać się w łóżku i umrzeć?!

Wszystko się wyjaśniło, gdy dowiedziałam się o nowych przerzutach.
Okazało się, że ja wcale nie wariuję, że nie jestem leniwa. Ja jestem po prostu chora.
Mogę być słaba. Mogę nie mieć siły. Moge, bo skurwiel się obudził.
I nie jest to wina mojego słabego charakteru. Nie jestem też sama sobie winna.

Do pracy nie wrócę pewnie zbyt szybko. Od trzech tygodni siedzę w domu na L4, bo jeszcze przed tomografią zepsułam sobie łapkę.
Nawet te moje ciągłe psucie się łapek może wynikać z przerzutów, bo mam zajęty niemal cały odcinek piersiowy kręgosłupa.

Brakuje mi roboty. Tęsknię za koleżankami. Za tym poczuciem, że w końcu żyję normalnie, jak każdy inny czlowiek.

Normalność może być tak deficytowym towarem!
Przynajmniej wiem, że próbowałam. I mogę być z siebie dumna, że ta improwizacja trwała aż dziewięć miesięcy :)

Trzymajcie kciuki w poniedziałek. Ja dzisiaj na kodeinie i termoforze, bo kręgosłup znowu zdechł. Ale żyję. I nie dam się :)


niedziela, 8 lipca 2018



Do pani J.

Ten tekst będzie wulgarny. I będzie ociekać jadem, żółcią i chuj wi jeszcze, jakim paskudztwem. Żeby nie było, że nie ostrzegałam.

Pewnie znacie ludzi z gatunku "jadowity" i "toksyczny".
Miałam nieprzyjemność przez większość życia być w otoczeniu takiej osoby.
Kobieta już niemłoda, wypadałoby, żeby była rozsądna, ale nie. To byłoby zbyt proste.
I tak na całym osiedlu latały ploteczki o mnie i mojej rodzinie. Ogólnie oscylowały wokół tego, że żebrzę o kasę, a żyję jak pączek w maśle.

W tym miejscu muszę Wam powiedzieć, że ludzie kompletnie nie rozumieją, jak działają fundacje.
To nie jest tak, że dzwonię i mówię:
"Pani Basiu kochana, jutro idę na imprezę i za czorta jednego nie mam butów. Rzuci mi pani na konto przelew na jakieś 500zł, bo muszę sobie nowe szpileczki kupić".
Nie nie nie. Działa to zupełnie inaczej.
Po pierwsze: trzeba te pieniądze na swoim koncie w fundacji uzbierać. Ten magiczny 1%, zbiórki, smsy, darowizny, kary sądowe. Wiąże się to z masą ulotek i wizytówek... No ale się da. Wymaga sporo wysiłku, pokory i siły psychicznej, ale nie ma rzeczy niemożliwych dla ludzi zdesperowanych.
Tutaj zaczynają się schodki: aby otrzymać refundację muszę wysłać fakturę i receptę (lub pisemne zalecenie onkologa). Ostatecznie chyba mogłabym poprosić moją Onkolożkę, żeby podbiła mi fakturę za buciki, bo przecież muszę się reprezentować godnie... ale tu stoi na drodze statut fundacji.
W statucie jest określone, co może być refundowane - zwykle są to leki, badania, wizyty u lekarzy, dojazdy do placówek medycznych i rehabilitacja.
Więc, no... No nie ma uja we wsi - nie wyciągniesz kasy z pustego konta, ani nie otrzymasz refundacji za żadne pierdoły.

Ale! Owa kobieta sądzi inaczej! Ba! Ona WIE, że jest INACZEJ!
Bo mi fundacje codziennie łóżeczko płatkami róż ścielą.
I musi o tym powiadomić cale miasto.

Po bolesnym doświadczeniu, jak bardzo toksyczną istotką jest owa kobieta, postanowiłam twardo (wraz z najbliższymi), że urywamy kontakt i tyle.

Żyłam sobie spokojnie jakiś czas. Zablokowałam na fejsie. Jest cud, miód i orzeszki.
Wiecie, jak mnie boli ząb to go wyrywam.
Jak mi chwast zarasta poletko, to go polewam jakimś świństwem, żeby go wypaliło do cna.
A jak mi rak wyrósł na trzewiach, to go potraktowałam chemią, radioterapią, operacją i wszystkim, co mogli mi lekarze zaproponować.

Jednak, ha!

Owa kobieta zaczęła zakładać kolejne konta na FB. "No i chuj z tym?" możecie zapytać.
Ano to, że sprasza do swoich znajomych moich przyjaciół. Wszystkich onkologicznych.
I jedzie dalej ze swoją krucjatą wobec mojej rodziny.

No i dzisiaj natknęłam się na jej wywód. Szedł mniej więcej tak:
"Mąż pracuje i dobrze zarabia, ona pracuje, samochód, pomoc rodziców, wyjazdy, ale ona zbiera i zbiera!".

Tak się składa, że napisała to osoba, która ma dziesiątki tysięcy długów, ale nie pracuje (ani nawet nie rozwiązuje pitów, z których wynikałby zwrot podatku), bo "i tak komornik mi wszystko zabierze".

I tu będzie list otwarty.

Droga, upierdliwa Pani J.

Mój mąż pracuje na dwa etaty, żebyśmy mieli za co spłacać kredyty. Ja pracuję, żeby mieć na opłaty za mieszkanie i jedzenie. Fajnie byłoby nie pracować, bo w sumie nie za bardzo mam na to siły, ale nie chcę zostawić całej swojej rodziny w długach, które po mojej śmierci musieliby spłacać.
Mamy samochód, owszem. Pełnoletniego Lanosa, którego DOSTAŁAM, kurwa, OD BRATA.
Mam też pomoc rodziców, bo mnie kochają, a ja kocham ich - raz oni pomagają nam, raz my pomagamy im. Od tego jest rodzina, ale tego raczej Pani nie wie, bo nawet córki od Pani uciekły.
Wyjazdy też się nam zdarzają. Raz czy dwa razy do roku jednodniowy wypad do Ustronia (15km od nas, lubię się pokąpać w Wiśle), a też raz na rok lubimy skoczyć do Wrocławia, gdzie mieszka nasza siostra. W sensie - siostra mojego Męża, ale dla mnie też jest siostrą. Nie zerwę kontaktów z rodziną w imię "udawać umierającą" (jak mi to kiedyś Pani sama doradziła). Bo chyba mówiąc "wyjazdy" nie ma Pani na myśli wypadów na Śmieszek, komunikacją miejską (darmową przecież u nas).
A pieniądze zbieram. Bo dalej mam wyrok w zawieszeniu. A wiem, że uzbieranie kilku tysięcy w parę dni to nie lada wyczyn. Ale proszę się nie martwić, po mojej śmierci nikt tych pieniędzy nie odziedziczy - pozostaną w fundacji, żeby móc pomagać innym, którym, Pani zdaniem, ta pomoc się nie należy. Bo każdy na świecie powinien spłacać przecież Pani długi za nowe mebelki, ubranka i drzwi.

A na koniec, trochę poważniej. 
Proszę się łaskawie odpierdolić ode mnie i mojej rodziny, ponieważ zaczynam zbierać dowody o nękanie i pomówienia. Jeżeli nie ukróci Pani swoich działań to spotkamy się w sądzie. Na świadków mam już pół miasta. Mam serdecznie dość.

Bez poważania
(na szczęście już była) Sąsiadka

To co, rwiemy dziada?


PS. Tak, chciałam to załatwić osobiście, ale wspomniana wyżej osoba spierdala, gdy tylko zobaczy mnie na ulicy. Odważna tylko w internetach... to i ja internetem polecę.

sobota, 30 czerwca 2018



No i trzy dychy na karku... ;)

Wczoraj miałam urodziny. Trzydzieste. Kierwa, ale jestem stara! Tym samym minęły 4 pełne lata od diagnozy. Zagrałam na nosie tym, którzy mówili "Pół roku to wszystko, na co może pani liczyć" ;)

Ale, żeby nie było zbyt wesoło...

Przedwczoraj odkryłam, że znowu nadwyrężyłam ramię. Tylko tym razem prawe. Wizyta u chirurga, L4 i mnóstwo leków, w tym przeciwbólowe.
No i super! Łyknęłam te nowe przeciwbólki i rzeczywiście: ręka niemal od razu przestała boleć!
Tylko szkoda, że dzień później obudziłam się z mega bólem brzucha (wątroby, żołądka i jelit), migreną i mdłościami.
No ale ręka prawie nie bolała ;)
Nie zmienia to faktu, że cały dzień spędziłam między kanapą a łóżkiem. Nawet odbieranie telefonów szło mi dość topornie.
Nie miałam nawet siły ucieszyć się z prezentów. A mąż mi przytachał nowe akwarium z moim wymarzonym bojownikiem! Tak szczerze to obawiałam się, że przyniesie piątego kota lub drugiego psa, a ja nawet nie będę miała siły się porządnie uradować ;)

Smutno mi, że tak wyszedł ten dzień. No i jestem wściekła, że znowu mam L4. Na szczęście moja menagerka jest świetną  wyrozumiałą kobietą i wie, że byle drobny ból mnie w domu nie zatrzyma. Zdarzało się już, że siedziałam w pracy z bólem. Albo, że odsyłali mnie do domu, bo chciałam pracować, ale nie byłam w stanie. Dobrze mieć taką przelożoną :)

Dzisiaj mija trzeci dzień bez szydełka. Umieram już z nudów...
A tu jeszcze jakieś dwa tygodnie przede mną :/

poniedziałek, 25 czerwca 2018



Zwycięstwo! Kolejne do kolekcji :)

Tak na fali mundialowych niepowodzeń, które dość mocno kładą się cieniem na nastrojach Polaków, polecę, na przekór, sukcesem.

Pierwszy raz od 4 lat poczułam, że Cherry Coke jest wiśniowa!
Tak mocno, dogłębnie, poczułam jej smak! Słodkość. Lepkość. Soczyste nuty czerwieni!
I, o dziwo!, dopiero po tym doznaniu zdałam sobie sprawę z tego, że przez ostatnich kilka lat ten narząd mocno u mnie szwankował.
Nie odczuwałam słodyczy. Owszem, wiedziałam, że coś jest słodkie, ale tylko dlatego, że zaczynało mnie mdlić ;) Teraz nawet w wodzie czuję posmak słodyczy! Nawet marchewka jest słodka!

Do tego podejrzewam, że mój węch też szwankował. Bo nigdy wcześniej wytwory kocich zadków nie cuchnęły aż tak okropnie...
I teraz nie wiem, czy mam się cieszyć, czy nie ;)

Czy Was też już zmęczył Mudial?
Lubię piłkę nożną. Z przyjemnością oglądam mecze, gdy tylko mogę (żeby nie było zbyt fanatycznie - zwykle z szydelkiem w rękach ;)). Jednak te reklamy... Mam wrażenie, że lada chwila z lodówki wyleci piłka i pierdyknie mnie centralnie w nos.
Futbol jest teraz wszędzie! Nawet w automacie z kawą są kubki z piłką do nogi. Lekka przesada.
Wszędzie dookoła krzyki. W radiu mecze. I te cholerne reklamy. Jak ja nie znoszę reklam!
Wgryzają się w mózg jak kleszcze w skórę niemowlaka. I potem chodzisz cały dzień i nucisz pod nosem "Polska biało-czerw, biało - czerwoni!". Wrrr.
Plusem powrotu naszych z Rosji jest... Rychły koniec tych mózgożernych reklam, banerów, gadżetów i rozmów.
Wierzcie mi, że od kilku dni nie rozmawiam z klientami o niczym innym, niż piłka nożna.
Już nawet wiem, co to ten legendarny "spalony" ;)
Cieszę się na mecz z Japonią. Podejrzewam, że zgodnie z tradycją, biało-czerwoni nieźle skopią tyłki tym drugim biało-czerwonym. Którzy którym to już zagadka ;)

Abstrahując od tematu - ostatnio zastanawiałam się, czy isteje jakiś kraj z różową lub fioletową flagą. Takie niedoceniane kolory!
Informuję Was oficjalnie, że Lucynkowe Imperium Szczęścia I Czułości (w skrócie - L. I. S. I. C. ;)) posiada flagę zielono-fioletową, a jego herbem jest jednorożec w szmaragdowym polu :D



Hej ho! Trzymajta się ciepło! :)

wtorek, 5 czerwca 2018



Poplątane przeznaczenie :)

Jak już wiecie, jestem rekodzielniczką z pasji, miłości i przeznaczenia. Była biżuteria, hafty... Później zaprzyjaźniłam się z szydelkiem.

Pierwszą moją myślą podczas szydełkowej przygody bylo: "W życiu nie będę robić maskotek!". Ale jakoś tak, pomiędzy serwetkami a łapaczami snów, poczyniłam zająca. Później drugiego. Później dwa koty...

Na chwilę obecną praktycznie nie odchodzę od szydełka. Zasypały mnie zamówienia na wszystko, co kudłate :)
A mi to pasuje, bo... Pokochałam to. Zwyczajnie!
Mogę nic nie robić, byle tylko mieć godzinkę na szydelkowanie :)





 Wniosek? Nigdy nie mów nigdy, bo... No właśnie :D

wtorek, 29 maja 2018



Bezradność zabija

Nienawidzę swojego ciała.
Nie chodzi mi o wygląd, otyłość, blizny czy inne kwestie zewnętrzne.
Nienawidzę tego, że nie mogę na nim polegać  bo buntuje się przeciwko mnie.
Ból atakuje znienacka, jak złośliwy kociak kłębek włóczki - tu pacnie łapą, tam ugryzie, tu szarpnie pazurami...


Chciałabym żyć normalnie, bez obawy, że nagle mogę oberwać skurczami w brzuchu, mdłościami, biegunką. Lub zwyczajnie zalać się potem, zupełnie bez przyczyny.
Wstawać rano bez oceniania, czy coś mnie boli, co boli i w jakim natężeniu. Czy dam radę wstać i iść do pracy.
Mam dość budzenia się dwie godziny przed wyjściem z domu tylko po to, aby zdążyć w razie czego łyknąć garść przeciwbólków. Żeby zdążyły zadziałać przed pracą.

I nie boli mnie tylko wątroba. W sumie, wątroba boli mnie bardzo rzadko.
Częściej wysiadają plecy. Albo rwą mnie szwy w bebechach. Albo nieokreślone bliżej skurcze w jelitach.

Dzisiaj wstałam, ale nie dałam rady zebrać się do pracy. Jutro lekarz. Kolejne trzydniowe L4.
Za dwa tygodnie tomografia. Kontrola.
Jak zawsze drżę z obawy, że pryśnie ta moja krucha, delikatna codzienność.
Bo może i nienawidzę swojego ciała, ale tak bardzo kocham udawać, że jestem zdrowa.
Udawać, że raka nie ma i nigdy nie było...
Tak fajnie jest po prostu żyć, jak miliony innych ludzi. Zdrowych ludzi.

piątek, 4 maja 2018



Myśl.

Mało ostatnio piszę, za to bardzo dużo myślę i dumam. Dochodzę też powoli do wniosku, że albo jestem zbyt naiwna, albo ludzkość zżerana jest robalem wzajemnego skurwysyństwa.

Zaczyna się niewinnie - papierek rzucony na ziemię, guma do żucia przyklejona pod stołem.
Rysunki na ścianach. Urwane oparcie z ławki.

Wchodzę ostatnio do windy. Ładną mamy windę, nową, nowoczesną. I co widzę?
Jakaś Weronika postanowiła podpisać się na lustrze. Kluczem? Scyzorykiem?

Powiedzcie mi: po co?
Jakieś zwierzęce instynkty każą ludziom zaznaczać teren dewastacją, czy co?

Naszej ulubionej ławce na skwerze urwano deskę z oparcia. I już nie jest ulubiona.
Reksio wbił sobie w łapę szkło z rozbitej butelki.
Malują szczyt bloku, bo ktoś strzelił koślawy podpis sprayem.
Świeżo zasiana trawa jest już cała zdeptana.

Jedni naciągają drugich. Kłamią, oszukują, okradają.
Dlaczego?

Jeszcze rozumiem chęć zysku. Bo ja dużo rozumiem.
Ale nigdy nie ogarnę prostej głupoty i braku wyobraźni.
Parkowanie na środku skrzyżowania na osiedlu. Wymuszanie pierwszeństwa.
Puszczanie psa luzem przy ulicy. Rozmawianie przez telefon przy przechodzeniu przez pasy. Albo za kierownicą.
Brak odblasków, gdy idziesz ciemną drogą.

Glupota otacza nas wszędzie. Pleni się i mnoży.

Może i jestem naiwna, ale mam za to wyobraźnię.
Marzę, aby każdy ją miał...


poniedziałek, 23 kwietnia 2018



Inne rzeczy

Lato wybuchło z całych sił.
Drzewa się zielenią, szemrzą na wietrze, trawa z nimi konkuruje w zawodach na najbardziej jaskrawy odcień zieleni. Forsycje przekwitły, tulipany rozkwitły.
Ja sobie żyję radośnie z dość intensywnym katarem... alergia, oczywiście, się nie poddaje.
Szydełkuję sobie, chlonę sobie słońce (i pyłki) i... Dobrze mi.
W tym kokoniku szczęścia nie ma miejsca na bloga. Musicie mi wybaczyć.
Mam w planach kilka wpisów, a nawet zebrałam wśród koleżanek materiały do notki o najbardziej irytujących zachowaniach klientów, tylko... Mi tak bardzo nie chce się siedzieć z telefonem w ręce, albo z palcami na klawiaturze!
Chce mi się biegać. I skakać. I śpiewać. I tańczyć!

A teraz spać. Jutro rano znowu do pracy ;)

Buziam Was mocno!
Pamiętam o Was. I Wy o mnie nie zapominajcie :)

środa, 4 kwietnia 2018



Tryb "opanować wątrobę"

Lubię jajka. Uwielbiam. Mogłabym żyć na samych jajkach, sałacie i truskawkach.
No ale moja wątroba nie uwielbia jajek.
Wielkanoc to dla niej okres próby. No i niestety, wczoraj na kolację zjadłam ostatnie dwa gwoździe do wątrobowej wytrzymałości - kanapki z jajkiem.
No i już w nocy spałam z termoforem.
Dzisiaj akcja ratunkowa!

Moi znajomi żyją w błędnym przekonaniu, że na ból zawsze łykam przeciwbólki. Oszczerstwo ;)
Przeciwbólowe to dla mnie ostatni bastion. Jak już nic nie działa to dopiero zaczynam grzebać w apteczce.

Pierwszym stopniem opanowania obrażonej wątroby jest... Dieta. Taki jeden, dwa dni, gdy mogę zapomnieć o kawie i czekoladzie ;)
Drugi stopień - Heparegen w dawce uderzeniowej i tabletki z karczochami.
Trzeci stopień - herbatka ziołowa o wdzięcznej nazwie "Leber" ;p Z Niemiec wysłała mi ją Gabrysia i, po serii prób, okazuje się, że ma na mnie zbawienny wpływ. I herbata, i Gabi ;p
Czwarty stopień - termofor i gorący prysznic.

Dopiero jak powyższa mieszanka nie daje rady (lub muszę iść do pracy) to sięgam po Pyralginę ;)

Co do pracy - wczoraj wróciłam na kasę po niemal dwutygodniowym urlopie. I, powiem Wam, widać, że ludzie wypoczęli podczas Świąt! Dawno nie widziałam aż tylu uśmiechniętych klientów na raz! Nikomu się nie śpieszyło, nikt nie marudził, nikt nie pyskował.
Tylko jedna czilatka wszczęła alarm - bo chłopak za nią w kolejce kupował sobie deskorolkę. A czilatka dała wszystkim w okolicy do zrozumienia, że ona też chce deskorolkę ;p
No... I jeden pan wszczął prawdziwy alarm. Zdjął taśmę zamykającą kasę. Chyba myślał, że ja tak dla hecy czekam na ochronę ;)
No i pół sklepu słyszało, że naruszono zamkniętą kasę ;p

Ale, ogólnie, fajnie było :)

Czymta się ciepło! :)

niedziela, 1 kwietnia 2018



Happy everyday!

Wpadliśmy do Rodzicowatych, nażarłam się do granic możliwości, teraz kopytkami do góry świętuję zwycięstwo Światłości nad Mrokiem.
Wczoraj był iście szalony dzień. W tym szaleństwie, zupełnie bez takiego zamiaru, nawet umylam okna i wypralam firany ;)
Nie wiem, co mi się stało, chyba wiosna rzuciła się na mózg ;)


Miłego świętowania! Bawcie się dobrze :)))

poniedziałek, 19 marca 2018



Lucynki się nudzą

Ostatnio cierpię na straszną nudę.
O dziwo, energii mam mnóstwo (wczoraj przekonał się o tym Kawalerowaty, gdy niedopatrzenie włączył mi "She Bangs" Rickiego Martina... I zobaczył prawdziwy szał sadełka :D). Tylko nie umiem zupełnie jej ukierunkować!

Posprzątałam już w ubraniach i dokumentach. Od przyszłego tygodnia biorę się za drobnicę. Zaliczyłam nawet kolejne L4 (grypa żołądkowa, poczułam się znowu jak podczas chemii :/), podczas którego pracowicie układałam papiery w zgrabne kupki, a później wkładałam je do segregatorów.
Powoli czaję się na kuchnię... Ale po drodze, czyli dzisiaj, wyszorowałam nawet filtry w akwarium.

Leżę teraz na kanapie, obok leży wyszywanka, a mi... Się nie chce wyszywać!
Mi się chce coś robić. Coś!
Coś dużego, wyzwaniowatego, trudnego i... I fajnego.
A tu zaraz trzeba iść spać, bo rano do pracy. Uh.

Nie wiem, może pozamiatam pustynię?
Jakby chociaż pogoda była lepsza... Wtedy zawsze mogę liczyć na niezawodne okna - zawsze wymagają umycia. A to nie lada wyzwanie! ;)

A to jest post numer 400 :D


wtorek, 13 marca 2018



Irryt!

Dużo rzeczy mnie ostatnio irytuje. I odzywa się żądza mordu...

Na szczycie listy jest internet. Fb przewodzi.
Kilka dni temu zostałam zaproszona do grupy o storczykach. Lubię takowe, więc wlazlam. Piszę pierwszy post z pytaniem (którego nie było w ciągu ostatnich kilku miesięcy - sprawdziłam). Nikt nie odpisywał na temat. Spam totalny. Zostałam zrównana z ziemią za używanie słowa "podlewać" zamiast "namaczać". Post zablokowano. Uciekłam z grupy.
I walić to, że ja rzeczywiście storczyki namaczam ;p

Mam wrażenie, że jak już ktoś w dużej grupie dorwie się do miana moderatora, to zaczyna zachowywać się jak strażnik w więzieniu. On ma rację, jest bogiem, wie wszystko. A kto nie liże dupy, ten jest dupa.

Znacie mnie. Nie jestem trollem, trochę oleju we łbie mam, staram się być miła i użyteczna. Dlatego WKURWIA mnie, gdy ktoś po mnie jedzie.
Normalnie lawina hejtu. Za chuj wi co.

Druga sprawa, która mnie irytuje, to temat wolnych niedziel.
Kilku klientów już mi zalazlo za skórę swoimi "a po co to" i "a dlaczego".
Dzisiaj było combo nawet: "Wczoraj było zamknięte. Nie pakujecie zakupów. Cofamy się do epoki kamienia łupanego.". Co, kurwa?
Pamiętam, jak za dzieciaka wszystkie sklepy w niedzielę były zamknięte. I wszyscy żyli.
Pół świata ma zamknięte w niedzielę. Drugie pół nie ma sklepów. My, z handlowymi niedzielami, jesteśmy tylko błędem statystycznym.
Jak dla mnie mogli by zamknąć wszystko. Na amen. No, poza służbami ratunkowymi.
Też widzieliście, ilu ludzi wyszło w niedzielę z domów?! Przecież to było piękne.
Powinni jeszcze obcinać transfer danych w sieci. To by dopiero było :D

Nie powiem, fajnie jest mieć wolne.
I mieć świadomość, że na pewno będę mieć jeszcze wtedy i wtedy wolne. I Krzysiek też będzie miał wolne. I będziemy mogli razem się poczabajkować :)

Z okazji 18 stopni i pierwszej niedzieli niehandlowej zrobiliśmy ognisko. Spędziłam trochę czasu z Mężem i znajomymi. Bajka!

Tylko szkoda, że wcześniej, w piątek i sobotę, przerzucilam z pięć ton towaru.
No jakby szedł armagedon czy inna wojna.
Tak wyglądały moje ręce w sobotę wieczorem:


No bywa. Praca jak praca.
Ale potem przychodzi do ciebie taki chuj zjebany i gada do kolegi:
"Popatrz się na ochroniarza, jaki kutas, stoi sobie cały dzień i nic nie robi. To jest praca! A ta pani (wskazuje na mnie) też fajnie, niedziela wolna, całą zmianę siedzi na dupie i jeszcze jej płacą. A i tak narzekają."
Spokojnie odpowiedziałam, że mamy wolne miejsca i w ochronie, i na kasach - zapraszamy.
Zarechotał i sobie poszedł. A ja zostałam z wkurwem.

Irytuje mnie też bałagan w domu. Od niedzieli wyrzucilismy chyba 8 worków śmieci. W tym trzy były z moimi ubraniami. Tak, w końcu pozbyłam się WSZYSTKIEGO, co jest za duże lub za małe. Teraz już każde moje ubranie na mnie pasuje :)
Gonię za minimalizmem. Jutro zaczynam zabawę z dokumentami. Będzie wesoło, uh...

A najbardziej irytuje mnie PMS.
Bo przez niego wszystko mnie irytuje.
Gdzie moja czekolada?

środa, 7 marca 2018



Starość nie radość, kierwa.

Zestarzałam się. I to nawet nie wiem, kiedy.

W którymś momencie zdjęcia długowłosych przystojniaków na instagramie przestały mnie cieszyć, a zaczęły irytować.
Nie to, żeby przystojni panowie byli źli. Gdzie tam, fajnie na jakimś bloomopodobnym oko zawiesić. Tylko przeraża mnie zawartość ich głów - trzeba mieć cholernie nudne życie, żeby wrzucać dziesięć selfików dziennie. I całkowicie nie mieć pomysłu na siebie.

Jedni zazdroszczą insta-celebrytom, a ja im współczuję. Kijowo tak codziennie musieć udowadniać, że jest się kimś. Codziennie musieć przypominać, że się istnieje.
Fajnie jest móc zniknąć na dłuższy czas z neta i wiedzieć, że obserwujący o tobie nie zapomną. A nawet się upomną ;)

Dlatego Was uwielbiam. I tego bloga.
I swoje życie.
Chociaż czasami go nienawidzę, to jednak stanowczo je kocham.
(czyli jak w każdym małżeństwie - miłości i nienawiści po równo ;p)

niedziela, 4 marca 2018



Kwestia trzech minut

Tak przeglądałam przed chwilą godziny wschodów i zachodów słońca. I już za trzy tygodnie zachód nastąpi dopiero o 19:00! Dokładnie 25 marca ;)
Ale nie to mnie zaskoczyło.
Dzień wydłuża się średnio o 3 minuty dziennie.
Trzy minuty.
Tyle zajmuje umycie zębów czy sprawdzenie rozkładu jazdy autobusów. Bo kawę już robi się dłużej.
Kwestia trzech minut dziennie, a zmienia zupełnie tryb życia.
I tak myślę...
Gdyby te nieistotne trzy minuty dziennie poświęcić na coś, czego nienawidzę, ale, w sumie, to przecież tylko trzy minuty.
Trzy minuty brzuszków. Albo na skakance (o ile strop to wytrzyma).
Te trzy minuty zmieniają noc w dzień. I to dosłownie :)
I w tydzień dadzą 21 minut. A w miesiącu już półtora godziny.
Za miesiąc mogłabym się pochwalić, że przez półtora godziny wytrwale ćwiczyłam.
Hm.
Chyba mam pomysł na wyzwanie. Kto w to wchodzi? ;D

Chyba jeszcze nigdy tak nie wyglądałam wiosny, jak w tym roku. Tęsknię do słońca (serio! Ja tęsknię do słońca! Ja! Zatwardziały wampir sowowaty!), do ciepła, do trawy i liści.
I do owoców. Warzyw.

Truskawki. Młoda marchewka. Koperek i pietruszka.
Zupa koperkowa! Fasolka szparagowa.
Pomidorki. Ogórki gruntowe.
Och...

czwartek, 1 marca 2018



Chora Kura Domowa kontratakuje

Gdyby "stara" Mamuśka (czyli ta z dzieciństwa, która spędzała pół dnia w kuchni i codziennie gotowała inny obiad) zobaczyła, jak dzisiaj robiłam kotlety mielone, to chyba zdzieliłaby mnie szmatą przez łeb ;)

Na początek przyniosłam sobie krzesło do kuchni. Później nałożyłam rękawiczki. Nienawidzę surowego mięsa (gotowanego czy smażonego po prostu nie lubię, jedynie pieczone zasługuje na moje uznanie ;)), babranie się w nim gołymi łapami powoduje u mnie mdłości.
Do robota kuchennego z końcówką zagniatającą ciasto wrzuciłam kilogram mielonej szynki, kilka łyżek przypraw, mąki, bułki tartej, cztery jajka. I włączyłam robota. W tym czasie nagrzała mi się patelnia ;)
Później kuleczki i smażymy.
W 25 minut zrobiłam cztery obiady!
Dzisiaj Mamuśka nie zdzieliłaby mnie już szmatą. Przyniosłaby sobie drugie krzesło, pogratulowałaby mi sprytu i zrobiła kawę :)
A mówią, że ludzie się nie zmieniają.

Nie mogę wyjść z szoku, jak wiele zmieniają pieniądze w życiu.
Pojechaliśmy z Już Mężem na zakupy. I był tam ON.
Płaszczyk wiosenny, beżowy, z paskiem. Cudo.
Taki, o jakim marzyłam od trzech lat.
I Krzysiek... Kazał mi go sobie kupić. Normalnie.
Bez oszczędzania trzy miesiące, bez kombinowania, po prostu go kupiliśmy!

Inna sprawa, że trzy lata temu ważyłam jakieś 150kg i w markecie nie udałoby mi się kupić zupełnie nic.
A dzisiaj... Wzięłam XXL (a było jeszcze XXXL), chociaż spokojnie wlazłabym w zwykle XL.
Normalnie... Nie dość, że płaszczyk w markecie, to jeszcze w rozmiarze, który nie był największym z dostępnych!

poniedziałek, 26 lutego 2018



Być pro

Tak czasami się zastanawiam, czy nie założyć subskrypcji dla bloga.
No wiecie, raz na jakiś czas przychodził by do Was mail. Taki ode mnie.
I tak myślę i kombinuję, że teraz każdy ma swoją listę mailingową. Ze może fajnie byłoby być takim "pro" bloggerem?

Później dochodzę do wniosku, że nie wiem, co w tych mailach pisać. Hm.
"Sorry, źle się czuję, miałam chujowy dzień w pracy, zrobiłam dwa prania i padam na cycki. W tym tygodniu notki nie było, bo byłam bardzo zajęta wyklejaniem swojego notesika kolorowymi papierami i układaniem washi według kolorów. A w ogóle Krzysiek zasnął na kiblu (bo jest sobota, w soboty zawsze zasypia na klopie - normalnie chodzi spać około 21, a w soboty upiera się przy siedzeniu do północy... I później zasypia na klozecie), Rysiek chodzi po domu i się drze, Gacek wysrał się pod prysznicem, a Ciema znowu wpierdala psie chrupki. Ogólnie, wiesz, po staremu."

No, rwa. Ja jestem jednak starej daty. Dla mnie blog dalej jest internetowym pamiętnikiem, a nie miniportalem wiedzy tajemnej (mniej lub bardziej).
Kiedyś było łatwiej - blog był blogiem, a wszystko, co nie było blogiem, było stroną internetową. Sama kiedyś miałam jedną. Dwie. No, trzy. I strony nie były blogami.
Teraz to takie wymieszane z poplątanym, blogów więcej niż nie-blogów, wszyscy profesjonalni, mistrzowie swojej dziedziny, specjaliści w danym temacie.
Czasami mi aż głupio powiedzieć komuś, że piszę bloga. Serio!
Bo zawsze pada pytanie: "A o czym?".
Kurwa.
Nie wiem. O wszystkim. O mnie.
Jakkolwiek brzmi to absurdalnie, ale piszę bloga o sobie. To jest jedyna dziedzina, w której jestem specjalistką.

Dobra. Umiem jeszcze wyklejać notesik kolorowym papierem i tasiemkami w kotki. I motylki. I czytać książki. Dużo książków. Lubię :)

piątek, 23 lutego 2018



Bułka z masłem..?

O. Ściągnęłam nową aplikację do pisania postów. Jest nadzieja, że teraz będzie mi łatwiej wrzucać aktualizacje ;)
Niestety, Bitmoji wymusiło zmianę awatarów na tę nową, "lepszą" wersję. Średnio mi się podobają :/ Teraz już nie wyglądam na nich, jak ja ;(

Sprawa z tomografią się naprostowała - moja ulubiona Onkolożka zaleciła kontrolę za trzy miesiące, spokój ducha i chillout. Podobno takie niewielkie wahania to nic specjalnego.
A, że moja morfologia jest perfekcyjna (!!!), to nie ma co się martwić na zapas. Nawet próby wątrobowe w normie. A marker niziutki, jak nigdy przedtem! Normalnie wahał się gdzieś między 40 a 80, teraz siedzi sobie na poziomie... 8. Cud, miód, malina :)

No, ale było za wesoło. Właśnie dostałam trzecie L4 w tym roku (pierwsze było po TK, drugie na wizytę u onkologa). Bo mi się przyplątało zapalenie spojówek. Kurwa.
Zaczęło się od ostrej migreny. Dzień później całe prawe oko wyglądało już jak dorodna śliwka. Na pogotowiu okulistycznym dostałam antybiotyk ze sterydem ("ukochanym" deksametazonem, rwa). Dzisiaj byłam na kontroli i podobno ładnie się goi. Jest nadzieja, że w ciągu tygodnia wyzdrowieję.

Dzisiaj rano wyglądałam tak:

I to już jest stadium "lepiej". W środę było dużo, dużo gorzej.
Jako, że światło mnie niesamowicie razi to popierniczam w okularach przeciwsłonecznych. Wyglądam jak jakaś gwiazda, czy inna agentka (chyba specjalnej troski ;)).


Mam nadzieję, że nie wyrzucą mnie z pracy przez to ciągłe chorowanie. Nie moja wina, że mam niską odporność. Ponad trzy lata spędziłam w domu, dokładniej w łóżku lub na kanapie, potrzebuję czasu, aby się uodpornić na te wszystkie zarazki i wirusy.
Staram się jak mogę!

Wszystko to jakieś pokićkane. Czy życie nie może być proste?
Ja rozumiem, że jestem chora, że słaba, że trochę za wcześnie wyrwałam się do powrotu do pracy, ale... No, Losie brutalny, ja chcę normalnie żyć!

Kilka dni temu popłakałam się nad śniadaniem. Jadłam bułkę z masłem.
Bułkę. Z masłem.
Długi, długi czas nie stać nas było ani na bułki, ani, tym bardziej, na masło.
To była tak prosta rzecz, kilka lat temu tak codzienna, a mi się zdała luksusem i szczytem szczęścia.
Nie chcę znowu ledwo wiązać końca z końcem.
Chcę pracować. Czy to tak dużo?
Zdrowie, opanuj się. Proszę.

piątek, 9 lutego 2018



Alien: dogrywka?

Pierwszego lutego byłam na kontroli u onkologa. Wizyta trwała trzy minuty (po zaokrągleniu, w górę). Dostałam skierowanie na TK.

Terminy na tomografię w Katowickim Centrum Onkologii są długaśne. Do tego sam proces jest skomplikowany:
pierwszego dnia przyjeżdżasz, masz tomografię klatki,
siódmego dnia powtórka - przyjeżdżasz, cztery godziny pijesz kontrast (który jest obrzydliwy i chce się od niego rzygać), masz TK brzucha i miednicy.
Jak nie ma obsuwy to fajnie. Gorzej, jak jest - cały dzień w dupie. Po dwóch tygodniach przyjeżdżasz po wyniki.
Czyli jakieś dwa tygodnie na L4, żeby dojść do siebie po każdym badaniu. Bo im więcej masz tomografii, tym gorzej znosisz każdą kolejną.

No to ja wykombiniłam, że zrobię sobie tomografię prywatnie, na Fundację. Jeszcze tego samego dnia obdzwoniłam wszystkie zainteresowane instytucje. Na infolinii Helimedu powiedzieli, że oczywiście, robią tomografię na faktury proforma, tylko trzeba to zgłosić przed badaniem.

Dobra, następuje poniedziałek, robię kreatyninę.
Wtorek - odbieram wyniki kreatyniny, załatwiam u rodzinnego L4 na trzy dni (mam tak ułożone zmiany, że trzy dni zwolnienia robiły pięć dni wolnego). No i już we wtorek (!) tomografia - wszystkie trzy za jednym razem. Wszystko przebiega całkiem sprytnie, dwie godzinki piję kontrast (który jest bez smaku! normalnie jak woda!). Po dwóch godzinach jestem po badaniu.
Tu zaczynają się schody. Przy rejestracji mówiłam, że badanie ma być na fakturę proforma, ale babka w rejestracji stwierdziła, że to dopiero po badaniu będziemy załatwiać.
No to idę. Po badaniu. Rozmowa:
Ja - Będzie na fakturę proforma.
Rejestratorka - Dobrze. Płatność kartą czy gotówką?
Ja - No... przelewem? Faktura proforma.
R - Ale co to znaczy to proforma? Przecież do faktury potrzebuję paragonu.

No i pizda blada, zjebało się, za dobrze żarło. Kobieta nigdzie nie zadzwoniła. Nic nie załatwiła. Czułam się jak złodziejka i oszustka. Po półtorej godziny udało mi się załatwić z Panią Basią z Fundacji "Gwiazda Nadziei" zwrot "od ręki".
Mamuśka zapłaciła ze swojej karty, jeszcze tego samego dnia dostała zwrot z Fundacji.
No ale... Półtora godziny siedziałam jak idiotka w poczekalni, czekając sama nie wiem na co. Głodna, zmęczona, słaba.
A ta *peeeeep* nie wykonała nawet jednego telefonu, żeby to załatwić. Nic. Zero.
Jestem w trakcie konstruowania oficjalnej skargi. Nie wiem dokładanie, czy na kobietę z infolinii, za wprowadzenie mnie w błąd, czy rejestratorkę, która nie umiała wystawić faktury proforma.
Ale skarga będzie. Nie po to idę prywatnie, żeby czuć się jak śmieć. I oszustka.

No ale mniejsza. Dzień później (!) już były wyniki.
I znowu kaplica. Progresja.
Jeden węzeł chłonny urósł z 6mm na 19mm. Jakiś pod krtanią. Nie wiem, co się tak wysforował. I czego ode mnie chce. Reszta węzłów chłonnych też poszła po 2-4mm do góry. Wątroba i kości bez większych zmian.
No ale we wnioskach i tak jak byk pisze, że "progresja poniżej 20%".

No to jazda, rejestruję się do onkologa. Udało się wepchać na piątek, czyli dzisiaj.
Jechałam z rodzicami (bo Tatusiek też próbuje się do onkologa załapać), na miejscu byliśmy o 8:45.
Podchodzę do rejestracji, a tam... już lekarz chce wychodzić. A ja miałam na 8:50!
No i się wkurzył. Miły nie był.
Zobaczył wyniki. Stwierdził, że brzydkie przyniosłam. I dał skierowanie na chemioterapię.

Zapisałam się do mojej ulubionej onkolożki, na poniedziałek. Zobaczymy, co ona powie.

Powinnam być smutna, zdruzgotana, załamana.
Ponad pół roku cieszyłam się codziennością, odzyskałam swoje normalne życie, wróciłam do pracy, odbudowałam zwykły świat szarodzienności.
A tu zonk. Powrót do leczenia.


A ja nie czuję nic. Tylko pustka, spokój. Lekkość bytu. Patrzę na słońce za oknem, uśmiecham się. Zapominam zupełnie, że cały mój świat ma zaraz na nowo runąć.
Mam to w dupie.
Czuję się dobrze. Miałam w grudniu chwilowy spadek formy, ale już jest ok.
A oni chcą mnie wypchać znowu na chemię.
I znowu mam patrzeć na napis w dokumentach: "Chemia paliatywna"?

Życie jest cholernie niesprawiedliwe.
Jeszcze zjebał mi się blender. To już całkiem katastrofa. Czym zrobię sobie mus jabłuszkowy? ;(
Ech... Zgiń, przepadnij, siło nieczysta!

czwartek, 8 lutego 2018



Nie jest ok

Na krótko: wczoraj odebralam wyniki TK i nie jest dobrze. Źle też chyba nie.
Jutro jade do onkologa (znowu) i będę więcej wiedzieć.

Nic nie piszę, bo mam cholerny bałagan w glowie.
Musze wszystko przetrawic, na spokojnie.

wtorek, 30 stycznia 2018



Broken down

Psuję się. Coraz częściej coś mnie boli. Zwykle wątroba, ale plecy, żołądek, kości wszelakie, nie pozostają w tyle. Oczami wodzę po mieszkaniu: tyle rzeczy bym porobiła!
Malować się chce, posprzątać w małym pokoju, a i szafę ogarnąć. Ale leżę, z kotami i termoforkiem. Wieczorem niby do pracy, ale jak się nie poprawi to urlopik na żądanie. Czyli leżę.
W czwartek do onkologa. Czuję, że tak na 90% znowu wyląduję z chemią. Ale ból powoli robi się tak nieznośny, że nawet średnio mnie to rusza.
Byle, po prostu, przestało boleć...


Nie wiem, czy to kwestia pory roku, bo zawsze zimą czuję się dużo gorzej niż latem, czy to kwestia jebanego raka. Czy też stres daje mi popalić. Nie ukrywajmy, na wieść o kontroli u lekarza raczej nie skaczę z radości ;)

Nic już nie wiem.
I nie wiem, czy chcę wiedzieć.

środa, 24 stycznia 2018



Mięso z bułkami.

Próbuję naginać czasoprzestrzeń. I z bólem odkrywam, że nie da się jednocześnie:
- czytać i wyszywać,
- czytać i malować,
- czytać i pisać,
- czytać i pracować,
- czytać i spać.

Wracam mentalnie do czasów nastoletnich. Bo ja byłam tym dziwnym typem człowieka, który całe dnie siedział z nosem w książkach. I znowu to robię!
Dla jednych książki to tylko zlepek liter, wyrazów, zdań.
Dla mnie to inny, lepszy świat. 
Pełen możliwości.

Jakiś czas temu utknęłam w życiu. Leżę i kwiczę, a gdy nie leżę i kwiczę to leżę i czytam. W książkach mam wybór. Mogę wybierać, co przeczytam, co mi się podoba, w jakim świecie chcę dzisiaj zamieszkać.
Niestety, na co dzień człowiek nie ma wyboru.

Gdzie nie spojrzę, tam ludzie.
Ludzie, pełni swoich pretensji do innych, swoich narzekań i marudzeń.
Ludzi, którzy czują przymus gnębienia innych.
Wiem, że każdy jest inny, że nie mogę wymagać, aby każdy był miły, inteligentny i wrażliwy.
Ale niektórzy czasem po prostu przeginają.

Miałam dzisiaj bardzo zły dzień w pracy. Klienci jakby zmówili się, że będą na każdym kroku uniemilać mi czas. Albo się kłócili o kolejkę (i weź zdecyduj, czy pierwszeństwo ma ciężarna, czy małżeństwo 70+...), albo narzekali na długie kolejki (które dzisiaj były wyjątkowo krótkie), albo pytali mnie o to, gdzie znajdą Świętego Graala i ile on kosztuje.
Albo twierdzili, że kasa źle zsumowała kwoty na paragonie (ke?!).
Oczywiście ośrodkiem całego zła w supermarkecie byłam ja.
Mam wrażenie, że wręcz przyciągałam dziwne elementy.
Jestem ciekawa, ile skarg dzisiaj na mnie poszło, bo po trzech godzinach w ogóle przestałam się kryć z moimi morderczymi zapędami.
Byłam dzisiaj Mistrzynią Ciętej Riposty (co jest dość dziwne, bo ja zwykle szara, miła, grzeczna mysia), Kobiecą Siłą Armagedonu, Zignorowaniem Absolutnym, Enklawą Złowieszczego Śmiechu.

Bo ja jeszcze zrozumiem zwykłą głupotę czy nieuprzejmość, ale jak ktoś mi już podjeżdża z tym, że fajnie było, gdy były darmowe jednorazówki to krew mnie zalewa.
Staram się żyć ekologicznie, od ponad tygodnia używam jednej butelki po wodzie mineralnej (nalewam do niej wody z filtra), żeby tylko jakoś zmniejszyć skalę plastikowej zagłady, a mi tu ludzie wyjeżdżają z tym, że jedna jednorazówka nic nie zmieni, że im się one należą, że przecież to tylko siatki, że one nie zagrażają środowisku.

KURWA.
Ciekawe, czy ryby w oceanie mają takie samo zdanie na ten temat.
Żeby to była JEDNA jednorazówka!
One szły na tysiące. Dosłownie. Niektórzy mieli pretensje, że kurczaka pakuję z wołowiną i one się zjedzą nawzajem. Czasami do jednorazówki wkładało się jedną rzecz, bo klient tak sobie zażyczył.
Teraz, co mnie strasznie bawi, jakoś Domestos może być w jednej torbie z bułkami. Albo z rybą. Albo z żelem pod prysznic. Wcześniej jakoś musiał być sam jeden w torbie.
Wystarczy, że siatki przestały być za darmo, a nagle wszystko się da.
Nawet mięso spakować z chlebem.
Hipokryzja level hard.
A niektórzy dalej twierdzą, że jednorazówka im się NALEŻY.
Uhhh. Szkoda gadać.
Współczesne wygodnictwo i ignorancja mnie przeraża.
Bo tak ciężko samemu spakować zakupy do torby wielokrotnego użycia.
Tak ciężko zrobić COŚ, co może wymaga odrobinę zaangażowania, ale za to jest dobre dla wszystkich.

Dlatego lubię książki. Tam ludzie nie są tacy głupi.
A jeżeli są, to szybko giną. Zwykle krwawo. O!


środa, 3 stycznia 2018



Czysta karta


Wreszcie! Skończył się ten cholerny 2017 rok.
Nie to, żeby był zły. Wydarzyło się w nim wiele fajnych, miłych, ciepłych rzeczy.
Ale też miał tendencję do generowania chaosu i niszczenia spokoju.

Była operacja na początku roku.
Była ciężka rekonwalescencja.
Był urok szarej codzienności.
No i powrót do pracy.
Ale na koniec przywalił chorobą Taty, co go całkowicie dyskryminuje z puli "lat fajnych i wartych zapamiętania".

Przyszedł sobie 2018 i już drugiego dnia pokazał, że będzie dobry.
Odebraliśmy wyniki biopsji Tatuśka i...
NIE MA RAKA!
Nie ma nawet nowotworu!
"Tylko" zapalenie trzustki i marskość wątroby. A to da się leczyć :)))

Mam ochotę udusić lekarzy.
Tego z Oświęcimia za "Ja doskonale znam te objawy, na pewno to rak".
Tego z Tychów za "Módlmy się, aby pacjent doczekał wyników biopsji."
I tego z hospicjum za "Temu panu nic już nie zaszkodzi i nic już nie pomoże".
Pierdolcie się, chuje złamane! 
My jesteśmy z rodu Polaków, nas tak łatwo nie da się zabić.

Odkryłam nagle nowe barwy świata, zauważyłam znowu światło i blask. Uśmiecham się jak idiotka, sama do siebie. Nic już się nie liczy, tylko trwanie w ciszy i harmonii.

Czego oczekuję od 2018?
Harmonii. Spokoju, ciszy, zabawy, ekstazy, równowagi, siły, ciepła i miłości.
Z postanowień noworocznych zostaje tylko garstka:
- pracować,
- ogarniać rzeczywistość,
- dbać o ciałko (co wiąże się też z odchudzaniem ;)),
- nie zwariować,
- być sobą.

Chciałabym w tym roku więcej pisać, czytać i tworzyć.
No i utrzymać się w robocie ;)
Umowę mi już przedłużyli, do końca 2018 :D
Trochę to było dziwne, bo trzy osoby, które już długo pracowały, zwolnili, a mnie zatrudnili.
To właśnie ten słodko-gorzki smak 2017 roku - za jego kadencji nic nie mogło być po prostu zajebiste, fajne i po prostu radosne. Musiał być posmak goryczy.

Za chwilkę zaczynam nowy etap. Właśnie odebrałam płótno i farby, które przyniosła mi listonoszka. Zaczynam przygodę z malowaniem :D
Kiedyś to lubiłam, może znowu polubię :)

Dla Was na 2018 rok życzę...
Harmonii.
Po wielu godzinach rozmyślań, po filozoficznym gapieniu się w sufit i ściany stwierdzam, że to harmonia jest najważniejsza.
Żeby wszystko do siebie pasowało i wszystko cieszyło duszę prostym "jest idealnie".
Trzymajcie się zdrowo! :)