środa, 19 września 2018



Przepis na przetrwanie chemii

Trzy tygodnie temu miałam pierwszy wlew Gemzaru z cisplatyną. Zniosłam go bardzo, bardzo ciężko.
W piątek dostałam drugim i... Jest o niebo lepiej!

Jedyną różnicą jest to, że wtedy nie umiałam nic zjeść, a teraz szamam jak szalona. Zdaje się, że motto Taty się sprawdza - "Zjedz coś". Jedzenie było dla Tatuśka antidotum na każdą dolegliwość ;)


I jak dwa tygodnie temu wmuszałam w siebie przeciery warzywo-owocowe, tak teraz pochłaniam głównie białko. I trochę warzyw ;)
Hiroszima w gębie dalej szaleje, ale przez powłoczkę pleśni wyczuwam smak ogórków korniszonych i łososia wędzonego. Gdy tylko łapie mnie brak apetytu wystarczy, że powącham rybkę (śledzia lub łososia), a ślinianki już mi szaleją. Mam wyrzuty sumienia jak cholera, że paczka mojej radości kosztuje około dychy (kurwa, kiedy ryby tak podrożały?!), ale to działa. Nie będę marudzić, bo dzięki temu jestem na chodzie. Nawet mój półwegetarianizm poszedł w odstawkę, bo z dziką radością pochłaniam schabowe, wędliny, a nawet kiełbasy. Coś mi się wydaje, że jest to jakoś sprzężone ze sterydami (pobudzają odnowę tkanek, a tkanki potrzebują białka do regeneracji).
Jeszcze nie tyję, trochę nawet chudnę, ale miewam napady ADHD (co mnie strasznie cieszy po tym zdychaniu przez 10 dni po poprzednim wlewie). Jedynie wczoraj miałam lekkie zachwianie samopoczucia, ale jajecznica z czterech wiejskich jajek mnie otrzeźwiła tak, że nawet drugi raz z psem wyszłam.
A wychodzenie z Reksem to wyższa szkoła jazdy, bo biedaczysko już prawie nie chodzi i cały czas trzeba go prowadzić w nosidełku. Boję się o niego. Chudnie w oczach, przestaje kontrolować pęcherz i jelita. Dwa tygodnie temu odeszła Nusia, która mieszkała z Rodzicami. Tata nawet nie wiedział, że Zołzik poszła na drugą stronę Teczowego Mostu, bo nie chcieliśmy go martwić. Pięć dni później Tata poszedł za nią.
I tak patrzę na Reksia, który jest coraz mniej Reksiem i boję się, że lada chwila będę zmuszona ulżyć mu w cierpieniu.
Trochę tego za dużo jak na mnie jedną...

Ale, póki co, nie myślę. Jem i jestem. A zaraz może jeszcze trochę chatę posprzątam. Byle tylko nie mieć czasu na gdybanie :)

niedziela, 16 września 2018



Sprawozdanie

Wiszę Wam kilka słów wyjaśnień za ostatnią ciszę. No to się zabieram.

4.09.2018 (wtorek)
Wizyta w Katowicach. Moje wyniki są straszne, ledwo trzymam się na nogach. Chemii nie dostałam. Za to dostałam receptę na najdroższy lek w historii mojego leczenia.
150zł za Hepa-Merz. I o ile przy znośnych wynikach powinien starczyć na miesiąc, co da się znieść, to już przy pogorszeniu starczy na maksimum tydzień. I to pod warunkiem, że z trzy razy po drodze zapomnę wziąć jednej dawki. Jakaś masakra.

Następnie bardzo nieciekawy weekend (7-9. 09. 2018).
W piątek Tata w szpitalu już mnie nie poznaje. W sobotę nie poznaje już nawet Mamy. W niedzielę jest w stadium bardzo ruchliwej roślinki. Próbuję rozdrapać sobie brzuch, krwawi nawet z pęcherza.

4:15, poniedziałek 10. 09. 2018
Tata odchodzi.

W czwartek, 13. 09. 2018 odbył się pogrzeb. Jeden z najtrudniejszych, o ile nie najtrudniejszy, dzień w moim życiu. Świadomość odejścia Taty niemal mnie zabiła. Nie byłam w stanie nawet ustać w kaplicy na nogach.

A już dzień póżniej pojechałam na chemię. Wyniki w porządku, wlew też poszedł całkiem znośnie. Nie trzepnęło mnie tak mocno, jak poprzednim razem. W sobotę byłam na chodzie, dzisiaj cały dzień też dawałam radę. Nawet momentami wpadałam w stan radosnego ADHD i brałam się za nieśmiałe porządki w domu.
Zaczęłam sobie też szydełkować czapeczkę, bo włosy sypią się mnie, jak liście z drzew. Wpasowałam się idealnie w jesienny klimat.

Psychicznie?
Nie ma co ukrywać, jest cholernie ciężko. Tłumaczę sobie, że stało się w całym tym nieszczęściu całkiem szczęśliwie, że Tata nigdy nie dowiedział się, że ma raka trzustki. Zżarł go cicho, bez znaku na jakimkolwiek TK czy wynikach krwi. Po prostu w miesiąc zajął wszystkie możliwe organy. Cieszę się, że Tata nie doznał ciężaru słów "ma pan raka i pół roku życia, proszę pozałatwiać swoje sprawy". Że nie musiał żyć z ciężarem zmartwień o całą rodzinę.
Chociaż ostatni tydzień jego życia to było piekło. Wszyscy już wiedzieliśmy, że odchodzi. Że marnieje. Niknie. I nic nie mogliśmy na to poradzić. Pozostawało tylko czekać. I być.

Minęło już kilka dni od śmierci Taty, a ja dalej boję się, gdy dzwoni do mnie Mama. Boję się, co mi powie. Że znowu się pogorszyło? Że odszedł? Że wyje z bólu?
Wiem, że go już nie ma, a ciągle łapię się na tym, że się martwię o to, że umrze.
A to już się stało.

Chyba dalej tkwię w szoku.

Czekam na dzień, w którym znowu będę sobą. Chciałabym.

poniedziałek, 10 września 2018



poniedziałek, 3 września 2018



Hello, my old friend

Znam ból. Poznaliśmy się dogłębnie jakieś cztery lata temu.
Jest jak stary kochanek, który nieproszony wraca tylko po to, aby zapytać nonszalancko "No hej, co tam?". Wcale go nie lubię, mam dość jego buciorów na czyściutkiej podłodze mojego słodkiego domku, ale on ma to w dupie. Wraca, żeby coś jeszcze zepsuć. Zdeptać. Zniszczyć.
Włazi do małżeńskiego łóżka, rozkłada się arogancko na kanapie w dużym pokoju.
I tak trwa, chociaż nikt go nie zapraszał.

Znam go. I wcale nie chcę. Lepiej mi bez niego.
Ale jednak jest. I ciężko go zignorować, gdy szczelnie otula sobą każdą jedną cząstkę mojego ciała.

Przeżyłam kolejną noc, a wcale nie jestem z tego powodu szczęśliwsza.
Magma płynie mi w żyłach, a ogień trawi kości.
To nie jest życie.
To wojna. A ja trafiłam na pierwszy front.
Kurwa. Znowu.

piątek, 31 sierpnia 2018



Migawki - sierpień 2018

Obiecałam tajemniczą serię postów ;)
I oto, co wymyśliłam! Nie robię zbyt wielu zdjęć, ale jednak trochę ich robię, więc chciałabym je jakoś wykorzystać ;)

Lecimy z koksem? :)

Gacuś po stylizacji uszu na Curla. Chyba mu się nie spodobało ;p

Paczka z włóczki. Uwielbiam!

Czarek z ozorem na wierzchu ;) 

I "zachwycona" sesją Ciemka :D

 Robię syrop i dżemik z wiśni! 🍒 
Nie dotrwają do zimy, za dobre wyszły 😂 

Baza zaraz po zabazowaniu :) 

Peppa i George. Najtrudniejsze zamówienie ever. 
Nie dość, że nie lubię tej bajki, to jeszcze strasznie nie podobają mi się te świnki. 
Ale Mała zadowolona, więc chyba się udało :) 

A tu Czarek zepsuł mi bazę... 

...i za karę musiał pozować do zdjęcia ;p

Nowa profilówka ;) 

Szkodniczek aka Anabel, godzinkę po zakupie :)

Ciema padła na pysk. 

A Czarek zawładnął MOJĄ, kurna, bazą. 

Nowy termofor, bo stary pękł mi pod tyłkiem. 
I to jeszcze dzień po naświetlaniu, kiedy bardzo go potrzebowałam...

Nowe zioła posiane :) 

Wracamy z chemii naszą Anabelką :) 

Ostatnia maskotka - króliczynka. 
Wyszła nie dość, że urocza, to jeszcze ogromna :D

Nowy plecaczek. A co ja się będę bawić w "jestem dorosła"? ;) 
A do zestawu... 

...futerkowy notes z kucykami! 
Pielęgnuję dziecko w mojej duszy ;) 

Opisane przyprawy... 

...i nasiona na kiełki. 
Powód, dla którego aż tak długo zajęły mi porządki w szafce w kuchni ;) 



Co sądzicie o takim miesięcznym sprawozdaniu fotograficznym? :) 

Z aktualności:
We wtorek dostałam chemię. Noc po niej była straszna, bo żarcie z całego dnia nie chciało mi się utrzymać w żołądku. Na szczęście w środę już się unormowało. 
Od wczoraj za to prawie nic nie jem, bo mam jakąś dziwną gulę w gardle. Podejrzewam, że to na tle nerwowym, bo z Tatą dalej kiepsko. Nie widziałam się z nim od poniedziałku i strasznie tęsknię. Krzysiek w pracy po 16h dziennie, wraca o 22, a ja autobusem nie dojadę do Jastrzębia do szpitala. Ledwo umiem z psem wyjść. Nasze spacery z resztą wyglądają dość tragikomicznie - testujemy każdą ławkę po drodze ;) Ale jakoś dajemy radę. 
W ustach mam znowu Hiroszimę, nic mi nie smakuje. I od wtorku zjechałam 3kg. Trochę mnie to martwi. A trochę nie - mogę wcinać moje ukochane batoniki muesli ;p
Troszkę energii dają... A ile radości! 😂 


poniedziałek, 27 sierpnia 2018



Powolutku, pomalutku...

Malutkim kroczkami sobie leci czas. A za nim ja, nawet w miarę nadążam. I umiem wydusić piękne momenty w bagnie codzienności...

Mamy poniedziałek, czas na podsumowanie Ambitnego Planu :)

1. Przeżyć.
Tadadadaaaa! Opakowanie Nimesilu zniknęło w moich trzewiach, ale jestem, działam, latam :)

2. Znaleźć jakiś samochód,
Ha! Znaleźliśmy. I to nie nawet nie "jakiś", ale dokładnie TEN, o którym marzylismy. Bardzo mało ich na rynku. Więc, gdy o 16:45 wystawiono ogłoszenie, o 17:30 je znalazłam, znalazłam ogłoszenie, to już o 19:30 podpisywalismy umowę ;)

Przedstawiam Wam naszego Szkodniczka, czyli Skodę Superb. Jejusiu, jaki on jest śliczny!


Ma klimatyzację! Kurcze, nie wiedziałam, że to taki cudowny wynalazek - wybierasz temperaturę i myk! masz dokładnie taką, jak chcesz :) Bajka. Czyli mamy czym jutro zajechać do Katowic ;) Szkodniczek zawładnął naszymi sercami i umysłami ;P

3. Pozbyć się prania - zrobione! Nawet firanki, które z pół roku czekały na myju-myju, zostały wyprane ;P

4. Porządek w rogowej szafce w kuchni - zaczęłam, ale tam jest cholernie dużo roboty. Jeszcze muszę pokatalogować nasionka na kiełki i dopiero mogę brać się za porządki właściwe.

5. Poukładać torby w szafie - zrobione. Poukładałam nie tylko torby, ale też ręczniki, chemię domową, akcesoria podróżne i gadżety zwierzaków. Szafa lśni ;)

Jak widać, tydzień dość owocny. Muszę przyznać, że rzeczywiście publiczna deklaracja zmienia nastawienie ;)

Na ten tydzień Ambitny Plan rysuje się tak:
1. Posadzić ziółka.
2. Post-niespodzianka na bloga ;)
3. Wypełnić papiery do fundacji.
4. Dokończyć porządki w kuchennej szafce rogowej.
5. Naprawić bazę.
6. Powiesić ziółka.
7. Skończyć szydełkować króliczynka.

W tym tygodniu dużo zadań, ale pierdółkowatych. Spokojnie mogłabym to ogarnąć w dwa dni, gdybym nie była taka połamana... A jutro niby zaczynam chemię. Kierwa.
Zaczynam się bać... ;)

Kto jeszcze deklaruje jakieś zadania na ten tydzień? ;>

Dziękuję Wam bardzo za ogrom wsparcia w ostatnich dniach. Ratujecie moją popękane duszyczkę i zdysharmonizowany światopogląd. Dziękuję :)))

Buziam Was ciepło :*

piątek, 24 sierpnia 2018



Peszek. Pech. Peszysko.

Czasami sama jestem w szoku, w jaki magiczny sposób jeszcze się jako tako trzymam. Jak ja to robię, że nie płaczę, nie panikuję, nie zalamuję się.

Odnoszę niekiedy wrażenie, że ostatnie 4-5 lat mojego życia to wielki test piekła na miarę XXI wieku  Kotły są przestarzałe.
Teraz mają tam bardziej wysublimowane metody tortur - bezsilność, wściekłość, ból i strach.
Rok 2018, podobnie jak 2014, okazuje się brutalną koniunkcją ciał złośliwych.
W tym roku miały miejsce tylko trzy jasne, piękne i warte zapamiętania wydarzenia. Cała reszta to błoto, szlam i trzy kilometry mułu.
Zwykle nie piszę o problemach, bo jestem zdania, że mogę pisać tylko o tym, co dotyczy wyłącznie mnie.
Nie wspominałam o chorobie Tatuśka, który od miesiąca jest w stanie bardzo ciężkim. Mama nie wytrzymuje psychicznie i fizycznie. Czabajek próbuje utrzymywać resztki optymizmu.
Każde ogniwko naszego małego kółeczka wzajemnej bezinteresowności zaczyna niebezpiecznie pękać.

Nie mam się komu wypłakać. Pewnie dlatego nie płaczę.
Tata w kolejnym szpitalu, przerzucają go z jednego do drugiego, pozbywając się problemu i odpowiedzialności. Mama zajechana do granic możliwości. Od kilku tygodni opiekuje się Tatuśkiem. Niby mają pomoc Hospicjum Domowego, ale oni nie siedzą w domu podopiecznych przez 24h na dobę. Krzysiek od pół roku boi się iść do lekarza, coby nie wyszło, że więcej elementów rodzinnych jest w stanie chorobowym. Czasami poważnie się o niego martwię, od dłuższego czasu chodzi ze stłuczoną nogą i wybitym barkiem. Maści przeciwbólowe idą u nas na kilogramy.
A ja?
Walić mnie. Nawet psa nam sparaliżowało od pasa w tył. I tak z tym moim rozwalonym kręgosłupem wnoszę i znoszę go po schodach raz lub dwa razy na dzień. Przecież nie uśpię Reksia tylko dlatego, że jest chory. Mnie też trzeba by uśpić z tego powodu. Najgorsze jest to, że on dalej ma mentalność szczeniaka. Pies jedenastoletni, a brykałby jak dzieciak. Gdyby mógł chodzić.

Zostały jeszcze cztery miesiące tego przeklętego roku. I normalnie się boję, jaki rodzaj rozrywek piekielnych będziemy jeszcze doświadczać.
A w 2019 może być jeszcze mniej wesoło - w grudniu mam komisję o przedłużenie renty, a do tego kończy mi się umowa w pracy. Od kilku tygodni zaciskamy pasa, coby spłacić jak najwięcej kredytów, zostać w miarę z czystym kontem i przywyc znowu do planu minimum - 200zł na tydzień i koniec kropka.
Krzysio zajeżdża się w pracy jak konie na krakowskim rynku, żeby ustukać jeszcze jakiś zapas, kupić co trzeba kupić, naprawić to, co jeszcze wymaga naprawy. Mam wrażenie, że mieszkam sama, bo Mężny codziennie wstaje o 4:15, żeby wrócić w okolicach 17-18 (o ile szczęście dopisze). To jest jakieś durne nieporozumienie.

Próbuję dojść w tej mojej pisaninie do jakichś wniosków, ale żadne mi się nie nasuwają.
Poza jednym:
Muszę być silna. Nikt inny za mnie nie będzie.
Tylko dlaczego nie mam już tego wewnętrznego uporu?
Dlaczego jestem tak cholernie wkurwiona, że pech rozpełz się na całą rodzinę?
Mam wrażenie, że ten cholerny rak serio jest zarażliwy.
Raz kąsa ciałko. Raz zeżre duszę.
A jeszcze innym razem wpierdoli całe szczęście.

I cały misterny plan poszedł w pizdu.

środa, 22 sierpnia 2018



Życie lubi wkurwiać.

Od rana zastanawiam się, czy jest w ogóle dzisiaj sens pisać notkę. Zwykle unikam tego, gdy jestem zła, smutna lub rozdrażniona.

W poniedziałek wylądowałam na onkologii w Katowicach. Celem wizyty była pierwsza dawka chemii, ale onkolożka, po konsultacjach z radiologiem, wysłała mnie na radioterapię kręgu th9.
Miałam już wcześniej naświetlania, codziennie przez tydzień, więc się nie bałam żadnych skutków ubocznych. No... A mnie poskładało.
Bolą plecy, oskrzela, przełyk. Nie sądziłam, że JEDNO naświetlanie może wywołać aż takie spustoszenie...

No i sobie leżę w łóżku. Wczoraj było okropnie. Dzisiaj jest nawet znośnie, ale tylko pod warunkiem, że nie ruszam dupy z łóżka. Nawet siedzenie przez minutę w WC powoduje ostry atak bólu. No masakra. Do tego nie umiem przełykać. Dokładnie pod liniami, które narysowali mi brzuchu, gdzieś w okolicy końca mostka, przy każdym kęsie czuję gulę i pieczenie. Jakiś jebany armagedon...

Inna sprawa, że zepsuła się nasza Zielona Strzała. Jesteśmy bez samochodu. Da się nim dojechać do sklepu i spowrotem, ale Czabajek nie chce ryzykować dłuższych tras, bo... Może nam odpaść przednie koło. Coby było śmiesznie - w lipcu, gdy wracaliśmy z rodzicami z Katowic, popsuł się ich samochód. Stoi na parkingu przed blokiem, tak samo jak nasz pod naszym blokiem. O ile jeszcze u rodziców trzeba tylko pokombinować z olejem silnikowym (bo nam się zapalił w trasie... ;p), to koszt naprawy naszego wychodzi ponad 5k. Czyli pięciokrotnie przewyższa wartość samochodu. Stwierdziliśmy, że czas najwyższy kupić nową brykę (w sensie - trochę nowszą od Lanosika), coby chociaż jeden sprawny samochód był w rodzinie.

No i pojechaliśmy sobie w niedzielę oglądać samochodzik - według ogłoszenia igiełka, ładny, sprawny, nic, tylko brać. Podjeżdżamy, a tam stoi grat. Rdza wszędzie, wpierdala całą karoserię tak, że aż słychać chrupanie. Normalnie załamka...

Od tamtej pory oboje się poddaliśmy. Nie umiemy znaleźć totalnie nic ciekawego, mieszczącego się w naszej zdolności kredytowej. Ja leżę, Czabajek ciągle w pracy... A do wtorku musimy kupić samochód, bo nie mamy jak dojechać na chemię (a dokładniej - jak wrócić). A coś czuję, że mnie pozamiata gorzej, niż ta radio.

Dobra, koniec jęczenia. Czas podsumować Ambitny Plan z zeszłego tygodnia. O dziwo, poszedł całkiem sprawnie :)))

1. Skoczyć do fryzjera - zrobione!
Imprezę zasponsorowała Ewa. Powiem Wam, że... Rozumiem, dlaczego kobiety uwielbiają wizyty u fryzjerów. Przez dwie godziny nie interesował mnie telefon, bałagan w domu, obiad, koty, pies, mąż. Byłam sobie tylko ja i fryzjerka. Megaaa! Niżej zdjęcie wykonane przez fryzjerkę przed i po farbowaniu :)



2. Strzelić sobie nową profilówkę - zrobione! ;)


3. Zbudować bazę na balkonie - zrobione!


Baza wytrzymała trzy dni. Koty ściągnęły firankę, która robiła za baldachim, a mi brakuje sił, aby ją znowu powiesić... :/ Teraz urządzają sobie tam zabawy...



4. Kupić klawiaturę - zrobione! :)
Widać ją na zdjęciu z bazy :)

5. Zrobić dżemik i syropek - zrobione! :)


6. Wyjazd nad wodę - nie udało się :( Pogoda nie rozpieszczała.

7. Nowy abonament telewizyjny - niby zrobione, ale nie zrobione. Zadzwoniłam do operatora i dowiedziałam się, że nie da się przez telefon aż tak drastycznie obniżyć abonamentu.
Umowa się już dawno skończyła, a te skurwysynki mi utrudniają życie. Muszę się kopsnąć do salonu.

8. Oddać boczek rogówki do naprawy - nie zrobiliśmy. Jakoś nie po drodze było...

9. Porządek w szafie - odpuściłam.

10. Porządek w szafce w kuchni - odpuściłem.

Wnioski?
Nie mogę planować więcej, niż 7 rzeczy na tydzień. Zwyczajnie brakuje na wszystko siły i czasu...

Ambitny Plan na najbliższy tydzień (20-26. 08. 2018)

1. Przeżyć, kurwa.
2. Znaleźć jakiś samochód.
3. Pozbyć się dwóch koszy pełnych rzeczy do prania.
4. Porządek w tej cholerne szafce w kuchni.
5. Poukładać torby w szafie.

Tylko pięć. Mam nadzieję, że zrobię chociaż połowę...

Buziam Was mocno. Mam nadzieję, że nie znudziłam? ;)))

wtorek, 21 sierpnia 2018



Stan awaryjny

Wiem, że obiecałam notkę w niedzielę. A później w poniedziałek.
Mam Wam mnóstwo do opowiedzenia, ale wczorajsza radioterapia zwaliła mnie z nóg. Gdy tylko wrócę do jako takiej formy to się odezwę. Buziam Was mocno :*

wtorek, 14 sierpnia 2018



Ambitny plan

Ale ostatnio szybko działam :)
Ledwo przedwczoraj w ogóle wpadł mi do głowy pomysł z klawiaturą fizyczną, a już dzisiaj na niej piszę ;)
Może robi troszkę za mało "klik klik", a bardziej "klisku-klisk" (takie połączenie mlask i klik ;)), ale za to jest pełnowymiarowa i nie muszę, w końcu!, skupiać się na szukaniu literek ;D

Tak, istnieje szansa, że będę teraz częściej pisać - nie muszę już wydobywać z otchłani najgłębszej szafki laptopa, później podłączać go do gniazdka (to już lekki zabytek, bateria padła mu z 2 lata temu), a później jeszcze modlić się, żeby w ogóle zechciał ruszyć.
Teraz tylko potrzebowałbym stojaka do telefonu, bo zupełnie nie widzę, co piszę ;P

No ale jestem. Tylko chciałam pisać o czymś innym, niż moja nowa, kochana i śliczna, klawiatura ;)

Zbliża się godzina zero. Czyli chemioterapia. Jest coraz bliżej... A ja usilnie staram się wykorzystać każdą chwilę szczątków wolności. Więc podjęłam ambitny plan, czyli zrobiłam listę rzeczy, które CHCĘ jeszcze w tym tygodniu zrobić :) Wiadomo, że publiczne deklaracje znacznie poprawiają stan wykonania założonego planu, więc... Deklaruję się!

Ambitny plan (13-19. 08. 2018):

1. Skoczyć do fryzjera i trzasnąć sobie oryginalny fryz
Po podliczeniu budżetu okazuje się, że chyba będę musiała zadowolić się domowym farbowaniem, ale...  Może jeszcze wydarzy się jakiś cud i się uda ;P

2. Nowe zdjęcie profilowe
No... Chyba jako jedyna blogerka na świecie mam zdjęcie profilowe sprzed... Prawie dwóch lat ;P

3. Zbudować bazę na bakonie
Mamy fajny balkon, ale zupełnie nieużywany. Trzeba to zmienić!

4. Kupić klawiaturkę
Ha! Gotowe!

5. Zrobić dżemik i syropek
Wielki powrót do domowych przetworów :)

6. Wyjazd nad wodę
Bo w tym roku byliśmy tam tylko raz. A ja chcę się popluskać jeszcze :)

7. Nowy abonament telewizyjny
Skończyła nam się aktualna umowa i trzeba ją zaktualizować.

8. Oddać boczek rogówki do naprawy.
Chyba nie muszę tłumaczyć? ;p

9. Posprzątać w szafie w przedpokoju.
Bo zrobił się tam lekki syfek i strach ją otwierać...

10. Poukładać rzeczy w szafce rogowej w kuchni.
Po walce z molami spożywczymi, od dwóch tygodni ta szafka stoi pusta. Muszę ją na nowo zagospodarować :)

W niedzielę się wyspowiadam z tego, ile udało mi się zrealizować. Może nawet znów zrobię listę, na kolejny tydzień? :)

Zachęcam też Was do składania swoich deklaracji. W kupie siła!

Buziam Was mocno :*

niedziela, 12 sierpnia 2018



Nuda

Minęło już półtora miesiąca na zwolnieniu lekarskim. Szybko leci. No i budzi starego wroga.
Nudę.

Teoretycznie bardzo rzadko mam okazję się nudzić. I praktycznie nigdy nie zdarza się, abym na liście "to do" miała wszystko odhaczone.
No ale jednak. Mam odpoczywać. Nie przemęczać się. I w sumie, z drobnym wyjątkiem w postaci umycia okien (tak, wiem, jestem szalona z tym myciem okien 😉) to ja tylko leżę i  śmierdzę  pachnę. I szydelkuję, ewentualnie.
To jednak nie zmienia faktu, że mój wszechświat skurczył się do wielkości naszego mieszkania. Z czasowym rozszerzeniem o sklep lub, jak dzisiaj, pobliskie bajorko. Chociaż bajorkiem jest już coraz mniej, bo zarząd miasta w końcu odkrył potencjał tego miejsca. Z roku na rok dowożą coraz więcej piasku, a mieszkańcy Żor lgną do wody jak ćmy do żarówki. Niestety jest to jedyne miejsce rekreacyjne w mieście, gdzie (przy sporej dawce odwagi) można się popluskać na świeżym powietrzu.
Ja się nie odważyłam wejść do wody głębiej, niż do połowy ud - sinice doskonale znam z akwarium. Znam też skutki uboczne babrania się w nich. Nie mam na nie ochoty ;p
Ale i tak troszku odpoczęłam, postraszyłam ludzi bielą mojej skóry, a nawet latałam po plaży w najkrotszej sukience, jaką w życiu na tyłek zarzuciłam. I było mi z tym wyjątkowo mamtowdupistycznie ;D

Ostatni tydzień wolności czas rozpocząć  Jutro buduję bazę na balkonie. I koniecznie muszę sobie kupić fizyczną klawiaturę do telefonu.
Wspominałam Wam już, że nienawidzę pisać palcami po ekranie?

Pisać ma się na klawiaturze. A klawiatura ma robić "stuku-stuk" przy każdym jednym znaku.
Chyba jestem zbyt oldskulowa, co?
No ale nie umiem inaczej.
I inna sprawa, że klawiatury od laptopów też za mało stukają. I są zbyt płaskie.
Żądam dostępu Lucynków do starych klawiatur! ;)

czwartek, 2 sierpnia 2018



Zwiałam ze szpitala 😉

No. To dzisiaj byłam na oddziale onkologicznym w Katowicach.
Już mi nawet od strzału chcieli chemię dawać, ale Lucynka się nie dała.
Wybłagałam jeszcze ponad dwa tygodnie wolnego. Wracam tam dopiero 20 sierpnia.
I ni chu chu, chyba się już nie wywinę ;)
I będzie najgorszy kombos wszechczasów - gemzar z cisplatyną. Już nawet na samą myśl swędzą
mnie cebulki włosów, no ale muszę i to przetrwać.

Grunt, że dzisiaj udało się wszystko załatwić ekspresowo - o 7:40 byliśmy w Katowicach, o 8:15 pobrali mi krew, o 9:00 miałam EKG, a po 10 już byłam u lekarza, ha!
W Żorach jeszcze przed południem. Nowy rekord!
Poprzedni brzmiał "O 14:00 w domku" ;)
To aż dwie godziny różnicy.
Widać, że coś kombinują nad efektywnością przyjmowania pacjentów :)

Przedwczoraj wróciliśmy z urlopu. Byliśmy u Siostry we Wrocławiu. Nie widziałam się z nimi już ponad rok! W tym czasie przeprowadzili się do nowego mieszkania, gdzie mają aż DWA tarasy!
I jak zwykle krążyliśmy po całym mieście w poszukiwaniu wrażeń, tak tym razem siedzieliśmy na tyłkach, na zielonej trawce, i łapaliśmy zen.
Tylko jednego dnia zrobiliśmy objazdówkę. I tu wyszła na wierzch moja małomiasteczkowa dupa dusza grubaski.
No, nie ukrywajmy, zad mam zacny. W sensie - na bogato. W Żorach nie mam żadnego wyboru w kwestii ubierania - albo kupuję co jest i płacę (umiarkowanie) mało, albo wybrzydzam i mam zapłacić (bardzo) dużo monet.
Wpadam do Wroclavii, pierwszy odwiedzony sklep, i co? Wyprzedaż wszystkiego w rozmiarach "plus"! Wybór niesamowity! A wszystko po 20-30zł!
Normalnie myślałam, że zostawię tam całą wypłatę. I to nie były ciuchy w sensie "znalezione na strychu u babci Brunhildy", ale normalne, współczesne ubranka. I nabyłam sobie trzy pary spodni. I bluzkę. I dwie sukienki. Muahaha!
Czabajek doznał podobnej mentalnej szajby - Reserved i wyprzedaż T-shirtów. W markecie zwykle płacimy po 10-20zł za sztukę. A one i tak się kurczą po pierwszym praniu. A we Wrocku wyprzedaż, kuźwa. 15zł koszulka. Kurwa mać! Żyć, nie umierać!

Dodatkowa wizyta w Ikei sprawiła, że bardzo mi tęskno do nowej kuchni. Wiecie, takiej klimatycznej, ładnej, nowoczesnej. Problem w tym, że te "klimatyczne: kuchnie mają wyjątkowo mało miejsca do przechowywania. Ale trudno. Ma być mrok, industrial. Mogę nawet w tym celu poświęcić część mojej kolekcji kubków i garnków (wszystko bezkompletowe ;p).

Rozpisałam się, a tu mnie Czabajek już do sypialni woła. Żeby mu pomóc w reperowaniu łóżka, zboczuchy!
Bo podobno mój tłusty zadek co chwile deski załamuje... A co w tym najśmieszniejsze, trzy z czterech połamanych desek są po stronie Krzyśka.
No ale niech będzie, że to ja łamię dechy ;P

Trzymajcie się cieplutko. Albo chłodniutko. W zależności od upodobań ;)
Ja idę szydełkować.

Btw. Dalej marzę o krześle brazylijskim na balonie. A jakoś nie chcą produkować takich, żeby utrzymały te moje 110kg w powietrzu ;P

sobota, 21 lipca 2018



Wrócił rak, nieborak, jak go pierdolnę to ino raz!

Na fejsie pisałam już Wam, że odebrałam połowę wyników z tomografii. Było to już z tydzień temu, ale musiałam sama zastanowić się nad swoimi odczuciami, żeby w ogóle moc Wam coś na ten temat opowiedzieć.

Rak, a dokładniej przerzuty na kręgosłup mi szaleją. Miałam zajęte dwa kręgi, mam zajęte sześć. Wiąże się to pewnie z powrotem do leczenia, a także rezygnacją z pracy... ale więcej będę wiedzieć dopiero w poniedziałek, kiedy odbiorę drugą część wyników i skonsultuję się z onkologiem.

O dziwo, nie jestem załamana. W pewnym sensie trochę mi nawet ulżyło!
Jakoś od marca miałam straszne wyrzuty sumienia w sprawie mojego pracowania...
Wracałam z roboty, bez sił i chęci do życia. Nie umiałam się na niczym skupić, a bóle kręgosłupa stały się szarą codziennością. Każdy wysiłek fizyczny, nawet najmniejszy, kończył się powodzią potu, włosy miałam praktycznie non stop mokre...

I miałam schizy. Moje poczucie własnej wartości spadło do poziomu szlamu i mułu. Czy jestem aż tak do dupy, aż tak leniwa i rozpieszczona, że mi się nawet pracować nie chce?
Dlaczego reszta dziewczyn z pracy ma siły i chęci do imprez i wyjazdów, gdy ją po robocie mam ochotę tylko zakopać się w łóżku i umrzeć?!

Wszystko się wyjaśniło, gdy dowiedziałam się o nowych przerzutach.
Okazało się, że ja wcale nie wariuję, że nie jestem leniwa. Ja jestem po prostu chora.
Mogę być słaba. Mogę nie mieć siły. Moge, bo skurwiel się obudził.
I nie jest to wina mojego słabego charakteru. Nie jestem też sama sobie winna.

Do pracy nie wrócę pewnie zbyt szybko. Od trzech tygodni siedzę w domu na L4, bo jeszcze przed tomografią zepsułam sobie łapkę.
Nawet te moje ciągłe psucie się łapek może wynikać z przerzutów, bo mam zajęty niemal cały odcinek piersiowy kręgosłupa.

Brakuje mi roboty. Tęsknię za koleżankami. Za tym poczuciem, że w końcu żyję normalnie, jak każdy inny czlowiek.

Normalność może być tak deficytowym towarem!
Przynajmniej wiem, że próbowałam. I mogę być z siebie dumna, że ta improwizacja trwała aż dziewięć miesięcy :)

Trzymajcie kciuki w poniedziałek. Ja dzisiaj na kodeinie i termoforze, bo kręgosłup znowu zdechł. Ale żyję. I nie dam się :)


niedziela, 8 lipca 2018



Do pani J.

Ten tekst będzie wulgarny. I będzie ociekać jadem, żółcią i chuj wi jeszcze, jakim paskudztwem. Żeby nie było, że nie ostrzegałam.

Pewnie znacie ludzi z gatunku "jadowity" i "toksyczny".
Miałam nieprzyjemność przez większość życia być w otoczeniu takiej osoby.
Kobieta już niemłoda, wypadałoby, żeby była rozsądna, ale nie. To byłoby zbyt proste.
I tak na całym osiedlu latały ploteczki o mnie i mojej rodzinie. Ogólnie oscylowały wokół tego, że żebrzę o kasę, a żyję jak pączek w maśle.

W tym miejscu muszę Wam powiedzieć, że ludzie kompletnie nie rozumieją, jak działają fundacje.
To nie jest tak, że dzwonię i mówię:
"Pani Basiu kochana, jutro idę na imprezę i za czorta jednego nie mam butów. Rzuci mi pani na konto przelew na jakieś 500zł, bo muszę sobie nowe szpileczki kupić".
Nie nie nie. Działa to zupełnie inaczej.
Po pierwsze: trzeba te pieniądze na swoim koncie w fundacji uzbierać. Ten magiczny 1%, zbiórki, smsy, darowizny, kary sądowe. Wiąże się to z masą ulotek i wizytówek... No ale się da. Wymaga sporo wysiłku, pokory i siły psychicznej, ale nie ma rzeczy niemożliwych dla ludzi zdesperowanych.
Tutaj zaczynają się schodki: aby otrzymać refundację muszę wysłać fakturę i receptę (lub pisemne zalecenie onkologa). Ostatecznie chyba mogłabym poprosić moją Onkolożkę, żeby podbiła mi fakturę za buciki, bo przecież muszę się reprezentować godnie... ale tu stoi na drodze statut fundacji.
W statucie jest określone, co może być refundowane - zwykle są to leki, badania, wizyty u lekarzy, dojazdy do placówek medycznych i rehabilitacja.
Więc, no... No nie ma uja we wsi - nie wyciągniesz kasy z pustego konta, ani nie otrzymasz refundacji za żadne pierdoły.

Ale! Owa kobieta sądzi inaczej! Ba! Ona WIE, że jest INACZEJ!
Bo mi fundacje codziennie łóżeczko płatkami róż ścielą.
I musi o tym powiadomić cale miasto.

Po bolesnym doświadczeniu, jak bardzo toksyczną istotką jest owa kobieta, postanowiłam twardo (wraz z najbliższymi), że urywamy kontakt i tyle.

Żyłam sobie spokojnie jakiś czas. Zablokowałam na fejsie. Jest cud, miód i orzeszki.
Wiecie, jak mnie boli ząb to go wyrywam.
Jak mi chwast zarasta poletko, to go polewam jakimś świństwem, żeby go wypaliło do cna.
A jak mi rak wyrósł na trzewiach, to go potraktowałam chemią, radioterapią, operacją i wszystkim, co mogli mi lekarze zaproponować.

Jednak, ha!

Owa kobieta zaczęła zakładać kolejne konta na FB. "No i chuj z tym?" możecie zapytać.
Ano to, że sprasza do swoich znajomych moich przyjaciół. Wszystkich onkologicznych.
I jedzie dalej ze swoją krucjatą wobec mojej rodziny.

No i dzisiaj natknęłam się na jej wywód. Szedł mniej więcej tak:
"Mąż pracuje i dobrze zarabia, ona pracuje, samochód, pomoc rodziców, wyjazdy, ale ona zbiera i zbiera!".

Tak się składa, że napisała to osoba, która ma dziesiątki tysięcy długów, ale nie pracuje (ani nawet nie rozwiązuje pitów, z których wynikałby zwrot podatku), bo "i tak komornik mi wszystko zabierze".

I tu będzie list otwarty.

Droga, upierdliwa Pani J.

Mój mąż pracuje na dwa etaty, żebyśmy mieli za co spłacać kredyty. Ja pracuję, żeby mieć na opłaty za mieszkanie i jedzenie. Fajnie byłoby nie pracować, bo w sumie nie za bardzo mam na to siły, ale nie chcę zostawić całej swojej rodziny w długach, które po mojej śmierci musieliby spłacać.
Mamy samochód, owszem. Pełnoletniego Lanosa, którego DOSTAŁAM, kurwa, OD BRATA.
Mam też pomoc rodziców, bo mnie kochają, a ja kocham ich - raz oni pomagają nam, raz my pomagamy im. Od tego jest rodzina, ale tego raczej Pani nie wie, bo nawet córki od Pani uciekły.
Wyjazdy też się nam zdarzają. Raz czy dwa razy do roku jednodniowy wypad do Ustronia (15km od nas, lubię się pokąpać w Wiśle), a też raz na rok lubimy skoczyć do Wrocławia, gdzie mieszka nasza siostra. W sensie - siostra mojego Męża, ale dla mnie też jest siostrą. Nie zerwę kontaktów z rodziną w imię "udawać umierającą" (jak mi to kiedyś Pani sama doradziła). Bo chyba mówiąc "wyjazdy" nie ma Pani na myśli wypadów na Śmieszek, komunikacją miejską (darmową przecież u nas).
A pieniądze zbieram. Bo dalej mam wyrok w zawieszeniu. A wiem, że uzbieranie kilku tysięcy w parę dni to nie lada wyczyn. Ale proszę się nie martwić, po mojej śmierci nikt tych pieniędzy nie odziedziczy - pozostaną w fundacji, żeby móc pomagać innym, którym, Pani zdaniem, ta pomoc się nie należy. Bo każdy na świecie powinien spłacać przecież Pani długi za nowe mebelki, ubranka i drzwi.

A na koniec, trochę poważniej. 
Proszę się łaskawie odpierdolić ode mnie i mojej rodziny, ponieważ zaczynam zbierać dowody o nękanie i pomówienia. Jeżeli nie ukróci Pani swoich działań to spotkamy się w sądzie. Na świadków mam już pół miasta. Mam serdecznie dość.

Bez poważania
(na szczęście już była) Sąsiadka

To co, rwiemy dziada?


PS. Tak, chciałam to załatwić osobiście, ale wspomniana wyżej osoba spierdala, gdy tylko zobaczy mnie na ulicy. Odważna tylko w internetach... to i ja internetem polecę.

sobota, 30 czerwca 2018



No i trzy dychy na karku... ;)

Wczoraj miałam urodziny. Trzydzieste. Kierwa, ale jestem stara! Tym samym minęły 4 pełne lata od diagnozy. Zagrałam na nosie tym, którzy mówili "Pół roku to wszystko, na co może pani liczyć" ;)

Ale, żeby nie było zbyt wesoło...

Przedwczoraj odkryłam, że znowu nadwyrężyłam ramię. Tylko tym razem prawe. Wizyta u chirurga, L4 i mnóstwo leków, w tym przeciwbólowe.
No i super! Łyknęłam te nowe przeciwbólki i rzeczywiście: ręka niemal od razu przestała boleć!
Tylko szkoda, że dzień później obudziłam się z mega bólem brzucha (wątroby, żołądka i jelit), migreną i mdłościami.
No ale ręka prawie nie bolała ;)
Nie zmienia to faktu, że cały dzień spędziłam między kanapą a łóżkiem. Nawet odbieranie telefonów szło mi dość topornie.
Nie miałam nawet siły ucieszyć się z prezentów. A mąż mi przytachał nowe akwarium z moim wymarzonym bojownikiem! Tak szczerze to obawiałam się, że przyniesie piątego kota lub drugiego psa, a ja nawet nie będę miała siły się porządnie uradować ;)

Smutno mi, że tak wyszedł ten dzień. No i jestem wściekła, że znowu mam L4. Na szczęście moja menagerka jest świetną  wyrozumiałą kobietą i wie, że byle drobny ból mnie w domu nie zatrzyma. Zdarzało się już, że siedziałam w pracy z bólem. Albo, że odsyłali mnie do domu, bo chciałam pracować, ale nie byłam w stanie. Dobrze mieć taką przelożoną :)

Dzisiaj mija trzeci dzień bez szydełka. Umieram już z nudów...
A tu jeszcze jakieś dwa tygodnie przede mną :/

poniedziałek, 25 czerwca 2018



Zwycięstwo! Kolejne do kolekcji :)

Tak na fali mundialowych niepowodzeń, które dość mocno kładą się cieniem na nastrojach Polaków, polecę, na przekór, sukcesem.

Pierwszy raz od 4 lat poczułam, że Cherry Coke jest wiśniowa!
Tak mocno, dogłębnie, poczułam jej smak! Słodkość. Lepkość. Soczyste nuty czerwieni!
I, o dziwo!, dopiero po tym doznaniu zdałam sobie sprawę z tego, że przez ostatnich kilka lat ten narząd mocno u mnie szwankował.
Nie odczuwałam słodyczy. Owszem, wiedziałam, że coś jest słodkie, ale tylko dlatego, że zaczynało mnie mdlić ;) Teraz nawet w wodzie czuję posmak słodyczy! Nawet marchewka jest słodka!

Do tego podejrzewam, że mój węch też szwankował. Bo nigdy wcześniej wytwory kocich zadków nie cuchnęły aż tak okropnie...
I teraz nie wiem, czy mam się cieszyć, czy nie ;)

Czy Was też już zmęczył Mudial?
Lubię piłkę nożną. Z przyjemnością oglądam mecze, gdy tylko mogę (żeby nie było zbyt fanatycznie - zwykle z szydelkiem w rękach ;)). Jednak te reklamy... Mam wrażenie, że lada chwila z lodówki wyleci piłka i pierdyknie mnie centralnie w nos.
Futbol jest teraz wszędzie! Nawet w automacie z kawą są kubki z piłką do nogi. Lekka przesada.
Wszędzie dookoła krzyki. W radiu mecze. I te cholerne reklamy. Jak ja nie znoszę reklam!
Wgryzają się w mózg jak kleszcze w skórę niemowlaka. I potem chodzisz cały dzień i nucisz pod nosem "Polska biało-czerw, biało - czerwoni!". Wrrr.
Plusem powrotu naszych z Rosji jest... Rychły koniec tych mózgożernych reklam, banerów, gadżetów i rozmów.
Wierzcie mi, że od kilku dni nie rozmawiam z klientami o niczym innym, niż piłka nożna.
Już nawet wiem, co to ten legendarny "spalony" ;)
Cieszę się na mecz z Japonią. Podejrzewam, że zgodnie z tradycją, biało-czerwoni nieźle skopią tyłki tym drugim biało-czerwonym. Którzy którym to już zagadka ;)

Abstrahując od tematu - ostatnio zastanawiałam się, czy isteje jakiś kraj z różową lub fioletową flagą. Takie niedoceniane kolory!
Informuję Was oficjalnie, że Lucynkowe Imperium Szczęścia I Czułości (w skrócie - L. I. S. I. C. ;)) posiada flagę zielono-fioletową, a jego herbem jest jednorożec w szmaragdowym polu :D



Hej ho! Trzymajta się ciepło! :)

wtorek, 5 czerwca 2018



Poplątane przeznaczenie :)

Jak już wiecie, jestem rekodzielniczką z pasji, miłości i przeznaczenia. Była biżuteria, hafty... Później zaprzyjaźniłam się z szydelkiem.

Pierwszą moją myślą podczas szydełkowej przygody bylo: "W życiu nie będę robić maskotek!". Ale jakoś tak, pomiędzy serwetkami a łapaczami snów, poczyniłam zająca. Później drugiego. Później dwa koty...

Na chwilę obecną praktycznie nie odchodzę od szydełka. Zasypały mnie zamówienia na wszystko, co kudłate :)
A mi to pasuje, bo... Pokochałam to. Zwyczajnie!
Mogę nic nie robić, byle tylko mieć godzinkę na szydelkowanie :)





 Wniosek? Nigdy nie mów nigdy, bo... No właśnie :D