I po co to wszystko?


Niepełnosprawność odziera ze złudzeń. Jednym z tych złudzeń, które w sobie karmiłam dosyć długo, jest przeświadczenie, że zawsze wszystko się na koniec ułoży. Że jeżeli się nie układa to jeszcze nie jest koniec. 

Nie lubię pisać o kłopotach finansowych. Brak pieniędzy przy chorobie wydaje mi się już tak oczywisty, jak to, że słońce wzejdzie jutro na wschodzie. Mam dosyć braku stabilizacji. Mam dosyć nerwów, strachu, niepewności.
Muszę wrócić do pracy, chociaż nie mam siły. Muszę, chociaż jeszcze przez półtora roku powinnam siedzieć grzecznie w domu i się nie wychylać. 
Jestem przerażona. I bezsilna. 

Mamy 7 sierpnia, a do końca miesiąca zostało nam 50zł.

Mam ochotę strzelić sobie w łeb. Przestać się szarpać z systemem, dla którego jestem tylko ciężarem. W którym nie ma miejsca dla takich jednostek, jak ja.

Edycja:
Dziękuję Wam za tak ogromny odzew :) 
Jeżeli jeszcze ktoś ma ochotę wesprzeć nasze finanse to podaję numer konta:
53 1050 1676 1000 0090 9194 8514

Dodatkowo w zakładce "Możesz pomóc!" jest link do mojego konta w fundacji Avalon. 

Jednocześnie chcę zaznaczyć, że mamy już wystarczające środki na przeżycie miesiąca :) A nawet i na część września starczy!

Dziękuję Wam ogromnie! 
Share:

Odejść. Tego nie robi się człowiekowi.


Nie wiem nawet, jak zacząć. Nie wiem, co się ostatnio w moim życiu odpierdala. Nie wiem, czym na to wszystko zasłużyłam.
Nie wiem, ile ciosów od życia jeszcze zaniosę, ani ile bólu dam radę udźwignąć. 

Gacka, dokładnie tego Gacka, części mnie, już nie ma. 
Postanowił nauczyć się latać. Z siódmego piętra. 
Nie przeżył zderzenia z rzeczywistością. 

Mam wyrzuty sumienia, że nie dopilnowałam. Że mogłam coś zrobić inaczej. Że mogłam chociaż wcześniej zauważyć, że go nie ma w domu...
Jednak z drugiej strony mam dowód, że kociej natury nie przeskoczysz, nie oszukasz, nie oswoisz i nie ogrodzisz nawet siatką. 

W poniedziałek wieczorem, po całym dniu skuwania kafelek w łazience i wynoszenia gruzu, zauważyliśmy, że nie ma Gacka. W sumie cały dzień wszystkie koty siedziały w każdej ciemnej dziurze, bo zwyczajnie głośno było. Szybkie ogarnięcie stanu mieszkania, przegrzebanie szaf i przestrzeni pod meblami. Nie ma. Na balkonie siatka dalej wisi, w oknach też. Pewnie wyszedł drzwiami, nie? No to idziemy na klatkę i do piwnicy go szukać.
Wracamy na chwilę do domu, bo może jednak wypełzł z jakiejś nory? Wychodzę na balkon. Nic podejrzanego. Wtedy Furia wyskoczyła na barierkę, łapą ruszyła siatkę i... Naszym oczom ukazała się ogromna dziura na łączeniu siatki ze ścianą. Normalnie przegryzione mocowania. Aż mi się słabo zrobiło. 
Po dwóch godzinach, około północy, zaczęłam rozsyłać ogłoszenia. Krzysiek zasnął, a ja nie wytrzymałam w domu. Szukałam do trzeciej w nocy... Nic. 

Rano telefon od sąsiada, że w poniedziałek rano sprzątali ciało jakiegoś czarno-białego kota spod naszych balkonów. Krzysiek dorwał panią sprzątaczkę i... Ona potwierdziła, że administracja wywiozła ciało naszego Gacka.

Mogłam sprawdzać siatkę częściej. Mogłam wcześniej zauważyć, że któregoś brakuje. Mogłam wiele. Mogłam.
A w sumie guzik mogłam. 
Nie dalej, niż dwa tygodnie temu, wzmocniłam siatkę kilkoma (kilkunastoma?) trytytkami. 
Cały dzień ogarnialiśmy cholerną łazienkę.
Nie było jak pilnować stada. 

Zdaję sobie sprawę, że tysiące kotów nie miało tak szczęśliwego życia, jak nasz Gacuś. Nie miały brzuszka do wylegiwania się, szczotki do czesania futerka, pełnej michy, setek zabawek, ciepłego łóżka...
Ale kot dla mnie nie jest zlepkiem sierści, uszu, ogona i czterech łap. 
To był MÓJ kot. Tak bardzo mój, że bardziej się nie da. Nawet całkiem niedawno o tym pisałam. Gacek był częścią mnie. 
I teraz czuję się pusta. Jakby ktoś wyszarpał jakąś część mojej osobowości. 
W domu czegoś brakuje. 
Nie umiem pogodzić się z tym, że już nie zobaczę, jak do mnie biegnie, gdy tylko wypowiem jego imię. Nie będzie zaczepiał mnie łapką, żebym go poglaskała. Nie zacznie mruczeć przez sen, gdy tylko go dotknę... 
A jeszcze w niedzielę czesaliśmy się na balkonie. Krzysiek chodził po domu z Gackiem na ramieniu. Wieczorem, przed snem, cieszyliśmy się, że w końcu zaczął się dogadywać z młodą i nawet zasneli obok siebie - Furia wtulona w mój bok, Gacuś na moim brzuchu... 

A teraz go nie ma. Nie wita mnie w progu mieszkania, gdy tylko wrócę. 
Nie patrzy mi w oczy błagając, żebym wzięła go na ręce. Nikt mnie nie pilnuje. Nie chodzi za mną krok w krok. 

Mam jeszcze jakąś chorą nadzieję, że kiedyś się znajdzie. Że to wszystko okaże się pomyłką i zbiegiem okoliczności. Przeglądam ogłoszenia na olx ze znalezionymi kotami. Obserwuję profile okolicznych kocich stowarzyszeń. Może przeżył. Może gdzieś się zaszył. Może ktoś go znajdzie. 
Gdy jestem na dworze, czujnie wypatruję bialo-czarnych plam w krzakach. 
Wyobrażam sobie, jak go tulę na powitanie. Jak go całuję w ten śmierdzący pyszczek. 
I zaraz wiozę do weterynarza, bo ostatnio był na antybiotyku i sterydach.
Wiem, że to nienormalne. Chore. 
Ale trochę mi lepiej, gdy mogę go tulic chociaż w myślach. 

Ledwie otrzasnęłam się po śmierci Reksia. A teraz to. 

Nie będzie drugiego takiego kocurka. 
Gacka. Gacusia. Gackomata. Geralcika. 
Ciapatego sukinsynka.
Mojego czarnucha.










Share:

Odwagi!

Od jakiegoś czasu Mężny zaczął wyciągać mnie nad wodę. Tia, powoli już zaczynałam odchodzić od zmysłów przez to ciągłe siedzenie w czterech ścianach. I tak sobie jeździmy nad rzeki i stawy, chociaż tylko po to, aby oczyścić umysł. A ja, jako typ typowego obserwatora coś, a jakże!, wyobserwiłam ;)
Z wielką ulgą odkrywam, że kobiety, w końcu!, przestają chorobliwie wstydzić się swoich ciał. Chodzą w strojach, bikini nawet, sukienkach, szortach. Nawet babcie, którym społeczeństwo zaczęło wmawiać, że "nie wypada", latają sobie z odkrytymi brzuchami. I to jest piękne! 

Jeszcze w zeszłym roku, nad wszelakimi akwenami, królowały dżinsy, legginsy i długie spódnice, zaraz obok brzuchatych jegomościów w za ciasnych kapielówkach. Jakoś tacy zawsze, ZAWSZE mieli wystarczająco odwagi, aby latać z przedzialkiem na wierzchu. A nawet i nie wstyd im bywało komentować te mniej atrakcyjne, a bardziej odważne, elementy żeńskie.

Zaczyna się równowaga. Jestem z Was dumna, Kobietki! 

Mniej cieszy mnie wojna na linii fit łaski - grube baby. 
Pierwsze sądzą, że osiągnęły życiowy cel, bo są zgrabne i wysportowane. 
Te drugie krzyczą, że nie będą się poświęcać w imię wyglądu. 

Jak zawsze prawda jest gdzieś po środku. Ani to fitobzik zdrowy (zakrawa mi pod obsesję), ani to fatofanki zdrowe.

Kurde, a gdyby tak ludzie przestali zaglądać innym w talerze, a zajęli się czymś pozyteczniejszym? 
Takim, na przykład, myśleniem.
Samodzielnym, zaznaczę.
A to, w dzisiejszych czasach, nie jest takie oczywiste. 

Za mało w tym świecie harmonii. 
Share:

Level armagedon


Nie macie czasem wrażenia, że życie to jakaś chora gra?
Ja trafiłam na pieprzony level armagedon.
Jakiś niewyżyty nastolatek co chwilę rzuca mi do domu basen bez drabinki, czy pokój bez ścian. A w ogródku już ładnie bieli się w słońcu szereg nagrobków. I duchy latają po parterze. 
(kto grał w Simsy i kojarzy?) 

Nie było w moim życiu momentu, gdy wszystko było po prostu dobrze. 
Urodziłam się w domu, w którym z pieniędzmi było średnio na bakier. O ile do jedzenia zawsze coś się znalazło (chociaż nie raz i nie dwa w dzieciństwie usłyszałam, że "jutro nie będzie na chleb") to już o wycieczkach, jakimolwiek hobby, wyjazdach, wakacjach, koloniach czy ubraniach innych, niż z lukpeksu, mogłam zwyczajnie pomarzyć. Pewnie z nadmiaru czasu wolnego zaczęłam pisać ;)
Żeby nie było zbyt różowo, od piątego roku życia aż do osiemnastki byłam odczulana i leczona na astmę. Przebywanie na dworze w wakacje było katorgą. Nawet na słońce miałam alergię. 
Miss Polonia też nigdy nie byłam. Od zawsze miałam świadomość, że jestem zwyczajnie brzydka (starsi bracia nigdy nie pozwalą siostrze o tym zapomnieć ;)) i muszę sobie jakoś w życiu radzić bez urody. Próbowałam nadrabiać głową, charakterem, czymkolwiek. Do dzisiaj została mi z tego chorobliwa ciekawość i żądza wiedzy.

Czyli na starcie dostałam pakiet zero. Żadnych bonusów. 

Po trzydziestu latach na tym padole, mimo usilnych starań i prób, nie umiem się wydostać z tego głębokiego dna klasy średniej. Dalej nie jeździmy na wakacje, dalej jestem chora, jestem jeszcze brzydsza, niż za dzieciaka, do tego ciągle głupia, naiwna i, z każdym kolejnym dniem, coraz bardziej pozbawiona złudzeń, nadziei i marzeń.
Nie umiem się już czarnohumornie śmiać ze swojego położenia. Nie umiem udawać, że jest mi dobrze. Jest mi źle i z każdym dniem coraz gorzej. 
Pracuję dużo, długo i ciężko. Krzysiek pracuje jeszcze więcej, dłużej i ciężej. A z życia mamy tylko zmartwienia, odliczanie do pierwszego i, coraz bardziej odległe, marzenia o własnych czterech kątach. 
Wakacje? Zapomnij, naiwna ty. Jakieś kino chociaż? Dobry żart. 
Żadne z nas nie jest głupie. 
Ogarniamy jakoś syf w naszym życiu. 
Ale, z roku na rok, jest coraz gorzej, trudniej i ciemniej.
Nie mam już pomysłów, jak się wygrzebać z dna. Zacząć żyć. 

W filmach często jest tak, że bohater dowiaduje się, że ma raka i postanawia wszystko olać i zacząć spełniać marzenia. Ha! 
Zawsze w tym momencie zastanawiałam się, skąd oni biorą kasę na takie zabawy. 
Chętnie pojadę na Bora Bora. Lub Filipiny. Albo inne Hawaje. Peru też nie wzgardzę. I zawsze chciałam odwiedzić piramidy egipskie. I zobaczyć morze. Nasze, polskie. 
No i Australia. 
Australia... 

Jest jakiś sposób na przejście z levela armagedon na, nie wiem, chociażby hard?
O łatwym, lekkim i przyjemnym już nie chcę nawet marzyć. 

Z zazdrością patrzę na ludzi, którzy w życiu mają po prostu szczęście. Których żywoty są normalne. Których problemy nie są kwestią życia i śmierci. 
Nazywam ich "żyjącymi w bańce". 
Zwykli ludzie, którzy po prostu mają jakiś bonus na start. Którzy potrafią coś osiągnąć. Do czegoś dojść. 
Ja chodzę w kółko. Tak daleko, jak tylko łańcuch szpitala mi pozwoli. Moje życie codziennie się zmienia. O dokładnie 360 stopni. 

A jak ktoś mi jeszcze raz napisze, że cierpienie uszlachetnia to, przysięgam, pierdolnę go w ryj. 
Share:

Tęsknię za kształtem słów

Brakuje mi klawiatury. Ale nie takiej od laptopa, czy bluetoothowej do telefonu. Prawdziwej klawiatury, jaka była przy każdym szanującym się stacjonarnym pececie. Z wysokim skokiem klawiszy, gdzie po godzinie intensywnego pisania miało się zakwasy w palcach. Brakuje mi tego, że ta klawiatura, a nawet i cały komputer, zawsze stał w jednym miejscu. Wystarczyło odpalić i mogłam do woli galopować myślami po literach.

Teraz komputer (o ile się go ma) można zabrać wszędzie. Nasz zwykle stał złożony na półce pod telewizorem. Bateria padła mu już dawno i wymagał ciągłego podłączenia do prądu. Prawie jak stacjonarny, ale... Bez biurka to się nie liczy. 
Biurko musi być. W jednym miejscu, z tablicą inspiracji nad nim. I mapą myśli dotyczącą realizowanego właśnie przedsięwzięcia. 

Brakuje mi mojego pokoju. Mojego. Z MOIM komputerem, który nie wędrował po całym mieszkaniu, tylko stał grzecznie w kącie, na biurku, pod tablicą inspiracji. 
Takiego mojego miejsca, które byloby różowo-białe z retro meblami i mnóstwem regałów na książki. I byłaby kanapa do rozciągniecia się z lekturą, i fotel do szydełkowania, i wygodne krzesło przy cholernym BIURKU. 

Pisanie straciło swoją magię wzraz z momentem, gdy zaczęło być mizianiem telefonu po szybce. Teksty pisane bez zakwasów w palcach mają mniejszą moc. Mózg działa wolniej, gdy muszę patrzeć na klawiaturę. Przy sprzętowej nigdy nie musiałam zerkać na ręce. Tekst magicznie pojawiał się na ekranie, bez najmniejszego sprzężenia na linii dłonie-oczy. Myśli były w głowie i nagle materializowały się w pliku txt. Dodatkowo nic mi nie wciskało cholernej autokorekty. Mogłam radośnie słowotworzyć.

Chyba się starzeję.
Nie nadążam już za nowinkami technicznymi, nie chce mi się biegać za postępem. Nie lubię biegać. Nie no, kiedyś lubiłam biegać, ale nie teraz, nie w tym momencie. Chciałabym móc znowu dać moim palcom pomyśleć za mnie. 
Nie zastanawiać się, nie kombinować. 
Po prostu pisać.

Już nawet ten przeklęty laptop był lepszy od miziania szkiełka.
Czasami mam wrażenie, że jak się wystarczająco skupię to wyczuję kształt tych liter uwięzionych za szkłem.
Podobnie jak słów, które śpią zaklęte w moich dłoniach.

Kiedyś znowu ich dotknę. 

Share:

Za ciepło, żeby myśleć

Roztapiam się.
Mózg wypływa mi uszami, oczy nosem, a pory skóry robią jako prysznic. 
Zgubiłam radość życia i energię, bawię się w kota - rozkładam na kanapie wszystkie członki na cztery świata strony i wchłaniam każdy powiew płynący z wiatraczka. Obok mnie rozłożone leżą koty. Mam wrażenie, że mamy mieszkanie wykafelkowane kotami - każdy zalega w miejscu, gdzie jest najchlodniej. Przez godzinę siedziałam pod prysznicem i zobaczyłam, jak wygląda pięć kotów skupionych na trzech metrach kwadratowych ;) 
Szydełkowanie w taką pogodę nie wychodzi - ręce przyklejają się do brzucha, palce sklejają się ze sobą, a z brody kapie prosto na włóczkę. 
Dożyliśmy czasów, w których wiosna nie istnieje, a zaraz po śniegu następują upały. Jeszcze miesiąc temu leżał u nas śnieg! Tydzień temu jeszcze grzaly kaloryfery! 

Wcinam truskawki i przerzucam się na tryb letni - od dzisiaj kładę się spać o 4 nad ranem, a wstawać będę o 16. Inaczej moje życie w ogóle nie będzie miało sensu. 
Wyglądam jak naleśnik. Jak za mały naleśnik wylany na zbyt dużą patelnię. 
Brzegi mi się palą! 
Share:

Szukam Strażnika, bo trup leży na szafce

 Potrzebuję nadzoru. Znowu za dużo pracuję.
 Jest tu jakiś chętny do podjęcia roli mojego osobistego Kontrolera Czasu?
Jedni mają problem z Facebookiem, inni z Instagramem, jeszcze inni z grami lub komputerem. Ja mam z szydełkiem. Kurde mać!
Jutro będę czytać, obiecuję!

Z wieści dobrych - skończyłam chemię :)
W poniedziałek jeszcze jadę do Katowic na ocenę skuteczności leczenia, później w lipcu tomografia i przerwa minimum do września. Ha!
Bałam się, że, tradycyjnie, po przyjęciu ostatniej dawki chemii wyłysieję, a tu miła niespodzianka - włosy jeszcze mam. Jest ich malutko, ale są. I coraz mniej ich zostaje na szczotce. W środę już myślałam, że wyczeszę z czachy wszystkie kudły, bo na szczotce zostawały dosłownie garści włosów, ale jednak nie ;)
Jest nadzieja, że nie będę musiała znowu zapuszczać od zera, ha!


Gdy leciała mi ostatnia chemia, Krzysiek zdobył piątego kota. Miała mieć na imię Furia, jednak... Myszata bardziej jej pasuje ;)


Przez pierwsze dwa dni w domu była ucieleśnieniem furii. Biegała i szalała. Gryzła, drapała, prychała i furkotała. Potrafiła pogonić i zastraszyć nawet Czarka (przypominam - on waży 7,2kg i nie ma ani grama nadwagi!).
A później odkryła spanie na moim brzuchu.
W mgnieniu oka zmieniła się w przylepę!
Już drugiej nocy spała z nami w łóżku. Miałam w sumie już osiem kociaków i ona jest pierwszym, który śpi z nami dobrowolnie. Co więcej - przesypia całe noce. Zero patatajania przez mieszkanie o trzeciej nad ranem! No... chyba, że któryś z czlowieków wstanie się napić lub opóźnić pęcherz - wtedy ona też wstaje troszkę pozaczepiać i posępić o michę ;)
Właśnie leżę w łóżku, a Mysza mi na brzuchu. I mruczy. I liże mi palce :D
Często w nocy budzi mnie jej mruczenie, lizanie po włosach lub barankowanie. Swoją drogą - żaden z naszych kotów nie barankuje twarzy - tylko ona! :)
Fajna jest. Dogaduje się świetnie z Czarkiem i Ryśkiem (ustawicznie śpią wtuleni w siebie nawzajem), często też bawi się z Gackiem. Tylko z Ciemą się nie lubią.
Bardzo się nie lubią.
 Jednak trzeba wziąć poprawkę na to, że Ciema jest dziwna - potrafi ofukać nawet komara czy muchę, która lata po mieszkaniu. Albo wróbla na parapecie. Strasznie nieufna kocica ;)


Parę razy przez to Małe Białe Coś się popłakałam ze szczęścia. Wierzcie mi, że jest niesamowita. Pokochałam ją w trzy sekundy. Dosłownie :)


A teraz mniej pozytywnie będzie.
Wymyśliłam sobie, że potrzebuję w domu biurka. A że na to biurko miejsca nie mamy, to musi być składane. Nawet znalazłam pasujący wynalazek w Ikei, już szczęśliwa z życia zaczęłam kombinować, jak odłożyć sobie trochę kasy na owy stolik ścienny (stąd ten mój pracoholizm w ostatnich dniach ;)), a tu... Zonk.
Po co mi biurko, skoro LAPTOP ZDECHŁ?!
Nie da się go odpalić, nie da się strzelić mu formata, nie są się absolutnie nic zrobić. Umarł. Nie odpala.
I jak ja teraz mam napisać książkę?
Na telefonie?!

Jestem wkurzona. Jestem zirytowana.
Zła jestem.
I tyle w temacie. A pfr!

Idę wycałować myszaty pyszczek.
Share:

O tym, jak sprzeniewierzyłam się własnym ideałom

Dzisiaj będzie spowiedź. Tak, żeby Was uświadomić, że każdy ma prawo pobłądzić.
Nawet, rzekomo idealna, Lucynka.

Od pięciu lat powtarzam, że najważniejsze jest żyć powoli, uważnie i całym sobą. Być obecnym we własnym życiu. 

Aż przyszedł maj. Dokładnie rok temu zaczęłam szydełkować. I to mnie zgubiło.
Same robótki ręczne nie są złe, wręcz przeciwnie, ale podeszłam do tego zbyt ambitnie i zbyt całościowo. 

Przez ostatni rok dałam radę:
- zaniedbać przyjaźnie (przyznać się, kto jeszcze czeka na maila ode mnie?);
- zaniedbać dom, 
- zniszczyć swoje ciało, 
- porzucić wszystko, co sprawia, że czuję się żywa. 

W ciągu roku nie przeczytałam żadnej książki. Nie napisałam nawet pół rozdziału swojej książki. Nie byłam na "shopingu" z Mamuśką. Nie poszłam na basen. Nie obejrzałam spokojnie filmu. Ani razu nie poszłam sama z siebie na spacer. Chociaż kocham spacerować bez celu i powodu! 

Dlaczego? 
Bo szydełkowałam. Cały czas, po 16h dziennie. Grafik zamówień szybko się zapełnił, a ja byłam dumna, że dokładam się w liczącym się stopniu do budżetu. 
Pieniądze szczęścia nie dają, ale każdy, komu kiedykolwiek ich brakowało potwierdzi, że ich niedobór skutecznie unieszczęśliwia.

W niedzielę przejrzałam na oczy. 
Pomogła mi książka mojej dawnej przyjaciółki. Wiecie, nic tak skutecznie nie otwiera oczu jak fakt, że ktoś spełnił marzenie, które było również twoim marzeniem. Swego czasu ciągle gadałyśmy o pisaniu. Snułyśmy plany. Gdybałyśmy. 
A Anka, zamiast kombinować, po prostu to zrobiła. Napisała książkę. W rok. Skubana! 
Zmotywowała mnie strasznie. I w pięknym stylu. 

I tak od niedzieli żyję inaczej. Wolniej. 
Cała niedziela była dniem SPA. Nawet nogi ogoliłam. Z własnej, nieprzymuszonej woli. Poniedziałek calutki spędziłam z Mamą. Był ciąg dalszy SPA ;)
We wtorek i środę robiłam chustę, ale też ogarnęłam całe mieszkanie, łącznie z podlewaniem kwiatków. 
W czwartek robiłam wszystko. 
Dzisiaj kolejny raz spędziłam cały dzień z Mamą. Obrabowałyśmy pół lumpeksu ;) 
Dorwałam nawet czarną, bawełnianą spódnicę do kostek. Marzyłam o takiej od lat. I to wszystko za 6zł za kilogram szczęścia, ha! 

Czas jakby zwolnił. Jestem w stanie doliczyć się każdego dnia tygodnia.

Od niedzieli codziennie chodzę posmarowana balsamem, z umytymi włosami, nasmarowanym kremem pyskiem, uczesana i pachnąca perfumami. To nie jest takie oczywiste - nie raz i nie dwa odwlekałam prysznic, żeby dłużej popracować...
Czuję się zadbana. Nawet paznokcie mam pomalowane (dzisiaj rządzi mięta ;)). 
Codziennie czytam. Przełożyło się to na pięć (!!!) przeczytanych książek. Po jednej dziennie, chociaż nie zalegam z książką na kanapie na dłużej, niż pół godziny na raz. 

Może i zarobię mniej, może i przez to będzie trzeba zrezygnować z kilku rzeczy, ale... 
Nie chcę być pracoholikiem. 
Chcę żyć.
Powoli, cicho i nieustępliwie. 

Uczcie się na moim błędzie. Szkoda czasu na tracenie go. 

Co do książki - powstaje. Zbieram materiały. Lada dzień otworzę edytor tekstu i powstanie pierwszy rozdział.

A póki co - powoli kończę chustę ;) 
Share:

Nie lubię swojego kota

Uwielbiam naszego Czarka. Jest piękny, mądry i silny. Dziki. Straszliwie i porażająco inteligentny. 
Kocham Ryśka - głupiutkiego, naiwnego i przytulaśnego. 
Czczę Ciemę, bo jest dzika, nietykalska, a przy tym miziasta i gadatliwa. I przepiękna. 
Nie lubię za to Gacka. Stanowczo jest najbrzydszym z naszych kotów. Nie jest specjalnie inteligentny, nie ma żadnych supermocy. Jest po prostu kotem. 


Paradoksalnie - to właśnie z Gackiem wiąże mnie najsilniejsza więź. 
Każdego dnia towarzyszy mi na każdym kroku. Jest przy mnie zawsze i wszędzie. 
W jego oczach odbijają się słowa, które próbuje mi przekazać. Jego ruchy są pełne spokoju i opanowania. To mi przynosi jakieś resztki zabawek do łóżka, żeby mi się "wygodniej" spało.
Tego naszego porozumienia nie da się opisać słowami. 
Widzę, gdy coś go śmieszy. Widzę, gdy się niepokoi. Widzę, gdy się nudzi. 
Widzę, jak jest głodny. 
A gdy mam zły humor to zaczyna przeraźliwie miauczeć. I przynosi mi zabawki. 
Gdy mnie boli brzuch - on na nim leży. 
Czytamy sobie w myślach. 

Krzysiek mówi, że Gacek jest wredny. Że ma humorki. Że lubi pokazywać pazurki. 
Czasami zastanawiam się, czy nie mamy w domu czasem dwóch Gacków, bo ten mój jest oazą nieskończonego opanowania. 

Nie lubię Gacka. Tak samo, jak nie lubię pewnych cech swojego charakteru. 
Ale one są, on też. 
Taka część mnie, która ma osobne ciało, cztery łapy, ogon, wąsy i ciapate futro. I jest Gackiem - kotem o najbardziej ironicznym spojrzeniu na świecie. 


A w ogóle to on powinien mieć na imię Geralt. 
Share:

Pięć lat walki

Została jeszcze jedna chemia, a ja jej już chyba nie podołam. 


Po pierwszych czterech w tej serii strasznie wymiotowałam. Od 5 do 12 w ogóle nie odczuwałam, że jestem na chemii. 
Od 13 to jakieś piekło. 
Boli mnie wszystko, WSZYSTKO, i jest coraz gorzej. Ostatnio dochodziłam do siebie 10 dni. Teraz zapowiada się jeszcze gorsza batalia. 
Nie umiem zapanować nad bólem brzucha i pleców. Jest mi niedobrze. W kościach płynie magma. Nie widzę niemal na oczy. Od środy jedyne, co robię, to gapię się w sufit. 

Jest mi źle. Źle. Kurewsko źle. 
Weźcie ode mnie ten syf. Błagam.

Łatwiej byłoby się sprzatnąć z tego świata. Zawinąć ogonem i, jak kot, bez pytania o zgodę, zasnąć gdzieś w ciemnym kącie. Zapomnieć, odciąć się, mieć w dupie wszystko. 
Tylko wtedy całe pięć lat męki nie miałoby sensu. 

A właśnie wczoraj pyknęło mi pięć lat z rakiem. 
Share:

Wpis sponsorowany przez nieograniczone pokłady szpitalnej nudy

Statystycznie rzecz biorąc, mam pięć wycieków kroplówek na serię chemii. Czyli, statystycznie, co trzecia kroplówa się wynaczynia. Zwykle, magicznie, jest to Gemzar, chociaż w jednej serii są tylko dwa Gemzary ;)

Statystycznie mieszkaniec naszego domu ma 3 i jedną trzecią nogi. I, statystycznie, każde z nas waży 36,6kg. Czyli mamy koty z mega nadwagą, albo jesteśmy skrajnie niedożywieni.

Statystyka jest jak dobre kłamstwo - zawiera w sobie wyłącznie prawdę, chociaż ani jedno z jej twierdzeń nie jest stricte prawdziwe.

Do czego dążę?
Chciałabym zarabiać średnią krajową. A jakby jeszcze Krzysiek zarabiał średnią krajową to bylibyśmy bogaci. Bardzo obrzydliwie bogaci.

Chcę być obrzydliwie bogata i mieć cudownie obrzydliwie malutki i słodziutki domek w górach. I hodować w ogródku ogórki. I borówki. I czereśnie. I gruszki. I może winogrona?

I hasałabym nago po łące, mając w dupie podglądające mnie zające, hej!

Tak, znowu siedzę w budżecie. Namiętnie układam cyferki w słupki, a i tak mnie nie słuchają.
Brakuje mi różdżki (lub 400zl), żeby domknąć jakoś wydatki. I żeby starczyło na spodnie dla topiszącej napuchniętej chemiołykaczki.


Zawsze czułam, że będę kiedyś bogata.
No i jestem:
Nieskończenie bogata w miłość, wiarę i nadzieję.
I obrzydliwie bogata w wyobraźnię i czarny humor ;)

Share:

Fatality

Przymilkłam na parę dni. Głównie dlatego, że nawet myślenie sprawia mi ból. Fizyczny. Moje neurony są już chyba wypalone do cna.


Wyobraźcie sobie combo złożone ze:
- stanu pochemicznego (nic nie ma smaku, bolą nerki i cebulki włosów, mam mdłości z powodu połowy zapachów);
- sterydów (żołądek pali, w kościach płynie magma, a zjadłabym wszystko, co tylko nie powoduje mdłości);
- grypy (ten stan chyba znacie? kręci mi się w głowie, skóra boli przy każdym dotyku, łupie w kościach, cherlam i smarkam);
- reumatyzmu (na szczęście mija zaraz po przerwie w podawaniu chemii; czuję się, jakbym w każdym paliczku rąk i stóp miała cienką linkę stalową i ktoś złośliwie mi nią piłuje kości od strony szpiku);
- przerzutów na kręgosłupie (są mega upierdliwe przy dłuższym leżeniu... Niby same z siebie mnie nie bolą, ale przy osłabieniu napierdalają jak wściekłe);
- zmiany pogody (czyli wszystko powyższe razy pińć).

Dodajmy do tego ciągły stan podgorączkowy, koszmary senne (zawsze przy grypie takie mnie nawiedzają) i macie obraz nędzy i rozpaczy, czyli mnie.

Jednym słowem - jestem nieprzytomna. Chwilę spokoju, około dwóch godzin, mam tylko zaraz po wzięciu Gripexa. Tylko wtedy stan podgorączkowy na chwilę mija i mogę chociaż pójść się umyć. A śmierdzę jak stary troll. Pot zawsze po chemii śmierdzi, mocz też, a pocę się ogromnie przez ciągłe leżenie pod kocykiem.

Jestem zmęczona chorowaniem. Nie mam siły nawet szydełkować... A to już jest niezły wyczyn. Nawet z bolącą watrobą potrafię siedzieć i dziergać.
Teraz w ogóle nie umiem siedzieć.

A już jutro mieliśmy jechać na majówkę do Wrocławia :(
Share:

Tydzień bez Reksia

Nie jest łatwo wracać do pustego mieszkania.
Przy każdym wyjściu z domu rozglądam się za smyczą, żeby wziąć Reksia ze sobą.
Ciężko się wita z psem, którego już nie ma. Moje "Dzień dobry!" z rana odbija się od pustych ścian i podłogi odartej z psich kocyków.
Odkurzam tylko raz w tygodniu, a nie codziennie. A i tak, odruchowo, co chwilę chcę sięgać po odkurzacz.


Lucyna - Nie śmiej się. Zostawiłam sobie ulubioną piłkę Reksia.
Krzysiek - Nie śmieję się. Ja mam jego obrożę.

Nigdy więcej psa. Nigdy już nie pozwolę, aby jakiś fafik aż tak zniewolił moje serce. Nigdy.

Mówią, że żałobę po psie znosi się tak samo, jak po członku rodziny. Gówno prawda.
Po śmierci Taty wpadłam w czarną rozpacz, nie chciałam nic, tylko leżeć i płakać.
Po śmierci Reksia chcę tylko o nim mówić. Ciągle. W kółko.
Patrzę na jego zdjęcia i tak bardzo, bardzo tęsknię.

Na zdjęcia Taty dalej nie umiem nawet spojrzeć.
Share:

Cogito ergo sum

Często, gęsto mam do czynienia z atakami na moją wiarę (lub domyślny brak takowej). Nie wiem, czemu uznaje się, że jak ktoś nie jest katolikiem (lub chociażby chrześcijaninem) to jest ateistą.
Powiem to raz - nie jestem ateistką.
Jestem agnostyczką.
Dla niewtajemniczonych - agnostyzm przyznaje, że Bóg (czy Bogowie) mogą istnieć, mogą też nie istnieć, ale nie ma wystarczających dowodów na poparcie żadnej z tych stron sporu.

Homo sapiens ma około 315 tysięcy lat. Jakiekolwiek przejawy rozwiniętej kultury pochodzą sprzed 25 tysięcy lat. Daje to nam jakieś 290 tysięcy lat niewyjaśnionej historii. Czarna dziura w dziejach ludzkości.
Nie wiem, czy ogarniacie ten przedział czasowy. 
Dla nakreślenia - jeszcze 20 lat temu świat wyglądał zupełnie inaczej. Komórki dopiero wchodziły na rynek, nikt nawet nie marzył o kolorowym ekranie (a co dopiero dotykowym!). Smartfony z dostępem do internetu były czystą fantastyką.
50 lat temu na ulicach roiło się od koni i wozów, nie samochodów.
Żarówka nie ma jeszcze nawet 150 lat. 
A pierwszy parowóz powstał niespełna 200 lat temu.

A teraz porównajcie 200 lat do 315000 lat.

Do czego dążę? Mamy ogromną lukę w historii. Nie wiemy nic o kulturach sprzed Sumerów. Zastanawiam się, czy ludzkość nie była już kiedyś w tym samym momencie, co my teraz. Mogła w nim być jakieś 10 razy. 
10 razy mogliśmy wysadzić pół planety bombą atomową. 
10 razy świat mogło opanować ogromne tsunami. 
10 razy Bóg (Bogowie?) mógł zetrzeć całą kulturę w pył.

Opowiadają nam o dinozaurach sprzed milionów lat. 
Opowiadają nam o ludziach jaskiniowych sprzed tysięcy lat.
Opowiadają nam o Jezusie sprzed dwóch tysięcy lat. 
Są pewni wszystkiego, co jest odległe i niesprawdzalne. Są w stanie obrażać, nienawidzić, a nawet zabijać w imię wiary. Wiary, czysto teoretycznej. Wiary, która jest osobistą wolnością każdego człowieka. 

Nie wiemy, co się działo wczoraj, między ósmą i dziewiątą. Ani nie pamiętamy, co działo się dokładnie rok temu.
A jesteśmy w stanie ranić i walczyć w imię tego, co było sto, dwieście, tysiąc lat temu.
I to bez litości. 
Bez pewności. 
Bez dowodów. 

Niczego nie można być pewnym.
Dlatego też wolę nie zakładać, że Bóg istnieje. Albo, że nie istnieje.
Nie chcę mieć pretekstu do nienawiści. 
Nie chcę być zwolniona z obowiązku szanowania innych ludzi. 
Nie chcę być zmuszona do bycia dobrą. 
Chcę, sama z siebie, być dobrą. 
Dla każdego, kto nie zabija w imię ideałów. 

Żyję, aby nie krzywdzić innych.
A nawet, jeżeli po śmierci ktoś mnie z życia będzie rozliczał to... Zrobię wszystko, aby nie musieć się wstydzić.
Tu nie chodzi o wiarę, doktrynę ani filozofię - dobro jest ponad tym wszystkim. 
Jest uniwersalne. 

Polecam bycie dobrym człowiekiem każdemu - i chrześcijanom, i ateistom, i nawet satanistom.
Szanujcie się nawzajem, ludzie.
Szkoda byłoby oberwać bombą atomową po raz jedenasty.


Kto wątpi, ten myśli.
Kto myśli, ten jest. 
Share:

Non omnis moriar tudzież memento mori

Jest świątecznie. Od śmierci Taty jakiekolwiek święta wywołują u mnie stany głębokiej refleksji. Zwykle o umieraniu. Nie inaczej jest dzisiaj.


Tak sobie, z okazji wolnego, walnęliśmy z Tofikiem wieczór filmowy. Padło na "Bohemian Rhapsody", do którego pochodziłam, jak pies do jeża.
Musicie wiedzieć, że mój Tata miał fizia na punkcie Queena i Freddiego. I mnie tym zaraził już niemal w kolysce - gdy inne dzieci bawiły się w dom i księżniczki, ja z Agą bawiłyśmy się w koncert ;) 
Znam na pamięć całą dyskografię (czym regularnie doprowadzam męża do szału - zwyczajnie nie umiem nie śpiewać, gdy leci Queen). Znam też dobrze biografię Freddiego. I, nie ukrywam, nieco drażni mnie ostatni szał na punkcie zespołu. Nagle JEBUT i nagle wszyscy są fanami Queena. Pfr. 
Czekam na boom na Michaela Jacksona i Elvisa Presleya. Już całkiem kurwica mnie wtedy strzeli.
No ale nie o tym miało być.

Tak sobie obejrzeliśmy film. Fajny, ale bez szału. Jednak... Przeraża mnie to. 
Przeraża mnie, że tak wielu wspaniałych, wielkich ludzi odchodzi z powodu chorób. Wypadków. To jest ogromnie przytłaczające.
Nie to, żeby nie obchodziła mnie śmierć szaraczków. Bardziej myślę o tym, że... Po mnie na świecie nie zostanie absolutnie nic. Zero. Nula. 
Nie będzie nikogo, kto po niemal trzydziestu latach po mojej śmierci powie: "Skubana, na chwilę przed odejściem jeszcze walczyła". Podziwiam Mercurego. 
Podziwiam całym sercem. 
Ja się zamknęłam na świat wraz z uslyszeniem diagnozy. Nie wychylam nosa ze swojej strefy komfortu, nie robię absolutnie nic godnego zapamiętania. Całe moje życie to szarość. Nijakość. Ból. Przemijanie. 
Z moich marzeń i planów na życie nie zostało nic. Zniknęło powołanie, nawet to do pisania. Chociaż jeszcze kilka miesięcy temu wyczuwałam je pod skórą, jak drobne iskry przy zetknięciu z naelektryzowanym kocem. 
Od kilku dni zastanawiam się  co bym robiła, gdybym była bogata. Wiecie, tak obrzydliwie bogata, że nie musiałabym nic robić. Zero sprzątania, pracowania, trzymania się konwenansów. I wiecie co? 
Nie wiem. Nie wiem, co bym robiła! 
Nie wiem, pogubiłam się. W którymś momencie zapomniałam, czego chcę od życia. O czym marzę. Co kocham robić. 
Nie usiedziałabym na tyłku, tyle wiem. Na pewno nie chciałoby mi się szydelkować. Ani użerać z ludźmi. Pewnie zamknęłabym się w jakimś domku w górach, nad stawem czy innym bajorem, hodowałabym sobie konika, kilka kotów. Łaziłabym po lasach. 
Tylko... Ile bym tak wytrzymała? 
Podróżować nie lubię. Imprezować nie lubię. Chodzić na zakupy też nie. 
Nie lubię zajmować się domem. Mam wrażenie, że nic nie lubię. Mam wrażenie, że życie przecieka mi przez palce. 
Że nie tylko nie robię nic ważnego, ale że w ogóle nic nie robię. 
Zastanawiam się, ilu jeszcze ludzi na świecie myśli nad tym, że nic nie znaczy. Że jest zbyt przeciętnym, aby w ogóle zaslugiwać na dar życia. 
Tak wiele mamy w swoich rękach, a tak niewiele z tym robimy. Możemy tyle uratować, ocalić, dać z siebie, a nic nie dajemy. 

Zgubiłam swoją pasję. 
Tkwię w zawieszonym świecie.
Czas mija. 
A ja dalej stoję w miejscu.

Czy znajdę w sobie siłę, aby nadać każdemu kolejnemu dniu jakiś sens?
Żeby odnaleźć w sobie cel.
I zapomnianą magię.
Share:

O krok od końca...

Możecie być zaskoczeni, ale o włos brakowało, żebym usunęła bloga. Jakoś zachciało mi się przestać udawać, że to miejsce ma jeszcze sens istnienia.


Po czym, po przespaniu się z tą decyzją, zdecydowałam, że tylko zmienię szablon.

Po zmianie szablonu stwierdziłam, że poprzedni był lepszy. Więc zmieniłam go znowu.

Dodałam kilka nowych bajerów, które trochę mnie odciążą (ha! nawet nie wiedziałam, że takie magiczne różdżki istnieją, jestem w szoku, ile rzeczy da się zautomatyzować ;)).

No i dalej tu jestem. Taki mój kawałek podłogi.
I dalej nie podoba mi się ten różowy szablon ;)
Share:

Trudne decyzje

Istnieją takie decyzje, których człowiek bardzo nie chce podejmować. Takie, które będą nieodwracalne. I będą wracać do końca życia.



Musimy uśpić Reksia. Musimy, bo już wysiadły mu zwieracze, od ponad miesiąca załatwia się w domu. Ma sparaliżowany tylny napęd. Nawet na wózku już nie umie chodzić, bo przednie łapy są za słabe, aby udźwignąć cały ciężar ciała. Widzę, że wieczorami wszystko go boli, kilka razy wystartował do mnie z zębami, gdy próbowałam go po prostu pogłaskać. Boli, że nie umiem pomóc swojemu najlepszemu przyjacielowi. Boli, że muszę pozwolić go zabić. Zastanawiam się, co jeszcze mogłabym zrobić, jak go ozdrowić. Jak sprawić, żeby wrócił biegający za patykami pies, który zawsze był przeszczęśliwy.
I jeszcze gdyby nie te przebłyski radości w jego oczach. Gdyby nie to, że raz czy dwa razy w tygodniu jest pełen energii i szczęścia. Gdyby nie jego spojrzenie, tak cholernie pełne miłości i zaufania. Gdyby nie to... Byłoby prościej.

A nie jest. Kurwa. Nie jest.

Siedzę, ryczę jak bóbr, chociaż on jeszcze jest ze mną. Boję się wieczoru, kiedy jego już nie będzie. Kiedy stanie się tylko wspomnieniem. Wspomnieniem najlepszego przyjaciela, jakiego kiedykolwiek miałam.
Share:

Świat mi staje na głowie

Fajnie mieć ogarniętego onkologa. Wróciłam do mojej ulubionej lekarki i... Znowu zostałam naładowana pozytywną energią i nowinkami z dziedziny leczenia. Tomografia wykazała stabilizację, ale zawsze może być lepiej :D

Jako, że zdiagnozowali mi insulinooporość, co jest prostą drogą do cukrzycy, do tego rak karmi się cukrami, lekarka zaleciła mi dietę ketofenną. Podobno jedyna, na której a) mogę schudnąć, b) unormuje mi jazdy z insuliną, c) wspomoże leczenie.
Nawet się nie zastanawiam, biorę to w ciemno. W końcu może będę wymiarów, nie? A i inne plusy są na plus ;)

Już możecie mi zazdrościć żarcia majonezu łyżkami ;)

Czuję się świetnie. Ledwo wylądowałam w domu po szpitalu, a już mam ADHD. Tylko nie wiem, w co je ukierunkować ;)
Dodatkowo dzisiaj kurier przyniesie mi nowy telefon (tak, już minęły dwa lata z moją Xperią X, nie wiem nawet, kiedy ;)). W końcu będę miała czym robić zdjęcia. Do tej pory zawsze Krzysia prosiłam, żeby swoim telefonem pstrykał. I mu zazdrościłam. Teraz to ja będę mieć lepszy sprzęt, muahaha!

Share:

Tymczasem w Lucynkowie... ;)

Remont trwa. I to nie taki hop-siup remoncik, ale porządne remoncisko. Sypialnia i duży pokój już prawie prawie gotowe, pozostaje pokój gościnny, przedpokój i... Łazienka.
Z plusów - będzie wanna! Będą dluuuugie kąpiele, notki pisane w wodzie (, czczęsto takie popełniłam ;D), piana i wino sączone w bąbelkach. Z minusów - trzeba będzie ten remont przeżyć. Dwa tygodnie mycia się w misce i załatwiania się do wiadra (tak, serio serio). W akcie desperacji myślę nad ucieczką do szpitala. I to tak z premedytacją. Takie to lekkie oszustwo wobec systemu. No, ewentualnie mogę się kreować w mediach społecznościowych jako biedna chora Lucynka bez łazienki w domu. Może ktoś mi wtedy zasponsoruje jakiś hotel czy inne spa..? (tak, to był sarkazm wymieszany z ironią - nie należy brać tego na serio ;)).

Z rzeczy chorobowych to we wtorek chemia. Chyba dwunasta, ale gdzies przy ósmej zgubiłam rachubę. I nawet nie wiem, jak się doliczyć tych wszystkich chemii, bo brakuje mi w dokumentacji jakichś ośmiu wpisów. Także leżę i kwiczę. Póki jestem w stanie to będę siorbać platynkę. Chyba pomaga, bo ostatnimi czasy czuję się nadwyraz żywa i żwawa. Nawet zaczęłam znowu nadgorliwie szorować okna ;)

A teraz będzie kocio ;)
Znacie naszego Ryśka, nie?



Rysiek jest, przynajmniej był, dla nas totalną, kocią sierotą. Jak wlezie na szafę to trzeba go zdjąć, bo sam nie umie zejść. Ma lęk wysokości,zero koordynacji ruchowej, jest glupiutki i gubi się w mieszkanie średnio 3-4 razy na dobę. Trzeba wtedy głośno go wołać, żeby po głosie wylazł zza mebli ;)
Ryszarda wszystkie koty lubią - każdemu wylize pyska, z każdym zaśnie przytulony. Do michy pcha się pierwszy i nie zwaza na prychanie innych kotów. On w ogóle nie rozumie prychania, jest dosc uposledzony społecznie. A przynajmniej tak sadzilismy...

Od jakiegoś pół roku bacznie studiuję kocią behawiorystykę. Zwyczajnie chcę, żeby koty były szczęśliwe. Owocuje to obficie - nawet nasza poldzika Ciema zaczęła przychodzić się miziac. Głównym celem było zapobieganie bijatykom między Ryskiem a Czarkiem. Uwazalismy, że to Czarek jest agresorem.
Po tym weekendzie świat stanal ba głowie.
Okazuje się, że naszym kocim stadem rządzi największa sierota, jaką w życiu widziałam.
Tak, Ryszard zdominował sprytnego Gacka, zwinną Ciemkę i mega inteligentnego (i ważącego ponad 7kg...) Czarka.
Nasz kochany debilek jest panem i władcą. I to tylko dlatego, że jest na tyle głupi, żeby nie bać się innych kotów. Nie wiem sama, czy smiac się, czy płakać... :D
Share:

Gacuś na celebrytę!

Mam do Was dzisiaj prośbę :)
Wrzuciłam Gacka na konkurs na najlepszego kota w Żorach.
Link!
Proszę Was o głosy. Można głosować raz dziennie na stronie, lub nieograniczoną ilość razy smsem.

A teraz udowodnię Wam, że Gacek rządzi :)







Tak. Gacuś jest typowo moim kotem :D
Share: