wtorek, 30 grudnia 2014



HATE!!!

Czasami mam ochotę załatwić sobie jakiąś siekiere, maczugę, karabin... tasak chociaż i zapierdolić każdego w tym jebanym szpitalu. Sił brak, witki opadają. Sama nie wiem, co jeszcze. Przyjeżdżam z samego rana, tylko po to, aby ignorować mnie aż do godziny 12. Lekarz mówi, że platyny dzisiaj nie będzie. A jednak wypisuje na nią zlecenie. I marzenie o trzygodzinnej chemii poszło się paść na zieloną łąkę. Chemię podłączyli około 14. Skończy się po 22... Ale nie dam się tu zamknąć na noc. Tylko ścieknie mi tabliczka Mendelejewa to śmigam do domciu. Nawet, jeżeli mam wrócić o północy. Nie chcę tu dzisiaj zostawać...
W słuchawkach napierpapierdziela Korn. Wysysam życie z woreczków.
Ssssssss....
Odnalazłam w sobie młodzieńczy bunt, nastoletnią nienawiść.
Więcej Korna.
To gdzie mój tasak?

poniedziałek, 29 grudnia 2014



Transakcje wiązane ;)

Koty mnie molestują na potęgę. Ciemka przyciamkała mi się do dłoni (i nie przeszkadza jej wcale to, że ciągle tą ręką ruszam), a Gacek uparcie próbuje mi pokazać, że on jest ważniejszy niż jakieśtam małe coś, co trzymam w rękach i uparcie się w to wlepiam. Koty bardzo nie lubią elektroniki odciągającej uwagę od nich samych ;) Próba jedzenia sałatki w takiej konstelacji spełza na niczym - koty muszą sprawdzić mi każdy kęs. Takie są dobre i kochane, że nie chcą, aby ich pani się czymś otruła ;) Ponadto Gacek miał wczoraj pierwsze przygody z fajewerkami. Na początku patrzył na nie oczarowany. Dopóki jedna z petard nie wpadła na nasz balkon, kiedy on akurat leżakował na parapecie. Biedny dalej ma traumę ;) Przez kilka godzin po zdarzeniu był jeszcze w szoku i, z przerażeniem w oczach, siedział na ziemi i uparcie obserwował okno. Za to teraz boi się każdego hałasu. A Ciemka poluje na ubrania w pralce, które właśnie się piorą ;) Ot, poranek jak każdy inny. Jeszcze Kawaler poszedł do pracy... a mi pusto w domu. Przywykłam przez ostatni tydzień do porannej kawki i śniadanka w jego towarzystwie.

Już jutro mój mężny przestanie być dwudziestokilkolatkiem, bo stuknie mu trzydziecha ;) Jak na złość jutro rano akurat jadę na chemię i wrócę dopiero w środę. Głupia konstelacja zdarzeń. Ciekawe, jak zniosę sylwestra na pochemicznym kacu. Niby planujemy tylko skromną domówkę dla paru znajomych, jednak miło by było, gdybym nie zasnęła przed północą ;)
Parę tygodni temu, gdy zaczęłam coraz wyraźniej odczuwać poprawę swojego samopoczucia, zaczęła mi chodzić po głowie idea uczenia się. Musicie wiedzieć, że uwielbiam się uczyć. Może i studia przerwałam, ale za to zdałam na 100% egzamin zawodowy na technika BHP (w mojej szkole takie stuprocentowe ewenementy zdażały się raz na pięć lat ;)) i ze świetnymi wynikami zostałam wizażystką/stylistką. Może teraz kosmetologia? Przez jakiś czas nawet byłam na dwóch kierunkach, właśnie na wizażu i kosmetologii, ale niestety pani dyrektor nie dotrzymała słowa i zajęcia się w większości pokrywały. Nie dałam rady z pracą i jednoczesnym nadrabianiem zaległości ;) Tylko muszę poszukać jakiejś dobrej szkoły w okolicy, bo do Katowic, gdzie wcześniej się uczyłam, nie dam rady dojeżdżać. Myślę, że byłaby to super odskocznia od alienowatej rzeczywistości :)
Tylko jaki kierunek? Kosmetologia? Administracja? Księgowość?
Marzeniem byłaby weterynaria, ale w Żorach mnogę o tym zapomnieć...
Ale coś wybiorę :) I zacznę od nowego semestru :)
Uh. Pralka skończyła prać, a ja boję się wyjąć z niej pranie. Guz pod miednicą dosyć mocno ogranicza moje zdolności ruchowe...
Przed Świętami postanowiłam zrobić coś ze swoją liniejącą szopą. Nie chce do końca wypaść, ale też nie wygląda zbyt gęsto. Dałam Kawalerowi trzy kolory do wyboru - blond, czerwień i czarny. Blond wykluczył stanowczo, co do reszty dał mi wolną rękę ;) Na przekór wybrałam czarny ;P
Konsekwencje czerni na łbie?
+ włosów wydaje się duuuużo więcej!
+ mniej widać prześwity
+ krótkie włosy zdają się być świadomą decyzją, a nie efektem wypadku (każdy przecież może przez przypadek wpaść pod kosiarkę ;))
- przy myciu włosów widać, ile ich tak na prawdę wypada... pływająca na powierzchni wody warstewka czerni nie wygląda zachęcająco
- moje brwi wyglądały blado...
Ustanowiono zatem transakcję wiązaną - hennę brwi!
Po kilku minutach walki z sypkim proszkiem i wodą utlenioną udało się osiągnąć cel.
+ mam brwi!
- gdzie moja penseta...
To ja już chyba skończę z metamorfozami, co? ;)
A już dzisiaj, uwaga uwaga, odbieram okularki! :D

niedziela, 28 grudnia 2014



Czwarty dzień Świąt

Tradycyjna już pobudka w środku nocy. Wstać, ogarnąć krwotok z nosa, wypić ze dwa painkillery. To może coś skrobnę, hm?
Dziwnie się w tym roku Święta skonfigurowały... Zamiast Wigilii i dwóch dni, mamy Wigilię i cztery dni Świąt. Zwykle już przy drugim dniu mam absolutnie dość. Ale nie tym razem! Teraz świętować mogę jeszcze i następny tydzień. Dlaczego?

Bo spokojnie jest. Uzyskałam stan absolutnej nirwany. Zaczęło się od odebrania wyników z tomografii bebechów. I od tamtej pory nie rusza mnie absolutnie nic. Nawet zepsuty komputer (stłuczona matryca) nie zachwiał moim stoicyzmem na zbyt długo. Co do winnych kalejdoskopu zamiast ekranu w moim laptopie - winnych tak de facto brak. W wigilijny wieczór komputer stał jeszcze na szafce, w świąteczny poranek był już na ziemi. W nocy nie odnotowaliśmy żadnych hałasów. Teorie są dwie, łamane przez trzy. Brzmią: Mikołaj wychodzący przez okno lub Gacek/Ciemka konwersujący ze swoim cieniem. Jako, że dowodów winy któregokolwiek z wymienionych brak, postanowiłam nie być Grinchem i uchyliłam się od wymierzenia kary. Po co psuć niemal idealne Święta?

Dlaczego "niemal"? Ech. Sprawa z gatunku "skomplikowane" i "temat tabu". Zdradzę tylko tyle, że pierwszy raz w życiu nie zobaczyłam się w Święta ze swoimi braćmi. A pierwszy raz w życiu Święta w ogóle mnie interesują. Mając bombe zegarową w trzewiach troszkę inaczej się postrzega świat. I kłuje, cholibka...
W okolicy Świąt działo się kilka ciekawych rzeczy.
Jadę z Jeszcze Kawalerem skądśtam dokądśtam, grunt, że jazda w tym momencie polegała na staniu na czerwonym świetle. Drogę przecina nam Aleja Zjednoczonej Europy.
Jeszcze Kawaler - Patrz, jak ten sk*****l dopierd**la!
Rzekł moj luby roździawiając uroczo swój pyszczek.
Ja - Noooo... A tu ograniczenie do pięćdziesięciu!
W tym momencie, jak na złość, światła turn out z czerwieni na soczystą zieleń. I ruszyliśmy z kopyta.
JK - Jak do pięćdziesięciu? Do siedemdziesięciu!
Ja - Nie... Do pięćdziesięciu!
I taka jałowa sprzeczka trwała dobrą minutę (rekordowa długość naszej kłótni - zwykle odpuszczam po trzydziestu sekundach). Wtem...
JK - Widziałaś to?!
I następuje pińcet rzeczy na raz: kawaler zjeżdża na pobocze, samochody dookoła jeżdżą dalej jak opętane, ja się miotam w te i wewte nie wiedząc, czy kogoś przejechaliśmy, czy coś zgubiliśmy, czy odpadła nam jakaś newralgiczna część samochodu, czy może Jeszcze Kawaler musiał bardzo pilnie skoczyć pod krzaczki. Widzę go kątem oka jak przebiega między samochodami niosąc w rękach sporą piłkę. W geście zwycięstwa, z mega bananem na pyszczku, podnosi nad głowę... jeża, który ogarnięty świąteczną gorączką pomylił trawnik ze środkiem ulicy.
Różowy półpłynny jednorożec kontra macho: dwa do jednego.
Jako, że moje oczyska ostatnio stroją fochy i a) ciągle są przesuszone, b) bez przerwy coś w nie wpada, c) ślepnę na potęgę, postanowiono - trzeba odwiedzić okulistę. No to się zebrałam do takowego. Po wstępnych oględzinach oczków przez lornetkę, zostaję zaproszona na krzesełko ustawione przed tabliczkami z literkami i cyferkami. Okulista zasłania mi lewe oczko i jedziem z czytaniem. Trzeci rządek od dołu poszedł nawet sprawnie. Dorzucił mi ze dwa szkiełka i nawet przeczytałam ostatni rządek! No to zmiana oczków.
Okulista - No to proszę czytać.
No to nie było takie proste. Ogniskuję wzrok, skupiam się, namyślam, ustalam największą cyferkę na tablicy.
Ja - No to będzie... Obstawiam siódemkę?
Okulista spojrzał na mnie z ukosa. Dorzucił jakieś szkiełko do metalowych okularów osadzonych na moim nosie.
Ja - O, to jednak dwójka, ale psikus!
Po dłuższej chwili kombinowania (przygody pod tytułem - nie widzę, rozmazuje się, karuuuuuzelaaaa, dlaczego widzę podwójnie) następuje test generalny. Następuje odsłonięcie obu oczek iiii...
Ja - Pan mi coś dolał do wody? Dlaczego widzę trzy tablice?! I czemu wszystko tańczy?
Trzy tablice były od początku, tylko dwóch z nich nawet nie widziałam... Ale efektu tańczenia nie pozbyliśmy się nawet przy czwartej konfiguracji szkiełek. Lewe oczko mam tak słabe, że ostatni rządek mogę wsadzić już tylko w strefę marzeń. Po zaledwie czterech miesiącach chemii...
Ale już jutro odbieram okularki i, uwaga uwaga, będę WIDZIEĆ! :)))
Przez Święta wydarzyło się też parę rzeczy niesamowitych. Dla przykładu - "paczka" od mojej slawistyki kochanej (kilka lat temu, w innym świecie, studiowałam dwa lata czeski ;)), paczka od pracowników przychodni (gdzie zaczęła się moja przygoda z alienem, kiedyś opowiem Wam dokładnie) i... niemal tysiąc złotych uzbieranych na koncie Fundacji. Jak jeszcze powiem Wam, że przyszedł przelew z ZUSu, chociaż nowa opinia orzecznika jeszcze nie jest prawomocna, to... no brak słów. Życie potrafi zaskakiwać :)))
Dziękuję Wam wszystkim bardzo bardzo bardzo!
Staliście się wszyscy mecenasami spokojnych Świąt, podczas których nie musiałam się absolutnie niczym martwić... :)
I będę miała okularki! Będę WIDZIEĆ! :D

wtorek, 23 grudnia 2014



Pierwsze prawdziwe Święta

Właśnie wstawiłam piernik do rozgotowania. Czyli moczka, mój kulinarny debiut, właśnie się tworzy. Zastanawiam się jak przebrnę przez etap "zrobić zasmażkę", bo takowej też jeszcze nigdy nie robiłam, ale jestem dobrej myśli. Pięknie pachnie w domu. Korzennie. Świątecznie.

Pierwsze Święta na swoim już za pasem. Po raz pierwszy w pełni rozumiem ideę Świąt. Nie chodzi tu o prezenty, jedzenie, pokazówkę. Tu chodzi o rodzinę. Pięknie jest świętować kolejny rok w tym samym składzie. Dopiero, gdy człowiek walczy o życie, takie sprawy stają się zupełnie jasne i klarowne. Bo, niestety, nie jest oczywistym to, czy w przyszłym roku znów będziemy wszyscy razem. Życie lubi płatać figle.
Zrobiło się melancholijnie, a zupełnie nie o to mi chodzi. Jest radość, jest pozytywna energia i masa optymizmu. Tylko ciężko się gotuje, gdy miednica strzela, strzyka i napierpapierdziela. Ale grunt, że pachnie w domku. W naszym domku :)

Za chwilę przybędzie mój Jeszcze Kawaler. Wieczorem pichcimy bigos. Kolejny debiut kulinarny. Ciekawe, jak nam się uda... ;) Zresztą - to i tak nieważne. Ważne, że zjemy go razem. Nawet, jeżeli nie wyjdzie ;)

Wam na Święta chcę życzyć dużo ciepła, radości, zażegnania starych sporów i niepojawiania się nowych waśni ;) Spełnienia marzeń, zdrowia, wsparcia, wiary i siły. Pamiętajcie, że każdy dzień jest cudem! A Święta to wyjątkowo magiczny i cudowny czas... :)

piątek, 19 grudnia 2014



Wspaniałe wieści, emisja Interwencji, pochemicznie i przedświątecznie :)

Wróciłam właśnie do domku po chemii. Po raz kolejny zostałam na noc. I tym razem już stres był mniejszy, ale wyspałam się gorzej, chociaż dłuuugo spałam. Do tego pielęgniarka dziwnie wbiła mi wentyla (robocza nazwa wenflonów ;P) i nawet ciężko mi się wyszywało, tak bolał skurczybyk :/ No ale już po. I tylko troszku mi się flaczki przewracają... I jestem baaaaaardzo śpiąca, mimo dwóch wypitych kaw :/



Po prawej na blogu znalazł się namiar na fundację "Gwiazda Nadziei". MOJĄ FUNDACJĘ! Przygarnęli mnie bez zbędnych formalności, super sprawa :) Wcześniej chciałam się zapisać do innej fundacji, ale przeraziła mnie lista koniecznych dokumentów... Nie mam siły na papierologię. A tu poszło bezboleśnie :) Będzie za co się leczyć! Hihihi! :D

Pewnie teraz część, na którą najbardziej czekacie ;P
Odebrałam wczoraj wyniki tomografii bebechów i... pierwszy raz popłakałam się ze szczęścia nad badaniami :D Tomografia mówi, iż:
alieny na wątróbce zmniejszyły się o 20-40% :)
zniknęły zwapnienia na płucach
węzły chłonne śródotrzewnowe zmniejszyły się o ponad połowę (!)
i, najważniejsze,
zniknął guz z trzustki! (był olbrzymi, prawie 3cm) pozostawił po sobie tylko zwapnienia :)))

I teraz zapytam orzecznika z ZUSu - chemia paliatywna, taaaak? :]

Z gorszych wieści - guzy w kręgosłupie dalej siedzą. Ni hu hu, aby chciały zmaleć. A bolą coraz bardziej, więc za tydzień zaczynam brać nową kroplówę, taką typową na kościozjadacze ;) Zostało mi jeszcze 5 chemii. Potem mam zapowiedzianą radioterapię na kręgosłup, a potem chemię albo na wątróbkę, albo na kości. Zależy, jak zareagują na przysmażanie radioterapią ;)

Teraz druga część, na którą pewnie czekacie ;P
"Interwencja" na Polsacie :)

Odczucia? Po pierwsze - super zmontowany :) Rozczuliłam się bardzo widząc płaczącego Tatuśkowatego. Mamuśkowata się trzyma twardooo.
Ale, o dziwo, najbardziej ruszyła mnie część z moją byłą pracodawczynią i kolegą z pracy komentującym w tle. Spędziłam na tej stacji trzy lata życia. Uwielbiałam tą robotę. Wszyscy mnie namawiali, aby zmieniła pracę, bo niebezpieczna, bo nocki, bo płaca nie najlepsza, bo stać mnie na więcej, ale... ale ja zwyczajnie kochałam tą stację. Nową szefową (ona jest na tej stacji krócej ode mnie, pracowałam jeszcze pod poprzednim prowadzącym stację i od sierpnia zeszłego roku byłam pracownikiem z najdłuższym stażem natej konkretnej stacji) bardzo polubiłam. Mamuśka nawet była troszkę zazdrosna, że widzę w szefowej autorytet, widzę w niej siebie - samozaparcie, zmotywowanie, nacisk na osiąganie zamierzonych celów. Na początku choroby bardzo mnie wspierała. A tu słyszę, że zwolniła mnie, bo... bo mogła. Bo jest przepis. A co ze mną? Jestem kolejnym przepisem? Kruczkiem prawnym? Aż kusi mnie, aby skoczyć do sądu pracy z ośmioma miesiącami przepracowanymi na zleceniu. Ale wtedy stałabym się taka jak ona. A chyba już tego nie chcę.

A teraz, dla rozluźnienia atmosfery.
Wpadł dzisiaj rano ksiądz na wizytację na salę. Ja nie biorę udziału w takich minimszach, bo jestem dość mocno antyklerykalna. Ale chciałam się do niego miło uśmiechnąć. Speszył się jakoś, dziwnie na mnie spojrzał i... uciekł. Aż poszłam do łazienki sprawdzić o co chodzi.
Dopiero tam zrozumiałam, że mój miły uśmiech wyglądał raczej jak "zjem cię, dziadu!" :D Po chemii straaaaasznie się puchnie, ledwo oczy można otworzyć. I to własnie tak wyglądało - gremlin skrzyżowany z Gollumem :D



 Może ksiądz uwierzy w elfy? ;)

niedziela, 14 grudnia 2014



Walka z pokusą

Ciasta z kruszonką to bardzo wredne i przebiegłe bestie. Najpierw kuszą owocowym nadzieniem i zapowiedzią raju w pysku, a później atakują układ oddechowy odłamkami kruszonki. I człowiek chodzi po mieszkaniu i dusi się niedoszłą rozkoszą przez, dokładnie, 12 minut i 48 sekund. Nie wspomnę już o tym, że lubią odkładać się w newralgicznych miejscach ciała w postaci tłuszczu. Mam nadzieję, że Mamuśkowata dodała do tego jabłecznika jakiś składnik x, który sprawi, że ciacho osadzi się na klatce piersiowej. I nie mówię tu o brudnej bluzce ;)
Jesteśmy po wizycie ekipy z Polsatu. Jeszcze Kawaler padł mi na kanapie jak mucha złowiona przez Gacka (jeszcze macha łapkami przez sen!), a ja zafiksowałam się na oglądaniu reklam i krzyczeniu "a tu było cięcie!". Oj, aktywny to był dzień, aktywny. Sama padam na pyszczek, ale...
...ale to ciasto dalej mnie wzywa...
I jak tu zasnąć?!
Nie... nie spocznę póki nie zwyciężę nad resztą kruszonki! Nie dam się udusić przez sen!
Zatem?
Om nom nommm!

piątek, 12 grudnia 2014



Świątecznie i rachunkowo

Wczoraj z Jeszcze Kawalerem ubraliśmy choinkę :) Ugina się aż od nadmiaru ozdób, a tu jeszcze trzeba w nią wpleść kilogram cukierków. Nie wiem, jak to zrobię... ale lubię wyzwania! ;P
W domku zrobiło nam się bardzo świątecznie... A jeszcze w środę rano nie było pewności, czy Święta w ogóle w naszym domku zagoszczą. Dzisiaj, po wypłacie Kawalera, już wiem, że by nie zagościły, gdyby nie pomoc Ludzi o wielgachnych sercach.
DZIĘKUJĘ DZIĘKUJĘ DZIĘKUJĘ!

Bez Was nie mielibyśmy za co nawet żarełka kupować, bo... Już wyjaśniam.
Kawaler przyniósł wypłatę. Z zapartym tchem otwieramy kopertę, szczęśliwi jak dzieci. To już u nas rytuał. Przeliczyliśmy kasę i... i szczęście nas opuściło. Liczyłam na co najmniej cztery stówki więcej. Dzisiaj dokonałam kilku przelewów i już wiem, że z wypłaty zostało, UWAGA UWAGA, sto polskich złotych. Dobrze czytacie. STO. Krótki, konkretny wyraz. A już na ZUS w tym miesiącu liczyć nie mogę. Fajnie, nie? ;)


Mam dla Was kilka rad. Posłuchacie albo nie. Ale to płynie prosto z serca i jest przetestowane przez Doświadczaną Przez Los, czyli moją skromną osóbkę.
Jeżeli już bierzecie kredyt to ubezpieczajcie go. Wydaje się, że te dwadzieścia kilka złotych to majątek, ale nigdy nie wiecie, co los przyniesie. Ja też byłam pewna, że nie zachoruję i nie stracę pracy. A jednak. Nieważne, czy masz 20, 30, 40 lat - alieny zawsze mogą czyhać przyczajone w czeluściach Twojego organizmu!
Karty kredytowe to zło. Każdy to wie. Ale... jeżeli mądrze wybierzecie i mądrze będziecie korzystać to, wierzcie mi, może Wam taka karta tyłek na dwa-trzy miesiące uratować. Ja tak miałam. Kredytówka leżała sobie grzecznie nieużywana "na czarną godzinę". Gdybym takowej nie założyła w czasach przedalienowatych to prawdopodobnie parę miesięcy temu bylibyśmy na lodzie, gdy przez miesiąc nie dostałam ani grosza z ZUSu (błędnie wypełnione L4, które latały sobie po świecie celem wyjaśnienia różnicy wizualnej między 4 a 9 - każdy te cyferki pisze inaczej; po co wyjaśniać, że pesel zaczyna się od 880629 a nie 880624, skoro obok widnieje jak byk data urodzenia - 29. czerwca... ZUS rządzi!).
Ubezpieczajcie się. Na różne, różniste okoliczności. Ja byłam głupia i tylko planowałam się ubezpieczyć, a zawsze jakoś brakowało czasu. Żałuję - moja wina, moja wina, moja bardzo wielka wina.
I, najtrudniejsze, oszczędzajcie. Nie muszą to być wielkie sumy, wystarczy jakiś plan oszczędnościowy, który zaokrągla kwoty przy płatności kartą, a różnicę wpłaca na subkonto. Parę razy takie "zaskórniaki" też nam tyłek ratowały. A tego się zupełnie nie odczuwa przy zakupach!

I pamiętajcie - wyprzedaż w obuwniczym przed wypłatą nie jest czarną godziną! ;P

Młoda (czyt. Ciemka, czyli nasza mała kociczka) nauczyła się wchodzić na kaloryfer i parapet. Niestety jeszcze nie opanowała sztuki schodzenia. Właśnie byłam świadkiem, jak "zjechała" po firankach. Dobrze, że Mamuśkowata tego nie widziała, bo kocham Ciemkę i chciałabym, aby żyła ;)

Z wieści medialnych - będziecie mieli nikłą przyjemność ponownego podziwiania mojego napuchniętego pyszczka w telewizji. W niedzielę odwiedza nas ekipa "Interwencji" z Polsatu. Robi się grubo, bo to już telewizja ogólnopolska. Zaczynam bać się tego, co będzie się działo na moim fejsie. Już teraz mam zatrzęsienie. Chyba zmienię ustawienia widoczności profilu w wyszukiwarce. Przynajmniej na jakiś czas. Póki afera z ZUSem i moim alienem w roli głównej troszkę nie ucichnie...

A teraz lecę wyszywać. Zamówienia mnie gonią, Święta coraz bliżej... Udanego weekendu!

środa, 10 grudnia 2014



Jestem gwiazdą! Muahahaha! (ironiczno-sarkastyczny śmiech mode on)


Tak, pojawił się program ze mną w roli głównej... niestety emisja programu w tv mnie ominęła, ale na szczęście, jest już dostępny w internecie. Uwaga uwaga...
...tylko pamiętajcie, że kamera dodaje 5kg, a ja, z nerwów przed nagraniem, zżarłam ich chyba z pięć ;)

Klik!

Odczucia? Źle mi z tym, że wyszłam na marudną, zapłakaną i w ogóle poddaną dziołchę. Wiecie przeca, że tak nie jest. Czasami tylko się podłamuję, ale to są momenty wyjątkowe, które należy wyciąć ;)
Dwa - wkurza mnie lampa odbijająca się od czaszki. Pewnie tego nawet nie zauważyliście, ale ja to WIDZĘ!
Trzy - opowiadałam Wam tyle o kuchni, możecie ją podziwiać w pełni ;)
Ale ale!
 Niedługo remont! Podciągniemy pod remont przedpokoju, którego koszty właściciele mieszkania nam zwrócą :)

Ogólnie jestem raczej zadowolona. Reportaż nie wyjaśnia zawiłości całej sytuacji, ale pokazuje, że coś w systemie jest nie tak. O to chodziło :)

Gorzej mi z tym, że potwierdziło się to, co codziennie zauważałam w lusterku. Choroba zmienia, strasznie. Oczy jakieś takie wyłupiaste, skóra odbijająca kształt oczodołów, cienie pod ślepkami, pucki wypełzły straszne, włosy... no litości. Łapię doła. Gdzie są moje rysy twarzy? Gdzie kości policzkowe, które odziedziczyłam po Mamuśkowatej i które uwielbiałam? Z rozrzewnieniem zaczęłam przeglądać zdjęcia, starsze i nowsze. I coś jest wybitnie nie tak. Ważę dokładnie tyle samo, co przez ostatnie 4 lata... A całe ciało jest jakieś takie... Nalane? Spuchnięte? A na swój pyszczek nie mogę patrzeć :(

Na dowód - zdjęcie sprzed choroby, z moimi ukochanymi warkoczykami. Kiedyś znowu będę mieć takie włosiska... ;)


Do tego dogrzebałam się nawet do zdjęć z wyprawy do Pragi. Ach... Praga! Jeżeli istnieje jakieś miejsce, gdzie czuję się w pełni sobą i w pełni należna do miejsca, w którym się znajduję, to jest to właśnie Praga...


I ja kilka lat temu - szczęśliwa, radosna, nieświadoma tego, że alien już trawi moje trzewia...


I mi się jakoś nostalgiczno-melancholijnie zdobiło :(

wtorek, 9 grudnia 2014



Pierwsze trzydzieści lat dzieciństwa

Bajzel znów z rozmachem wpełzł do naszego mieszkania. Błądzi po kątach, a ja niewidzącym wzorkiem tylko odprowadzam go od ściany do ściany. W dużym pokoju wielki karton na środku, w papierach wszelakich miszmasz (a posprzątać trzeba, bo w czwartek mam wizytę domową orzecznika z ZUSu... yeah, będą drugi raz orzekać o moim stanie zdrowia, chociaż podobno miało wystarczyć pierwsze orzeczenie; wniosek z tego płynie jeden - na rentę sobie jeszcze poczekam, będziemy jeść karton z dużego pokoju - dlatego żal go wyrzucić ;)), suszarka z praniem już nie musi suszyć prania od kilku dni. A pranie rośnie tak, że kosz już ma swoje piętra. I robi się mało stabilna wieża. Kuwety kocie... nie, oszczędzę Wam w tym wypadku szczegółów. Pościel w sypialni do wymiany, a drugi komplet jeszcze niewyprany. Za to w kuchni syntezuje się już nowa generacja transformersów, szczególnie w lodówce. Odstawianie tam wszystkiego "żeby się nie zmarnowało" ma przykre konsekwencje. Ale z drugiej strony - skoro istnieją sery pleśniowe to dlaczego nie ryż tudzież makaron pleśniowy? Hm?
Jestem bardzo złą i bardzo chorą kurą domową. Nie nadaję się do tego. Nie chce mi się łamane przez nie mam siły, bo chyba znowu spadło mi żelazo. W tym momencie łyk łyk łyk multiwitaminę i czekam na natchnienie do ruszenia zada z pseudokanapy (złożonej, jak już wspominałam, z mojego starego łóżka i dwóch metrów bieżących gąbki).

Ale ja nie o tym chciałam.
Podobno pierwsze dziesięć lat dzieciństwa jest dużo łatwiejsze, niż jego kolejne dwadzieścia lat, bo nie trzeba udawać, że jest się dorosłym. Święta za pasem, w telewizji masa reklam zabawek, a ja tylko udaję, że nie kręcą mnie klocki Lego, różowiutkie lalki Barbie i te śliczne zestawy ubranek dla lalek. Ale jedno marzenie dalej tkwi we łbie, odkąd miałam 6-7 lat. Panował wtedy wielki BUM na lalki z porcelany, wszyscy je mieli, niektórzy duuuużo. Pamiętam u jednych znajomych od rodziców - dziewczyna miała ze sto takich miniaturowych laleczek. A mnie zazdrość łapała jak diabli, bo nie pozwalała mi ich nawet dotykać. Od tamtej pory mam awersję do imienia "Gosia". Do dzisiaj pamiętam ten żal i wściekłość, że nawet nie mogę ich dotknąć! Ale za mną chodzi inna lalka. Była do kupienia w sklepie "za balkonami". Miała długie, kręcone, blond włoski, czarny berecik, śliczny pyszczek, do tego granatową sukieneczkę w kratkę, z fartuszkiem, skarpetki do kolan i buciki. I była śliczna! Taka z 40cm, ze stojaczkiem, na którym mogła sobie przycupnąć. A rodziców, no cóż, nie było na nią stać. Bo te laleczki do tanich nie należały... Marzyłam o tym, aby szyć Ali (tak jej dałam na imię) ciuszki i z nią sobie rozmawiać. Godzinami stałam przy gablotce i się na nią gapiłam. I marzenie zostało, po 20 latach nie chce wyblaknąć. Ale to chyba byłoby nienormalne, aby mając 26 lat kupić sobie lalkę? Chłop by mnie zabił śmiechem. Na szczęście nie ma czasu czytać bloga, bo drwiłby ze mnie przez kilka dni ;)

No cóż. Udawanie dorosłej nie wychodzi mi najlepiej. Widać po stanie mieszkania. To może ja jednak wstawie to pranie?

poniedziałek, 8 grudnia 2014



Kryzys

Oj, dawno mnie już tak chemia nie sponiewierała. Cały dzień przeleżałam w łóżku, a i tak zasypiam na kanapie. Nie wspomnę o tym, że zaalienowana wątroba postanowiła przypomnieć mi, że istnieje i że mam się leczyć i o siebie dbać. W gębie powstała znowuż Hiroszima, nogi napuchły jak wielkie golony gotowane w piwie, a prawie ramie daje objawy złamania. Nie lubię sponiewierających chemii!

Wracam do leżakowania. Świat poczeka, aż będę zdatna do użytku. Prawda?

piątek, 5 grudnia 2014



Pierwsza akcja pt. "Szpital Onkologiczny"

Ha! Przeżyłam pierwsze lądowanie na chemii na oddziale onkologicznym. Psychicznie nieco ciężkawo było - no bo to już nie jest leczenie raz dwa i po krzyku, a jednak pełna noc w szpitalu. Ale jestem bardzo zadowolona - chemia skończyła mi się już jak spałam, pielęgniarka mnie obudziła około północy. Później około 3:00 lekkie sensacje żołądkowe pt. "sok bananowy był bardzo złym pomysłem, trzeba się go pozbyć i to szybko", ale jedna strzykawa lekarstwa i byłam jak nowa, spałam aż do 8! Co mi się nie zdarza w szpitalach, zwykle pierwsza na sali wstaję :)

Dzisiaj rano odwiedziła nas dietetyczka (!). Pierwszy raz spotkałam się z dietetykiem, który po prostu chodzi po salach i odpowiada na pytania. Rozmowa dała mi niezłego kopa :) Podobnie książka, którą wysłała mi znajoma jeszcze z czasów liceum... I tak myślę, że to chyba czas najwyższy troszkę o siebie zadbać. Wcinanie samych lodów, czipsów i czekolady zbyt zdrowe nie jest. Aż mam ochotę wtrynić kawałek sałaty z oliwą i pomidorkiem ;P Poza tym, oficjalnie obiecuję, zacząć się troszkę ruszać. Od pół roku niemal ciągle siedzę na tyłku, a to też zbyt fajne nie jest. Ale zmienimy to. Mam idealnego trenera w postaci Jeszcze Kawalera (tudzież jeszcze trenera w postaci idealnego kawalera? ;)). Razem damy radę! :)))


Poza tym ZUS przysłał zapomniane uzasadnienie nieprzyznania świadczeń rehabilitacyjnych. Ponad dwa tygodnie po orzeczeniu lekarskim. Coś czuję, że to telewizja im przypomniała, że coś pominęli...
Mamuśkowata właśnie wraca z ZUSu. Podobno już udało się złożyć wniosek na rentę. Teraz czekać, aż rozpatrzą i aż prześlą jakąś kasę. Podobno czasami trwa to nawet do trzech miesięcy.
No cóż. Pozostaje produkować dużo kolczyków :) Bo budżet znowuż napięty. Zapomniałam, ile kosztuje jeżdżenie samochodem - sześć kursów do Katowic, trzy tankowania i znowu na rezerwie siedzimy. Ale damy radę. Damy. Musimy!

Pozdrawiam cieplutko w ten zimniasty dzień!

wtorek, 2 grudnia 2014



Niedosyt.

Najpiękniej pisze mi się w głowie, gdy jadę gdzieś w dal, a obrazy przemykają za oknami. Już tak kombinuję, że może w celu pisania notek będę robić kursy po mieście naszą darmową komunikacją miejską? Bo tylko wysiadam z samochodu i... następuje pustka we łbie.

Tomograficznie rzecz biorąc odebrałam wyniki zeszłotygodniowych badań. No i... jest lepiej, a na pewno nie jest gorzej ;) Zaginął mi jeden przerzut z ramienia! Malutki był, ale upierdliwy. I dopiero jak przeczytałam (a dokładniej - jak nie przeczytałam o nim ani zdania) zdałam sobie sprawę z tego, że lewe ramie już dawno mnie nie bolało :) Poza tym węzły chłonne okołoprzeponowe dalej powiększone, oba urosły o 2mm. Dalej też posiadam dodatkową śledzionę. Potrzebuje jej ktoś? Oddam, tanio ;)

Dzisiaj ciąg dalszy badań, tym razem bebechy. Pojechaliśmy z Tatuśkowatym i robiliśmy dużo zamieszania. Bo my jesteśmy takie zamieszańce dwa, ciężko nas umiejscowić w jednym miejscu. Szczególnie, gdy w tym miejscu piździ niemiłosiernie! Były się popsuły odrzwia w szpitalu i mięliśmy lekką Syberię na korytarzu. Stópki dalej mi nie odtajały...

Dalej krew mi z nosa ciecze jak z naszego pękniętego węża prysznicowego. I nie wiem, o co mu chodzi. Jakiś okres ma czy co?

Czuję dziwny niedosyt świata. Mam ochotę coś porobić, coś zepsuć, coś... coś... COŚ!

A w ogóle to niedługo Święta. Ciekawe, czy do tego czasu dostanę rentę. Miło by było. Bardzo.
Mamuśkowata dzisiaj wylądowała w ZUSie w Rybniku i... zgadliście, znowu nic nie załatwiła. Ostatnio źle wypełniony był druk RP-7 z ostatniej pracy, teraz błędnie wypełniony jest druk RP-7 od poprzedniego pracodawcy.
Dalej jestem bezrobotna, bezrentowa, bezużyteczna.
I jak tu się cieszyć z nadchodzących Świąt?