środa, 26 kwietnia 2017



Kolejny rozdział

Pewnie zauważyliście, że ostatnio nieco zmienia się tematyka bloga. Przyszła taka konieczność.
Gdybym miała pisać tylko o moim chorowaniu to w tym momencie, aż do połowy maja, blog świeciłby pustkami.

Kilka dni temu stwierdziłam, że w tej mojej chorobie musi być jakaś misja.
Przecież ten cały rak i historia z nim związana to jedna wielka Mission Impossible.

Rak dróg żółciowych u dwudziestopięciolatki? Niemożliwe!
Przerzut na trzustkę, który znika? Niemożliwe!
Przerzuty na kręgosłup i nie jeździ na wózku? Niemożliwe!
Przeżyła magiczną granicę dwóch lat od diagnozy? NIEMOŻLIWE!

Niemożliwe jest też to, że nie leżę teraz w łóżku.
Siedzę na ziemi, wciśnięta między drabinę a kartony. Zalatuje mi tu lekko farbą. Kieckę zresztą też mam całą umorusaną.
A przecież jestem sama w domu, bo Mężny na delegację pojechał.
Nie leżę, nie kwiękam, chodzę sama z piesem, latam na zakupy, gotuję sobie jedzonko i jeszcze rewolucjonizuję mieszkanko (bo ciężko to nazwać remontem, ot, drobne, kosmetyczne zmiany tu i ówdzie ;)). No i codziennie joguję.
Jestem od jakiegoś czasu bez leków przeciwbólowych. Jedynie szwy pooperacyjne jeszcze potrafią mi porządnie dokopać.
Nie zwijam się z bólu.
No dobra. Zwijam się dzisiaj. Chyba coś sobie zrobiłam z nóżką, bo boli jak trzaśnięta. Drabiny to złooo!

No więc tych "niemożliwe" jest strasznie dużo w moim życiu.
Dla innych to niemożliwe, dla mnie to zwykła, ukochana codzienność.
Chciałabym przekazać całą swoją wiedzę światu.
Nauczyć ludzi cieszyć się, kochać, śmiać, radować, wariować, popadać w szaleństwo.

Bo to nie jest tak, że ja się taka urodziłam.
Byłam dość depresyjną nastolatką. Może nawet nieco agresywną. Później byłam arogancką młodą dorosłą.
W 2009 roku postanowiłam, że się zmienię. Tak w myśl cytatu:
"Zmień się, zanim będziesz musiał."

Nie spodobał mi się ten cytat. Nie znosiłam go.
Dręczył mnie, siedział za oczami, brzęczał w uchach jak komar, którego nie da się zabić.

Podsumowałam swoje życie.
Podstawówka? Zbyt inteligentna i poważna, aby mieć przyjaciół.
Gimnazjum? Zbyt inteligentna i agresywna, aby mieć przyjaciół.
Liceum? Zbyt wystaszona, aby przejawiać przebłyski intelektu.
Studia? Zbyt głupia i beznadziejna, aby przetrwać.

Potrzebowałam zmiany.
No i czytałam te wszystkie ebooki, książki, gazety, artykuły, blogi, serwisy. Wszystko. W każdej wolnej chwili, a miałam tych chwil sporo, bo studia odpuściłam.
Jednak dalej sądziłam, że zmiana mi jest niepotrzebna.

Wyczytane literki z czasem się uaktywniły. Zaczęły pulsować w moim mózgu, nabierać kształtów. Nie chciały już siedzieć cicho. Ale je wytłumiałam.

Aż dostałam diagnozę. Trzy miesiące leżałam plackiem.
Może to była depresja?
A może potrzebowałam dużo czasu, aby myśleć? Najlepiej nieruchomo, gapiąc się w sufit.

I nagle wybuchło.

Stałam się. Narodziłam się.
Jestem.
Ja, pewna siebie, zadziorna, szczera do bólu i niemal niezniszczalna.
Nigdy nie byłam tak odporna na czynniki zewnętrzne, a zarazem nigdy nie byłam tak otwarta na świat.

I tutaj pojawia się moje poczucie misji.
Może nie potrzebujesz zmiany już, teraz, natychmiast.
Ale musi być taki moment, kiedy ktoś lub coś zasieje Ci w głowie takiego malutkiego, wrednego komara. Małe ziarenko, które kiedyś wykiełkuje.
Chciałabym rozsiewać właśnie te ziarenka.

"Niemożliwe" to moje drugie imię.
Chciałabym, aby łechtało moje ego tak, jak kiedyś wszelakie przejawy wyjątkowości, które gdzieśtam w życiu mi się pojawiały.
Ale to "niemożliwe" jest takie trochę smutne, trochę tragiczne. Ale dalej jest niemożliwym.
Od niemożliwego do cudu już tylko jeden, malutki kroczek...

"Gdy wszyscy wiedzą, że coś jest niemożliwe, przychodzi ktoś, kto o tym nie wie, i on to robi."
Albert Einstein

Jak widać, niewiedza czasem popłaca... ;)


* * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * *
SMS na numer 75 165 o treści: POMOC 6742
czyni mój świat lepszym :)

poniedziałek, 24 kwietnia 2017



Joga dla duszy

Dzisiaj spróbuję pokazać Wam, jak kupić sobie szczęście (da się!).


Idziecie do sklepu, nic Wam się nie podoba. Na pocieszenie kupujecie apaszkę, która i tak ląduje na dnie szafy, nigdy nie używana. Za każdym razem, gdy sprzątacie szafę, oglądacie tę apaszkę piętnaście razy z każdej strony. Co czujecie? Żal, że wydaliście kasę na darmo? Poczucie winy, że tej apaszki nigdy nie nosicie? No właśnie. Ale żal wyrzucić, bo przecież sztuka funkiel nówka nieśmigana.
Już nie wspomnę tu o kupowaniu za małych ubrań ("kiedyś w to wejdę!"), albo kolejnej czerwonej szminki do kolekcji ("kiedyś będę malować usta tylko na czerwono!"). Zasada jest taka sama.
Poczucie winy i wytykanie sobie błędów, które unicestwiają możliwość używania tego przedmiotu.

No dobra, ale mamy tu problem pt. "gdy już będę doskonały".

Muszę Cię zmartwić: 
już jesteś doskonały, tylko sam tego nie widzisz.
To stos niedopasowanych przedmiotów przysłania Ci widok na samego siebie.

Czyli co zrobić?
Pozbądź się wszystkiego, co Ci się nie podoba.
Pozbądź się wszystkiego, co na Ciebie nie pasuje.
Pozbądź się wszystkiego, co wywołuje u Ciebie poczucie winy.
Rzeczy odłożone na "kiedyśtam" zacznij używać już teraz.

Bo czy "kiedyśtam" nadejdzie?

Przed chorobą miałam bardzo szczegółową wizję siebie latającej w sukienkach. Kolekcję kiecek powiększałam metodycznie... ale nigdy ich nie nosiłam.
Ta czerwona była na specjalne okazje, ta niebieska zbyt zwracała na siebie uwagę, żółta jest zbyt wyzywająca, a czarna jest za ładna i szkoda ją zniszczyć.
Pochorowało mi się. Gdy tylko wypełzłam z marazmu... Zaczęłam w TYCH SAMYCH SUKIENKACH latać po domu.
Poprawiam sobie humor swoim odbiciem w lustrze.
Uśmiecham się sama do siebie, gdy widzę majtki przebijające przez żółty materiał.
Czarna kiecka ma już wypalone Domestosem dziury (właśnie w niej teraz siedzę!).

No, zniszczyły się. No i co z tego? 
Kupię nowe. Na pewno kupię, bo sukienki uwielbiam!
Lepiej je zanosić na śmierć, czy skazać na dożywocie na dnie szafy? :)

Jest jeszcze jedna sprawa.
Sybstytuty.
Często, gdy czegoś pragniemy nabywamy wszystko, co nam chociaż odrobinkę przypomina nasze marzenie.
Są takie perfumy Thierrego Muglera, co się zwą "Alien".
Chorowałam na nie latami. A że diabelstwo drogie, bo prawie cztery stówki, to kupowałam wszystko, co mi je przypominało.
Aż w pewnym momencie odkryłam, że mam 25 buteleczek pseudoperfum. Każde po minimum 20zł... No, już miałabym ukochanego Alienka!
Metodycznie odkładałam po 50zł. Po pół roku miałam Muglera na swojej półeczce :)

Było to cztery lata temu. Od tamtej pory nie kupuję już perfum na oślep. Mam ulubione trzy-cztery zapachy, a nad nimi góruje Alien, którego jeszcze mam :)

Inną sprawą był tatuaż.
Od szesnastego roku życia marzyłam o tatuażu, ale... wiedziałam, że nigdy się na niego nie odważę.
Bardzo chciałam zadowolić mojego Tatę. A on, odkąd tylko pamiętam, nienawidzi tatuaży.
Nie zniosłabym jego dezaprobaty, zawsze chciałam widzieć ten błysk dumy i zadowolenia w jego oczach. 
No to zrobiłam sobie kolczyk w nosie. W uchu - pierwszy, drugi, trzeci, kolejne dwa... Dużo w każdym bądź razie. I ciągle to nie było to. Czułam się niekompletna.
Aż nadszedł wrzesień 2013 roku.
Zapisałam się na termin. Pojechałam. Zrobiłam.
I przez kolejne pół roku chowałam mojego feniksa pod koszulkami, żeby Tatko tylko nie widział ;) Przestałam się kryć dopiero, gdy się wyprowadziłam. I to też nie tak od razu, bo z 3-4 miesiące minęły.
W sumie Tata prawie rok żył w nieświadomości ;)

Jak się dowiedział to prawie płakał. Był załamany.
Ale... minął rok, drugi. Historia z chorobą i zakażonym portem dożylnym, który musieli mi usunąć. Teraz symetrycznie do feniksa (który jest pod lewym obojczykiem) mam bliznę pod prawym obojczykiem.
Tata siadł naprzeciwko mnie. Popatrzył.
"Ładnego masz tego feniksa."
Dalej patrzył:
"Na tej bliźnie musisz sobie jakiegoś kwiatka wytatuować.".
Myślałam, że zemdleję z wrażenia :D

Jeżeli więc boicie się reakcji otoczenia na spełnianie Waszych marzeń to powiem Wam tak:
osoby, które Was kochają i akceptują, zaakceptują każdą Waszą decyzję.
A zdaniem kogokolwiek innego nie ma sensu się przejmować :)

Zostawiam Was sam na sam z przemyśleniami.
To jak z tą czerwoną szminką? Malujemy? :)

* * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * *
SMS na numer 75 165 o treści: POMOC 6742
czyni mój świat lepszym :)

sobota, 22 kwietnia 2017



O słoniu, który uczy się latać - I - schudnij!

Kilka dni temu na FB wrzuciłam swoje zdjęcie w starych spodniach. Zaraz wrzucę je i tutaj, ale najpierw kilka faktów.

Schudłam ponad 30kg. Brzmi imponująco, nieprawdaż?
Ciekawa jestem, o ile zmienicie zdanie po przeczytaniu tego wpisu ;)
Dzisiaj będzie wstęp do całego procesu odchudzania. Bo to jest proces. Nie da się schudnąć szybko i skutecznie, a do tego przyjemnie. Kiedyś wymyśliłam taki schemat:
SZYBKO i SKUTECZNIE nie będzie PRZYJEMNIE
SZYBKO i PRZYJEMNIE nie będzie SKUTECZNIE
PRZYJEMNIE i SKUTECZNIE nie będzie SZYBKO

Od Was zależy, jaką drogę wybieracie.

Decyzję o odchudzaniu podjęłam w styczniu 2016 roku. Daje to jakieś 2kg na miesiąc. Powoli, ale nawet nie czuję, że jestem na diecie ;)

Na początek mam dla Was zadanie. Przez tydzień zapisujcie, co jecie. Obok tego, co jecie napiszcie, jak jecie - w pośpiechu, w poczuciu winy, w złości, czy może po prostu jecie? Może z przyjemnością?
Koniecznie też piszcie, jak się czujecie po posiłku.

Z moich obserwacji wynika, że poczucie winy niweczy wszelakie próby schudnięcia.
To takie "ale", które neguje wszystko, co pojawiło się przed przecinkiem.

Prawda objawiona numer jeden:
Wszyscy muszą jeść!

Nie możesz się obwiniać o kostkę czekolady. Czy nawet tabliczkę czekolady.
No co? Stało się. Wyciągnij wnioski, podciągnij spodnie i biegnij dalej.
Jeżeli często Ci się zdarzają takie wpadki to... rozważ kwestię tego, czy na pewno chcesz schudnąć. Brzmi trochę jak profanacja, jednak każdy słonik czy hipcio wie, że bycie grubym ma swoje plusy. Np. zwykle jesteśmy pozytywnie odbierani w społeczeństwie, grubaska każdy lubi, bo niby jesteśmy zabawni i sympatyczni.
Może zwyczajnie to lubisz, a decyzja o zbiciu wagi jest pochodną opinii społeczeństwa?

Decyzja musi być tylko i wyłącznie Twoja. Inaczej nie ma sensu nawet zaczynać.

Prawda objawiona numer dwa:
Odchudzanie polega na jedzeniu, nie głodowaniu!

Dobrze czytacie. Stosując głodówkę wysyłasz ciału wiadomość: "Mamy głód, kiepsko z żarciem, trzeba magazynować". Jedząc mniej niż 2000 kcal dziennie sam sobie zakładasz pętlę na szyję.
Podobną bzdurą jest omijanie kolacji, czy jedzenie 5 posiłków na dzień.
Ciężko banana czy pomarańczę nazwać posiłkiem ;)
Umówmy się: mamy trzy posiłki i w pizduuu przegryzek.
Idealne jest szamanie co trzy godziny.
Śniadanie do godziny po obudzeniu, kolacja na godzinę lub dwie przed zaśnięciem.

I tak, jak wstaję o ósmej rano to mam taki rozkład:
8:00 śniadanie
11:00 drugie śniadanie
14:00 przekąska
17:00 obiad
20:00 kolacja
23:00 szamunek nasenny

Chodzę spać o północy (zwykle). Co ma na celu ten szamunek? Żeby nie wstać z zasuszonym żołądkiem ;)

Idealnie byłoby zamienić przekąskę z obiadem, ale niestety chłop mi późno z pracy wraca, a ja wolę jeść razem z nim ;)
Prawdziwymi posiłkami tutaj są, uwaga uwaga, śniadanie, drugie śniadanie i obiad.

Na śniadanie mamy coś rozkurczającego żołądek. Dajmy na to owsianka z owocami.

Drugie śniadanie to kanapka. Albo sałatka owocowa.

Przekąska to zwykle owoc, aby odzyskać trochę energii przed wieczorem.

Obiad to obiad ;)

Kolacja. Ciężki temat ;) Najlepsza jest sałatka warzywna. Albo surówka. W sezonie potrafię opierniczyć wielką michę sałaty z jogurtem. Albo pół ugotowanego kalafiora. Ogólnie stawiamy tu na warzywa.

Szamunek to plaster twarogu, serek wiejski, jogurt naturalny, szklanka kefiru bądź maślanki.

No i o co chodzi z tym ciągłym jedzeniem?

Chodzi o to, aby nie czuć głodu.
Głód naszym wrogiem jest!

Początkowo trzeba się pilnować, żeby się nie nażerać, nie napychać, nie objadać. Ciężko mi powiedzieć, ile masz jeść, bo to kwestia indywidualna. Sam musisz ustalać sobie limity i je zmieniać wraz ze spadającą wagą.

Trzydzieści kilogramów temu moje śniadanie było pół litrem gęstej owsianki. Dzisiaj to szklanka owsianki dosyć luźnej.
Wtedy na drugie zżerałam trzy kanapki, teraz jedną.

Taki tryb jedzenia ma jeszcze jedną zaletę - nie czujesz osłabienia. Wręcz przeciwnie!
Energia człowieka rozpiera, do tego nie odczuwa ciężkości typowej dla przejedzenia.

Zostawiam Was w tym miejscu. Macie czas na przeanalizowanie, ile na prawdę jecie, kiedy jecie i DLACZEGO jecie.
Wbrew pozorom szamanie ma zwykle podłoże emocjonalne.
Po jedzeniu czujemy się szczęśliwsi.

Odchudzanie polega na znalezieniu szczęścia w czymś innym, niż jedzenie!

W następnej części napiszę Wam o trickach, które skutecznie stosuję od dłuższego czasu. Coś w stylu "jak odchudzić jedzonko bez uszczerbku na smaku" ;)

Ach, obiecane zdjęcie!


Proszę. Lucyniasta w jednej nogawce swoich starych spodni.
Ktoś jeszcze we mnie wątpi? :)

* * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * *
SMS na numer 75 165 o treści: POMOC 6742
czyni mój świat lepszym :)

czwartek, 20 kwietnia 2017



Znowu od nowa, i znowu i znowu i znowu... Powtórz ponownie.

Był taki czas, gdy byłam sobie zorganizowana. Owy czas trwał jakieś cztery miesiące. Po czym nastąpiło DUP i JEBOOOOT (czyli operacja), miesiąc laby, a nawet półtora miesiąca.
Teraz nie poznaję ani mieszkania, ani bloga, ani lodówki, ani nawet swojego umysłu.

O czym mówię?
O tym, że marnuję strasznie dużo czasu. Weźmy, dla przykładu, dzień dzisiejszy.
Jestem okropnie zmęczona robieniem niczego. No bo, bądźmy szczerzy, skoczenie na pocztę (20 metrów?), zrobienie po drodze zakupów, następnie ugotowanie mrożonych pierogów, zbyt wymagające nie było.
A ja jestem wykończona. Głównie myśleniem. Planowaniem.
Zmarnowałam cały dzień na robieniu niczego.

Nie byłoby w tym nic złego, gdybym rzeczywiście odpoczęła. Ale nie!
Jestem wyczerpana.

Obserwacja samej siebie doprowadza mnie do niemiłych wniosków:
- znów za długo siedzę na FB,
- za dużo klikam w linki odsyłające do stron o wszystkim i niczym (tzw. skarbnice wiedzy zbędnej),
- za długo myślę, zanim coś zrobię (no dobra, jeszcze wstawiłam zmywarkę, wyczyściłam kotom kuwetę, odkurzyłam i umyłam zęby - nawet na długi, relaksujący prysznic "nie znalazłam czasu"...)
- ściągam jakieś dziwne aplikacje, które zaraz odinstalowuje,
- jestem uzależniona od anonimowe.pl - stanowczo.

Nie lubię tracić czasu. Nie w sposób, który nie generuje mi poczucia spokoju i odpoczynku.
Nicnierobienie ma być świadome i odprężające, koniec kropka.

No to zbieram się znowu do kupy, ściągam z niebałaganki planer żywieniowy (polecam! cały tydzień niemyślenia o obiadach!), wracam do trybu sprzątania "pół godziny dziennie", a (niby wisienka na torcie) wracam na poważnie do pisania.
I nie chodzi tu tylko o bloga. Szykuje się fajny projekt poboczny (podkręcam napięcie, podkręcam ;)). Taki, w którym mam sporo do powiedzenia. I dla sporej ilości osób moje słowa mogą być pomocne.
Czemu by nie?

Plan był taki, aby położyć się o jedenastej spać, wstać o ósmej i wziąć się hardo do roboty.
Ehem. Dochodzi północ.

Oj... Przede mną dłuuuuga droga...
Mam cichą nadzieję, że nie tylko moja organizacja czasu leży i kwiczy. Przyjemniej kwiczeć w stadzie, nieprawdaż?

* * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * *
SMS na numer 75 165 o treści: POMOC 6742
czyni mój świat lepszym :)

wtorek, 18 kwietnia 2017



Święta, Święta i po porządku... ;)

Przekichane.
Najpierw człek sprząta przed świętami, coby czysto bylo.
Po świętach jedyne, co można zrobić, to znowu chwycić za odkurzacz i posprzątać.

Rogówka rozłożona, ława zastawiona szklankami, gary się piętrzą w zlewie.
Hm... Standardowy obraz powojenny ;P

W środę pisałam maila. Dosłownie stało tam "Znikam do wtorku, bo jak Mężnego nie przypilnuję to ocknę się w momencie, gdy zacznie mi coś wiercić lub piłować...".
Nie myliłam się. Już w czwartek i piłował i wiercił.
Ale narzekać nie będę, bo doczekałam się dodatkowych półeczek w kuchni!
Kuchnie mamy maluśką, więc każdy centymetr kwadratowy powierzchni do przechowywania jest na wagę złota. A mam aż TRZY dodatkowe półki, haaa!!!

Poza tym znowu przesadzałam kwiatki. No i siałam zielsko balkonowe. I leniłam się na maksa.

Dzisiaj koniec tego dobrego, zabieram się za pracę.
Ale najpierw...


Czas na kawę :D


* * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * *
SMS na numer 75 165 o treści: POMOC 6742
czyni mój świat lepszym :)

czwartek, 13 kwietnia 2017



Nocą, gdy nie śpię...

Tiaaa, znowu spać nie mogę, memłam się w rozkopanej pościeli już drugą godzinę i NIC.
Morfeusz chyba zasnął. Też chcę!
Póki co - rozrabiam ;)



Wiosna się powoli panoszy w naszym mieszkanku. Zasiałam roślinki na balkon, przesadziłam część kfiotków, kibicuję rzeżuszce w kiełkowaniu, dwa razy dziennie odkurzam (leni się cała ferajna, ze mną na czele... tyle, że ja w nieco innym sensie ;)), a i arbuza już szamałam.
Niech no tylko przyjdzie sezon!
Będę wpierdalać żreć arbuzy, ogórki, truskawki, porzeczki i czereśnie kilogramami.
Normalnie wszamam cały targ. I sałata na deser!

Już niedługo, mówię Wam!
Jeże się obudziły (yhym, była już pierwsza tegoroczna akcja zielonego Lanosa pt. "hamulec do dechy, awaryjne i przeprowadzamy jeżyka na drugą stronę").
W Żorach mamy zatrzęsienie tych ostrych, słodziutkich kuleczek. Podejrzewam, że pół krajowej populacji jeży mieszka właśnie tutaj ;)

Na smaczek i dobranoc rozmowa z Mężnym:
K - Kto idzie dzisiaj z Reksiem?
Ja - Mój mąż.
K - Kto to?! Nie znam!

Kilka minut później.
J - Wolisz ryż czy makaron?
K - Ziemniaki.
J - A kto obiera?
K - Moja żona!
J - A kto to? Nie znam.
K - Dobra. Ryż.

(Czasami aż przeraża mnie nasze wzajemne zadziorstwo. A nawet wredotyzm.
Chyba tylko dzięki niemu jeszcze się nie pozabijaliśmy... ;))

Muszę zacząć spisywać te nasze rozmówki, bo zapominam czasami całkiem smakowite kąski.

Oho. Ktoś puka.
Morfeuuuusz! Miło Cię widzieć!


posted from Bloggeroid

sobota, 8 kwietnia 2017



I zimno i pada i ciemno i pada i pizga i pada...

Ha! Odzyskałam telefon, muahahaha!
Tak, wróciłam. I znowu będę Was zadręczać swoją nachalną obecnością. I gnębić Was będę, napastować, wkradać się do Waszych oczu każdym jednym środkiem internetowego przekazu..! ;)

No. Tak poza tym to jakiś tydzień temu (z okładem) zawitałam na Raciborskiej, w sensie - u onkologa.
I gówno niczego ciekawego się nie dowiedziałam. Tomografia w połowie maja (z premedytacją tak późno). I w sumie póki nic się natarczywego dziać nie będzie to mam spokój.
Chyba czas dzieci robić trochę poużywać życia :D

Marzy mi się jakaś wyprawa w dzikie ostępy. Problem w tym, że pada.
I pada.
I jak nie pada to piździ.
Jak nie pada i nie piździ to:
a) Mężny pracuje,
b) budżet nie przewiduje zmian, gdyż zaistnienie zmian gwarantuje upadłość majątkową ;)
A tak chociaż weekend nad jakimś bajorkiem, albo w lesie, albo w górach.
Albo w lesie nad bajorkiem i w górach.
Pogapić się. Pooddychać. Zapomnieć się.
Zatańczyć na golasa bosaka na trawie. Zawyć do księżyca. Poparzyć się pieczonym ziemniaczkiem.
Czujecie ten klimat?
Normalnie dżaźni mnie już siedzenie w domu.
Brzuszek niemal zagojony, czasem tylko plunie lekko krwią (wszo pod kontrolą). No i boli, gdy pada.
A pada.
Gdy pizga to też boli.
A że pada i pizga to chodzę podkurwiona podminowana.
Bo to nie jest ten rodzaj bólu, co painkillerek dobije.
Tutaj tylko termofor, likier czekoladowy (lub adwokat ;)) i książka pomaga. Czyli akcja "odciągamy uwagę, bo zaraz odbędzie się harakiri".



O wizycie na Raciborskiej nie pisałam z jeszcze jednego względu.
Na skierowanie na TK czekałam pięć godzin.
PIĘĆ.
Wraz z dojazdem daje to godzin siedem.
Siedem godzin siedzenia z rozpłatanym bebechem.
Nawet Onkolożka przyjęła mnie przed godzinami przyjęć, cobym mogła do domku sobie pojechać... Ale, niestety, Siła Wyższa (czyt. Ordynator) zawsze ma czas. A raczej nigdy go nie ma. A to on wypisuje skierowania.
Okey, rozumiem. Taka służba zdrowia (czy tam opieka medyczna, zwał jak zwał), przywykłam.
Ale wytłumaczcie to bebeszkowi.
Znacie bebeszkowy język? Ja nie. I dlatego bolał. Jak diabli.
Nie obyło się bez łez.
Ale bebeszek był twardy i nieugięty. System również.
Znajdź tu kompromis.
(Kompromis miał na imię Pyralgina. Wystąpił razy trzy. A i tak było kiepsko.)

Przetrawiłam tę wizytę. I patrzcie!
Nawet udało mi się opisać ją bez przekleństw :)

Dobra dobra, kończę. Oczka mi się już mrużą... ;)
Dobranoc! <3

posted from Bloggeroid

poniedziałek, 27 marca 2017



Wiem, że nic nie wiem

Mądrość dnia:
Gdy masz koty, wszystko w domu najlepiej mieć plastikowe: doniczki, kubki, szklanki, a nawet słoiki. Jeżeli się da - spróbuj sam zamienić się w plastik. Będziesz kotoodporny.

Rysiek przed chwilą zrzucił mi doniczkę z parapetu. Może nawet bym się nie wściekła, ale akurat ta doniczka była ładna, dopasowana do wystroju pokoju. Nie mógł zrzucić żadnego glinianego potworka?! Musiał akurat tą, różową. Menda.

Odnośnie przerzutu na jajnik - nie ma źle. Jeżeli nic się nie będzie działo to mam dalej luz.
Zweryfikuje to kwietniowa tomografia.
Opcji "będzie się coś działo" pod uwagę nie biorę.
Nic nowego ;)

Ostatnio zapomniałam napisać, że wróciły moje biżutki :)
link -> HaLucynki <- link
Sporo nowych bransoletek :)

Nauczyłam się nowych ściegów. Typowe szycie, czy też tkanie, koralikami. Zawsze mnie to drażniło, ale jakoś teraz idzie jak burza.
Mam ambitny plan, aby dostać się do jakiejś galerii internetowej z biżuterią i iść w kierunku "mniej, ale lepiej", niż tej taśmowej, którą akurat uprawiam ;)
Nie to, żebym taśmówkę odwalała specjalnie. Samo idzie jakoś tak, że jak już nawlekam koraliki to od razu na pięć bransoletek.
Chyba psuję rynek rękodzielniczy, bo te bransoletki zwykle są dwa razy droższe, niż ja sprzedaję...
Muszę coś z tym zrobić, ale w sumie nie mam pomysłu, co to dokładnie ma być ;)

Aż się pochwalę!


Nic, czekam na Mamuśkę. I lecę tkać kolejne ciągi koralikowe. To wsysa! :)))

* * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * *
SMS na numer 75 165 o treści: POMOC 6742
czyni mój świat lepszym :)

sobota, 25 marca 2017



Patologiczna patomorfologia plus realna recenzja szpitala ligockiego

Nie odzywałam się, bo stres przedwynikowy mnie zżerał. Ale już wyniki odebrane, zatem...
Mogę znowu pisać.

No i stało się to, czego nikt się nie spodziewał.
Były dwie drogi:
a) dobra, czyli nowotwór niezłośliwy
b) zła, czyli rak jajnika.

Nie przyszło mi nawet do głowy, aby wziąć pod uwagę ścieżkę "c", czyli... przerzut.
Tak, patomorfologia wyciętego guza (swoją drogą - 7x5x4cm, bydle!) twierdzi, iż był to przerzut.
Czy to dobrze? Nie wiem.
Czy źle? Również nie wiem.
Czas pokaże ;P

Jako, że spotkanie z Okręgowym Szpitalem Kolejowym w Katowicach mam już za sobą, a wrócić tam nie zamierzam (chociaż by mnie tam wołami ciągnęli, nie wrócę!) to mogę napisać... recenzję.
Chociaż raczej można to nazwać "ostrzeżeniem".

Wygląd szpitala ominę. Jest w fazie remontów (słuchanie wiercenia całymi dniami było dość... ciekawym przeżyciem), dlatego daruję znęcanie się nad tym aspektem.

Lekarze? Poza anestezjolożką - polecam. Lekarze wręcz wybitni, bardzo opiekuńczy i uważni, ciekawi pacjenta. Nawet dwa regularne obchody dziennie były. Chociaż i oni robią rzeczy, które jeżą włosy na głowie.

Jedzenie rewelacyjne. Najlepsze, z jakim miałam do czynienia do tej pory na salach szpitalnych.

I z plusów... to by było na tyle.
Przyszłam tam w poniedziałek. Przy przyjęciu ostrzegłam, że okres był mi się nie dość, że pośpieszył to jeszcze rozciągnął w czasie. Do tego trwał nadal. Pewnie ze stresu.
Co zrobili?
Nie, nie odesłali mnie do domu. Od poniedziałku kiblowałam w szpitalu, bo miałam okres.
Podobno inne pacjentki odsyłają, mnie zostawili.
Wkurw okropny. Nie wiedziałam, że miesiączka to taka wielka choroba, że aż trzeba mnie w szpitalu zamknąć.
W środę dziadostwo przeszło. Zapisali mnie na piątek na operację.
Nie szło mnie po prostu oddelegować na kolejny poniedziałek?
Nie, nie mają tam tłoku. Przez cały pobyt większość sal była w połowie pusta.
Nie ogarniam, ale dobra.

Czwartek. Rozmowa z anestezjologiem.
Zastrzegam, że paracetamol nigdy na mnie nie działał, a pyralginę nieco nadużywam, więc też średnio z jej skutecznością. Lekarka niby przyjęła to do wiadomości.
Proponuje cewnik dooponowy, którym to będą mi dawać przeciwbólki,
Z radości zamerdałam ogonem, bo to jest chyba najlepszy środek przeciwbólowy, jaki do tej pory wymyślono.

Pielęgniarki informują, że lepiej, aby w piątek nikt mnie nie odwiedzał, bo i tak będę spać.
Mężny potwierdza, że po operacji przez dwa dni nie kontaktował, tak go faszerowali przeciwbólowymi. Dlatego odwołuję wizytę i Mężnego, i Rodziców.

Ach. W poniedziałek zgłosiłam, że mam popsute łóżko (niby elektrycznie podnoszone oparcie).
Pielęgniarka wsadziła wtyczkę do kontaktu. Gdy nie zadziałało, stwierdziła, że musi się naładować.
Jak się domyślacie - nie naładowało się. Spałam na zepsutym łóżku aż do soboty. Ale do łóżka jeszcze wrócimy ;)

Piątek. Zawieźli mnie na salę, znieczulili... film się urwał.

Budzi mnie "Proszę przejść na drugie łóżko!".
Rozumiem, że swoje ważę, ale ten szok...
Wiecie, kładziesz się w pełni sprawny, teraz próbujesz się ruszyć i podbrzusze rozrywa ból. Ból nie do opisania słowami. Przeszłam jakoś. Zasnęłam na czas drogi.
Budzi mnie kolejne "Proszę przejść na drugie łóżko!".
Było jeszcze gorzej.
Kładę się, czekam na sen. Nie przychodzi.
Tylko kolejne fale bólu. Mamie piszę pamiętnego smsa o treści "Napierdala.".
Oddzwania, język mi się plącze. Ale mają z Tatuśkiem przyjechać.
Płaczę z bólu. Nikt nie reaguje.
Pierwszymi moimi słowami na sali było:
"Kurwa, ja pierdole, dacie mi w końcu coś przeciwbólowego?!".
Pielęgniarka w szoku, bo przecież leci! Paracetamol leci!
Cewnika dooponowego mi nie założyli, nie wiem, czemu. Nikt mi nie powiedział. Były inne ustalenia.
Po godzinie wycia na cały oddział przyjeżdżają rodzice. Mama opierdala pielęgniarki.
Dostaję kolejną kroplówkę...
Pyralginę.
Nic nie dało tłumaczenie, że to na mnie nie działa. Około czternastej (po czterech godzinach) ktoś wpada na pomysł, aby po tych wszystkich eksperymentach dać mi po prostu morfinę. Zasypiam od razu.

Rodziców próbują wygonić z oddziału. Bo ja mam spać, a oni mi nie pozwalają, rzekomo.
Nie ma tak łatwo, nie dali się.
Około siedemnastej kolejny atak. Nic już nie chcą dać, bo niby dostałam tak duże dawki, że mi wątroba może wysiąść.
Rzeczywiście, jak później sprawdziłam w karcie to było tam niemal wszystko - od paracetamolu, ibuprofenu, przez tramal, ketonal i inne dziwne rzeczy, których nazw nawet nie kojarzę.
Niby się starali, co?
Nie do końca. Jestem dość poinformowana w sprawie przeciwbólków. Już dawno lekarz powiedział mi, że przy chorej wątrobie tylko morfina jest w pełni bezpieczna, bo nie wymaga od wątroby filtracji czy przyswajania. Jest w formie od razu do wsiąknięcia.
Zlitowali się, dali morfinę.
Pielęgniarki buntują się.
Rodziców zastępuje Mężny. Pielęgniarka i jego próbuje wywalić z sali. Nie da się, przykro mi ;)

Przychodzi zmiana pielęgniarek. Nagle Mężny nikomu nie przeszkadza, siedzi u mnie jeszcze ponad dwie godziny od próby usunięcia go z sali ("bo już późno").
Jedna z pielęgniarek się lituje, pomaga mi się przebrać (cała byłam zlana potem po batalii z bólem).
Zasypiam. Jestem przypilnowana.
Na noc dają mi jakiś zastrzyk przeciwbólowy. Wszystko śmiga.

Rano budzi mnie salowa.
"Proszę wstać i siedzieć", po czym wychodzi z sali. Na chwiejnych nogach człapam na krzesło koło umywalki. Zmieniła mi pościel.
Kazała się umyć CHUSTECZKAMI NAWILŻANYMI.
Nikt nie pomógł.
Siadam z powrotem na łóżko. Rozwaliło się do końca, ja wpadłam w dziurę. Aż zawyłam z bólu.
Przenieśli mnie na drugie łóżko na sali, które cały czas było puste.
Znowu dają mi zastrzyk.
Znowu zasypiam.

Fajnie było, dopóki nie przyszła nocna zmiana. O dziewiętnastej wołam o coś przeciwbólowego.
Już jestem w miarę ruchoma i trzeźwa. Z zegarkiem w ręce czekam na reakcję.
Czterdzieści minut. I to był rekord!
Współlokatorce też liczyłam czas reakcji personelu - bywało i dwie godziny.

W niedzielę już nawet nie prosiłam o nic "ichnego".
Rozpuszczałam kodeinkę i piłam. Już nic mnie nie bolało. Pomyśleć, że wystarczyły dwie tabletki na dzień i z głowy...

Po operacji nikt mnie nie umył, raz mnie tylko przebrano. Sama musiałam polegać na sobie i swojej rodzinie. Współlokatorka tak samo.
Nikt nie powiedział "teraz można już pić" czy "teraz już można jeść". Sama musiałam pilnować godzin, dób od operacji i się dopytywać, co już mogę, a czego nie. Nikt nie poradził, jak używać pasa pooperacyjnego. Co mogę robić, czego nie.

W poniedziałek wyszłam. Dosłownie wyfrunęłam.
W domu jakoś łatwiej...

Podsumowanie?
Chyba zbędne.
Lekarze fajni. Anestezjolożka do dupy. Pielęgniarki pół na pół.
Salowa świetna, chociaż sama nie była w stanie ogarnąć ośmiu osób.
Tak, na oddziale było między pięcioma a dwunastoma zajętymi łóżkami. Trzy-cztery pielęgniarki na zmianie.
A my nie mogłyśmy się doprosić o przeciwbólki...
Ze współlokatorką wyłyśmy na zmianę. Płakałyśmy po nocach.
Gryzłyśmy poduszki.
A oni mieli to w dupie.

Zatem ostrzeżenie - na operację poszukajcie lepszego szpitala.
Do dzisiaj boli mnie i wątroba i żołądek po ich mieszankach lekowych.
Trzy tygodnie od operacji, a one jeszcze nie doszły do siebie...

Kurtyna.

PS. Jeśli ktoś ma ochotę pozwać mnie o zniesławienie - polecam. Mam świadków, że wszystko, co tu napisałam to najprawdziwsza prawda. A jeszcze może odszkodowanie za straty moralne dostanę ;)

* * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * *
SMS na numer 75 165 o treści: POMOC 6742
czyni mój świat lepszym :)

środa, 15 marca 2017



Argh!!!

Nie sądziłam, że będę pisać o tym notkę. Ale cały dzień tylko o tym myślę.
Nie potrafię przestać.
Doszło do tego, że pół dnia siedziałam (a właściwie - leżałam), gapiłam się w sufit i powtarzałam sobie:
"nie drap, nie drap, nie drap!".


Te swędzenie jest okropne!
Człowiek jest w stanie ogarnąć jakoś, że będzie bolało, że trzeba przeciwbólki łykać, ale, że nie będziesz w stanie myśleć o niczym, poza tym, że swędzi?
W życiu bym się nie spodziewała!

Poza tym, że swędzi - wszystko w porządku.
Szwy zdjęte, wątroba nieco marudzi (da się przeżyć, jeżeli zaczniesz się żywic kaszą manną i Heparegenem), miałam chwilowy problem z żołądkiem (chyba nie lubi Dorety...), ale też jakoś ogarnęłam.
Teraz tylko... Swędzi.
Kurwa, swędzi ;(((

posted from Bloggeroid