wtorek, 17 października 2017

Stare dobre metody... :)

Notka w trybie podobnym, co na początku bloga:
Leżę już od godziny w łóżeczku, nie umiem zasnąć, ale stan podgorączkowy mocno trzyma mnie pod kołdrą.
Dzisiaj chyba dosięgłam dna paraboli codzienności, więc powinno być już tylko lepiej.
Wypiłam syropek z kwiatów czarnego bzu, popiłam syropem z młodych pędów sosny i... Trochę lepiej.
Obiecuję sobie, że w maju i czerwcu nazbieram jednego i drugiego i sama zrobię taki syropek - są wyborne, a i podobno mają właściwości magiczne lecznicze.
Włącza mi się tryb wiedźmy. Przypominam sobie czasy, gdy latałam po okolicznych polach i łąkach, lasach i parkach w poszukiwaniu szczawiu na zupę, czy liści orzecha do farbowania włosów. A i rumianek zbierałam, żeby domowy szampon zrobić ;D
Tak, domowa magia to fajna sprawa :)


W pracy jakoś leci, nie czuję się już zupełnie jak "ta nowa" ;) Ba! Wręcz irytuje mnie, gdy ktoś mnie pilnuje i patrzy na ręce. Wolę sama rozwiązywać problemy.
Krzysiek (czyli Już Nie Kawaler) jest ze mnie strasznie dumny. Czasami aż chce mi się płakać z radości, gdy widzę jego szczęście :)
Szczęśliwy Krzyś = spolegliwy Krzyś = szczęśliwa Lucynka ;p
Bez bólu udało mi się go przekonać do zakupu pewnego sprzętu domowego, o którym od lat marzę. Do tego obiecał mi coś, o czym zawsze marzyłam, ale w najśmielszych snach nie przypuszczałam, że te fantazje się spełniają.
Potrzymam Cię trochę w niewiedzy, bo zwykle chwalenie się na wyrost przynosi pecha ;)

Wracając do pracy:
Wiesz, co jest w niej najlepsze? (poza wypłatą, oczywiście ;))
Nikt nie wie, że jestem chora. No dobra, kilku najbliższym znajomym powiedziałam, ale... Ale nie ma u nich litości. Jest podziw, siła, nadzieja.
Wzbudzam nadzieję, czujesz to?!
Osiągnęłam swój cel - jestem taka, jak być chciałam. Wywołuję emocje, jakie pragnęłam wywoływać!
Ale klienci... Oni nie wiedzą. Nic nie wiedzą!
Dla nich jestem po prostu uśmiechniętą i pogodną osóbką po drugiej stronie kasy.
Taka konspiracja! ;)
Nie twierdzę, że zawsze jest lekko. Szczególnie teraz, gdy co kilka dni przypomina mi o sobie przeziębienie. Miewam też czarne myśli, typu "nie przedłużą mi umowy!" albo "nie dam rady, cholera, nie dam!".
Jednak zaciskam mocno zęby, po chwili znów się uśmiecham i... Żyję.
Jak nie będą mnie chcieli tu, to pójdę pracować gdzieś indziej.
Grunt, że jestem, kocham, żyję i... Znowu czuję się potrzebna światu.
Niesamowite uczucie! :)

Zróbisz coś dla mnie?
Uśmiechnij się. A później... Później będzie już łatwiej :)

Migawka z ostatnich dni:



piątek, 6 października 2017

No to jestem (nie)pełnosprytną kasjerką :D

Powiem Ci, że wokół pracy kasjerów obrosło dużo mitów. I pogłosek.
Że dużo niemiłych klientów, że kręgosłup boli, że dużo trzeba dźwigać...

Po trzech dniach siedzenia przy kasie, po jednym dniu pracy samodzielnej (bez kasjerki pilnującej mnie ;)) powiem, że... to jest zajebista praca! Pod warunkiem, że tylko obsługujesz kasę ;)

Czekam sobie na klientów, rozmawiam z okolicznymi kasjerkami, poznaję nowe koleżanki.
Klienci są różni, ale każdego da się rozbroić uśmiechem, szczerością i dowcipem.
"Przepraszam, lekko się zawiesiłam."
"Dziękuję za cierpliwość."
"O, to to sobie pan może sam spakować, proszę - jednorazówka."

Uśmiech, uśmiech, uśmiech. Rozbrajam nim największych gburów. Nawet dziadzio, co się słowem nie odezwał przy całym kasowaniu (i miał minę, jakby coś twardego siedziało mu w zadzie), na odchodne mi podziękował i życzył miłego dnia. Z uśmiechem na twarzy!

A ciężkie towary? Ojtam, mało tego jest. Grunt to dobra pozycja na krześle. I jazda. Kręgosłup jeszcze ani razu mnie nie bolał. Ciężko, żeby bolał, gdy pracuję po 3,5h, a jeszcze po drodze mam 15 minut przerwy ;)

Mam nowe koleżanki. Dużo! I większość świetna :) Z połową mogłabym przegadać całą zmianę.

Powrót do pracy był świetną decyzją! Polecam serdecznie :)
Jeżeli nudzi Ci się w domu, jeżeli czujesz się odcięty od społeczeństwa - Auchan Cię przygarnie, przemieli i... wypuści do domu szczęśliwszego :)


Nawet z rakiem da się pracować! :D

czwartek, 28 września 2017

Padam na pysk..

No dobra, powiem szczerze - nie ma łatwo. W sensie - wrócić do pracy. Padam na pysk i mózg mi się przegrzewa od nadmiaru informacji. Czas szkolenia, więc to chyba norma.
Za to to poczucie pozytywnego zmęczenia - bezcenne!
Atmosfera w pracy jest świetna, mam genialne dziewczyny w grupie szkoleniowej. Mogłybyśmy cały czas siedzieć i gadać. No i się śmiać ;)

Moje kopytka wymagają nowych butków, bo łażenie cały dzień w botkach (do tego na obcasie) to średnio-dobry pomysł. A adidasy mi się rozpierdzieliły.
Gdy zdejmuję buty po pracy, to mam ochotę zdjąć je razem ze stopami ;p
Tak, już się jaram zakupami ;D Tylko na wypłatę czekam.

Powiem Ci, że jestem pełna podziwu do kasjerów w marketach. Koordynacja oko-ręką, podzielność uwagi, mnóstwo wytycznych i procedur, a do tego ciągle się uśmiechać. No masakra.
Ale uczę się! Dam radę :)

Jeszcze kilka dni i będziesz mógła mnie spotkać na kasie w Auchanie w Żorach - jedynym chronionym zakładzie pracy w mieście, który naprawdę chroni.
Wiwat praca po 3,5h dziennie! :D


Idę odpoczywać. Dobranoc :)

poniedziałek, 25 września 2017

Pierwszy dzień w nowej pracy :)

Kilka wniosków po pierwszym dniu, który był bardzo szkoleniowy, ale jednak... No... Był dniem w pracy :D

A) Buty na obcasie to bardzo zły pomysł.

B) Na szkolenie BHP warto wziąć poduszkę.

C) Weź trzy razy większą torbę, niż uważasz za konieczne - ubrania robocze to spory bagaż.

D) Rozkłady jazdy autobusów są dla cieniasów - kierowcy cieniasami nie są, więc kompletnie ich nie przestrzegają (nie przyjechały trzy planowe autobusy, w końcu Mężny mnie zgarnął z przystanku).

E) Kontakt z ludźmi to zajebista sprawa!

Jestem zmęczona, ale dumna i szczęśliwa.
Powrót do pracy był dobrym pomysłem :)

czwartek, 21 września 2017

...będą kołacze? ;)

Ostatnio na fejsie pokazywałam mój "look" na rozmowę kwalifikacyjną.
Byłam na niej we wtorek.
Dzisiaj byłam na ponownej rozmowie w tym samym miejscu.
Jutro czeka mnie lekarz Medycyny Pracy (i, podejrzewam, twarde negocjacje ;))...
I jak się uda to od poniedziałku będę Kobietą Pracującą. Oby się udało!!!
Nie potrafię już usiedzieć na tyłku, chcę do ludzi.
Chcę... chcę być częścią życia, a nie tylko fragmentem na jego marginesie.


Jestem tak pełna nadziei i euforii, że aż brakło mi sił na pisanie notki ;P
Trzymajcie za mnie kciuki jutro! :)))

Pomyśleć tylko, że mój szał na pracę jest owocem złapania siebie samej na skrajnym pedantyzmie ;)

poniedziałek, 18 września 2017

Bez pracy nie ma kołaczy?

Jakiś czas temu postanowiłam uparcie, że wrócę do pracy.
Nie słuchając w ogóle głosu rozsądku, ani przestrachu w słowach najbliższych, szukam.
No bo ileż można żyć na skraju ubóstwa, prosząc wszystkich dookoła o pomoc?


Ale znalezienie pracy okazało się nie być takie proste.
Inna sprawa, gdy jest się wybrednym, bo się chce wykonywać jakiś konkretny zawód, a miejsce pracy to raczej wskazówka, niż rzeczywista przeszkoda. Wybredna (raczej) nie jestem, biorę tylko pod uwagę swoje rzeczywiste fizyczne możliwości, ale za to dojazdy mnie zajadą na amen. A prawa jazdy nie posiadam. No i samochód mamy tylko jeden, a Mężny czymś dojeżdżać musi.

Więc szukam tylko w Żorach.
Praca tu jest, a ludzi z orzeczeniem o niepełnosprawności (jeszcze znacznym!) szukają jak koloniści złota w nowo odkrytej Ameryce. Szkoda, że ta praca dzieli się na trzy rodzaje:
a) ochroniarz
b) sprzątanie
c) opieka nad starszymi.

Ochrona i ja? Super. Tylko problem w tym, że 12h nie wysiedzę, a tam nawet i po 16h pracować trzeba.
Sprzątanie? Kiedy ja ledwo potrafię pójść na zakupy i z nich wrócić (w jednym kawałku)...
Opieka nad innymi? Kiedy sama ledwo ogarniam siebie?

Bez orzeczenia szukają tylko do marketów, banków i na produkcję. Wybór niesamowity, no nie?
Noszenie towaru na półki z przerzutami na kręgosłupie? Uhm.
Do banku to tylko z wyższym wykształceniem.
A produkcja? Cały dzień stania na nogach. No tak, na pewno dam radę, kurwa.

Drugi myk to przestrach u pracodawców, gdy tylko wspominasz "rak". No co? Zdarza się. Każdemu.
Chcę pracować. To nie wystarczy?

Jakiś złośliwy głosik z tyłu głowy wrzeszczy mi nieustannie do ucha, że nie dam rady. Jednak chcę sama spróbować. Przekonać się.
Nie chcę już dłużej wegetować.

Jutro rano mam pierwszą rozmowę kwalifikacyjną. Trzymajcie kciuki, aby zechcieli zaraczoną bestyjkę :) I żeby lekarz dał mi pozwolenie na pracę.

Pierwsze, co kupię z wypłaty to... spodnie. Nierozsądnie schudłam kolejne 5kg. Nie wpadłam na to, że wszystkie moje spodnie mają rozmiar 48/50, a nie 46/48. I troszkę mi wiszą. Tu i tam.
Nie mogę się już doczekać zakupów! :D

Kolejna notka w czwartek o 18, ciekawa sama jestem, co Wam napiszę :)

czwartek, 14 września 2017

Prysznic, remedium na zło całego świata ;)

Woda to magia. Taka płynna magia, która może leczyć i ciało, i duszę.
Pewnie myślisz, co znowu ta Lucyriatka (Lucyna + wariatka ;)) wymyśliła, ale rozczaruję Cię - nie ja to wymyśliłam. Chociaż praktykuję. Namiętnie i z pasją!


Nie od dzisiaj wiadomo, że woda rozluźnia mięśnie.
Ludzkie ciało składa się w około 60% z wody, ale nasz mózg ma jej aż 80%!
Warto ten fakt wykorzystać, masując nie tylko powłokę zewnętrzną, ale i umysł :)

Przy wszelakich bólach mięśniowych, kostnych, reumatycznych (yhy, nie mam jeszcze 30 lat, a już początki reumatyzmu - wiwat chemioterapia!) preferuję gorący prysznic.
No, niezbyt gorący, żeby pikawa mi nie stanęła. Albo nie wybuchła.
Za to na urazy polecam chłodny prysznic.
Na brak energii? Prysznic.
Na zły humor? Prysznic.
Wolałabym kąpiel, ale nie posiadamy wanny (jeśli ją masz to zazdraszam!). Pozostają mi tylko różne konfiguracje prysznicowe.
Mogę sobie usiąść. Mogę stać. Mogę się oprzeć o ścianę.
Przy epizodach bólowych biorę nawet dziesięć pryszniców dziennie!
No, nie liczyłam, ale średnio co 40 minut moczę tyłek. I to działa :)

Moim sprawdzonym patentem jest łyknięcie przeciwbólków, skoczenie do gorącej wody, ubranie się w cieplutką piżamkę i zakopanie się w łóżku.
Lekkie bóle, którym bliżej do dyskomfortu, traktuję samym gorącym prysznicem.

Innym atutem tej metody jest możliwość połączenia hydroterapii z aromaterapią. I strukturoterapią (nie wiem, czy takie coś zostało kiedykolwiek nazwane i czy istnieje na to jakaś naukowa nazwa ;)).
Moim hitem ostatnimi czasy jest balsam pod prysznic Palmolive - jeden o zapachu mięty, a drugi czekolady.
Już pal licho zapachy - one mają... konsystencję budyniu!
Kto nigdy nie marzył o kąpieli w budyniu?!
W czekoladowym budyniu...
Do tego pieni się jak szalony. I pachnie. Długo. Mocno.
Aż pyszczek mi się śmieje na samą myśl :)
(dla formalności - żel kupiłam sama i nikt nie płaci mi za reklamę, on po protu jest fantastyczny!)

Łazienka jest dla mnie azylem spokoju.
Zamykając za sobą drzwi kabiny, zamykam się przed całym światem. 
Mam gdzieś wojny, głód, cierpienie, chorobę, wrednych ludzi, sytuację gospodarczą, problemy finansowe.
Jestem tylko ja i woda.
Jej szum, ciepło, zapach kosmetyków, miękkość gąbki...
Nie liczy się nic więcej.

Spróbuj. Warto :)
A już w poniedziałek zapraszam na nową notkę :)

poniedziałek, 11 września 2017

Stres = ból

Pisałam Wam o wpływie stresu na ból. Zaczęłam tworzyć kolejne notki o odstresowaniu, ale za każdym razem zbaczam na temat bólu. Metody relaksacji to też metody walki z bólem.
Bo, w sumie, oba tematy są tożsame.
Żeby to przyznać potrzebna jest odwaga i wzięcie odpowiedzialności za swoje życie.
Wiem, że łatwiej i szybciej byłoby żyć na haju, brać przeciwbólki, dryfować w nurcie codzienności.
Jednak ja chcę być sobą, a nie przećpaną wersją siebie.


Nie będę ukrywać, że ograniczam spożycie leków do minimum.
Lepiej się czuję.
Żyję z czystym, niezaćmionym lekami, umysłem. 
Jestem w pełni poczytalna i w pełni jestem sobą.

Bo leki jednak robią dziwne kuku - nawet ich niewielkie ilości mają ogromny wpływ na układ pokarmowy, nerwowy, a nawet pokuszę się o stwierdzenie, że zaburzają osobowość.
No i uzależnić się jest dużo łatwiej, niż można by przypuszczać.
I niech lekarze mówią, że to nieprawda, ble ble ble, sprawdziłam na swoim własnym, udręczonym ciałku.
Już trzeci dzień na lekach sprawia, że jestem apatyczna, nerwowa, do tego odczuwam silną potrzebę sięgnięcia po kolejną dawkę, nawet jeśli nic mnie nie boli.
Dlatego szukam alternatyw w leczeniu bólu. Wiem już, że stres = ból. Pewnie sprawia to napięcie mięśniowe.
Walka ze stresem jest jednocześnie walką z bólem.
Walka z bólem jest też walką ze stresem.
Nie da się wykluczyć jednego, bez ingerencji w drugie.
To zamknięty krąg.
Choroby nowotworowe są źródłem OGROMNEGO stresu. I źródłem bólu.
Śmieszy mnie czasami to, że dopóki nie wiedziałam o przerzutach na kręgosłup to on mnie nie bolał.
Dowiedziałam się o nich i DUP - bolał co chwilę.
Im bardziej zagłębiałam się w metody relaksacyjne, tym mniej leków musiałam łykać.
Teraz jedynie największe ataki bólu traktuję lekarstwami.
Dopóki jestem w stanie myśleć to kombinuję, jak pozbyć się problemu w naturalny sposób.

Dlatego też seria o walce ze stresem będzie też serią o walce z bólem.
Jedno i drugie jest ze sobą splecione niewiarygodnie skomplikowanym węzłem - łatwiej jest pozbyć się obu, niż walczyć z każdym z osobna ;)

W czwartek o 18:00 zapraszam Cię na wpis o wodzie, a dokładniej o prysznicach i kąpielach.
Coś, co uwielbiam! :)

czwartek, 7 września 2017

Antystresant - akwarium :)

W poprzednim poście obiecałam Wam napisać kilka metod na walkę ze stresem.
Planowałam jedną notkę zbiorczą, ale okazało się, że mam tego tyle w zapasie, iż spokojnie mogę stworzyć cały cykl.


Miało być dzisiaj coś innego, ale... No właśnie :D

Od poniedziałku Krzyś miał wolne w pracy.
No i stało się to, co planowaliśmy już niemal od trzech lat.
Zupełnie zmieniliśmy biotop w naszym akwarium. I wystrój. I obsadę. I wszystko!
Wyglądało to tak:



Wstyd się przyznać, ale zrobiła się nam straszna "zupa rybna".
Mieliśmy tam wszystko, od skalarów, przez gurami, po pielęgniczki.
No tragedyja na kółkach (a raczej "w szkle").
Zakasaliśmy rękawy, odłowiliśmy rybki. W sumie na trzy raty, bo dużo ich było.
Wymieniliśmy starą obsadę na nową. No i... jazda!






Po dwóch dniach pracy mamy to:









Wieczorami, zmienia się to na:


Na zdjęciach tego aż tak nie widać, ale...
mamy mały, prywatny kawałek jeziora u siebie w domu :)

Jak działa na człowieka akwarium?
Jeżeli podejdziesz do tego z głową i wiedzą to masz pełen relaks. Patrzysz i czujesz dumę. Odpływasz przy szumie wody i tańczących rybkach...
Szybko doczekasz się małych rybek, a wtedy duma rośnie razy pięć.
Młode rybki możesz w sklepie zoologicznym wymienić na lepszy sprzęt czy jedzenie. W ten sposób właśnie udało się nam bardzo niskim kosztem stworzyć Malawi :)
Wiele osób (szczególnie tych, które akwarium w życiu nie miały) twierdzą, że akwarystyka jest nudna. Nie jest :)
Jest relaksująca i masująca umysł bąbelkami z pompek :D

Wczoraj byliśmy w hurtowni elektrycznej.
Okazało się, że ponad połowa jej pracowników ma w domu akwaria!
Wpadliśmy tam dosłownie na chwilkę (po zasilacz do LEDów ;)), a siedzieliśmy ponad pół godziny, bo rozgorzała dyskusja o naszych szkiełkach!
Wiedziałam, że psiarze dogadują się z psiarzami, kociarze z kociarzami, ale nie wiedziałam, że tak samo działa to w przypadku akwariów.
Dodatkowo na Facebooku jest mnóstwo grup o akwarystyce, gdzie w każdej chwili można poprosić o pomoc, lub po prostu pochwalić się rybkami.
Lubię się chwalić rybkami.
Szczególnie tym, że pamiętam ich łacińskie nazwy ;P
(Aulonocara Fire Fish, Cynotilapia zebroides Likoma Red Top, Labidochromis caeruleus Lion’s Cove ;))

Zaczynając zabawę w "akwarystykę na swoim" nie sądziłam, że stanie się to naszym wspólnym hobby. Pół naszego życia kręci się wokół akwariów, drugie pół wokół kotów i psa. Świetny sposób na to, żeby zapomnieć o całym świecie (nie tylko o stresie).

Chcecie zacząć zabawę w akwarium?
Polecam zacząć od akwarium 30-40l z bojownikiem. Bojowniki są piękne i mało wymagające.
Potrzebujesz na start tylko akwarium, grzałki, filtra, opakowania żwirku i z dwóch roślinek. No i bojownika ;)
Inną obsadą na start są gupiki. Mnożą się jak szalone, do tego są żwawe, kolorowe i przeżyją nawet w kałuży.

Nie będę pisać o tym, jak zakładać akwarium, bo o tym jest mnóstwo stron w internecie (tylko pamiętajcie: nie słuchajcie sprzedawców w sklepach zoologicznych - 90% z nich nie ma zielonego pojęcia o tym, co sprzedaje; pozostałe 10% wie, co sprzedaje, ale chce sprzedać wszystko, jak leci).
Zarzucę tylko linkiem - klik!
Tam dowiecie się wszystkiego, co jest konieczne przy starcie akwarium.
Nie bójcie się ilości tekstu - w praktyce wszystko jest dużo prostsze :)

Tak oto udało mi się odhaczyć post o odstresowaniu i aktualizację stanu akwariów za jednym razem, taka zdolna jestem! :D

Widzimy się ponownie w poniedziałek o 18:00! :)

poniedziałek, 4 września 2017

Bo to zły zębolog był - czyli o wpływie stresu na samopoczucie

Ogólnie, na co dzień, to ja jestem całkiem sprytna foczka:
biegam, latam, gadam - pełny serwis!
Jednak czasami coś mnie rozłoży. I nie byłabym sobą, gdybym nie odkryła przyczyny owego rozkładania.

I tak znalazłam w moim notesiku dziwne ciągi przyczynowo-skutkowe:
Tomografia? Dzień później boli wątroba.
Onkolog? Dzień później boli wątroba.
Brak kasy? Patrz wyżej.

Tak się złożyło, że w zeszłym tygodniu Krzyś spadł z jebanej drabiny
(albo raczej: "Jebany Krzyś spadł z pierdolonej drabiny").
A jeszcze dzień później byłam u zębologa.

Nie to, żebym miała coś do zebologów - ja ich lubię i szanuję.
Jednak sądzę, że coś musi być nie tak z człowiekiem, który zawodowo para się trzymaniem wiertarki w paszczy innych ludzi.

To trochę jak z pająkami:
fascynujące stworzenia, piękne i majestatyczne.
No ale trochę niepokojące jest to, że mają aż osiem nóg, kilka kompletów oczu, a do tego są włochate i plotą pajęczyny (swoją drogą: jako dziecko sądziłam, że pajęczyna to samica pająka :D).

Mogę lubić jakiegoś pająka, nawet go dokarmiać i doglądać. 
Mogę podziwiać ich zdjęcia, szczególnie macro - genialna sprawa.
Ale niech tylko to ośmionożne bydle się do mnie zbliży, to ja od razu mam minizawał.
Mimo całego opanowania i podziwu dla tych potworków, dzięki którym przez trzy lata ukrywałam swoją arachnofobię przed Mężnym, mówię im po prostu:
"Trzymaj się z daleka! 
Zbliżanie grozi spotkaniem z kapciem (lub odkurzaczem)."


I tak samo mam z zębologami.
Mój dentysta to zdolny i empatyczny facet, ale... No kwa, jest zębologiem.
Póki jest daleko to go uwielbiam.
Jednak gdy tylko wchodzę do jego pajęczyny gabinetu to serducho chce mi gardłem wyleźć.
Ale go szanuję (i nienawidzę, kwa).

Wracając do tematu:
Krzyś spadł z drabiny, ja byłam u zębologa, a dzień później:
A P O K A L I P S A

Brzuch napierdala, plecy łamią, łeb pęka.
I na nic przeciwbólki, bo po nich ból mnoży się razy pińć.
Pomaga tylko gorący prysznic.
Pewnie dlatego, że wodę kocham wprost proporcjonalnie do tego, jak nienawidzę pająków i dentystów (razem wziętych!).
Woda jest moim najlepszym lekarstwem.
Nawet zrezygnowałam z abonamentu w Storytel, żeby mieć kasę kilka razy w miesiącu wyskoczyć na basen :)

Meritum tudzież apel?

Stres to zło.
Unikajcie stresu, a będzie dobrze.
No. Może w następnej notce podzielę się kilkoma metodami na odstresowanie?

Widzimy się w czwartek o 18:00! :