O tym, jak sprzeniewierzyłam się własnym ideałom

Dzisiaj będzie spowiedź. Tak, żeby Was uświadomić, że każdy ma prawo pobłądzić.
Nawet, rzekomo idealna, Lucynka.


Od pięciu lat powtarzam, że najważniejsze jest żyć powoli, uważnie i całym sobą. Być obecnym we własnym życiu. 

Aż przyszedł maj. Dokładnie rok temu zaczęłam szydełkować. I to mnie zgubiło.
Same robótki ręczne nie są złe, wręcz przeciwnie, ale podeszłam do tego zbyt ambitnie i zbyt całościowo. 

Przez ostatni rok dałam radę:
- zaniedbać przyjaźnie (przyznać się, kto jeszcze czeka na maila ode mnie?);
- zaniedbać dom, 
- zniszczyć swoje ciało, 
- porzucić wszystko, co sprawia, że czuję się żywa. 

W ciągu roku nie przeczytałam żadnej książki. Nie napisałam nawet pół rozdziału swojej książki. Nie byłam na "shopingu" z Mamuśką. Nie poszłam na basen. Nie obejrzałam spokojnie filmu. Ani razu nie poszłam sama z siebie na spacer. Chociaż kocham spacerować bez celu i powodu! 

Dlaczego? 
Bo szydełkowałam. Cały czas, po 16h dziennie. Grafik zamówień szybko się zapełnił, a ja byłam dumna, że dokładam się w liczącym się stopniu do budżetu. 
Pieniądze szczęścia nie dają, ale każdy, komu kiedykolwiek ich brakowało potwierdzi, że ich niedobór skutecznie unieszczęśliwia.

W niedzielę przejrzałam na oczy. 
Pomogła mi książka mojej dawnej przyjaciółki. Wiecie, nic tak skutecznie nie otwiera oczu jak fakt, że ktoś spełnił marzenie, które było również twoim marzeniem. Swego czasu ciągle gadałyśmy o pisaniu. Snułyśmy plany. Gdybałyśmy. 
A Anka, zamiast kombinować, po prostu to zrobiła. Napisała książkę. W rok. Skubana! 
Zmotywowała mnie strasznie. I w pięknym stylu. 

I tak od niedzieli żyję inaczej. Wolniej. 
Cała niedziela była dniem SPA. Nawet nogi ogoliłam. Z własnej, nieprzymuszonej woli. Poniedziałek calutki spędziłam z Mamą. Był ciąg dalszy SPA ;)
We wtorek i środę robiłam chustę, ale też ogarnęłam całe mieszkanie, łącznie z podlewaniem kwiatków. 
W czwartek robiłam wszystko. 
Dzisiaj kolejny raz spędziłam cały dzień z Mamą. Obrabowałyśmy pół lumpeksu ;) 
Dorwałam nawet czarną, bawełnianą spódnicę do kostek. Marzyłam o takiej od lat. I to wszystko za 6zł za kilogram szczęścia, ha! 

Czas jakby zwolnił. Jestem w stanie doliczyć się każdego dnia tygodnia.

Od niedzieli codziennie chodzę posmarowana balsamem, z umytymi włosami, nasmarowanym kremem pyskiem, uczesana i pachnąca perfumami. To nie jest takie oczywiste - nie raz i nie dwa odwlekałam prysznic, żeby dłużej popracować...
Czuję się zadbana. Nawet paznokcie mam pomalowane (dzisiaj rządzi mięta ;)). 
Codziennie czytam. Przełożyło się to na pięć (!!!) przeczytanych książek. Po jednej dziennie, chociaż nie zalegam z książką na kanapie na dłużej, niż pół godziny na raz. 

Może i zarobię mniej, może i przez to będzie trzeba zrezygnować z kilku rzeczy, ale... 
Nie chcę być pracoholikiem. 
Chcę żyć.
Powoli, cicho i nieustępliwie. 

Uczcie się na moim błędzie. Szkoda czasu na tracenie go. 

Co do książki - powstaje. Zbieram materiały. Lada dzień otworzę edytor tekstu i powstanie pierwszy rozdział.

A póki co - powoli kończę chustę ;) 
Share:

Nie lubię swojego kota

Uwielbiam naszego Czarka. Jest piękny, mądry i silny. Dziki. Straszliwie i porażająco inteligentny. 
Kocham Ryśka - głupiutkiego, naiwnego i przytulaśnego. 
Czczę Ciemę, bo jest dzika, nietykalska, a przy tym miziasta i gadatliwa. I przepiękna. 
Nie lubię za to Gacka. Stanowczo jest najbrzydszym z naszych kotów. Nie jest specjalnie inteligentny, nie ma żadnych supermocy. Jest po prostu kotem. 


Paradoksalnie - to właśnie z Gackiem wiąże mnie najsilniejsza więź. 
Każdego dnia towarzyszy mi na każdym kroku. Jest przy mnie zawsze i wszędzie. 
W jego oczach odbijają się słowa, które próbuje mi przekazać. Jego ruchy są pełne spokoju i opanowania. To mi przynosi jakieś resztki zabawek do łóżka, żeby mi się "wygodniej" spało.
Tego naszego porozumienia nie da się opisać słowami. 
Widzę, gdy coś go śmieszy. Widzę, gdy się niepokoi. Widzę, gdy się nudzi. 
Widzę, jak jest głodny. 
A gdy mam zły humor to zaczyna przeraźliwie miauczeć. I przynosi mi zabawki. 
Gdy mnie boli brzuch - on na nim leży. 
Czytamy sobie w myślach. 

Krzysiek mówi, że Gacek jest wredny. Że ma humorki. Że lubi pokazywać pazurki. 
Czasami zastanawiam się, czy nie mamy w domu czasem dwóch Gacków, bo ten mój jest oazą nieskończonego opanowania. 

Nie lubię Gacka. Tak samo, jak nie lubię pewnych cech swojego charakteru. 
Ale one są, on też. 
Taka część mnie, która ma osobne ciało, cztery łapy, ogon, wąsy i ciapate futro. I jest Gackiem - kotem o najbardziej ironicznym spojrzeniu na świecie. 


A w ogóle to on powinien mieć na imię Geralt. 
Share:

Pięć lat walki

Została jeszcze jedna chemia, a ja jej już chyba nie podołam. 


Po pierwszych czterech w tej serii strasznie wymiotowałam. Od 5 do 12 w ogóle nie odczuwałam, że jestem na chemii. 
Od 13 to jakieś piekło. 
Boli mnie wszystko, WSZYSTKO, i jest coraz gorzej. Ostatnio dochodziłam do siebie 10 dni. Teraz zapowiada się jeszcze gorsza batalia. 
Nie umiem zapanować nad bólem brzucha i pleców. Jest mi niedobrze. W kościach płynie magma. Nie widzę niemal na oczy. Od środy jedyne, co robię, to gapię się w sufit. 

Jest mi źle. Źle. Kurewsko źle. 
Weźcie ode mnie ten syf. Błagam.

Łatwiej byłoby się sprzatnąć z tego świata. Zawinąć ogonem i, jak kot, bez pytania o zgodę, zasnąć gdzieś w ciemnym kącie. Zapomnieć, odciąć się, mieć w dupie wszystko. 
Tylko wtedy całe pięć lat męki nie miałoby sensu. 

A właśnie wczoraj pyknęło mi pięć lat z rakiem. 
Share:

Wpis sponsorowany przez nieograniczone pokłady szpitalnej nudy

Statystycznie rzecz biorąc, mam pięć wycieków kroplówek na serię chemii. Czyli, statystycznie, co trzecia kroplówa się wynaczynia. Zwykle, magicznie, jest to Gemzar, chociaż w jednej serii są tylko dwa Gemzary ;)

Statystycznie mieszkaniec naszego domu ma 3 i jedną trzecią nogi. I, statystycznie, każde z nas waży 36,6kg. Czyli mamy koty z mega nadwagą, albo jesteśmy skrajnie niedożywieni.

Statystyka jest jak dobre kłamstwo - zawiera w sobie wyłącznie prawdę, chociaż ani jedno z jej twierdzeń nie jest stricte prawdziwe.

Do czego dążę?
Chciałabym zarabiać średnią krajową. A jakby jeszcze Krzysiek zarabiał średnią krajową to bylibyśmy bogaci. Bardzo obrzydliwie bogaci.

Chcę być obrzydliwie bogata i mieć cudownie obrzydliwie malutki i słodziutki domek w górach. I hodować w ogródku ogórki. I borówki. I czereśnie. I gruszki. I może winogrona?

I hasałabym nago po łące, mając w dupie podglądające mnie zające, hej!

Tak, znowu siedzę w budżecie. Namiętnie układam cyferki w słupki, a i tak mnie nie słuchają.
Brakuje mi różdżki (lub 400zl), żeby domknąć jakoś wydatki. I żeby starczyło na spodnie dla topiszącej napuchniętej chemiołykaczki.


Zawsze czułam, że będę kiedyś bogata.
No i jestem:
Nieskończenie bogata w miłość, wiarę i nadzieję.
I obrzydliwie bogata w wyobraźnię i czarny humor ;)

Share:

Fatality

Przymilkłam na parę dni. Głównie dlatego, że nawet myślenie sprawia mi ból. Fizyczny. Moje neurony są już chyba wypalone do cna.


Wyobraźcie sobie combo złożone ze:
- stanu pochemicznego (nic nie ma smaku, bolą nerki i cebulki włosów, mam mdłości z powodu połowy zapachów);
- sterydów (żołądek pali, w kościach płynie magma, a zjadłabym wszystko, co tylko nie powoduje mdłości);
- grypy (ten stan chyba znacie? kręci mi się w głowie, skóra boli przy każdym dotyku, łupie w kościach, cherlam i smarkam);
- reumatyzmu (na szczęście mija zaraz po przerwie w podawaniu chemii; czuję się, jakbym w każdym paliczku rąk i stóp miała cienką linkę stalową i ktoś złośliwie mi nią piłuje kości od strony szpiku);
- przerzutów na kręgosłupie (są mega upierdliwe przy dłuższym leżeniu... Niby same z siebie mnie nie bolą, ale przy osłabieniu napierdalają jak wściekłe);
- zmiany pogody (czyli wszystko powyższe razy pińć).

Dodajmy do tego ciągły stan podgorączkowy, koszmary senne (zawsze przy grypie takie mnie nawiedzają) i macie obraz nędzy i rozpaczy, czyli mnie.

Jednym słowem - jestem nieprzytomna. Chwilę spokoju, około dwóch godzin, mam tylko zaraz po wzięciu Gripexa. Tylko wtedy stan podgorączkowy na chwilę mija i mogę chociaż pójść się umyć. A śmierdzę jak stary troll. Pot zawsze po chemii śmierdzi, mocz też, a pocę się ogromnie przez ciągłe leżenie pod kocykiem.

Jestem zmęczona chorowaniem. Nie mam siły nawet szydełkować... A to już jest niezły wyczyn. Nawet z bolącą watrobą potrafię siedzieć i dziergać.
Teraz w ogóle nie umiem siedzieć.

A już jutro mieliśmy jechać na majówkę do Wrocławia :(
Share: