wtorek, 14 sierpnia 2018



Ambitny plan

Ale ostatnio szybko działam :)
Ledwo przedwczoraj w ogóle wpadł mi do głowy pomysł z klawiaturą fizyczną, a już dzisiaj na niej piszę ;)
Może robi troszkę za mało "klik klik", a bardziej "klisku-klisk" (takie połączenie mlask i klik ;)), ale za to jest pełnowymiarowa i nie muszę, w końcu!, skupiać się na szukaniu literek ;D

Tak, istnieje szansa, że będę teraz częściej pisać - nie muszę już wydobywać z otchłani najgłębszej szafki laptopa, później podłączać go do gniazdka (to już lekki zabytek, bateria padła mu z 2 lata temu), a później jeszcze modlić się, żeby w ogóle zechciał ruszyć.
Teraz tylko potrzebowałbym stojaka do telefonu, bo zupełnie nie widzę, co piszę ;P

No ale jestem. Tylko chciałam pisać o czymś innym, niż moja nowa, kochana i śliczna, klawiatura ;)

Zbliża się godzina zero. Czyli chemioterapia. Jest coraz bliżej... A ja usilnie staram się wykorzystać każdą chwilę szczątków wolności. Więc podjęłam ambitny plan, czyli zrobiłam listę rzeczy, które CHCĘ jeszcze w tym tygodniu zrobić :) Wiadomo, że publiczne deklaracje znacznie poprawiają stan wykonania założonego planu, więc... Deklaruję się!

Ambitny plan (13-19. 08. 2018):

1. Skoczyć do fryzjera i trzasnąć sobie oryginalny fryz
Po podliczeniu budżetu okazuje się, że chyba będę musiała zadowolić się domowym farbowaniem, ale...  Może jeszcze wydarzy się jakiś cud i się uda ;P

2. Nowe zdjęcie profilowe
No... Chyba jako jedyna blogerka na świecie mam zdjęcie profilowe sprzed... Prawie dwóch lat ;P

3. Zbudować bazę na bakonie
Mamy fajny balkon, ale zupełnie nieużywany. Trzeba to zmienić!

4. Kupić klawiaturkę
Ha! Gotowe!

5. Zrobić dżemik i syropek
Wielki powrót do domowych przetworów :)

6. Wyjazd nad wodę
Bo w tym roku byliśmy tam tylko raz. A ja chcę się popluskać jeszcze :)

7. Nowy abonament telewizyjny
Skończyła nam się aktualna umowa i trzeba ją zaktualizować.

8. Oddać boczek rogówki do naprawy.
Chyba nie muszę tłumaczyć? ;p

9. Posprzątać w szafie w przedpokoju.
Bo zrobił się tam lekki syfek i strach ją otwierać...

10. Poukładać rzeczy w szafce rogowej w kuchni.
Po walce z molami spożywczymi, od dwóch tygodni ta szafka stoi pusta. Muszę ją na nowo zagospodarować :)

W niedzielę się wyspowiadam z tego, ile udało mi się zrealizować. Może nawet znów zrobię listę, na kolejny tydzień? :)

Zachęcam też Was do składania swoich deklaracji. W kupie siła!

Buziam Was mocno :*

niedziela, 12 sierpnia 2018



Nuda

Minęło już półtora miesiąca na zwolnieniu lekarskim. Szybko leci. No i budzi starego wroga.
Nudę.

Teoretycznie bardzo rzadko mam okazję się nudzić. I praktycznie nigdy nie zdarza się, abym na liście "to do" miała wszystko odhaczone.
No ale jednak. Mam odpoczywać. Nie przemęczać się. I w sumie, z drobnym wyjątkiem w postaci umycia okien (tak, wiem, jestem szalona z tym myciem okien 😉) to ja tylko leżę i  śmierdzę  pachnę. I szydelkuję, ewentualnie.
To jednak nie zmienia faktu, że mój wszechświat skurczył się do wielkości naszego mieszkania. Z czasowym rozszerzeniem o sklep lub, jak dzisiaj, pobliskie bajorko. Chociaż bajorkiem jest już coraz mniej, bo zarząd miasta w końcu odkrył potencjał tego miejsca. Z roku na rok dowożą coraz więcej piasku, a mieszkańcy Żor lgną do wody jak ćmy do żarówki. Niestety jest to jedyne miejsce rekreacyjne w mieście, gdzie (przy sporej dawce odwagi) można się popluskać na świeżym powietrzu.
Ja się nie odważyłam wejść do wody głębiej, niż do połowy ud - sinice doskonale znam z akwarium. Znam też skutki uboczne babrania się w nich. Nie mam na nie ochoty ;p
Ale i tak troszku odpoczęłam, postraszyłam ludzi bielą mojej skóry, a nawet latałam po plaży w najkrotszej sukience, jaką w życiu na tyłek zarzuciłam. I było mi z tym wyjątkowo mamtowdupistycznie ;D

Ostatni tydzień wolności czas rozpocząć  Jutro buduję bazę na balkonie. I koniecznie muszę sobie kupić fizyczną klawiaturę do telefonu.
Wspominałam Wam już, że nienawidzę pisać palcami po ekranie?

Pisać ma się na klawiaturze. A klawiatura ma robić "stuku-stuk" przy każdym jednym znaku.
Chyba jestem zbyt oldskulowa, co?
No ale nie umiem inaczej.
I inna sprawa, że klawiatury od laptopów też za mało stukają. I są zbyt płaskie.
Żądam dostępu Lucynków do starych klawiatur! ;)

czwartek, 2 sierpnia 2018



Zwiałam ze szpitala 😉

No. To dzisiaj byłam na oddziale onkologicznym w Katowicach.
Już mi nawet od strzału chcieli chemię dawać, ale Lucynka się nie dała.
Wybłagałam jeszcze ponad dwa tygodnie wolnego. Wracam tam dopiero 20 sierpnia.
I ni chu chu, chyba się już nie wywinę ;)
I będzie najgorszy kombos wszechczasów - gemzar z cisplatyną. Już nawet na samą myśl swędzą
mnie cebulki włosów, no ale muszę i to przetrwać.

Grunt, że dzisiaj udało się wszystko załatwić ekspresowo - o 7:40 byliśmy w Katowicach, o 8:15 pobrali mi krew, o 9:00 miałam EKG, a po 10 już byłam u lekarza, ha!
W Żorach jeszcze przed południem. Nowy rekord!
Poprzedni brzmiał "O 14:00 w domku" ;)
To aż dwie godziny różnicy.
Widać, że coś kombinują nad efektywnością przyjmowania pacjentów :)

Przedwczoraj wróciliśmy z urlopu. Byliśmy u Siostry we Wrocławiu. Nie widziałam się z nimi już ponad rok! W tym czasie przeprowadzili się do nowego mieszkania, gdzie mają aż DWA tarasy!
I jak zwykle krążyliśmy po całym mieście w poszukiwaniu wrażeń, tak tym razem siedzieliśmy na tyłkach, na zielonej trawce, i łapaliśmy zen.
Tylko jednego dnia zrobiliśmy objazdówkę. I tu wyszła na wierzch moja małomiasteczkowa dupa dusza grubaski.
No, nie ukrywajmy, zad mam zacny. W sensie - na bogato. W Żorach nie mam żadnego wyboru w kwestii ubierania - albo kupuję co jest i płacę (umiarkowanie) mało, albo wybrzydzam i mam zapłacić (bardzo) dużo monet.
Wpadam do Wroclavii, pierwszy odwiedzony sklep, i co? Wyprzedaż wszystkiego w rozmiarach "plus"! Wybór niesamowity! A wszystko po 20-30zł!
Normalnie myślałam, że zostawię tam całą wypłatę. I to nie były ciuchy w sensie "znalezione na strychu u babci Brunhildy", ale normalne, współczesne ubranka. I nabyłam sobie trzy pary spodni. I bluzkę. I dwie sukienki. Muahaha!
Czabajek doznał podobnej mentalnej szajby - Reserved i wyprzedaż T-shirtów. W markecie zwykle płacimy po 10-20zł za sztukę. A one i tak się kurczą po pierwszym praniu. A we Wrocku wyprzedaż, kuźwa. 15zł koszulka. Kurwa mać! Żyć, nie umierać!

Dodatkowa wizyta w Ikei sprawiła, że bardzo mi tęskno do nowej kuchni. Wiecie, takiej klimatycznej, ładnej, nowoczesnej. Problem w tym, że te "klimatyczne: kuchnie mają wyjątkowo mało miejsca do przechowywania. Ale trudno. Ma być mrok, industrial. Mogę nawet w tym celu poświęcić część mojej kolekcji kubków i garnków (wszystko bezkompletowe ;p).

Rozpisałam się, a tu mnie Czabajek już do sypialni woła. Żeby mu pomóc w reperowaniu łóżka, zboczuchy!
Bo podobno mój tłusty zadek co chwile deski załamuje... A co w tym najśmieszniejsze, trzy z czterech połamanych desek są po stronie Krzyśka.
No ale niech będzie, że to ja łamię dechy ;P

Trzymajcie się cieplutko. Albo chłodniutko. W zależności od upodobań ;)
Ja idę szydełkować.

Btw. Dalej marzę o krześle brazylijskim na balonie. A jakoś nie chcą produkować takich, żeby utrzymały te moje 110kg w powietrzu ;P

sobota, 21 lipca 2018



Wrócił rak, nieborak, jak go pierdolnę to ino raz!

Na fejsie pisałam już Wam, że odebrałam połowę wyników z tomografii. Było to już z tydzień temu, ale musiałam sama zastanowić się nad swoimi odczuciami, żeby w ogóle moc Wam coś na ten temat opowiedzieć.

Rak, a dokładniej przerzuty na kręgosłup mi szaleją. Miałam zajęte dwa kręgi, mam zajęte sześć. Wiąże się to pewnie z powrotem do leczenia, a także rezygnacją z pracy... ale więcej będę wiedzieć dopiero w poniedziałek, kiedy odbiorę drugą część wyników i skonsultuję się z onkologiem.

O dziwo, nie jestem załamana. W pewnym sensie trochę mi nawet ulżyło!
Jakoś od marca miałam straszne wyrzuty sumienia w sprawie mojego pracowania...
Wracałam z roboty, bez sił i chęci do życia. Nie umiałam się na niczym skupić, a bóle kręgosłupa stały się szarą codziennością. Każdy wysiłek fizyczny, nawet najmniejszy, kończył się powodzią potu, włosy miałam praktycznie non stop mokre...

I miałam schizy. Moje poczucie własnej wartości spadło do poziomu szlamu i mułu. Czy jestem aż tak do dupy, aż tak leniwa i rozpieszczona, że mi się nawet pracować nie chce?
Dlaczego reszta dziewczyn z pracy ma siły i chęci do imprez i wyjazdów, gdy ją po robocie mam ochotę tylko zakopać się w łóżku i umrzeć?!

Wszystko się wyjaśniło, gdy dowiedziałam się o nowych przerzutach.
Okazało się, że ja wcale nie wariuję, że nie jestem leniwa. Ja jestem po prostu chora.
Mogę być słaba. Mogę nie mieć siły. Moge, bo skurwiel się obudził.
I nie jest to wina mojego słabego charakteru. Nie jestem też sama sobie winna.

Do pracy nie wrócę pewnie zbyt szybko. Od trzech tygodni siedzę w domu na L4, bo jeszcze przed tomografią zepsułam sobie łapkę.
Nawet te moje ciągłe psucie się łapek może wynikać z przerzutów, bo mam zajęty niemal cały odcinek piersiowy kręgosłupa.

Brakuje mi roboty. Tęsknię za koleżankami. Za tym poczuciem, że w końcu żyję normalnie, jak każdy inny czlowiek.

Normalność może być tak deficytowym towarem!
Przynajmniej wiem, że próbowałam. I mogę być z siebie dumna, że ta improwizacja trwała aż dziewięć miesięcy :)

Trzymajcie kciuki w poniedziałek. Ja dzisiaj na kodeinie i termoforze, bo kręgosłup znowu zdechł. Ale żyję. I nie dam się :)


niedziela, 8 lipca 2018



Do pani J.

Ten tekst będzie wulgarny. I będzie ociekać jadem, żółcią i chuj wi jeszcze, jakim paskudztwem. Żeby nie było, że nie ostrzegałam.

Pewnie znacie ludzi z gatunku "jadowity" i "toksyczny".
Miałam nieprzyjemność przez większość życia być w otoczeniu takiej osoby.
Kobieta już niemłoda, wypadałoby, żeby była rozsądna, ale nie. To byłoby zbyt proste.
I tak na całym osiedlu latały ploteczki o mnie i mojej rodzinie. Ogólnie oscylowały wokół tego, że żebrzę o kasę, a żyję jak pączek w maśle.

W tym miejscu muszę Wam powiedzieć, że ludzie kompletnie nie rozumieją, jak działają fundacje.
To nie jest tak, że dzwonię i mówię:
"Pani Basiu kochana, jutro idę na imprezę i za czorta jednego nie mam butów. Rzuci mi pani na konto przelew na jakieś 500zł, bo muszę sobie nowe szpileczki kupić".
Nie nie nie. Działa to zupełnie inaczej.
Po pierwsze: trzeba te pieniądze na swoim koncie w fundacji uzbierać. Ten magiczny 1%, zbiórki, smsy, darowizny, kary sądowe. Wiąże się to z masą ulotek i wizytówek... No ale się da. Wymaga sporo wysiłku, pokory i siły psychicznej, ale nie ma rzeczy niemożliwych dla ludzi zdesperowanych.
Tutaj zaczynają się schodki: aby otrzymać refundację muszę wysłać fakturę i receptę (lub pisemne zalecenie onkologa). Ostatecznie chyba mogłabym poprosić moją Onkolożkę, żeby podbiła mi fakturę za buciki, bo przecież muszę się reprezentować godnie... ale tu stoi na drodze statut fundacji.
W statucie jest określone, co może być refundowane - zwykle są to leki, badania, wizyty u lekarzy, dojazdy do placówek medycznych i rehabilitacja.
Więc, no... No nie ma uja we wsi - nie wyciągniesz kasy z pustego konta, ani nie otrzymasz refundacji za żadne pierdoły.

Ale! Owa kobieta sądzi inaczej! Ba! Ona WIE, że jest INACZEJ!
Bo mi fundacje codziennie łóżeczko płatkami róż ścielą.
I musi o tym powiadomić cale miasto.

Po bolesnym doświadczeniu, jak bardzo toksyczną istotką jest owa kobieta, postanowiłam twardo (wraz z najbliższymi), że urywamy kontakt i tyle.

Żyłam sobie spokojnie jakiś czas. Zablokowałam na fejsie. Jest cud, miód i orzeszki.
Wiecie, jak mnie boli ząb to go wyrywam.
Jak mi chwast zarasta poletko, to go polewam jakimś świństwem, żeby go wypaliło do cna.
A jak mi rak wyrósł na trzewiach, to go potraktowałam chemią, radioterapią, operacją i wszystkim, co mogli mi lekarze zaproponować.

Jednak, ha!

Owa kobieta zaczęła zakładać kolejne konta na FB. "No i chuj z tym?" możecie zapytać.
Ano to, że sprasza do swoich znajomych moich przyjaciół. Wszystkich onkologicznych.
I jedzie dalej ze swoją krucjatą wobec mojej rodziny.

No i dzisiaj natknęłam się na jej wywód. Szedł mniej więcej tak:
"Mąż pracuje i dobrze zarabia, ona pracuje, samochód, pomoc rodziców, wyjazdy, ale ona zbiera i zbiera!".

Tak się składa, że napisała to osoba, która ma dziesiątki tysięcy długów, ale nie pracuje (ani nawet nie rozwiązuje pitów, z których wynikałby zwrot podatku), bo "i tak komornik mi wszystko zabierze".

I tu będzie list otwarty.

Droga, upierdliwa Pani J.

Mój mąż pracuje na dwa etaty, żebyśmy mieli za co spłacać kredyty. Ja pracuję, żeby mieć na opłaty za mieszkanie i jedzenie. Fajnie byłoby nie pracować, bo w sumie nie za bardzo mam na to siły, ale nie chcę zostawić całej swojej rodziny w długach, które po mojej śmierci musieliby spłacać.
Mamy samochód, owszem. Pełnoletniego Lanosa, którego DOSTAŁAM, kurwa, OD BRATA.
Mam też pomoc rodziców, bo mnie kochają, a ja kocham ich - raz oni pomagają nam, raz my pomagamy im. Od tego jest rodzina, ale tego raczej Pani nie wie, bo nawet córki od Pani uciekły.
Wyjazdy też się nam zdarzają. Raz czy dwa razy do roku jednodniowy wypad do Ustronia (15km od nas, lubię się pokąpać w Wiśle), a też raz na rok lubimy skoczyć do Wrocławia, gdzie mieszka nasza siostra. W sensie - siostra mojego Męża, ale dla mnie też jest siostrą. Nie zerwę kontaktów z rodziną w imię "udawać umierającą" (jak mi to kiedyś Pani sama doradziła). Bo chyba mówiąc "wyjazdy" nie ma Pani na myśli wypadów na Śmieszek, komunikacją miejską (darmową przecież u nas).
A pieniądze zbieram. Bo dalej mam wyrok w zawieszeniu. A wiem, że uzbieranie kilku tysięcy w parę dni to nie lada wyczyn. Ale proszę się nie martwić, po mojej śmierci nikt tych pieniędzy nie odziedziczy - pozostaną w fundacji, żeby móc pomagać innym, którym, Pani zdaniem, ta pomoc się nie należy. Bo każdy na świecie powinien spłacać przecież Pani długi za nowe mebelki, ubranka i drzwi.

A na koniec, trochę poważniej. 
Proszę się łaskawie odpierdolić ode mnie i mojej rodziny, ponieważ zaczynam zbierać dowody o nękanie i pomówienia. Jeżeli nie ukróci Pani swoich działań to spotkamy się w sądzie. Na świadków mam już pół miasta. Mam serdecznie dość.

Bez poważania
(na szczęście już była) Sąsiadka

To co, rwiemy dziada?


PS. Tak, chciałam to załatwić osobiście, ale wspomniana wyżej osoba spierdala, gdy tylko zobaczy mnie na ulicy. Odważna tylko w internetach... to i ja internetem polecę.