czwartek, 20 lipca 2017



Bardziej. Mocniej. W ogóle!

Od jakiegoś czasu silnie walczę ze sobą. W sensie - próbuję być jak papier toaletowy i się rozwijać.
Raz po raz ktoś podetrze sobie mną tyłek, ale nie przejmuję się - gruba ze mnie rolka.

W związku z tym samorozwojem staram się rozumieć różne stanowiska, poglądy. Przyjęłam do wiadomości, że punkt widzenia zależy od miejsca siedzenia, a każdy ma zupełnie inne stanowisko.
I różną twardość. I fotela, i zadka.

Jednak skalam bloga i będę lekko polityczna. W sumie, kto mi zabroni?
Mi się nie da niczego zabronić. Nikomu nie da się nic zabronić, zatem...
Trzymajcie się, bo zaczynam.
I będę bardzo subiektywna.

Dzieją się w Polsce różne dziwne rzeczy. Niepokojące. Straszne.
Lekko apokaliptyczne.
Na Czarnym Proteście nie mogłam być. Bo operacja, chemia, różne takie dziwne rzeczy.
Dzisiaj rano ledwo żyłam, bo grypka, skręcona kostka też daje mocno w kość, ale...
Jak nie teraz, to kiedy?
Czy będę mogła wyrazić swoje zdanie głośno jeszcze kiedyś?
Nie wiem. Dlatego naćpałam się przeciwbólowych i poszłam pod Sąd w Żorach.
Z Mamuśką, moją dzielną kompanką. W sumie miałyśmy dwie sprawne nogi, więc akcja miała szansę się udać. No bo Mamuśka też ma skręconą nogę. I też prawą.

I te dwie lewe nogi poczłapały. Postały. Zapaliły znicze.
Płakać mi się chciało. I dalej się chce.
Boję się przyszłości, tego dokąd zmierza nasza demokracja.
Boję się utraty wolności, którą tak sobie cenię.
W momencie, gdy dostałam nadzieję na jeszcze kilka lat życia, zaczynam się bać o kraj.
Jestem patriotką. Bardzo.

I w tym miejscu apel do Was, moi Kochani:
nie mówię, że macie zmienić poglądy, zdanie, priorytety.
Ale proszę Was, tych, którzy się nie zgadzają z obecnym Rządem, wyjdźcie na ulicę.
Wstańcie z kanapy i pokażcie, że Was to obchodzi.
Łatwo jest powiedzieć, że jedna osoba nic nie zmieni...
Ale razem jest nas dużo więcej, niż jedna osoba.

I to nie jest tak, że jestem za PO. W sumie, nie jestem chyba za żadną partią jakoś bardziej. Jedna mi się podoba, ale nie będę zdradzać, która.
Chodzi o to, że jest coraz gorzej. Trudniej.
Staram się nie narzekać, tylko dzielnie stawiać czoła zastanej rzeczywistości, ale już nie wyrabiam.
Wszystko drożeje na potęgę. A renta nie rośnie.
Nie wiem, co by było, gdyby nie Fundacje i Wy, którzy nam dzielnie pomagacie.
Jest CHOLERNIE ciężko przeżyć. Połączyć koniec z końcem, a jeszcze przy tym się uśmiechać. I nie narzekać.
Jest trudno!
Mogłabym się zwinąć w kłębek, udawać, że jest w porządku.
Ale, cholera, nie jest.
Jeszcze kilka podwyżek i nas zlicytują. Dosłownie.
Dlatego wstaję z kanapy i idę.
Jutro o 21:00 znowu będziemy pod Sądem. Porozmawiamy, pośmiejemy się - zapewniam Was, że atmosfera jest GENIALNA na takich sabatach ;)
Przyjdźcie. Nie jako wsparcie jakiejś opozycyjnej partii, nie jako przeciwnicy czy rywale:
bądźmy tam razem, jako ludzie bojący się tego, dokąd zmierza aktualna polityka.
Pokażcie się.
Protestujcie, manifestujcie, żyjcie bardziej - póki możecie.

Dla rozładowania atmosfery:
w autobusach są rozwieszone plakaty koncertu Kukiza. No i wracamy sobie ostatnim kursem, razem z garstką innych manifestantów i grupą młodzieży. Jeden chłopak wypala "Idziecie na koncert Kukiza? Śmieszne w ogóle, jest też polityk o tym nazwisku!".
Na faktach! Mamuśka potwierdzi! :D

Dodatkowo kierowca się nieco zamulił i wywiózł nas na zajezdnię. Zapomniał o ostatnim przystanku.
Moim przystanku!
Pozwiedzałam sobie miasto, pozwiedzałam... ;)

* * * * * * * * * * * * * * * * * * * * 

Żyjcie bardziej... póki możecie!

wtorek, 11 lipca 2017



"Życie, życie jest nowelą..." A raczej ekscytującą książką przygodową!

Urodziny przeurodzinowane. I to mocno przeurodzinowane!
Minęły już prawie dwa tygodnie, a niespodzianki się nie kończą :)

W zeszłym tygodniu, w sobotę, odwiedziliśmy Tychy. A tam koncert Grubsona. Pokiwaliśmy się (w moim wypadku), poskakaliśmy (Krzysiowa działka), ponuciliśmy (znowu ja), a nawet darliśmy pyski na całego (a to Krzyś).
Mężny lubi Grubsona. Bardzo lubi. A ja lubię Mężnego, więc dzielnie znoszę kolejne koncerty Grubsona (bo Mężny się tak cudnie śmieje od ucha do ucha, gdy tylko go widzi).
Od domu Marcinków do strusiopodobnej żyrafy jest całkiem spory kawałek.
Przeszłam go!
Na koncercie też z dwie godziny postałam!
I nawet WŁASNONOŻNIE wróciłam (na piechtę!) do domu!
Dumna z siebie byłam niesamowicie. Już nie wspomnę o tym, że pozwoliłam sobie na coś mocniejszego niż sok pomarańczowy, wino, czy piwo. Ba! Nawet od wódki mocniejszego!
I przeżyłam :D




Gorzej było z przeżyciem... kibla!
Tak, kibla!
Stojąc w kolejce dziwiłam się, czemu każdy wychodzi taki zniesmaczony. Wręcz zdruzgotany.
Dowiedziałam się. Przekonałam boleśnie na swoim tyłku (i nosie).
Wszyscy robimy sobie podśmiechujki z indyjskich pociągów, gdzie toaleta to tylko dziura w podłodze.
No to Wam powiem, że kibelek przy scenie wyglądał jak indyjskie WC, wersja deluxe.
Wersja deluxe, bo była dziura w podłodze, a w nią wklejona miska a'la zlew. Ale z wyznaczonym miejscem na postawienie stóp.
Nie wierzyłam własnym oczom. I nie ma zmiłuj dla dzieci, ciężarnych, niepełnosprawnych. Masz dziurę to szczaj.
Syf straszny. Obszczane wszystko dookoła. Nie dziwię się, w sumie. Ciężko wcelować w dziurę.
Ani żadnych poręczy, ani uchwytów, nic.
I jeszcze pobierali za to opłaty.
SERIO.
Dalej jestem zdegustowana do granic możliwości.

Na szczęście zdjęcie zrobione na przystanku poprawiło mi humor.


Z naszymi Marcinkami <3 p="">
Ten przystanek to fajny myk. Podchodzisz do tablicy informacyjnej, klikasz ikonkę z aparatem, robisz zdjęcie, wpisujesz swój mail i... już. Masz zdjęcie na swoim mailu :D
Tak gratis i w prezencie.
Świetna sprawa :)))

W zeszły weekend zrobiliśmy małe przebudowanie dużego pokoju. Miałam się chwalić zdjęciami, ale mam taki syf w chacie, że strach to pokazywać publicznie ;) Od trzech dni jestem lekko niedysponowana, a przedwczoraj skręciłam sobie kostkę. No, może nie skręciłam, nadwerężyłam.
Zwał jak zwał - boli. Leżę na doopie i bawię się z czwartym kotem.

Yhym. Czwartym kotem :D

W niedzielę poszliśmy z Reksiem na dłuuuugi spacer. I wróciliśmy z niego z małym, czarnym kocurkiem. Takim ślicznym :D
Krzysiek tak mnie zszokował swoim "Przygarniemy go?", że aż wyrżnęłam na prostej drodze ;)

No i czarnulek, zaksięgowany w bazie u weterynarza jako Lestat (ale imię to jeszcze kwestia dyskusyjna, poznajemy się, póki co ;)), je, bawi się i śpi.
I daje się zdjęciować :)










Staram się jak mogę dalej być zorganizowaną, pracować, tworzyć i ogarniać.
Ale... świat teraz składa się dla mnie z mruczącej, czarnej kuleczki.
Doświadczona poprzednimi trzema kotami wiem, że te kuleczki bardzo szybko rosną.
Chcę się nacieszyć Lestusiem, jego drobniutkimi łapkami i trybem traktorka.
Z rok będzie już duży.
Świat poczeka, sukces poczeka. Lesiu nie poczeka, dorośnie.
Dlatego to on teraz jest moim priorytetem :)))

* * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * *

Komentarze karmią blogera :)))

środa, 28 czerwca 2017



Hash, nie koniecznie w tagach.

Wczoraj miałam akcję pt. "ogolić nogi i nie zdemolować mieszkania".
Łatwo nie było, a i nie obyło się bez krwi, no ale jakoś podołałam. I czekając, aż krem zacznie spalać kłaki, przyszło mi do głowy, że...
To jest cholernie niesprawiedliwe, że tylko kobiety MUSZĄ taką rzeźnię przeżywać.
Facet nie mówi "Nie założę krótkich spodenek, bo się nie ogoliłem", ani nawet "Nie pojadę na basen, bo nie chce mi się depilować".
Nie, oni wskakują i jadą, idą, szaleństwo bez spinki.
A ja, nawet ogolona, mam zawsze w tyle głowy pytanie, czy nie porobiłam omijaków.
Jestem biała jak ściana, włosy rosną mi za to ciorne jak smoła, więc najmniejszy omijak widziany jest z kilometra.

Chłop mi mówi: "Olej to i załóż krótkie spodenki".
No way.
To jest już tak mocno zakorzenione w społeczeństwie, że się zwyczajnie nie da. Posiadanie owłosienia stało się nienaturalne, wynaturzone i ohydne.
Stan naturalny teraz to gładziutka, mięciutka skórka, którą można głaskać z przekonaniem, że nigdy nie została nawet zbrukana niechcianym włosiem.


Są tacy, którzy twierdzą, że to sprawa higieny. Chociaż nie wiem, co nogi mają wspólnego z higieną.
Są też tacy, którzy mówią, że dla urody trzeba cierpieć. Ale tu już nie chodzi o urodę. Tu chodzi o wymuszanie zachowań na kobietach. Chodzi o pozbawianie naturalnej lekkości bytu, zabijanie spontaniczności. Kreowanie sztucznych zasad.
Niby ich zachowanie nie jest obowiązkowe, ale w praktyce... jest.

Wielu mężczyzn nawet twierdzi, że nie wyobraża sobie nieogolonej kobiety. Że kobieta ma być gładka.
Od kiedy niby, ja się pytam?!
Taka rewolucja nastąpiła w ciągu ostatnich 20 lat. Tylko 20 lat wystarczyło, aby całe społeczeństwo zapomniało, że ogolone nogi nie są naturalne.

I teraz może się śmiejecie, że tak trywialna rzecz, jak golenie, mnie aż tak zajmuje.
Tak, zajmuje. Wczoraj się tego podjęłam, krem nie dał rady wypalić wszystkich włosów, do tego mnie uczulił (jak nigdy!).
Nogi mam w bąblach, do tego pozacinane po eliminacji omijaków.
A najgorsze jest to, że za dwa dni czeka mnie to samo.
Znowu mam zmarnować dwie godziny życia tylko po to, aby móc spokojnie nosić krótkie spodenki.

KURWA.


* * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * *
Komentarze karmią blogera :)

piątek, 23 czerwca 2017



Przeterminowana. Dokładnie o dwa i pół roku.

Było to 23 czerwca 2014 roku. Niespełna tydzień przed moimi dwudziestymi piątymi urodzinami.

Od dwóch miesięcy mieszkałam już z Mężnym (wówczas - Jeszcze Kawalerem).
Do szpitala po raz pierwszy trafiłam 26 maja 2014 roku.
Musiałam błagać lekarkę rodzinną o skierowanie na oddział.
Twierdziła, że nie ma przesłanek ku temu.
Sugerowała, że udaję, aby mieć dalej L4.

Przy pierwszym podejściu na Izbę Przyjęć lekarz stwierdził, że mam za dobre wyniki na szpital.
Za drugim, że dobrze działa na mnie Pyralgina i mam ją brać.
Za trzecim zrobili mi USG na miejscu, odkrywając stado guzów na wątrobie. Zatrzymali mnie na oddziale, zostałam tam prawie dwa tygodnie. Zrobili szereg badań, w tym biopsję.
Lekarz, który ją przeprowadzał, uspokoił mnie słowami:
"Widziałem takie coś setki razy, to nic groźnego, proszę się nie martwić!".

Po dwóch tygodniach wróciłam po wyniki.
Nikt ze szpitala nie dzwonił, nikt się nie dobijał, więc sądziłam, że to tylko formalność.
Zdziwiłam się bardzo.

Dostałam kartkę. Szybko szukałam w internecie, co oznacza ten dziwny, łaciński termin.
Poszliśmy do lekarza, który mnie prowadził, gdy leżałam na oddziale.
Zrzedła mu mina.

Chciałabym Wam napisać, jak to wszystko dalej się potoczyło, ale...
niemal nic nie pamiętam.
Wiem, że przyjechał Tata. I na kolanach prosił mnie, żebym nie umierała.
Wiem, że pojechaliśmy do innego onkologa.

Nie wiem, jak powiedziałam to Mężnemu.
Nie wiem, jak dostałam się do domu.
Nie wiem, co robiłam przez kolejne trzy miesiące.
Nic nie pamiętam!
Kolejne wspomnienie mam dopiero z października, gdy zakładałam bloga.

Słyszałam, że mózg się broni przed traumatycznymi wspomnieniami, zupełnie je wypierając.
Pierwszy raz w życiu mam takie coś.
I jestem za to wdzięczna!

Mijają dzisiaj trzy lata. Szmat czasu, którego mi nie dawano.
Żyję pełnią życia.
Jestem szczęśliwa.

Niemożliwe stało się całkiem realne!


* * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * *
Komentarze karmią blogera i czynią go szczęśliwym :)

wtorek, 20 czerwca 2017



To ja poczekam, aż będę idealna... (dużo zdjęć... nieidealnych ;P)

Mam dziwny okres w życiu. Bardzo dziwny.
Znowu łapię się na gonieniu ku perfekcji. Myślałam, że już się z tego wyleczyłam, ale nie. Dalej w głowie siedzą dziwne chochliki, co zawistnie szepczą do ucha teksty typu "jesteś niewystarczająco dobra", albo nawet "lepsi od ciebie nie dawali rady". Muszę dać sobie mentalnego kopa i po prostu robić swoje. Nie jest łatwo, bo wena to taka suka, co raz daje jednemu, raz drugiemu, aby w końcu pójść do trzeciego i zatęsknić za pierwszym.

I tak - kiedy piszę regularnie to nie umiem dziabać biżuterii. Gdy dziabam szaleńczo to nie umiem jednocześnie pisać. A gdy ogarniam już, jako tako, jedno i drugie to nagle stwierdzam, że:
a) trzeba posprzątać,
b) poszyłabym sobie,
c) zamoczyłabym łapki w akwarium,
d) BRZDĘĘĘĘK bzzz BRZDĘK zzziiiiiisiiii BRZDĘĘĘĘK (a to wyjaśnię niżej ;P).

Jako, że biżuteryjnie to ja bardzo płodna, to od ostatniej notki nazbierało się sporo nowości. Wieści. Radości. Dużo, hopsa!

W poprzednią sobotę odbyło się spotkanie pomaturalne. W sensie - dycha po maturze.
Miałam wpaść na chwilkę, a w sumie to wróciłam do domu na tyle późno, że chwilkę to ja spałam ;) 
Nie sądziłam, że jestem w stanie wlać w siebie tyle wódki (WÓDKI, KURWA, WÓDKI! ja tego świństwa nie piłam już od... nie pamiętam kiedy... w każdym bądź razie - daaaawno).
Spotkanie klasowe w końcu przekształciło się w spotkanie miarkowe (chodziłam do liceum imienia Karola Miarki ;)). A tam nawet znalazła się moja jedna fanka (pozdrawiam, pozdrawiam!).

Niby nic, zwykła biba. Ale... jakoś pozmieniała mnie gdzieś tam w środku.
Nagle zrobiłam się gadatliwa, pełna energii, pozytywnie nastawiona do wszystkiego, co tylko isnieje na świecie.
Zwykle jestem raczej pozytywna, ale teraz jestem mega pozytywna i aż pysk mi się śmieje na samą myśl o jutrzejszym dniu. Normalnie sama z sobą już nie wyrabiam!

Nie wiem, czemu, a jakoś mnie wzięło na strzelanie selfie w windzie, chociaż ja selfików nie zwykłam sobie strzelać.
Ale to pewnie dlatego, że na te szóste piętro winda jechała strasznie długo. Najpierw pomyłkowo kliknęłam guziczek z "9" i tego nie zauważyłam na czas... a poźniej, żeby zjechać trzy piętra w dół, kliknęło mi się parter. I byłoby okej, gdybym na parterze nie włączyła wszystkich przycisków. Tak dla pewności, że zatrzyma się na szóstym piętrze... takie tam, ekhem :D

Stan fizyczny?

Stan psychiczny?


Nie pytajcie o szczegóły. Nie chcecie wiedzieć :D

Po paru dniach (które były niekończącym się kacem...) przybył mój prezent urodzinowy od Mężnego. Tadaadadaaa!

 
To są Krzypki.
Krzypki są zajebiste, bo są niebieskie i zajebiste.
Normalnie kocham je całym moim złym i mrocznym serduszkiem!
Brzdękam codziennie (sąsiedzi zapewne są zachwyceni...).
Odpręża mnie to lepiej niż gorąca kąpiel, czy czekolada...
                ...a może nawet bardziej niż kąpiel w czekoladzie ;) 

Na fejsie wrzuciłam filmik z moich zmagań (byłam totalnie nieświadoma bycia nagrywaną - Mężny mnie w konia zrobił udając, że robi zdjęcia kocicy ;P).
Kogo ominęło, to film znajdzie tu -> http://bit.ly/krzypki1.
Radzę wyłączyć dźwięk ;)))

Po krzypkach przyszedł kolejny prezent, tym razem od mojej Anuchny, co ją znam już z... 14 lat?Jesteśmy dowodem na to, że znajomości internetowe mogą być bardzo trwałe. A poznałyśmy się na forum... o robieniu bransoletek z muliny ;)


Coby bylo mało, to jeszcze Purina i Streetcom nam zrobili prezencik, przysyłając Reksiowi jedzonko na próbę ;)


I tak, po serii przesyłek, dochodzę do wniosku, że wyleczyłam się z nielubienia prezentów.
Tak, kiedyś nie lubiłam dostawać prezentów. 
Nie wiem, czemu.
Jakośtakoś.
Teraz uwielbiam ten moment, gdy mogę coś rozpakować (jak dziecko... znowu... ciągle wydaje mi się, że coraz bardziej dziecinnieję na starość).
I mogłabym udawać, że nic mnie nie rusza, że nie jestem materialistką, ble ble ble, że poważna jestem, ble ble ble.
Ale po co? Nie jestem materialistką, ale uwielbiam miłe niespodzianki! Uwielbiam coś dostać, bo uwielbiam być wdzięczną.
Lubię się uśmiechać, lubię być szczęśliwą, normalnie lubię być sobą i lubię kochać życie.
Lubię też szczerość, więc dlaczego mam być nieszczerze nieszczęśliwa w tym momencie?

Niestety, zachorowałam na nową przypadłość - paczkoholizm. Tu już zachowuję się jak kot - wpadam w kartony, że aż wióry lecą.
Och, kartony, kartoniki, paczusie, paczuleńki...

Co do paczek - ostatnio pokazywałam Wam koraliki od Iwony. Oto, co z nich wyczarowałam:

Jestem z siebie tak bardzo dumna, że aż ciężko to opisać słowami. Założyłam nawet konto na Wylęgarni. Trzeba iść z tymi moimi plecionkami w świat, bo, nieskromnie mówiąc, są cudowne. Zdjęcia nie oddadzą ich uroku. Normalnie mogę się godzinami patrzeć, jak te kryształki cudownie odbijają światło :)))

No nic. Na kolejną notkę szykuję Wam niespodziewajkę, która jest mało niespodziewajkowa, bo na fejsie już się zdradziłam.
No dobra, nie wytrzymam nie pisząc o tym ;P

Jakiś czas temu rozpoczęłam współpracę z portalem Faqrak.pl. W dniu dzisiejszym znajdziecie tam już dwa moje twory (w tym jeden wywiad), a to jeszcze nie koniec. Jak tylko oderwę się od Krzypków i Iskrzyków to, zapewniam Was, napiszę tam jeszcze co nieco.
Obiecałam zresztą serię felietonów, więc... no nie mam wyjścia ;)

Linki:
Wywiad jest tu -> http://bit.ly/faqrak-wywiad
Instrukcja obsługi jest tu -> http://bit.ly/faqrak-instrukcja (tak, to dokładnie TA istrukcja ;)).

No. To już wiecie, dlaczego chodzę nakręcona jak mały samochodzik?
Dużo się dzieje, fajnie się dzieje! Nawet Mężny miał cały długi weekend wolny i... no, troszkę się nim nacieszyłam (w końcu!) :)
Dodam jeszcze, że mamy nowe akwarium (trzecie już, kolibka...). Może i malutkie, bo tylko 12l, ale plany mam wobec niego, jakby miało z 2000l :D

Muszę Wam powiedzieć, z pełną odpowiedzialnością, że właśnie zaczął się najlepszy okres w moim życiu. 
Już ja sama o to zadbam, aby był najwspanialszy ze wspaniałych.
No bo KRZYP KRZYP KRZYP KRZYYYYP! ;)

* * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * *
SMS na numer 75 165 o treści: POMOC 6742
czyni mój świat lepszym :)

piątek, 9 czerwca 2017



Wyczekane - wychuchane!

No, miałam stresa przed odebraniem tych wyników. Zwlekałam, jak tylko się dało. Nawet w autobusie nie byłam w stanie audiobooka słuchać, bo co chwilę zatracałam się w myślach i traciłam wątek.
Ale są!


Wszystko jest w porządku, stabilizacja trwa, mogę sobie spokojnie żyć :)))



Wracając ze szpitala zahaczyłam o Galerię Katowicką. Tam jest Świat Książki, a gdzie jest Świat Książki, tam są MemoBooki (zeszyty z kartkami w kropki, dosyć charakterystyczne - używa się ich głównie do prowadzenia planerów, tzw. bullet journali).



Miałam tu pisać o moim mindfucku, gdy okazalo się, że w całym budynku nie ma mapki. Trzeba ściągnąć aplikację, aby odnaleźć jakiś sklep. Albo przejść wszystkie piętra. Wybrałam to pierwsze (po obejściu dwóch pięter, kwa...). Miało być z żółcią i wkurwem, że świat zmierza w bardzo złą stronę. Ale... mam tak dobry humor, że aż sobie daruję :P

Wracałam tak uhahahana, że aż dwie obce osoby się ze mną przywitały. Chyba myślały, że je znam... Bo się uśmiechałam dosłownie do wszystkich!
Dalej mi się pysk cieszy!

A jeszcze dostałam paczkę od Iwonki, duuużo koralików! Normalnie ekstaza!


Jutro mam spotkanie klasowe, pt. "10 lat po maturze". Nie wiem, kto te lata liczył, bo chyba się pomylił. Przecież minęły może z dwa, może trzy, co oni o dyszce gadają?
No. Ale okazja do świętowania będzie!

A świętować będę nieustannie, aż do końca roku. Dopiero wtedy wybieram się na kolejną tomografię... ;) Czujecie to? Pół roku bez myślenia o raku! Kocham moją Onkolożkę, kocham normalnie!

Ale jednak życie kocham bardziej.
Życie, och życie, kocham cię nad życie!

*edit*

"Strabilizacja" nie oznacza "jesteś zdrowa", niestety ;)
To raczej takie "masz spokój, dopóki raczysko się nie obudzi". Kolejna tomografia planowana jest na grudzień/styczeń, więc ten wynik daje mi pół roku laby od chorowania. W dalszym ciągu jestem na lekach i suplementach, ale wizja chemii czy radio się oddaliła o owe pół roku :)
Biorąc pod uwagę fakt, że ponad półtora roku jestem bez leczenia, to jest to MEGA wynik.
Niestety, na fazę "wszystko znikło" jest za wcześnie - wchłanianie się guzów trwa dłuuuugo. Ten z trzustki zniknął mi ponad dwa lata temu, a dalej jest tam zwapnienie. Na wątrobie mam podobnie - i zwapnienia, i nekroza (uśpione guzy), do tego nacieki. Tam jest taki ser szwajcarski, że ciężko się połapać.
Plan na teraz to walka ze stłuszczeniem wątroby. Po ludzku - schudnąć muszę ;P
Tulam Was cieplutko :)))
* * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * *
SMS na numer 75 165 o treści: POMOC 6742
czyni mój świat lepszym :)

wtorek, 6 czerwca 2017



Obserwacje własne

Mężny stwierdził, że to dobry temat do poruszenia na blogu, więc... ruchu-ruch, ruszam!
W weekend spotkaliśmy się z przyjaciółmi.
Jakoś tak temat zszedł na sporty, a później na bieganie.
I tak, na cztery osoby, każdy miał inne podejście i inne nastawienie do biegania!

ja i Agula - czujemy wolność, rozumiemy ją, ćwiczymy dla przyjemności, dla poczucia spełnienia - nie zwracamy uwagi na wyniki;
Agula mogłaby zacząć biegać od razu, ale jest stworzeniem stadnym i chce biegać z kimś;
ja jestem samotnikiem i niestety, no, ważę za dużo, aby od razu wskoczyć w buty i biec w las ;)

Marcinek - rozwala temat biegania na czynniki pierwsze - buty, nawierzchnia, oddech, stawy, technika; cały czas odwleka zrobienie czegoś, perfekcjonista aż do bólu, ma słabą motywację, bo rozpraszają go drobne sprawy, chciałby od razu robić wszystko idealnie;

Krzyś - gotowy był od razu wskoczyć w buty i biec :D ale pod warunkiem, że będzie miał z kim konkurować! zrobi wszystko, aby tylko być najlepszy, aby pokazać, że on może, jednak po osiągnięciu celu opada i musi odpocząć. Zwykle ten odpoczynek trwa kilka lat. Jeżeli nie ma konkurencji, jeżeli nie ma wyzwania - nie robi nic.

Typów osobowości są setki, tysiące, miliony.
Ale tu miałam taką fajną grupę kontrolną ;)

Wyobraźmy sobie teraz, że wszyscy obiecaliśmy sobie za rok przebiec półmaraton.
Powiedzmy, że mamy możliwość biegać razem (już mi się to nie podoba ;P).
Agula wyciąga wszystkich, bo ma wysoką motywację i chce już teraz!
Marcinek nie ma wyjścia, musi wypełznąć z domu, bo ciągnie go Prawie Żona. Dba za to o technikę i zdrowie całej grupy.
Krzyś konkuruje z każdym po kolei. Nie da po sobie poznać, że coś sprawia mu trudność. Może chciałby na raz przebiec 20km, ale stopuje go Marcinek.
Aga dodaje wszystkim motywacji.
Jest równowaga!

I tu dochodzimy do wniosków:
- aby wyzwanie miało sens, musi być wyzwaniem
- aby wyzwanie było zdrowe, musi być hamulec rozsądku,
- aby wyzwanie się realizowało, musi mieć kopa motywacji i dawać PRZYJEMNOŚĆ!

Jeżeli już widzisz, w której dziedzinie przodujesz to... wiesz, co musisz jeszcze rozwinąć. Co w sobie wytrenować. Na czym się skupić.
 PRZYJEMNOŚĆ, ROZWAGA i MOTYWACJA powinny być w idealnej harmonii.
A jeżeli czegoś Ci brakuje to... znajdź kogoś, kto to posiada i ma podobny cel.
Po to mamy bliskich, aby tworzyć z nimi zespół :)

Więcej wniosków wyciągnijcie sami, przecież nie będę Wam podawała wszystkiego na tacy... :D

I jeszcze zdjęcie z owego wieczoru:

Yhym, nowym telefonkiem! Takie zdjęcia robi, takie!
Aż mój Instagram odżył :D

* * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * *
SMS na numer 75 165 o treści: POMOC 6742
czyni mój świat lepszym :)

poniedziałek, 29 maja 2017



Co doprowadziło mojego prywatnego Małża do łez ;)

Na wstępie muszę wklepać poniższy fragment, bo wiem, co się zaraz będzie działo, jaki hejt poleci ;)

Wpełzłam ostatnio na dziwny etap życia. Etap, gdy każdy próbuje mi rozkazywać.
Ludzie myślą, że grzecznie posłucham ich mało grzecznych "rad" i, z podkulonym ogonkiem, będę tańczyć, jak mi zagrają.

Wiadomość dla owych "radnych":
nikt nie przeżył za mnie życia, nikt za mnie nie był leczony, krojony, nasycany chemią, naświetlany, badany, rugany, olewany, opierdzielany. Nikt za mnie też nie rzygał, nie srał, nie wył z bólu, nie słaniał się na nogach z wyczerpania.
Więc nikt za mnie teraz nie będzie podejmował decyzji.
I nie będę robić czegokolwiek tylko dlatego, że ktoś tego ode mnie oczekuje.
Jestem wolna.
Ty też jesteś. Dlatego nikt Ci nie każe tego czytać.
Więc jeśli masz jakiś problem z tym, że mam odwagę robić to, na co mam ochotę to... wyżyj się gdzieś indziej :)

*notka właściwa*
Mój Mężny to dziwny typ. Bardzo dziwny.
Nie ruszyło go to, że codziennie latam na zakupy i z piechem na spacer, że codziennie ma cieplutki obiad, gdy wróci z pracy. Nie zauważył nawet, że w ciągu jednego dnia zrobiłam porządek w mojej szafie (wcześniej zajmowało to około 10 dni... roboczych). Nawet fakt, że w ciągu jednego dnia potrafię pojechać na tomografię, wrócić, umyć podłogi, wstawić pranie, ugotować obiad i skoczyć z piesem na dwór go nie wzruszył.

Złamało go... odkurzanie.
Coś, co od dawna robię codziennie. Wiecie, mamy takiego potworka na nóżce, ssie może słabo, ale ma turboszczotę, a w korpusie ukryty jest malutki odkurzaczyk. Fajnie zbiera sierść, a mamy jej w domu całe kłęby. No trzy koty i psiak troszkę tego generują, szczególnie na wiosnę ;)

I w niedzielę, jak każdego innego dnia, chwyciłam odkurzacz. Na szybko obleciałam podłogi, żeby zebrać piach i sierściucha, później wyodrębniłam z machiny odkurzacz ręczny i lecę - ranty, blaty, parapety, obrazki, telewizor... Wszystko, co mi wpadnie pod wylot, zanim minie 15 minut i odkurzacz się rozładuje. Wskakuję (niczym gazela! ;)) na kanapę i jadę z lampą. Wzrok mój padł na żyrandol. No to śmigam, odkurzacz nieskończonej baterii nie ma. Bzuuuum, bzuuum, bzuuuum, odkurzone. Starczyło jeszcze na przelecenie książek nawet.

A mój Mężny w płacz.
Bo on nigdy mnie takiej nie widział. Nie widział, jak skaczę po meblach. Nawet moment wieszania obrazków na ścianie mu umknął, bo był na delegacji.
Nie zdawał sobie sprawy z tego, że ja na prawdę mam masę energii i siły, że nic już mi nie jest straszne. No dobra, maratonu nie przebiegnę, ale na przystanek sobie już potruchtam.

Poczułam się niedoceniona. Kuźwa! Robię to codziennie! Każdego jednego dnia!
A on dopiero teraz to zauważył!

Faceci... ;)

Dobra, teraz się nabijam i złoszczę, ale to było na prawdę urocze :D

Złożyłam "zamówienie" na prezent na urodziny ;) Od dawna już o tym marzyłam, ale jakoś umknęło mi to, że życie składa się ze spełniania marzeń i właśnie po to się żyje.
Chcę skrzypce.
Skrzypce chcę!
Będę brzdękolić, piskać na strunach, rzępolić i popierdywać smyczkiem.
Ja nie chcę nawet specjalnie umieć na nich grać, nie muszę być wirtuozem.
Ja chcę ich dotykać, pieścić je paluszkami, macać, czcić, wąchać, pucować, przytulać. Chcę czuć, jak wibrują struny pod palcami.
Od zawsze kocham ten instrument. Po 29 latach życia chyba zasłużyłam na własny egzemplarz ;)
Nie wiem, z czego Mężny mi je kupi, ale musi zapłacić za przyjemność oglądania mnie podczas sprzątania (w ramach zachęty mogę nawet nosić krótkie spodenki! ;)).

A poza tym w końcu skończyła mi się obecna umowa na abonament. Już leci do mnie nowy telefonik.
AaaAAaaaAAAAaa!
Ciężko mi nawet wyobrazić sobie, że w końcu będę mogła robić zdjęcia, głośnik będzie działał, a sam telefon nie będzie się przywieszał.
Aaaaa!
Cieszę sięęę! A ja taaaańczę! Lataaam! Aaaa! Już jutro, AAAA! :D

Pozdrawiam Was cieplutko! Szykujcie się, że w końcu zasypię Was zdjęciami :)))
(swoją drogą - Mężny stwierdził, że wyglądam jak moje ikonki z bloga ;))

* * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * *
SMS na numer 75 165 o treści: POMOC 6742
czyni mój świat lepszym :)

czwartek, 25 maja 2017



Historia z żyć wyjęta

Dawno dawno temu, zapewne wczoraj, była sobie kraina. Mlekiem nie płynęła, ale miodu w niej było, ile dusza tylko może zapragnąć. Jak okiem sięgnąć rozciągały się pola i łąki, pełne barwnych plam. Kwiaty kołysały się na wietrze, pięły się dumnie do nieba, rozgrzewając swoje płatki w ciepłych promieniach słońca.

W krainie tej mieszkały owady. Wszelkie rodzaje i gatunki, jakie tylko kiedykolwiek świat widział.

W owej Kwiecistej Krainie żył sobie Pędraczek. Pędraczek był nikim, szarym robakiem w tłumie owadów. Od innych odróżniało go tylko jedno - jego marzenie.
Marzenie narodziło się, gdy Pędraczek ledwo wypełzł ze swojego jaja. Do gniazda przyleciał Pan Motyl. Był piękny! Skrzydła mu skrzyły przy każdym ruchu, czułki miał długie, zaś odnóża pełne gracji i powabu. Pędraczek zamarzył, aby być taki jak on! Jak Pan Motyl!

Czas mijał, Pędraczek zajmował się codziennymi obowiązkami, ale... każdego dnia wdrapywał się na sam czubek najwyższej trawy i marzył. Marzył o lataniu, o kolorowych skrzydłach, marzył o byciu motylem.
Parę razy próbował latać, skacząc z samego czubka trawy. Oczywiście, nigdy mu się to nie udawało. Jednak zauważył, że gdy spada, powstaje za nim nić. Śliczna nić, niby pajęczyna. Pędraczek postanowił zatrzymywać te nitki, jako pamiątki po ułamkach sekund, kiedy był w powietrzu i wydawało mu się, że jeszcze troszeczkę, jeszcze odrobinka, i poleci. Ten cenny moment tuż przed uderzeniem w ziemię, gdy czuł się wolny i spełniony.

Codziennie, wracając z pracy, wdrapywał się na swoje ulubione, najwyższe źdźbło i śnił. A później próbował latać. Po kilku sekundach leżenia na ziemi, z boleśnie poobijanym odwłoczkiem, zbierał się i wracał na swój spód listka. Z każdym dniem przybywało niteczek. Zwisały smętnie z brzegu liścia, iskrząc i powiewając na wietrze.

Któregoś dnia jego próbę lotu widziała Pani Pszczoła. Podleciała do leżącego Pędraczka, pomogła mu wstać. Po czym stwierdziła, że jest głupi i powinien wziąć się do pracy. Porządnej pracy, takiej jak w ulu, gdzie każdy doskonale wie, co ma robić.
Pędraczek nic nie odpowiedział, skulił się w sobie. Może jego praca w Przeżuwalni nie była szczytem możliwości i osiągnięć, ale nie wadziła mu. Najważniejsze, że nie przeszkadzała mu w marzeniu o byciu motylem!

Jednak po krainie szybko rozeszła się wieść, że Pędraczek próbuje latać. Był wytykany odnóżami, nachodzony przez handlarzy sztucznymi skrzydłami (które, jak każdy z nas wie, do niczego się nie nadają). Znalazł się nawet handlarz techniką IT, który zaproponował mu udział w badaniach klinicznych nad najnowocześniejszą technologią tworzenia skrzydeł.
Pędraczek czuł się samotny. Bolało go ciało, od ciągłego zderzania się z ziemią. Ale jeszcze bardziej bolała go dusza, kiedy nikt nie potrafił zrozumieć jego marzeń.

Pędraczkowa kolekcja nitek rosła w zastraszająco szybkim tempie. Pan Pająk postanowił osobiście ją obejrzeć!
Przybył, owiany aurą tajemniczości i grozy. Najpierw zaproponował, że kupi wszystkie nitki Pędraczka. Kiedy ten się nie zgodził, spróbował sprzedać mu schemat na, rzekomo, najwytrzymalszą z sieci, w którą można łapać słabsze robaczki i je sprzedawać na czarnym rynku.
Pędraczek znowu się nie zgodził, ale Pająk nie ustępował. Obiecał, że sam splecie pajęczynę z tych niteczek, ale Pędraczek będzie musiał mu oddawać część ofiar.
Pędraczek podziękował Pająkowi za wizytę i go wyprosił.

Mijał czas, niby szykany się uspokoiły, ale... Pędraczek dalej czuł na sobie spojrzenia tysięcy robaczków.

Pewnego razu spotkał na szczycie swojej ulubionej trawki Motylicę. Spojrzała na niego swoim zwierciadlanym wzorkiem i powiedziała mu tylko jedno, jedyne słowo: "Próbuj!", po czym poleciała w stronę słońca. Wiadomo przeca, że motyle to płochliwe stworzenia.

Więc Pędraczek dalej zbierał swoje niteczki, układał kolorami, pieścił je, czyścił, rozmawiał z nimi w tylko im znanym języku. Czasami wyplatał z nich jakieś meble czy ozdoby - miał już miękkie łózko, z puchatą poduszeczką i ciepłą kołderką, wygodny fotel, gustowny dywanik. Mimo to - nie miał dość. Nitek ciągle było mu za mało!

Nadszedł dzień, którego obawiała się cała Kwiecista Kraina. Już od rana się chmurzyło, słońce nawet przez chwilkę się nie pojawiło na niebie. Zaczęło wiać.
Pędraczek szybko, w panice, powiązał swoje niteczki tak, aby go ochroniły przed zimnem. Ułożył się w łóżeczku. I zapadł w sen.

Burza zabiła wiele owadów. Jeszcze więcej z nich zostało rannych lub trwale okaleczonych.
Pędraczek nie pojawił się w pracy. Codziennie pod jego kokonem stawały zaciekawione robaczki, ale nic nie widziały przez szczelną ścianę z niteczek.

A Pędraczek zapomniał, że istnieje świat zewnętrzny. Zjadał powoli liść, który był mu wcześniej domem. Każdą chwilę wolną od odpoczynku czy jedzenia, plótł. Bo gdy zasnął w swoim tkanym łóżku, miał sen. Sen o skrzydłach wyplecionych z nici, która błyszczała w słońcu niby tęcza.

Czas mijał, Pędraczek pracował. Nikt mu nie przeszkadzał. Nikt go już nie próbował zniechęcić.
Może był samotny, może nie widywał słońca, ale robił to, co kochał.

Gdy już skończył swoją pracę, otworzył kokon. Wyszedł.
Przywitał go chóralny śmiech.
Bo jego skrzydła... No cóż, nie były idealne - poskręcane, pozlepiane. W kokonie nie miał więcej miejsca, aby zrobić je ładniejsze.
Jednak Pędraczek wiedział, że nitka potrzebuje blasku słońca. Wtedy lśni najpiękniej! Wtedy jest najtwardsza! Zauważył to podczas skoków z trawy. Robił to tyle razy... Wiedział, jak zachowuje się nić w deszczu, w słońcu, w nocy, w cieple i na zimnie.
Teraz potrzebował słońca...
Odpełzł, odprowadzany pogardliwym spojrzeniem tłumu.
Wpełzł na swoje źdźbło i zasnął.

Obudził go hałas. Owady przekrzykiwały się wzajemnie, prawiły coraz bardziej wymyślne komplementy na temat skrzydeł Pędraczka.
Pędraczek, który już pędrakiem nie był, wzruszył ramionami i odleciał.
Zrozumiał, dlaczego motyle są płochliwe. I dlaczego wolą samotność.

* * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * *
SMS na numer 75 165 o treści: POMOC 6742
czyni mój świat lepszym :)

wtorek, 23 maja 2017



Jak się widzisz, tak się piszesz - o diecie i zdrowiu, cz. 2

Zauważyłam dziwną tendencję u ludzi (w tym, oczywiście u siebie - też jestem człowiekiem ;)): degradujemy własną wartość.

W naszej kulturze przyjęło się, że trzeba być skromnym, nie można dbać o wygląd (bo to pod narcyzm podpada), nie można lubić siebie. Trzeba ciągle umniejszać własną osobę, swoje osiągnięcia i umiejętności, inaczej jesteś postrzegany jako arogancki i zadufany w sobie.

Na szczycie swoich wartości postawiłam zdrowie(tutaj sposób na wybieranie wartości)
Ale czasem zapominam o jednym:
Zdrowie to nie tylko bebechy. 
Na zdrowie składają się owe flaczki, ale także skóra, włosy, paznokcie, umysł, dusza, emocje. Wszystko.

I mimo tego, że to zdrowie jest dla mnie najważniejsze to... dzień zaczynałam od sprzątania.
Tak, od sprzątania.
Nie od śniadania, nie spaceru, nie prysznica. Od sprzątania.

Tu się kłania egoizm. Taki zdrowy, perfidny egoizm. Ćwiczę go i trenuję, jak mięsień.
Żeby nie siedzieć po nocach, wyszywając (sen jest zdrowy!).
Żeby smarować się kremami (skóra to też organ!).
Żeby dopieścić zmysły (przeca i nos i oczy i skóra i wszo inne to też organy - zaliczają się do zdrowia!).
Uczę się odpuszczać (psychika mi dziękuje, niemal na kolanach).

Mimo, że na drugim miejscu, zaraz po zdrowiu, wrzuciłam miłość to... zajeżdżałam się sprzątaniem tak, że gdy Tofik wracał z pracy to nawet nie miałam siły, żeby wyjść z nim na spacer.
Ba! Nawet gadać nie miałam siły!

Umiem już odpuszczać. Ale to nie tak, że umiem i koniec, kropka, jestem zajebista.
Ta umiejętność ma kolejne poziomy.
Czasami trzeba zrezygnować z czegoś, aby mieć coś innego.
I tak zrezygnowałam z usilnego rozwijania bloga... Bo przypomniałam sobie, po co go zakładałam.
Nie po to, aby mieć siedem tysięcy obserwatorów. Nie po to, aby mieć setki komentarzy i tysiące wejść dziennie.
Zakładałam go, bo kocham pisać. Lubię dzielić się szczęściem. Uczyć szczęścia.
Nie chcę być zmuszana do pisania. Chcę być wolna. 
Bo... to wolność dałam na trzecie miejsce.
Na czwartym jest harmonia.
Na piątym radość.
Dopiero na szóstym tkwi sobie pasja.

Powiem Wam, że takie postępowanie według ustalonych wartości ma głęboki sens. I daje poczucie spełnienia.
Nie musisz sobie niczego wypominać, niczego tłumaczyć. Wytłumaczyłeś sobie już dawno, tworząc hierarchię swoich wartości. Teraz tylko wcielasz to w życie.

I tak zabijam poczucie winy, gdy po raz kolejny nasmarowałam się toną kremów i balsamów (a pranie dalej nie powieszone). Zdrowie, radość. Harmonia ciała i duszy.
Nawet w planerze (a dokładniej - bullet journalu ;)) każdego dnia wpisuję trzy przyjemności, które MUSZĘ sobie danego dnia sprawić.
Po co żyć, kiedy życie nie daje szczęścia i radości?
A i jedno i drugie to NASZE emocje, więc to MY musimy sobie o nie zadbać.

Spróbujcie, warto :)
Co ma ten wpis wspólnego z odchudzaniem?
Jeżeli gdzieś na przedzie Twoich wartości stoi zdrowie to... przecież wiesz. Frytki nie są zdrowe.
Nienawiść do swojego ciała nie jest zdrowa.
Smutek, przymus, ostry krytycyzm wobec siebie - nie są zdrowe.
Jeśli na dietę spojrzysz jak na dążenie ku zdrowemu ciału to... łatwiej będzie Ci przejść obojętnie obok czekolady.
Ale nie przesadzaj! Równowaga i przyjemności w życiu też są ważne :)
Grunt to... harmonia? :D

PS. Rzuciłam fejsbooka. Jestem tam tylko raz-dwa razy dziennie. (nie scrolluję tablicy, mam wyłączone powiadomienia, a ikonkę skrótu schowaną na samym końcu listy aplikacji - coby mi czasem nie wpadł w ręce, gdy mam fazę bezmyślnego działania ;)).
Zamiast tysiąca krzyżyków tygodniowo teraz stawiam... trzy i pół tysiąca.
Obiad mam gotowy o 14:00.
I chodzę spać przed północą. Wstaję o ósmej.

Dobrze mi z tym poczuciem wolności.
Odświeżające uczucie! :)))
* * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * *
SMS na numer 75 165 o treści: POMOC 6742
czyni mój świat lepszym :)