Święta, święta i po wakacjach


No. Tyle by było z latania w samych majtach po domu. Pizga już strasznie. Nawet kaloryfery napełnili wodą, czym też spowodowali lekkie zamieszanie w naszej chałupie, bo... Jeszcze nie mieliśmy kaloryfera w łazience ;p Ale już jest ;))) 

Ja tymczasem uczę się regularności. 
Tak.
Znowu ;) 

Nie wiem, czy jestem aż tak leniwa, czy aż tak zbuntowana, że nie potrafię się utrzymać w ryzach i grzecznie trzymać planu dnia. Trzeci dzień z rzędu jem grzecznie pięć posiłków i, dla mnie, to już ogromny sukces. 
A jak napiszę już tę notkę to będę miała odhaczone wszystkie "to do" z dzisiejszej listy. 
No, poza malowaniem pazurów. To jest jako relaks po ciężkim dniu ;) 

Próbuję ogarnąć dom po remoncie, ale znowu okazuje się, że jestem bardzo ujową panią na włościach. Mycie okien czwarty raz przerzuciłam o trzy dni do przodu ;)
Nic się nie stanie, jak kurz jeszcze poleży, ale chciałabym zdążyć z tymi porządkami na Boże Narodzenie. Albo chociaż na Wielkanoc ;) 
Znowu w kuchni zalęgły się mole spożywcze, mając kompletnie w czułkach pułapki, ocet i suszone goździki. Ktoś w naszym pionie musi mieć niezły Sajgon w domu i nam przypełzają te stwory do chałupy. 

Nie to, żebym miała coś przeciwko nowym zwierzaczkom. Ale, no, ten teges, no mam.
Po pierwsze:
Coś latającego pod sufitem plus pięć kotów próbujących to złapać równa się Czabajska Masakra Kotem Demonicznym. Już dwa razy zrzuciły mi szczepki roślinek z naszego "kredensu"*. O dziwo, żadna szklanka nie ucierpiała - niespotykanym trafem za pierwszym razem po prostu się przewróciła, za drugim spadła na... Muszlę klozetową.
Tak. Mamy w dużym pokoju, zaraz koło kuchni, muszlę. Na szczęście w kartonie ;p
Czeka cierpliwie na lepsze czasy, czyli moment w którym Tofik przestanie umierać** i, w końcu, zafuguje mi tę cholerną podłogę w łazience.
Po drugie (tak, wracamy do moli ;)):
Mole robią pajęczyny. A pajęczyny to samice pająków (przecież to takie oczywiste, nie sądzicie? ;)). A ja się, przypominam, panicznie boję pająków. Może umiałam ten fakt przez trzy lata ukrywać przed Mężnym, ale sama przed sobą nie sam rady tego ukryć. Chociaż próbuję.

* Nasz "kredens" to ikeowski Kallax. Jaka gospodyni, taki, kwa, kredens. 

** Krzysiek umiera. Aktualnie na grypę. Tydzień temu umierał na zakwasy. Dwa tygodnie temu na lenia. Pasujemy do siebie ;D

No i tak się kręci ta dziwna karuzela. Z żalem patrzę na żółknące liście. I to, tym razem, nie u mnie w mieszkaniu. Tym razem na dworze. 
Drzewa przebierają się na jesień.
Ja jeszcze popierniczam w balerinach. I to tanecznym krokiem. 
Ot, słonik w składzie porcelany. Czyli w kredensie? Hm. 
Ciekawe, czy się tam zmieszczę... ;) 

Ach! Zapomniałam, że w naszym kredensie nie ma porcelany! :D

Share:

Upadek cywilizacji


Jestem przerażona. Okrutnie i boleśnie przerażona poziomem wiedzy, kultury i empatii naszego społeczeństwa.

Brykam sobie po internetach jak łania po łąkach i lasach. Tu zajrzę, tam pochwalę, tu skoryguję błąd ortograficzny...

...i w tym momencie zwykle rozpętuje się piekło.
Nie wpadłabym na to, że w większości grup na FB w regulaminie stoi, że zakazuje się zwracania uwagi na błędy językowe. 
SERIO! 

Nie jestem istotą z natury złośliwą, czy też bezinteresownie wredną (inna sprawa, gdy się mi na odcisk nadepnie, ale ten temat zostawmy ;)). Nie uważam, aby zwrócenie komuś uwagi było urąganiem czci bogów, czy czymś w ten deseń.
Sama mam problemy ze składnią, interpunkcją i związkami frazeologicznymi, a nie obrażam się na śmierć za zwrócenie mi uwagi. Mowa ojczysta jest czymś pięknym i wartym zadbania, jest dziedzictwem kulturowym. Może i trafiliśmy dość paskudnie, bo trafił nam się niezbyt prosty język o dość pokręconej genezie (dlaczego on szedł, a ona szła? nie tak łatwo to ogarnąć ;)). Ale jednak fajnie jest dbać o to, aby nasi rodacy nas, uwaga uwaga, ROZUMIELI.

Za każdym razem, gdy trafiam na jakieś "internetowe guru" (czyli współczesny odpowiednik "ciotki dobrej rady"), które pisze komentarze ciągiem, bez znaków interpunkcyjnych i z masą błędów ortograficznych, wpadam w niemal katatoniczne osłupienie.
Jak ktoś, kto nie potrafi porządnie sklecić kilku zdań, jak ktoś bez grama samokrytyki, może doradzać innym? 
Ba! Jak może doradzać, gdy nie jest proszony o radę? 
Jak mam szanować czyjeś poglądy i zdanie, gdy ten ktoś nie szanuje mojej potrzeby zrozumienia rozmówcy? 
A jeszcze na koniec, po próbie dogadania się, obrywam czymś w stylu "nie pżypominam sobie rzebysmy pszeszły na ty guwniaro". Que?! 

Zastanawiam się też, czy komukolwiek sprawia przyjemność klecenie wypowiedzi, które są kompletnie niezrozumiałe.
Zdania typu "Potrzebuję waszej rady?", "schematy na serwetkę?", "jaka wluczka" (zachowana pisownia oryginalna) to już codzienność. 
Bolesna.
No ja nie wiem, czy potrzebujesz mojej rady. Ja powinnam to wiedzieć? 

Dopiero od kilkunastu lat możemy szczycić się pokonaniem powszechnego analfabetyzmu. Jeszcze mój dziadek nie potrafił się nawet podpisać. 
Doszło do tego, że, w końcu!, każdy może poczytać książkę, napisać list, czy porozmawiać na czacie. 
Tylko, że to się zaczyna psuć. Zamiast słów pojawiają się gify. Zamiast artykułów oglądamy filmiki. Instrukcje do gier planszowych są dostępne w wersji filmowej. Już nawet czaty zostały wyparte przez wideokonferencje. 
Czy za dziesięć lat jeszcze będziemy potrzebowali pisma?
Może to ja jestem jakimś dziwnym zabytkiem, który zanadto przywiązuje uwagę do słów?

Kiedyś słowo pisane było dostępne tylko wyższym warstwom społecznym.
Zamiast szanować ten dostęp do wiedzy niemal tajemnej, do ogromu informacji, które są na wyciągnięcie ręki, 90% społeczeństwa woli udowadniać, że są idiotami. 
Bo wiecie, całe życie holduję zasadzie, że lepiej być postrzeganym jako głupiec i milczeć, niż otworzyć usta i rozwiać wszelkie wątpliwości. 

W internecie jestem taka sama, jak na żywo.
Nie udzielam rad, gdy nie jestem o nie proszona. 
Nie komentuję, gdy nie mam nic do przekazania. 
Dodatkowo w sieci swój język traktuję, jak ubiór w życiu codziennym. 
Nie pójdę w dziurawym dresie do urzędu, więc nie napiszę zwrotów grzecznościowych z małej litery. 
Na powiem, że jakaś kobieta na ulicy wygląda jak dziwka, więc i żadnego zdjęcia w internecie tak nie skomentuję. 
Nie wejdę komuś do domu i nie zacznę się w nim rządzić, więc i na niczym blogu czy profilu tego nie zrobię. 
Nie zwierzam się obcej osobie w autobusie, że mój mąż strasznie chrapie, a w ogóle to nie lubię żółtego koloru, awokado jest obrzydliwe, a od zeszłego tygodnia schudłam dwa kilogramy, więc nie będę takich bzdur wypisywać pod losowym postem, który pojawi się na mojej tablicy. 
Nie powiem koleżance, że jest gruba, tylko, że ta nowa sukienka nie podkreśla odpowiednio jej figury.
Nie chodzę po ulicy, krzycząc "śmierć homofobom", więc... 
I tym podobne. 

Przestańmy w końcu udawać, że internet jest jakimś rodzajem alternatywnej rzeczywistości. 
Jeśli jesteś chamem w sieci to, przykro mi, jesteś nim też w rzeczywistości. 

Pamiętajmy, że po drugiej stronie ekranu siedzi prawdziwy człowiek.

Ale wracając do tytułu notki. 
Powoli uświadamiam sobie, że internet może i jest świetnym narzędziem, ale to właśnie on przyczyni się do upadku cywilizacji. 
Piszcie o tym okresie,o współczesności, ale piszcie na papierze. Papier wiele przetrwa. Serwery i nośniki cyfrowe niekoniecznie. 
Piszcie na potęgę o świecie, o tym, co się dzieje, jak zachowują się ludzie. 
Mieliśmy epokę wiedzy i rozumu, drugie oświecenie, powoli zbliża się ciemnowiecze - ludzkość zginie bez kalkulatorów, komputerów, gotowych dań na wynos, sklepów online i sieci komórkowej.
Być może za kilka dekad zostanie nam tylko czysta kartka i ołówek. 
Będziesz w stanie zbudować sobie dom? Wiesz, jak znaleźć wodę? 
A, przede wszystkim, rozpoznasz żmiję, gdy na nią już nadepniesz?

Powiedzcie, że ludzkość przetrwa, proszę! 
Zaczynam w to wątpić.
Ale co ja, "guwniara", mogę wiedzieć o życiu, świecie i przyszłości? 

Boję się. 
Historia lubi zataczać kręgi.
Pierwszy września 1939.
Pierwszy września 2019.
Czy cokolwiek różni jeszcze te dwie daty? 
Przecież dalej cZŁOwiek cZŁOwiekowi cZŁOwiekiem.
A tak mało w nas człowieczeństwa. 
Share:

I po co to wszystko?


Niepełnosprawność odziera ze złudzeń. Jednym z tych złudzeń, które w sobie karmiłam dosyć długo, jest przeświadczenie, że zawsze wszystko się na koniec ułoży. Że jeżeli się nie układa to jeszcze nie jest koniec. 

Nie lubię pisać o kłopotach finansowych. Brak pieniędzy przy chorobie wydaje mi się już tak oczywisty, jak to, że słońce wzejdzie jutro na wschodzie. Mam dosyć braku stabilizacji. Mam dosyć nerwów, strachu, niepewności.
Muszę wrócić do pracy, chociaż nie mam siły. Muszę, chociaż jeszcze przez półtora roku powinnam siedzieć grzecznie w domu i się nie wychylać. 
Jestem przerażona. I bezsilna. 

Mamy 7 sierpnia, a do końca miesiąca zostało nam 50zł.

Mam ochotę strzelić sobie w łeb. Przestać się szarpać z systemem, dla którego jestem tylko ciężarem. W którym nie ma miejsca dla takich jednostek, jak ja.

W zakładce "Możesz pomóc!" jest link do mojego konta w fundacji Avalon. 

Jednocześnie chcę zaznaczyć, że mamy już wystarczające środki na przeżycie miesiąca :) A nawet i na część września starczy!

Dziękuję Wam ogromnie! 
Share:

Odejść. Tego nie robi się człowiekowi.


Nie wiem nawet, jak zacząć. Nie wiem, co się ostatnio w moim życiu odpierdala. Nie wiem, czym na to wszystko zasłużyłam.
Nie wiem, ile ciosów od życia jeszcze zaniosę, ani ile bólu dam radę udźwignąć. 

Gacka, dokładnie tego Gacka, części mnie, już nie ma. 
Postanowił nauczyć się latać. Z siódmego piętra. 
Nie przeżył zderzenia z rzeczywistością. 

Mam wyrzuty sumienia, że nie dopilnowałam. Że mogłam coś zrobić inaczej. Że mogłam chociaż wcześniej zauważyć, że go nie ma w domu...
Jednak z drugiej strony mam dowód, że kociej natury nie przeskoczysz, nie oszukasz, nie oswoisz i nie ogrodzisz nawet siatką. 

W poniedziałek wieczorem, po całym dniu skuwania kafelek w łazience i wynoszenia gruzu, zauważyliśmy, że nie ma Gacka. W sumie cały dzień wszystkie koty siedziały w każdej ciemnej dziurze, bo zwyczajnie głośno było. Szybkie ogarnięcie stanu mieszkania, przegrzebanie szaf i przestrzeni pod meblami. Nie ma. Na balkonie siatka dalej wisi, w oknach też. Pewnie wyszedł drzwiami, nie? No to idziemy na klatkę i do piwnicy go szukać.
Wracamy na chwilę do domu, bo może jednak wypełzł z jakiejś nory? Wychodzę na balkon. Nic podejrzanego. Wtedy Furia wyskoczyła na barierkę, łapą ruszyła siatkę i... Naszym oczom ukazała się ogromna dziura na łączeniu siatki ze ścianą. Normalnie przegryzione mocowania. Aż mi się słabo zrobiło. 
Po dwóch godzinach, około północy, zaczęłam rozsyłać ogłoszenia. Krzysiek zasnął, a ja nie wytrzymałam w domu. Szukałam do trzeciej w nocy... Nic. 

Rano telefon od sąsiada, że w poniedziałek rano sprzątali ciało jakiegoś czarno-białego kota spod naszych balkonów. Krzysiek dorwał panią sprzątaczkę i... Ona potwierdziła, że administracja wywiozła ciało naszego Gacka.

Mogłam sprawdzać siatkę częściej. Mogłam wcześniej zauważyć, że któregoś brakuje. Mogłam wiele. Mogłam.
A w sumie guzik mogłam. 
Nie dalej, niż dwa tygodnie temu, wzmocniłam siatkę kilkoma (kilkunastoma?) trytytkami. 
Cały dzień ogarnialiśmy cholerną łazienkę.
Nie było jak pilnować stada. 

Zdaję sobie sprawę, że tysiące kotów nie miało tak szczęśliwego życia, jak nasz Gacuś. Nie miały brzuszka do wylegiwania się, szczotki do czesania futerka, pełnej michy, setek zabawek, ciepłego łóżka...
Ale kot dla mnie nie jest zlepkiem sierści, uszu, ogona i czterech łap. 
To był MÓJ kot. Tak bardzo mój, że bardziej się nie da. Nawet całkiem niedawno o tym pisałam. Gacek był częścią mnie. 
I teraz czuję się pusta. Jakby ktoś wyszarpał jakąś część mojej osobowości. 
W domu czegoś brakuje. 
Nie umiem pogodzić się z tym, że już nie zobaczę, jak do mnie biegnie, gdy tylko wypowiem jego imię. Nie będzie zaczepiał mnie łapką, żebym go poglaskała. Nie zacznie mruczeć przez sen, gdy tylko go dotknę... 
A jeszcze w niedzielę czesaliśmy się na balkonie. Krzysiek chodził po domu z Gackiem na ramieniu. Wieczorem, przed snem, cieszyliśmy się, że w końcu zaczął się dogadywać z młodą i nawet zasneli obok siebie - Furia wtulona w mój bok, Gacuś na moim brzuchu... 

A teraz go nie ma. Nie wita mnie w progu mieszkania, gdy tylko wrócę. 
Nie patrzy mi w oczy błagając, żebym wzięła go na ręce. Nikt mnie nie pilnuje. Nie chodzi za mną krok w krok. 

Mam jeszcze jakąś chorą nadzieję, że kiedyś się znajdzie. Że to wszystko okaże się pomyłką i zbiegiem okoliczności. Przeglądam ogłoszenia na olx ze znalezionymi kotami. Obserwuję profile okolicznych kocich stowarzyszeń. Może przeżył. Może gdzieś się zaszył. Może ktoś go znajdzie. 
Gdy jestem na dworze, czujnie wypatruję bialo-czarnych plam w krzakach. 
Wyobrażam sobie, jak go tulę na powitanie. Jak go całuję w ten śmierdzący pyszczek. 
I zaraz wiozę do weterynarza, bo ostatnio był na antybiotyku i sterydach.
Wiem, że to nienormalne. Chore. 
Ale trochę mi lepiej, gdy mogę go tulic chociaż w myślach. 

Ledwie otrzasnęłam się po śmierci Reksia. A teraz to. 

Nie będzie drugiego takiego kocurka. 
Gacka. Gacusia. Gackomata. Geralcika. 
Ciapatego sukinsynka.
Mojego czarnucha.










Share:

Odwagi!

Od jakiegoś czasu Mężny zaczął wyciągać mnie nad wodę. Tia, powoli już zaczynałam odchodzić od zmysłów przez to ciągłe siedzenie w czterech ścianach. I tak sobie jeździmy nad rzeki i stawy, chociaż tylko po to, aby oczyścić umysł. A ja, jako typ typowego obserwatora coś, a jakże!, wyobserwiłam ;)
Z wielką ulgą odkrywam, że kobiety, w końcu!, przestają chorobliwie wstydzić się swoich ciał. Chodzą w strojach, bikini nawet, sukienkach, szortach. Nawet babcie, którym społeczeństwo zaczęło wmawiać, że "nie wypada", latają sobie z odkrytymi brzuchami. I to jest piękne! 

Jeszcze w zeszłym roku, nad wszelakimi akwenami, królowały dżinsy, legginsy i długie spódnice, zaraz obok brzuchatych jegomościów w za ciasnych kapielówkach. Jakoś tacy zawsze, ZAWSZE mieli wystarczająco odwagi, aby latać z przedzialkiem na wierzchu. A nawet i nie wstyd im bywało komentować te mniej atrakcyjne, a bardziej odważne, elementy żeńskie.

Zaczyna się równowaga. Jestem z Was dumna, Kobietki! 

Mniej cieszy mnie wojna na linii fit łaski - grube baby. 
Pierwsze sądzą, że osiągnęły życiowy cel, bo są zgrabne i wysportowane. 
Te drugie krzyczą, że nie będą się poświęcać w imię wyglądu. 

Jak zawsze prawda jest gdzieś po środku. Ani to fitobzik zdrowy (zakrawa mi pod obsesję), ani to fatofanki zdrowe.

Kurde, a gdyby tak ludzie przestali zaglądać innym w talerze, a zajęli się czymś pozyteczniejszym? 
Takim, na przykład, myśleniem.
Samodzielnym, zaznaczę.
A to, w dzisiejszych czasach, nie jest takie oczywiste. 

Za mało w tym świecie harmonii. 
Share: