poniedziałek, 29 sierpnia 2016

Po :)

To był najszybszy remont wszechczasów.
Ba!
To była najszybsza rewolucja pokojowa w historii!

W ciągu dwóch dni zmieniło się w dużym pokoju wszystko.
Kolor ścian, meble, wszystko!
Po raz pierwszy w naszej historii mamy nowe meble i... spełniły się dwa marzenia.
Stół z krzesłami błyszczy zachęcająco czernią swojego blatu.
No i rogówka. Rogóweczka, na której siedzę właśnie rozłożona niby w amerykańskim filmie (obok stoi kawusia i leżą dwa kocie futerka - trzecie futerko okupuje krzesło).
Miękko mi i wygodnie!

Jeszcze dużo do zrobienia (firanki powiesić, jedną zasłonkę przerobić na obrusik, książki przytragać, kuchnie odgruzować...), ale i tak...
Uśmiecham się sennie z mojego małego kącika.

Domek, moi Drodzy, to jest domek.
Jestem w domu,
I, w końcu, czuję się jak u siebie... :)

Jak to powiedział Już Nie Kawaler: "Ten fiołek alpejski wygląda olśniewająco na tle Morza Północnego,"

Jak posprzątam to może się pochwalę.
No ale... nie wiem. Zastanowię się.
Upublicznianie mojego małego azylu należy głęboko przemyśleć ;)

A teraz jazda z książkami, O!


Tak sobie oszczędzam kręgosłup ;)))

A w ogóle zaraz do zębologa. KURWA MAĆ!

środa, 24 sierpnia 2016

Green Lanos in action! ;)

Jeśli jedzie przed Wami zielony lanos o rejestracji SZO(cośtam cośtam)599 i nagle zatrzymuje się na środku jezdni, blokuje przejazd i włącza awaryjne... To wiedz, że w okolicy jest zwierzę potrzebujące pilnie pomocy.



Pisałam Wam już kiedyś o akcji ratowania jeża.
Podobne wydarzenia pojawiały się jeszcze kilka razy (nawet przez dwa dni psa mieliśmy ;)).

Mówiłam już, że Już Nie Kawaler to z zewnątrz taki macho, a w środku półpłynny, różowy jednorożec.
No i... przywykłam, że przy niemal każdych zwierzęcych zwłokach przy krawężniku zwalniamy niemal do zera, aby sprawdzić, czy jest jeszcze co ratować.

Wczoraj wracaliśmy sobie ul. Okrężną do domku. Ruch jak diabli, już półciemnawo, bo godzina dwudziesta się zbliża. Masa ludzi na spacerkach z psami.
A jakiś psiul, zamiatając dupką, idzie raz poboczem, raz środkiem ulicy. Tragedia już przymierza się do ataku.
NIKT NIE ZAREAGOWAŁ.
Każdy się tak bardzo śpieszył? Na dobre dwadzieścia samochodów w naszym pobliżu nikt nie miał pięciu minut, aby ratować czyjeś życie?
My w samochodzie tylko spojrzeliśmy na siebie, Mężny hamulec do oporu, wrzuca światła awaryjne, ja w tym czasie już rozpinam pasy... Chujek stojący za nami o mało nie potrącił mi chłopa, bo tak mu się spieszyło!
Nie mieliśmy nawet jak przeleźć na drugą stronę, aby psiaka opatrzyć czy przeprowadzić na drugą stronę ulicy. Żaden samochód nie zwolnił, nie przepuścił. Wszyscy dookoła tylko się gapią jak na parę kosmitów.
Jest! Jakoś się udało psiaka dorwać. Macam go po zadzie, nie piszczy, nie skamle. Odprowadzam go kawałek od ulicy, Mąż Mój Cudowny przeparkowuje samochód.
Pies nie był uszkodzony (chociaż wyglądał), efekt zamiatania zadem to skutek starości. Podprowadziłam go do furtki na działki, sam pognał w sieć alejek działkowych (widocznie stamtąd).
Wcześniej wylizując nam ręce i zamiatając szeroko ogonem ;)

Zastanawia mnie fakt, że ludzie woleli trąbić na biedaka, wymijać, modlić się o brak czołowego przy wyprzedzaniu, niż po prostu wysiąść i coś z czworonogiem zrobić (a wystarczyło niewiele, piętnaście metrów i otworzyć mu furtkę!).
No dobra, już olać samochody. Ale co z przechodniami? Czemu nikt nie pomyślał o bezpieczeństwie okolicznych istot?
I nie powiecie mi, że się bali. Olbrzym ważył może z 3-4kg. Nasze koty są większe...

Żyjemy w kraju ogólnej znieczulicy, powiem Wam.

A ja szukam naklejki na samochód
"Ochotnicze Pogotowie Dla Zwierząt. 
Zatrąb, a zaznasz prawego sierpowego".

No nic, wracam do akcji "remont".
Człowiek nie zdaje sobie sprawy, ile ma książek i kwiatków, dopóki nie musi przetransportować ich na drugą stronę mieszkania... ;)
Buziaki, Moi Drodzy! :*
Bądźcie inni niż inni i REAGUJCIE!

piątek, 19 sierpnia 2016

Mój kot kupowałby... mądrzej - czyli jak tanio i dobrze karmić koty ;) Cz.1

Do tego posta zbieram się już dłuuuugo.

Z telewizora i gazet i w ogóle z ogólnodostępnej sieczki medialnej docierają do nas dziwne komunikaty:
"Twój kot kupowałby Whiskas"
"I kto tu jest sprytnym kotem?"
"Żyj z pasją" 
(chyba powinno być "Żryj z pasją"...)
"Teraz życie ma pazurrr"
"Twój ulubieniec, nasza pasja"

Robią nam wodę z mózgów. Dosłownie.
Żadna z karm kocich tak reklamowana nie jest dobra. Żadna.
Składają się głównie ze zbóż, które nie tylko są kiepsko tolerowane przez koty, ale nawet mogą im szkodzić!

Jeśli sądzicie, że karma ze sklepu zoologicznego będzie dobra... to też się mylicie.
Tam też działa marketing.
Nie chodźmy na skróty. Nasze koty na to zasługują!



Odeślę Was tutaj - > http://kociaste.blogspot.com
W sumie sama mam niewiele więcej do napisania.

Za karmy zbożowe płacimy... jak za zboże! I to nie za jakość, ale za reklamę i marketing.
Poszukajmy głębiej i... patrzmy na rezultaty.

Wraz ze zmianą żywienia problemy żołądkowe Ciemy zniknęły jak ręką odjął!
Zero haftowania po kątach, kicia przytyła troszkę (była diabelnie chuda...), sierść jej się błyszczy, oczka przestały ropieć. Same plusy.

Jeśli pytacie o kwestię finansową... Tu się bardzo bałam. Cholernie się bałam! Ale nie taki diabeł straszny :)


Jak widać... Lepiej nie znaczy drożej!
Wręcz przeciwnie :)))

Mam gotówkę w kieszeni, a do tego PEWNOŚĆ, ŻE ROBIĘ WSZYSTKO, BY MOJE KOCIAKI BYŁY ZDROWE! :)

Niestety, prawdziwie dobre karmy trzeba zamawiać przez internet... Ale z drugiej strony... Przynajmniej mam dostawę aż pod same drzwi. I to gratis! ;)

To kto podejmuje wyzwanie pt. "Karmię kota, a nie papugę!"? ;)

czwartek, 18 sierpnia 2016

Figa (ale bez maku) ;P

No i my są po ślubie ;P
Pewnie czekacie z niecierpliwością na zdjęcia, ale... nie tym razem ;) Czekam na te ładne, najładniejsze, te mhry i mrau, zrobione przez szwagra (ihaaa, witamy w rodzinie! czas poznać pełną terminologię rodzinną, muahaha ;)).
Więc, póki co, możecie się tylko domyślać, jak wygląda trumf na mojej mordce ;)


Wesele się udało... chociaż jest parę rzeczy, które wymagałyby poprawki ;P No ale już po ptokach, może za 25 lat, na ślubie naszych dzieci (<3) owe poprawki zostaną wczytane do systemu.
Ku wiadomości potomnych chyba nawet naskrobię notkę o najmniej oczywistych aspekatach wesela, które wychodzą w praniu, a dałoby się ich uniknąć... ;)

Pełne sprawozdanie z imprezy napiszę, gdy już będę miała zdjęcia do reportażu ;)

Teraz powoli wracamy do rzeczywistości. Prawie zdążyłam zapomnieć, jak wygląda codzienne gotowanie i sprzątanie. A teraz jeszcze remont za pasem (w końcuuuuuuu!!!) i w sumie miotam się po domu jak mucha zamknięta w słoiku (z preparatem owadobójczym).
W ramach odreagowania naprodukowałam 26 słoików z ogórkami w curry. Mój Mężny je uwielbia. Więc zrobiłam (żeby nie gadał, że dbałam o niego tylko przed ślubem).

Wczoraj też po raz pierwszy użyłam nowego nazwiska. Lekko się zakręciłam podpisując kwitek u kuriera (i wyszło z tego coś na kształt "Polabaj"), a na FB lekko nie ogarniam, że mój profil to mój profil i próbuję się przelogować ;)
Troszkę przeraża mnie kwestia papierologii: ZUS, trzy banki, kablówka, telefony, internet... jak na złość - wszystko zarejestrowane na mnie. Pfr.

I odkryliśmy, dlaczego ludzie biorą ślub przed zamieszkaniem razem...
Pozdrawiam znad kubka kawy zaparzonej dzięki nowemu czajnikowi (działa! działa! działa!).
Już nie wspomnę o tym, że dzięki nowej desce do pracowania mogę prasować nawet na siedząco ;) Hulaj duszo! Piekła nie ma!
(i mam kilka...naście par nowych majtek ;))
To co, idziemy prasować ręczniki i firanki? ;P

czwartek, 11 sierpnia 2016

Jutro będzie "już jutro!" ;)

Przygotowania do ślubu mnie przygniatają i wyciskają ze mnie ostatnie soki ;)
Jednak znalazłam chwilkę, aby... pokazać Wam zdjęcia z
koncertu CLOSTERKELLERA! :D

Cały wieczór miałam niemal płaczki w oczkach, że oto mój ukochany zespół jest tuż tuż na wyciągnięcie ręki. A jeszcze frekwencja była dość niska, więc miałam niemal prywatny występ ulubionej grupy muzycznej :)








I na koniec nosicielka płaczków:



Pięknie było :)

Polecam Przystanek Żory na przyszły rok, zacna impreza :)

piątek, 5 sierpnia 2016

Przedślubnie na maksa (ból głowy otrzymujesz gratis)

Na początek ostrzeżenie: będzie mnie mniej. I tu, i na mailu, i na fb i... wszędzie, łącznie z domem i telefonem (mam zwyczaj zostawiania komórki w domu, aby poczuć się "jak za starych, dobrych czasów ;)). Nie dość, że ślub za pasem (9 dni, aaaaa! paniiiikaaa!) to jeszcze zapalenie oskrzeli plus Jeszcze Kawaler na urlopie.
Kawaler na urlopie wiąże się tylko z jednym - niemal zerowy dostęp do komputera ;)
No niestety mój pan nie lubi, gdy moja uwaga w pełni poświęca się czemukolwiek poza nim samym. Ja już do tego przywykłam, Wy też musicie ;P
Jedyna bramka w tej sytuacji to wieczory, kiedy Kawaler już śpi, a ja jeszcze buszuję (głównie w lodówce ;)).

Kurodomowo:
popełniłam debiut pt. "pierogi ruskie". Wyszły rewelacyjnie. A do tego dużo. Jak już robić to pełną gębą - 130 sztuk i tak znika przerażająco szybko ;) Na dniach wykorzystam Kawalera jako maszynkę do lepienia i może trzaśniemy kolejną stówkę (lub dwie...) tej pożywki bogów.
Polubiłam lepienie. Najzwyczajniej w świecie odprężam się z ciastem pomiędzy paluchami ;)
Umyłam nawet okna. I kafelki w łazience (aż po sam sufit!). Ale jednak to ślub głównie zajmuje mi czas wolny.

Panikuję. Zwyczajnie.
Dzisiaj główną obawą jest "tapeta, która ma zamiar spływać" i zapalenie oskrzeli, które nie chce minąć.


No i niestety, dalej pocę się jak szalona (mogę otworzyć basen publiczny z wodą morską...). Dzisiaj makijaż nie przetrwał 2h. A ma wytrzymać 12h.
I na nic moje skille dorabiania nowej, lepszej facjaty, kiedy to się nie chce trzymać. I to nawet na bazie i z utrwalaczem. Zonk.
I w ogóle... Czy ja wytrzymam tyle godzin w pozycji innej niż horyzontalna?
Czy dam radę nie paść na pysk?
Jak często z wyglądem buraczka będę udawać się na zaplecze celem zregenerowania sił?
Impreza troszkę wymknęła się nam spod kontroli. Miał być tylko obiad, zrobiło się niemal pełnosprytne wesele.
A ja boję się, że sama siebie przeceniam...
Bo to, że przeceniają mnie wszyscy wokół, to wiem.

No i co zrobić, żeby nie spłynąć do rynny? o.O

piątek, 29 lipca 2016

Wyciąg z domowej apteczki - czyli "must have" w każdym domu ;)

Zaliczyłam już masę lekarstw. Zwykle receptowych, drogich i... średnio skutecznych.
Jednak przez ostatnich kilka lat udało mi się wygrzebać perełki bezreceptowe.
Tanie, w miarę naturalne i... skuteczne aż do bólu!
Podzielę się odkryciami ;)



Miejsce 5.
Octanisept

Zapomnijcie o wodzie utlenionej i spirytusie. To cudeńko wygaja wszystkie ranki w kilka godzin!
W czasie chemii musiałam dezynfekować najmniejsze skaleczenia i otarcia (żeby się durna sepsa nie wżarła). Po tym czasie weszło mi to już w nawyk - dziabnę się? No to spryskać dziurę, nakleić plasterek. Następnego dnia zostaje już tylko strupek ;)
Nawet jak kot mnie podrapie to od razu pryskam tym cudem. Każdy pryszczyk, ugryzienie, wszystko praktycznie traktuję Octaniseptem. Dlaczego? Działa bakteriobójczo, wirusobójczo i grzybobójczo. Do tego nie piecze i... można nim traktować nawet błony śluzowe. Polecam, zamiast tradycyjnej soli, do płukania bolącego gardła ;) Nawet rany pooperacyjne fajnie wygaja ;)

Nie jest wybitnie tani (około 20zł), ale za to wydajny i prosty w użyciu. No i skuteczny :)


Miejsce 4.
Maść kasztanowa

To ustrojstwo pomogło moim żyłom przetrwać chemioterapię ;) Smarowanie widocznie zwiększa wytrzymałość żył. Pomaga też przy opuchniętych nóżkach i... siniakach :D

W zależności od firmy - około 10zł :)


Miejsce 3,
Maść cynkowa

To trzeba mieć w... kosmetyczce. W ciągu jednej nocy potrafi wysuszyć największego nawet syfa ;)
Z jego pomocą wybrnęłam z hormonalnej huśtawki zaraz po chemii - moja twarz wyglądała jak łańcuch górki (z kilkoma czynnymi wulkanami). W kilka dni problem znikł :)

Cena? Śmieszności - 2zł :)


Miejsce 2,
Maść majerankowa

Znacie stan katarowy, który nieleczony trwa siedem dni, a leczony zaledwie tydzień?
Alergicy pewnie wybuchają w tym momencie śmiechem, bo katar sienny potrafi trwać cały sezon...
A co z noskiem po miesiącu ciągłego smarkania?
Od tego jest właśnie ta maść :)
Raz dwa likwiduje podrażnienia noska, nawilża i... nie piecze jak zwykłe kremy ;P
Działa.

Cena? 3zł. A opakowanie trwa w nieskończoność.


Miejsce 1,
Hit absolutny!
Maść nagietkowa!

Podobno jest na wszystko. Odparzenia, odmrożenia, oparzenia, trudno gojące się rany, stany zapalne. Do tego działa silnie nawilżająco.
No cóż, być może to ta maść uratowała mi życie.
W październiku zeszłego roku w okolicach portu donaczyniowego zaczęła mi się zbierać ropa. Nie pomagały antybiotyki. Nic nie pomagało. Dopiero pod koniec grudnia pielęgniarka z hospicjum poleciła mi maść nagietkową.
W dwa dni przy porcie pojawiła się przetoka, cała ropa wypłynęła. Już po kilku dniach mogli mnie kroić. Wszystko dzięki niej :)
Dodatkowo na wierzchach dłoni posiadam oparzenia pochemiczne. No, kroplówka wyciekła, wypaliła skórę i żyły. Też nic nie pomagało. Każdy kontakt z zimnem lub gorącem kończył się strupami i zrogowaceniami. I swędzeniem. Bleah.
To cudo, stosowane zaledwie kilka dni, wyraźnie wygładziło skórę dłoni, zlikwidowało nadwrażliwość no i... pozbyło się blizn :)

Na chwilę obecną tej maści używam na mocne przesuszenia (nosek, między brwiami, policzki). Na stópki (nawet odgniotki usuwa :D), jako krem do rąk, na łokcie i kolana (pa pa szorstka skóro!). A nawet radzi sobie z zajadami i spierzchniętymi ustami. Oparzenia słoneczne też wygaja :)
Szczerze? Nie znalazłam jeszcze przypadłości skórnej, na którą owa maść nie działa.

A najlepsze są dwie rzeczy: działa bardzo szybko (zwykle jedna, dwie aplikacje i już jest po problemie :)) i... kosztuje grosze.
4zł za 20 gram.
Ale polecam od razu wziąć większe opakowanie - na pewno znajdziecie dla niej wieeeele zadań :)))



Post nie jest sponsorowany. Nikt nie płaci mi za reklamę. Ot - dzielę się odkryciami :)