czwartek, 6 lutego 2020

Chyba jestem gotowa ;)

Dużo się dzieje, a ja uparcie staram się nadążać. Ba! Ja chcę (i próbuję!) te dziejenie się przegonić i zostawić w czarnej dupie. Żeby chociaż raz mieć na liczniku 1:0 dla mnie.

Kończy się zwykle tak, jak... Zwykle.
Czyli w zeszłym tygodniu zapalenie spojówek, które płynnie przeszło w infekcję gardła, po czym niepostrzeżenie zamieniło się w "coś siedzi mi w oskrzelach". Kiedy już wygrzebałam się z infekcjowego dołka (bez antybiotyków, ha!), czyli wczoraj, to dopadły mnie moje flaki. Nie, nie wątroba (chociaż ona też w tej imprezie brała udział, całkiem czynny, choć nieco z boku... prawego boku). Rozbolało mnie wszystko, co znajduje się między gardłem a udami. Nawet nie umiałam dokładnie stwierdzić, co to, do cholery, ma być.
Powiem Wam, że moje flaczki skutecznie mogłyby nas uczyć protestowania. Normalnie tylko czekałam, aż wypełzną mi z brzucha i mnie, po prostu, uduszą.
Po próbach z Dexakiem (spełzły na niczym), przeprosiłam się z Pyralginą. I, może cała zlana potem i słaba jak kłos na wietrze (podczas gradobicia), jakoś funkcjonuję. Towarzyszy mi Furia (leżąca na moim brzuchu) i Valkiria (leżąca mi, jak zwykle, na twarzy - mam właśnie na głowie uroczy kapturek złożony z jej ciapatego ciałka).

O atak flaków podejrzewam stres. Bo w weekend sprzedaliśmy nasze oazisko, akwarium.
Na fejsie już opowiadałam, to i tu opowiem ;)

Jakieś trzy lata temu odbyło się losowanie mieszkań spoldzielczych. Mieszkania były wówczas ogromnym polem z górką, na które codziennie wyprowadzaliśmy Reksia na spacer.
Radość z wygranego losowania była wielka, chociaż dosyć fantasmagoryczna.
Po pierwsze - no. Bloki mieli dopiero budować.
Po drugie - czynsz miał wynosić około 1200zl. Trzy lata temu wydawało nam się to ogromną i niepojętą sumą.
Więc tak sobie odkładaliśmy decyzję na później. Raz twierdziliśmy, że mieszkanie bierzemy. Po tygodniu, że jednak nie.
W zeszłe wakacje co wieczór chodziliśmy z Reksiem pod budowę i patrzyliśmy, jak powolutku powstaje nasz hipotetyczny nowy domek.
Taki z windą. I z parkingiem podziemnym.
I bez gazu!
Bo, pewnie o tym nie wiecie, ale oboje z Mężnym boimy się gazu. Ja, bo to jest dość wybuchowy. On, bo taki wybuch butli z gazem przeżył. W pierwszym rzędzie, który był pół metra od butli.
No i ten brak gazu w nowym mieszkaniu... No, mocny argument, nie?
Całymi tygodniami wybieraliśmy mieszkanie, ślęcząc nad planami budynku. W końcu przyszedł moment, gdy zaczęli wzywać do siedziby Zarządu Budynków Miejskich, żeby wybrać sobie chałupkę.
Byliśmy 154 w kolejce. Codziennie zaglądałam na stronę, czy nasze upatrzone mieszkanie jest dalej wolne. No i dwa razy się zdarzyło, że ktoś nam chatkę zaiwanił.
Jedno z cudnym widokiem na park. Drugie na siódmym piętrze.
Dopiero trzecie (oczywiście o numerze 13) udało się zaklepać ;)
I tak upłynęły jakieś trzy lata.

Powstał pierwszy blok. Oddali nowym lokatorom klucze.
Powstał drugi blok. Oddali klucze.
A nasz budynek, mimo, że miał powstać jako pierwszy, ciągle wykańczają.

W końcu się poddaliśmy. Ostatnio bardzo krucho u nas pod względem finansowym. Ogólnie Mężny dobrze zarabia, ale tylko w sezonie budowlanym - zimą, no cóż, bywa różnie i raczej nie kolorowo.
Az przyszedł styczeń. Za sam czynsz i media zapłaciłam prawie 1000zl. Słownie - dziesięć tysięcy gum kulek! I to bez odstępnego...

Znowu nastąpił okres zastanawiania się. Ryzykować i iść na swoje, które trzeba doprowadzić do stanu mieszkalnego (bo dostaniemy lokal w wersji "sexy beton z oknami i drzwiami, ale tylko wejściowymi"), czy dalej wynajmować.

Jakoś tak dotarło do mnie, że... To chyba jakiś znak.
Tu podwyżka czynszu, tu nowe mieszkanie. Kto w dzisiejszych czasach dostaje NOWIUTKIE mieszkanie od miasta?
Może i czynsz wysoki, ale jest w nim rata kredytu. Bo to taki myk, że miasto wzięło na siebie kredyt, a lokatorzy go spłacają ;)
Może i trzeba zdobyć jakieś 20 tysięcy na doprowadzenie tego ze stanu "lokal" do stanu "dom", ale... Kurde, to jest ogromna szansa!

Więc... W okolicach maja się przeprowadzamy :)
Sprzedajemy wszystko, co można sprzedać, pracujemy zawzięcie na dwa etaty, żeby spełnić nasze marzenie o domku :)

No i tak doszło do tego, że nie wyrabiam. Mam za dużo zadużości na głowie, ale... Jestem szczęśliwa.
Mimo wszystko.
Bo będzie nowa kuchnia. Będzie duża wanna, gdzie będę się pluskać z Mężnym. Będzie też garderoba. I pralnia! No bo po co nam dwie łazienki? ;)
Wybrałam już praktycznie wszystko.
Wiem, jak to będzie wyglądać.
Może i jestem ciałem jeszcze w tym mieszkaniu, ale moja głowa... Moja głowa jest już w Domku :)


Zatem - jeżeli potrzebujesz maskotki, chusty, czapki, koca - zapraszam! Chętnie go dla Ciebie udziergam.
Jeżeli cierpisz na nadmiar gotówki i nie wiesz, jak ją dobrze spożytkować - moje konto na Avalonie chętnie przytuli ;)
A jeżeli po prostu tęsknisz za mną i moim pisaniem - klikaj w reklamy na blogu. Na nich zarabiam :)

Tulam Was mocno mocno i... Trzymajcie kciuki, żebym wytrzymała takie tempo do maja :)

czwartek, 23 stycznia 2020

Magia węzłów


Mama pojechała po wyniki mojej tomografii. I od wczoraj, od kiedy tylko wspomniała, że się do Katowic wybiera, cierpię.
Najpierw odezwała się wątroba, bo ona definitywnie nie znosi stresu. Nałykałam się przeciwbólków. A, że ostatnio poważniejszy atak miałam jakoś we wrześniu to... No, odwykłam od ćpania. I złapałam fazę pt. "Kaj jo je i czy to sen, czy już rzeczywistość". W tym stanie postanowiłam zrobić sobie termofor.
No i wlewam do niego wrzątek, ale ta termoforowa dziurka jakoś się pomniejszyła i była mniej stabilna, niż zazwyczaj... No i wylałam sobie na rękę z pół litra wrzątku.
Bo, oczywiście, reakcje opóźnione naćpaniem. Zanim w ogóle zauważyłam, że woda leci mi po palcach, wysłałam smsa do mózgu, że ma przestać lać wodę i wrzucić ten cholerny termofor do zlewu (nie na ziemię, bo koty wszędzie... Jak zawsze, gdy się tylko do kuchni wejdzie) to było już po ptokach. Cały wieczór leżałam z ręką w lodowatej wodzie.
Ale to dopiero było preludium. Około 20 zaczęło się piekło.
Migrena. Ale nie "migrena", tylko MIGRENA. Taka z rzyganiem, sraniem, światłostrętem i łzawieniem oczu. All inclusive.
Zasnęłam o 21 i nie obudziłam się aż do rana. Rano jakby trochę lepiej z głową, ale brzuszek ma jakieś wonty.

Tylko, te wonty jakieś dziwne. Jakby nie moje. Bardziej fantomowe.
I dzwoni Mamuśka, że to ją brzuch z nerwów napiernicza. Ocho. To ja już wiem.

Z Mamą mamy szczególną więź. Dzwonimy do siebie w tym samym momencie, chorujemy w tym samym momencie, nawet nie muszę z nią rozmawiać, żeby wiedzieć, gdy coś jest nie tak.
Identycznie mam z Krzyśkiem, chociaż tu już bardziej ma poziomie emocjonalnym.
Wychodzi rano do pracy, radosny jak skowronek. Nagle przychodzi 13 czy 14 i łapie mnie, nie wiadomo po co, dlaczego i na kogo, mega wkurw. Taki nie do wytrzymania. Mam ochotę rzucać talerzami, garnkami, a przede wszystkim tasakami.
Po chwili Mężny dzwoni, że ktoś go w pracy wkurwił.

Nadeszły czasy, gdy magię się wyśmiewa. Gdy się jej nie rozumie.
Magia to nie różdżki i zaklęcia. Chociaż te drugie też potrafią działać.
Magia to ten świat, który przysłaniają nam komputery, telewizja i telefony. Magia kwitnie, gdy masz czas myśleć.
Wystarczy chwilę się ponudzić, żeby to dostrzec. We wszystkim.
W kwiatku, który rozkwitł, a był na granicy śmierci. Tylko tak czesto do niego mówiłaś, żeby się nie poddawał i walczył, że w końcu posłuchał.
Magia jest w kocie, który spojrzy Ci w oczy i przyjdzie na mentalne zawołanie. Chociaż Twoje usta nie drgnęły.
Magia jest w powietrzu, gdy namacalnie czujesz wiosnę w powietrzu, chociaż jeszcze śnieg pokrywa ziemię.

Dzisiaj poczułam wiosnę. Nie wiem, dlaczego, bo mamy styczeń. Teoretycznie środek zimy. Ale coś czuję, że zaraz nam przebiśniegi zakwitną.

Nuda jest piękna.
To z nudy powstają najlepsze pomysły, nudzenie się rozwija kreatywność, podnosi poziom energii.
Nuda... Jest lekiem.
Takim za darmo i gratis, w prezencie.

Właśnie nudzę się w wannie, w gorącej wodzie. Brzuch się trochę uspokaja. A zaraz będę wiedziała, co w tym brzuchu siedzi.
Trzymajcie kciuki :)

Edycja:
Ha! Tomografia mówi, że mamy stabilizację :D
Węzły przysercowe zmalały, największe zmiany na wątrobie również. Węzły chłonne w bebaszkach do 13mm, dalej naciek na trzustkę (ale to mam już z dwa lata). Węzły przy płucach się opanowały i wróciły do normy. Jedynie prawy jajnik, w sensie ten mój jedyny, szarżuje. Ale już w tk zaznaczyli, że to torbiel, a nie, że przerzut.
Kości milczą ;)
Dobra nasza! Czyli jeszcze trochę Was powkurzam ;D

wtorek, 14 stycznia 2020

Wiecznie niezadowolona


Ciężko być mną.

Nie będę narzekać na chorobę, świat i życie. Nie tym razem.
Ponarzekam troszkę na siebie ;)

Jestem genialnym wymyślaczem. Mam w tym mistrza. Wymyślę wszystko: zbuduję strategię przejęcia władzy nad konikami polnymi, skonstuuję machinę oszukującą automaty z napojami, a w wolnej chwili, na kolanie, naskrobię plan oblężenia najbliższej pasmanterii.
Mam mnóstwo świetnych pomysłów.
Ale cały ból polega na tym, że chciałabym zrealizować je wszystkie. NA RAZ!

Do tego nie wystarczy mi, że coś jest zrobione. Mogłabym pisać scenariusze do brazylijskich telenoweli. Zawsze znajdę coś, co mogę ulepszyć, usprawnić, a w gruncie rzeczy - wszystko wydaje mi się być nieukończone.

Spójrzmy chociażby na bloga.
Chciałabym, żeby miał śliczne etykiety, piękną grafikę, spójne zdjęcia, do tego ładnie posegregowane wpisy, a jeszcze chodzą mi po głowie przynajmniej trzy serie notek.
Najchętniej założyłabym nowego. Żeby był idealny.

Patrzę na fanpage i widzę, że mam do zrobienia nowe zdjęcie w tle, nowe profilowe... Wszystko takie niepasujące do siebie i skrajnie nieprofesjonalne.

Dochodzą jeszcze trzy świetne pomysły "biznesowe".
Ale czy je realizuję? Nie!
Cały dzień męczyłam się dzisiaj z grafiką, bo po raz kolejny uznałam, że potrzebuję fajnego logo.

Bo, muszę zaznaczyć, nigdy nie jestem do końca zadowolona z tego, co zrobię. Zawsze znajdę dziurę w całym, jakiś szczegół, który mnie irytuje.
W tym momencie na przykład bardzo irytuje mnie zła jakość grafiki w tle na FB.
I jutro to, kuźwa, naprawię.

Powoli uczę się odpuszczać. Zaznaczać granice danego projektu. Nie bawić się w nieskończone poprawki.
Do tego trzymam się planu pod tytułem "tylko cztery projekty na raz". Projekty, czyli realizowane cele ;)

No i przez to wszystko brakuje mi doby. Serio, czasami nie wiem, w co mam ręce włożyć. A przecież potrzebuję czasu, żeby czasem się umyć. Bo na jedzenie i sen już całkowicie nie umiem wygospodarować dostatecznej ilości czasu. Jeżeli nie zauważyliście - jest po drugiej w nocy. A ja jeszcze z godzinę posiedzę.

Chciałabym mieć wszystko w dupie. Oj, jak ja bym chciała pozbyć się moich ambicji. Poczuć, że moje pomysły są złe.
Żebym mogła po prostu zająć się tylko i wyłącznie sobą...

Ale to chyba nie byłabym ja.

Póki co melduję, że nowy cykl na blogu się opóźni. Znacznie. Mam przed tym jeszcze kilka projektów do zrealizowania.
Ważniejszych. Bo dotyczących mnie samej.
Potrzebuję czasu dla siebie, zwyczajnie.

Coś dla ciała, coś dla ducha, coś dla świata i coś dla pracy. Taki jest plan działania na przyszłość.
Będę się tego grzecznie trzymać.
Oby.

Poza tym... Nic nowego. Dalej nie odebrałam wyników tomografii. Nie krzyczcie. Nie rugajcie. Nie pouczajcie.
Od połowy grudnia czuję się wyśmienicie.
I nie mam najmniejszej ochoty słychać czyichś rad ;)

A jeżeli chcecie czasem poczytać, co mi siedzi w głowie, wchodzcie na Lucynkownik. To taki malutki pamiętniczek. Blog starej generacji.
Istnieje tylko po to, żebym umiała poukładać swoje myśli.
Tylko się nie przerazcie, sensu tam raczej nie odnajdziecie ;)

No. To tyle. Do usłyszenia!