SMS na numer 75 165 o treści: POMOC 6742 czyni mój świat lepszym :)

piątek, 13 stycznia 2017

Bo pies to fajny zwierz :)

Jaki pies jest chyba każdy wie:
ma cztery łapy (albo i nie),
długi ogon (albo i nie)
i szczeka (albo i nie).

Pies fajny jest.
Przytuli. Zaskamle. Zajrzy w oczy, głęboko i radośnie.
Wysępi najlepszy kawałek kotleta.
A gdy się nudzisz... On to zauważy.
I litościwie wyciągnie Cię na spacer.
Myślisz, że to on chce wyjść. Nie!
To Ty chcesz, tylko jeszcze o tym nie wiesz :)

Może i w mrozy ciężko się zebrać w sobie i wypełznąć z cieplutkiego domku.
Może i szaleje ten gad na widok każdej piłki.
Może i ubrudzi każde jedne spodnie i każdą jedną kurtkę.
Ale za to podłogę w mieszkaniu wyścieli mięciutką kołderką ze swojej sierści.
I dogrzeje Cię w nocy. Nawet jeśli mówisz "nie wolno!", on wie najlepiej, że możesz zmarznąć i trzeba Cię szczelnie otulić swoim cielskiem.

Jeśli masz psa - rozumiesz, o czym mówię. Ale może się nie zgadzasz.
Jeśli miałeś psa, z którym los Cię rozdzielił - rozumiesz doskonale.
Jeśli nigdy nie miałeś psa... Może czas najwyższy?
Mrozy, schroniska zapchane, sierściuszki marzną. Czekają na swojego człowieka, który na wyłączność dostanie mokry nos, śmierdzący oddech i uśmiech od ucha do ucha :)
Zastanówcie się.
Tam gdzieś jest pies, który Cię potrzebuje...
Tam gdzieś jest pies, którego Ty potrzebujesz :)

Jaki pies jest? Każdy wie!
...a może i nie?

poniedziałek, 9 stycznia 2017

Chyba jestem robotem o.O

Już w porządku.
Znowu jest dobrze.
Cicho. Spokojnie. Delikatnie.
Śmiem twierdzić, że rzeczywiście jestem jakimś terminatorem. Nowym gatunkiem robota.
Jak w programie wpisałam sobie komendę "nie martw się na zapas". I działa.
Mam jeszcze równo dwa tygodnie normalności. Martwić się będę 23 stycznia, u onkologa.


Póki co wyszywam. Czytam. Sprzątam. Chodzę z psem. Gotuję. Szcześciarzuję się na maksa.
A lada dzień rusza produkcja mydełek. Nie mogę się doczekać! :D

A teraz zabrzmię dziecinnie:
Kocham prezenty i upominki!
Dzisiaj przyszła nagroda z konkursu u Ani z Aniversum.pl (sorry, że tak bez odnośnika - z telefonu piszę, nie umiem stąd takich cudów robić ;)).
Jest to kalendarz Klubu Polki na Obczyźnie (pogrzebcie na Fb ;)).
I jest cudowny!


Z Mamuśką doszłyśmy nawet do wniosku, że jestem na okładce ;)
Oj, jak ja kocham kalendarze. I książki. A tu mam dwa w jednym. OCH!

I się uśmiecham od ucha do ucha.
Ciężko się smucić, gdy się dostaje takie śliczności :)))

Przekupna Lucyniasta, przekupna... ;)
Ale za to jaka szczęśliwa, ha! :D

posted from Bloggeroid

czwartek, 5 stycznia 2017

jak nie ja

Szykuje się najbardziej osobisty wpis w dziejach bloga. Doceńcie i bądźcie delikatni w ferowaniu wyroków.

Czasami mam wrażenie, że jestem już tak dobra w udawaniu, że sama nie wiem, co tak naprawdę czuję.

Momentami łapię się na chwilach zupełnego załamania. Mentalnie daję sobie po pysku, prostuję się i gnam dalej.
Jednak przy tym wszystkim mam wrażenie, że całe plany, nadzieje, cała codzienna rutyna i marzenia, wzięły w łeb.

I cóż mi po Reksiku w domu, skoro niebawem będzie musiał wrócić do Rodziców?
I na co było kombinowanie odnośnie własnej działalności?
I po kiego diobła zaplanowaliśmy urządzenie pokoju dla dziecka?

No i znowu daję sobie po facjacie.
Nic jeszcze nie jest przesądzone, nie wiadomo, jak się skończy historia z jebanym jajnikiem.

Ale i tak odpływam myślami w kierunku moich włosów, tak cudownych!
Ledwie parę dni temu Mężny powiedział, że brakowało Mu moich długich kłaków...

Włosy odrosną, owszem. Za kolejny rok. Albo półtora.
Dożyję?

Znowu plaskacz przez pysk.

Jeść. Trzymać się diety. Nie zapominać się. Ogarnąć chatę.
I po co..?

Napominam sama siebie.
Nie mogę wpaść znów w tą otchłań, którą dogłębnie zwiedziłam dwa lata temu.
Nie mogę sobie pozwolić na załamanie.

Nie brzmi to jak ja, co?
Sama nie poznaję.
I pewnie jutro będzie lepiej.

Jestem twarda, owszem. Przez 99% czasu pilnuję swoich myśli i zachowań, byle tylko nie wybiegać zbyt naprzód.
Ale ten 1%... On mnie martwi. Przeraża.
Boję się go.
Bo nie wiem, co mi w owym procencie, w tych niespełna piętnastu minutach dziennie, wpadnie do łba.


No i swoją drogą - łeb mnie boli. Coś jakbym zaryła intensywnie kantem w lewą stroną głowy.
Tylko, że nic takiego nie pamiętam.
A boli!

No nic.
Plan na najbliższy czas to pozbyć się zapasu alkoholu.
Likierki, wina, naleweczki.
I nie zamierzam ich wylewać.
Szykują się kolejne dwa lata abstynencji - trzeba to uczcić (minutą ciszy chyba o.O).

Kurwa, zróbcie coś!
Niech wróci Lycyniasta sprzed dwudziestu czterech godzin!

Wróci. Jak wytrzeźwieje.
(To była metafora. Chociaż może nie do końca... ;))

posted from Bloggeroid

środa, 4 stycznia 2017

Wyhopsasam tego skurwiela, punkt pierwszy.

Jestem po wizycie u onkologa.
Chce mnie schemić. Tak w ciemno.
I to cisplatyną z gemzarem.
Nie wiem już, co mnie przeraża bardziej: chemia czy operacja.
Ale chyba to pierwsze...
Kolejne konsultacje w trakcie załatwiania.
Nie lubię iść jak owieczka na rzeź.
Nie dam się..!
No chyba, że nie będę miała wyjścia.


Rozmówki w gabinecie onkologa:
Lekarz - Heparegen wypisać? Już sprawdzę odpłatność. Boże, on 80zł kosztuje! Ile go pani bierze?
Ja - No idzie jak woda. Od trzech do dziewięciu tabletek na dzień.

Lekarka nie odpowiedziała nic. Zbyt była zszokowana.
Tak. Sam Heparegen wychodzi mi nawet 240zł miesięcznie. A gdzie tam przeciwbólowe i suplementacja ;)))
Jeden dzień na Pyralginie to około 8zł...
Cieszę się, że mam rentę, ale jej wysokość (1040zł ;)) czasami mnie śmieszy (jednak częściej przeraża...).
Gdyby nie Wy, Wasze SMSy i wpłaty na moje Subkonto, to bylibyśmy w czarnej dupie.
DZIĘKUJĘ! :)
posted from Bloggeroid

wtorek, 3 stycznia 2017

Cel? Plaaan!

No witam witam w Nowym Roku :)
Jak się macie, co tam i w ogóle miło Was tu widzieć :D

Tak, humor dopisuje. I to bardzo!

Przedłużyli mi rentę o kolejna dwa lata.
Hip hip, hurraaa!

Sylwester był RE-WE-LA-CYJ-NY!
Dawno tak długo nie wytrwałam ;)

No i najważniejsze:
1 stycznia z Mężnym postanowiliśmy posiadać psa.
I szybciutko postanowienie spełniliśmy - już wczoraj wwędrował nam do domu ogromny kosz, trzy miski i... Reksiu!

Mój Reksiu, który przy przeprowadzce, przez cholernego raka, został w domu Rodziców.
Kiedyś mu obiecałam, że znowu będziemy razem...
No i jesteśmy :)))


To teraz idę przerobić mu szeleczki. I troszkę go dopieścić. Ach!!!

środa, 28 grudnia 2016

...ale on w końcu odchodzi.

Dzisiaj notkę sponsoruje takie zdjęcie:


Wstałam. Ogarnęłam rzeczywistość.
I nawet już tak nie boli (cokolwiek to bolało, bo wątroba znajduje się w zupełnie innej okolicy, niż wczorajszy tryb umierania).
A przy No-spie i Ibupromie mogę nawet stwierdzić, że nie boli zupełnie (głowy nie liczę, ona ma dzisiaj pomorfinowego kaca, wybaczam).

W głowie dalej telepie się pomysł na własną działalność. Nie wiem, jak to ogarnąć, ale wiem, że chcę. Bardzo chcę.
Biżuteria, mydełka ręcznie robione, ozdoby świąteczne... Kwestia tego, czy to pójdzie.
Do stracenia niewiele, bo PFRON zwraca składki. Może nawet bym sobie kogoś do pomocy zatrudniła? Jakby to poszło.

Powoli dochodzę do wniosku, że nie chce żyć dalej tak, jak żyję. Nie chcę sobie wszystkiego odmawiać, planować wypad do kina na trzy miesiące do przodu, a na wakacje jeździć jedynie palcem po mapie (bądź po ekranie telefonu).
Nie mam dużych wymagań. Ale to, co się obecnie dzieje z naszymi finansami (mimo reżimu absolutnego) to już jakaś kpina.
Nawet tusz do drukarki czeka na kupienie już od czterech miesięcy.
Pa-ra-no-ja.

A taka moja działalność, malutka chociaż. Minimalna. Tyci tyci...
Może ona by coś zmieniła?

Uh. Chyba wolę, jak mnie boli.
Wtedy tak nie kombinuję.
posted from Bloggeroid

wtorek, 27 grudnia 2016

...a wtedy przychodzi on.

Nie wiem, jak ta notka będzie wyglądać po opublikowaniu, bo piszę z telefonu.
Dlaczego?

Święta upłynęły świątecznie. Zmaczy się w łóżku. Pierwszy dzień na rozłożonej rogówce, drugi już typowo defensywnie - w łóżku.
Tak działa rak.
Niweczy najpiękniejsze plany, pozbawia złudzeń, krzyżuje drogi, niszczy chwile.
Jestem wściekła. Tyle czekałam na Święta!
Tak się z nich cieszyłam!
Miało być tak cudownie!

Kurwa.

Dzisiaj trwa afterparty.
Jakoś wstawiłam pranie (bo mi się już piżamki skończyły od tego leżakowania). Sączę kawę. Co trzy godziny wymieniam wodę w termoforze na wrzątek. W tym samym czasie biorę gorący prysznic.

Leki przeciwbólowe nie działają. Nawet morfinę można o kant dupy roztrzaść.

Stąd notka prosto z wyrka.

Dlatego powiadam Wam: cieszcie się życiem, chłońcie atmosferę, świętujcie.
Póki możecie.


Pozdrawiam cieplutko z legowiska strzygi ;)

wtorek, 20 grudnia 2016

Gdy wieloryb zechce latać...

Mam dziwną tendencję do rozpoczynania diet w momencie, gdy nie jest to zbyt korzystne ;)
Pierwszą, za dzieciaka, zaczynałam przed Wielkanocą.
Drugą, w 2009 roku, przed Bożym Narodzeniem.
A teraz startuję po raz trzeci. Za tydzień Wigilia. No cudnie ;)


W społeczeństwie utarło się, że odchudzają się jedynie nieszczęśliwe nastolatki oraz tipsiaro-solary.
Zbywane jest to zwykle uśmiechem, kwitowane lekkim pobłażaniem.

Grubasy (którym niewątpliwie jestem, chociaż Mężny pewnie zaraz mi tu głowę zmyje swoim "Kubusiu, masz zajebisty tyłek!"*) traktowane są inaczej.
Nie ma litości. Śmiech, wyszydzanie, wręcz agresja. Tak, jakby dieta była czymś... elitarnym?
Tak jakby zasługiwali na nią tylko ci, którzy jej nie potrzebują.

*Kubuś, bo jak leżę to mi się koszulka dźwiga. I bebeszka widać ;P

Jestem z tych, co stereotypy łamią. I niszczą. A na koniec wskrzeszają i wbijają na pal.
Za pierwszym razem już nawet nie pamiętam, ile schudłam. Około 15kg tak myślę (wagi nie mieliśmy :D).
Za drugim razem poszło prawie 40kg. I utrzymywało się całkiem długo ;)

To jest podejście numer trzy. Aktualnie jestem i tak dwajścia dwa kilogramy na minusie od lutego. Sporo, nie sporo, ciężko oceniać. Ale za mało ;) Leciałam sobie tak spokojniutko, grzecznie, bez zbędnych wysiłków.
Ale przestało pomagać. Wyciągam ciężką artylerię i biorę się w garść.
Choroba nie może być wymówką.
Zdrowa dieta może mi (i mojemu zaraczonemu kręgosłupkowi) jedynie pomóc.

Bez paniki, nie zamierzam się głodować (nie należę do masochistek, jak już to do miłośników czekolady i czipsów ;)). Wszystko z głową.

Póki co, po pierwszym dniu liczenia kalorii (ha! nie zapomniałam, jak się to robi! siedem lat przerwy i dalej pamiętam!) jestem w głębokim szoku.
Jedna łyżka margaryny ma niemal 150kcal. Aaaaa!
AAAAAAAAA!

Yhym, to się nazywa odwracanie uwagi od rzeczywistych problemów ;)
Wystarczy znaleźć problem tam, gdzie go nie ma, i go sobie wyolbrzymić.
I od razu realne kłopoty znikają za wyimaginowaną górą zajmowania się rzeczami zupełnie zbędnymi ;)))

Tak w ramach "stania się znowu sobą" przefarbowałam włoski. Wyszło mniamniuśnie!
Jestem czerwona! Jestem czerwona! :)))
(poduszki, ręczniki, piżamy, szaliki, ramiona i szyja też... zapomniałam o tym ewenemencie krwawej fryzurki ;))


Pozdrawiam "uśmiechem Mona Lisy" ;)))

A, właśnie właśnie!
Jeżeli ktoś chce jeszcze dołączyć do ekipy odchudzającej się (spokojnie, nie musicie zaczynać przed Świętami, jak ta wariatka ze zdjęcia powyżej ;)) to dajcie znać!
Po lewej, na tym czarnym pasku, jest moja stronka na fejsbuku. Wystarczy napisać tam wiadomość :)

Czekam na Was, dupeczki ;>

* * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * *
SMS na numer 75 165 o treści: POMOC 6742
czyni mój świat lepszym :)

czwartek, 15 grudnia 2016

Wieści (komu melisy?)

No. Czekacie na wieści.
A ja mielę je w wirtualnych ustach, ugniatam dłońmi podchodząc po raz czwarty do napisania tej notki. No ale wypadałoby to z siebie wypluć. Zwyczajnie i prosto.

Byłam u gina z tymi jajnikami. No i jest... lekko mówiąc, nieciekawie.

Po pierwsze - okazało się, że tomografia jest opisana błędnie i chaotycznie.
Prawy jajnik jest czyściutki i grzeczny (a według TK na nim rośnie guz). Lewy jajnik za to ma do siebie przyklejonego pięciocentymetrowego (sic!) potwora (a na TK widniało, że jest na nim jakaś torbiel).
Owy potwór ma własny system naczyń krwionośnych, więc będzie to albo przerzut, albo (co bardziej prawdopodobne) osobny nowotwór.
Tak, moje ciało stwierdziło, że jeden gatunek chujków to za mało i wyhodowało mi kolejnego.

Na podstawie markerów czy badań obrazowych nie da się stwierdzić, co to jest i jakiego jest typu.
Można by zrobić biopsję, ale może się dziad albo rozsiać, albo nawet się zezłośliwić (jeżeli nie jest jeszcze złośliwy).

Wyjście jest tylko jedno, przynajmniej zdaniem tego lekarza - wyciąć chujstwo ze sporym marginesem i dać na szczegółowe badania. Macicę i drugiego jajnika zostawią w spokoju (nawet nie pozwoliłabym im ich ruszyć!), węzły chłonne też, ale i tak muszą mnie rozkroić.
Po przejściach z portem panicznie boję się operacji. Nabyłam dziwną odporność na znieczulenia i chuja one dają. Nawet u dentysty muszą mnie trzy razy znieczulać, a i tak nic to nie daje.
Nie chcę iść pod skalpel. Ale raczej nie mam wyjścia, jeżeli życie mi miłe.


Chciałabym napisać teraz "Dlaczego ja?!", ale... ale w sumie dlaczego nie ja?
Pokora nie pozwala mi się za bardzo wychylać.
Strach przed gorszym nie pozwala mi marudzić.
Pewność swojej siły nie daje mi się załamać.
A chciałabym się załamać. Chciałabym umieć jeszcze płakać, wyć, buntować się i narzekać.
Jednak nie ma tak łatwo - przyjmuję wszystko na klatę, ze stoickim spokojem, który nawet mnie samą dziwi. Zupełnie bez emocji - co mnie zdumiewa i przeraża jednocześnie.

Btw. Jeżeli ktoś z Was szuka dobrego ginekologa w Żorach lub okolicy (i nie straszne Wam wydanie dwóch stów na wizytę) to mogę dać namiar. Lekarz jest wyjątkowy, sumienny, dokładny, ciekawski i delikatny. No i poprawia humor, co się czasami przydaje. Chyba zostanę mu wierna (chociaż nie podoba mi się cennik, nie podoba, ale dla zdrowia mogę nawet zapłacić ;)).

W ramach niemyślenia daję ciału i głowie zadania.
Kręcą się zwykle wokół "posprzątać, upiec, ugotować", ale to już za mało.
Kiedy odpoczywam myśli napływają same. Więc wymyśliłam nową metodę.
Uczę się angielskiego.
Dobrze przeczytaliście ;)
Minimum godzinę dziennie siedzę ze słuchawkami w uszach i napierniczam kolejnymi aplikacjami do nauki. A potem chodzę po mieszkaniu i gadam do siebie samej. Po angielsku.

Zdziwiło mnie bardzo, że rzekomo mam umiejętności na poziomie C1. Bardziej zdumiało mnie, że w ogóle nie używam czasowników (bo zasób słów nie pozwala ;)), a wszystko tłumaczę przez czasowniki modalne. Co za tym idzie - słownictwo leży i kwiczy. Ale kwiczy coraz słabiej, bo już z dziesięć godzin wkuwałam słówka. Czuję się mądrzejsza, o!


Choinka stoi. Świeci.
Rysiek regularnie kradnie z niej bombki. Ciema i Gacek ignorują mrugające ustrojstwo.
Świątecznie jest.
I to mimo wizyty z Ryśkiem u weterynarza (zapalenie pęcherza biedny ma), mojego latania po lekarzach, wrednego wirusa grasującego po mieszkaniu i niepewnej przyszłości.


Czwartego stycznia mam wizytę u onkologa. Obiecuję sobie do tego dnia nie myśleć o operacji, chemii, naświetleniach.
Święta mają być na pełnej piździe. I nie uznaję w tej kwestii żadnych półśrodków.

* * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * *
SMS na numer 75 165 o treści: POMOC 6742
czyni mój świat lepszym :)

piątek, 9 grudnia 2016

No problem

Parę dni temu, na twarzoksiążkowej grupie rakowców, wdałam się w dyskusję o problemach.
Jak sobie z nimi radzić, czy warto się nimi przejmować, jak z nimi żyć?

Powiem Wam jedno - od zawsze miałam prostą zasadę kierującą moim życiem:
Problem jest tylko tam, gdzie sam go widzisz.

Co to oznacza?
Zwykle podchodzimy do spraw zbyt osobiście i zbyt głęboko. Kopiemy w myślach, zadręczamy się, snujemy dalekobieżne wizje.
To do niczego nie prowadzi.

Jak ja sobie radzę z problemami?

Najpierw daję sobie czas na wypalenie emocji.
Zwykle ten stan trwa do momentu zaśnięcia wieczorem ;)
Panikuję, rozwlekam, grzebię.
Nic przyjemnego, ale na tyle pozwala mi się zaznajomić z wrogiem, że już następnego ranka mam gotowy plan działania.

Jak stworzyć plan działania?
Tutaj potrzeba surowej oceny, bez zabarwienia uczuciowego.
Zwę to "burzą mózgu" ;)
Zapisuję każdy, nawet najmniejszy, zalążek pomysłu na rozwiązanie kłopotliwej sytuacji.
Posługując się twardą logiką zazębiam kolejne czynności.

Problem z gotowym planem działania nie jest już problemem ;)

Druga sprawa - nie ma sensu się gnębić.
Nie twórzmy sobie wydumanych pseudoproblemów. Jeśli jakiś krąży nam w głowie - albo go wykluczmy (sprawdzając stan rzeczywisty), albo pozwólmy mu zaistnieć - wtedy możemy stworzyć plan działania i problem znika ;)

Zadaniowe podejście do życia działa na duszę jak balsam, jak melisa, jak wyciąg z mniszka lekarskiego, jak maść nagietkowa.

Przykłady?

W okolicach 20. listopada okazało się, że zupełnie nie starczy nam kasy na życie. Ba! Brakło nawet na opłaty ;) Wszystko przez czynsz i dziwnie wysokie zużycie mediów.
Po pierwszym szoku i załamaniu uczyniłam plan - i tak powstała garść kolczyków, nowe konto na Avalonie (na wszelki wypadek, zabezpieczenie przyszłości), wydzwaniałam też do Gwiazdy Nadziei (moja pierwsza fundacja), żeby coś uszczknąć z konta. Do tego doszła mała fuszka, ciachnięcie kosztów (wyprawa do Play'a). No i jakoś się udało. Problem nie okazał się zbyt ciężki do rozgryzienia ;)

Drugi przykład - ostatnia tomografia. Nosz - wściec się można. No i cały wtorek się wściekałam, rzucałam na prawo i lewo pannami lekkich obyczajów.
Dzień później miałam już plan działania.
Wzięłam pod uwagę konkretne skutki zachowań i już wiem, co jak i gdzie ;)
Mam świadomość, że jeśli pojawię się z tym wynikiem u onkologa to, bez żadnych pytań czy dalszych badań, rzuci mnie na chemię.
Trzeba to ominąć. No więc ginekolog, Pół dnia na telefonie i udało się nawet dwóch skombinować (chociaż w pierwszym gabinecie chcieli mnie na 26 lutego umówić! i to prywatnie!).
Plan działania już wkroczył w źycie. Nie mam chwilowo żadnego wpływu na dalsze wydarzenia, więc czekam.

To, czy w tym momencie będę się przejmować, czy przyjmę to zupełnie na luzie, nie zmieni zupełnie nic.
Więc, świadoma konsekwencji swoich emocji, postanawiam, że NIE BĘDĘ SIĘ PRZEJMOWAĆ.



No. A teraz łykam przeciwbólki i lecę się zająć intensywnym nieprzejmowaniem ;)

* * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * *
SMS na numer 75 165 o treści: POMOC 6742
czyni mój świat lepszym :)