Fatality

Przymilkłam na parę dni. Głównie dlatego, że nawet myślenie sprawia mi ból. Fizyczny. Moje neurony są już chyba wypalone do cna.


Wyobraźcie sobie combo złożone ze:
- stanu pochemicznego (nic nie ma smaku, bolą nerki i cebulki włosów, mam mdłości z powodu połowy zapachów);
- sterydów (żołądek pali, w kościach płynie magma, a zjadłabym wszystko, co tylko nie powoduje mdłości);
- grypy (ten stan chyba znacie? kręci mi się w głowie, skóra boli przy każdym dotyku, łupie w kościach, cherlam i smarkam);
- reumatyzmu (na szczęście mija zaraz po przerwie w podawaniu chemii; czuję się, jakbym w każdym paliczku rąk i stóp miała cienką linkę stalową i ktoś złośliwie mi nią piłuje kości od strony szpiku);
- przerzutów na kręgosłupie (są mega upierdliwe przy dłuższym leżeniu... Niby same z siebie mnie nie bolą, ale przy osłabieniu napierdalają jak wściekłe);
- zmiany pogody (czyli wszystko powyższe razy pińć).

Dodajmy do tego ciągły stan podgorączkowy, koszmary senne (zawsze przy grypie takie mnie nawiedzają) i macie obraz nędzy i rozpaczy, czyli mnie.

Jednym słowem - jestem nieprzytomna. Chwilę spokoju, około dwóch godzin, mam tylko zaraz po wzięciu Gripexa. Tylko wtedy stan podgorączkowy na chwilę mija i mogę chociaż pójść się umyć. A śmierdzę jak stary troll. Pot zawsze po chemii śmierdzi, mocz też, a pocę się ogromnie przez ciągłe leżenie pod kocykiem.

Jestem zmęczona chorowaniem. Nie mam siły nawet szydełkować... A to już jest niezły wyczyn. Nawet z bolącą watrobą potrafię siedzieć i dziergać.
Teraz w ogóle nie umiem siedzieć.

A już jutro mieliśmy jechać na majówkę do Wrocławia :(
Share:

Tydzień bez Reksia

Nie jest łatwo wracać do pustego mieszkania.
Przy każdym wyjściu z domu rozglądam się za smyczą, żeby wziąć Reksia ze sobą.
Ciężko się wita z psem, którego już nie ma. Moje "Dzień dobry!" z rana odbija się od pustych ścian i podłogi odartej z psich kocyków.
Odkurzam tylko raz w tygodniu, a nie codziennie. A i tak, odruchowo, co chwilę chcę sięgać po odkurzacz.


Lucyna - Nie śmiej się. Zostawiłam sobie ulubioną piłkę Reksia.
Krzysiek - Nie śmieję się. Ja mam jego obrożę.

Nigdy więcej psa. Nigdy już nie pozwolę, aby jakiś fafik aż tak zniewolił moje serce. Nigdy.

Mówią, że żałobę po psie znosi się tak samo, jak po członku rodziny. Gówno prawda.
Po śmierci Taty wpadłam w czarną rozpacz, nie chciałam nic, tylko leżeć i płakać.
Po śmierci Reksia chcę tylko o nim mówić. Ciągle. W kółko.
Patrzę na jego zdjęcia i tak bardzo, bardzo tęsknię.

Na zdjęcia Taty dalej nie umiem nawet spojrzeć.
Share:

Cogito ergo sum

Często, gęsto mam do czynienia z atakami na moją wiarę (lub domyślny brak takowej). Nie wiem, czemu uznaje się, że jak ktoś nie jest katolikiem (lub chociażby chrześcijaninem) to jest ateistą.
Powiem to raz - nie jestem ateistką.
Jestem agnostyczką.
Dla niewtajemniczonych - agnostyzm przyznaje, że Bóg (czy Bogowie) mogą istnieć, mogą też nie istnieć, ale nie ma wystarczających dowodów na poparcie żadnej z tych stron sporu.

Homo sapiens ma około 315 tysięcy lat. Jakiekolwiek przejawy rozwiniętej kultury pochodzą sprzed 25 tysięcy lat. Daje to nam jakieś 290 tysięcy lat niewyjaśnionej historii. Czarna dziura w dziejach ludzkości.
Nie wiem, czy ogarniacie ten przedział czasowy. 
Dla nakreślenia - jeszcze 20 lat temu świat wyglądał zupełnie inaczej. Komórki dopiero wchodziły na rynek, nikt nawet nie marzył o kolorowym ekranie (a co dopiero dotykowym!). Smartfony z dostępem do internetu były czystą fantastyką.
50 lat temu na ulicach roiło się od koni i wozów, nie samochodów.
Żarówka nie ma jeszcze nawet 150 lat. 
A pierwszy parowóz powstał niespełna 200 lat temu.

A teraz porównajcie 200 lat do 315000 lat.

Do czego dążę? Mamy ogromną lukę w historii. Nie wiemy nic o kulturach sprzed Sumerów. Zastanawiam się, czy ludzkość nie była już kiedyś w tym samym momencie, co my teraz. Mogła w nim być jakieś 10 razy. 
10 razy mogliśmy wysadzić pół planety bombą atomową. 
10 razy świat mogło opanować ogromne tsunami. 
10 razy Bóg (Bogowie?) mógł zetrzeć całą kulturę w pył.

Opowiadają nam o dinozaurach sprzed milionów lat. 
Opowiadają nam o ludziach jaskiniowych sprzed tysięcy lat.
Opowiadają nam o Jezusie sprzed dwóch tysięcy lat. 
Są pewni wszystkiego, co jest odległe i niesprawdzalne. Są w stanie obrażać, nienawidzić, a nawet zabijać w imię wiary. Wiary, czysto teoretycznej. Wiary, która jest osobistą wolnością każdego człowieka. 

Nie wiemy, co się działo wczoraj, między ósmą i dziewiątą. Ani nie pamiętamy, co działo się dokładnie rok temu.
A jesteśmy w stanie ranić i walczyć w imię tego, co było sto, dwieście, tysiąc lat temu.
I to bez litości. 
Bez pewności. 
Bez dowodów. 

Niczego nie można być pewnym.
Dlatego też wolę nie zakładać, że Bóg istnieje. Albo, że nie istnieje.
Nie chcę mieć pretekstu do nienawiści. 
Nie chcę być zwolniona z obowiązku szanowania innych ludzi. 
Nie chcę być zmuszona do bycia dobrą. 
Chcę, sama z siebie, być dobrą. 
Dla każdego, kto nie zabija w imię ideałów. 

Żyję, aby nie krzywdzić innych.
A nawet, jeżeli po śmierci ktoś mnie z życia będzie rozliczał to... Zrobię wszystko, aby nie musieć się wstydzić.
Tu nie chodzi o wiarę, doktrynę ani filozofię - dobro jest ponad tym wszystkim. 
Jest uniwersalne. 

Polecam bycie dobrym człowiekiem każdemu - i chrześcijanom, i ateistom, i nawet satanistom.
Szanujcie się nawzajem, ludzie.
Szkoda byłoby oberwać bombą atomową po raz jedenasty.


Kto wątpi, ten myśli.
Kto myśli, ten jest. 
Share:

Non omnis moriar tudzież memento mori

Jest świątecznie. Od śmierci Taty jakiekolwiek święta wywołują u mnie stany głębokiej refleksji. Zwykle o umieraniu. Nie inaczej jest dzisiaj.


Tak sobie, z okazji wolnego, walnęliśmy z Tofikiem wieczór filmowy. Padło na "Bohemian Rhapsody", do którego pochodziłam, jak pies do jeża.
Musicie wiedzieć, że mój Tata miał fizia na punkcie Queena i Freddiego. I mnie tym zaraził już niemal w kolysce - gdy inne dzieci bawiły się w dom i księżniczki, ja z Agą bawiłyśmy się w koncert ;) 
Znam na pamięć całą dyskografię (czym regularnie doprowadzam męża do szału - zwyczajnie nie umiem nie śpiewać, gdy leci Queen). Znam też dobrze biografię Freddiego. I, nie ukrywam, nieco drażni mnie ostatni szał na punkcie zespołu. Nagle JEBUT i nagle wszyscy są fanami Queena. Pfr. 
Czekam na boom na Michaela Jacksona i Elvisa Presleya. Już całkiem kurwica mnie wtedy strzeli.
No ale nie o tym miało być.

Tak sobie obejrzeliśmy film. Fajny, ale bez szału. Jednak... Przeraża mnie to. 
Przeraża mnie, że tak wielu wspaniałych, wielkich ludzi odchodzi z powodu chorób. Wypadków. To jest ogromnie przytłaczające.
Nie to, żeby nie obchodziła mnie śmierć szaraczków. Bardziej myślę o tym, że... Po mnie na świecie nie zostanie absolutnie nic. Zero. Nula. 
Nie będzie nikogo, kto po niemal trzydziestu latach po mojej śmierci powie: "Skubana, na chwilę przed odejściem jeszcze walczyła". Podziwiam Mercurego. 
Podziwiam całym sercem. 
Ja się zamknęłam na świat wraz z uslyszeniem diagnozy. Nie wychylam nosa ze swojej strefy komfortu, nie robię absolutnie nic godnego zapamiętania. Całe moje życie to szarość. Nijakość. Ból. Przemijanie. 
Z moich marzeń i planów na życie nie zostało nic. Zniknęło powołanie, nawet to do pisania. Chociaż jeszcze kilka miesięcy temu wyczuwałam je pod skórą, jak drobne iskry przy zetknięciu z naelektryzowanym kocem. 
Od kilku dni zastanawiam się  co bym robiła, gdybym była bogata. Wiecie, tak obrzydliwie bogata, że nie musiałabym nic robić. Zero sprzątania, pracowania, trzymania się konwenansów. I wiecie co? 
Nie wiem. Nie wiem, co bym robiła! 
Nie wiem, pogubiłam się. W którymś momencie zapomniałam, czego chcę od życia. O czym marzę. Co kocham robić. 
Nie usiedziałabym na tyłku, tyle wiem. Na pewno nie chciałoby mi się szydelkować. Ani użerać z ludźmi. Pewnie zamknęłabym się w jakimś domku w górach, nad stawem czy innym bajorem, hodowałabym sobie konika, kilka kotów. Łaziłabym po lasach. 
Tylko... Ile bym tak wytrzymała? 
Podróżować nie lubię. Imprezować nie lubię. Chodzić na zakupy też nie. 
Nie lubię zajmować się domem. Mam wrażenie, że nic nie lubię. Mam wrażenie, że życie przecieka mi przez palce. 
Że nie tylko nie robię nic ważnego, ale że w ogóle nic nie robię. 
Zastanawiam się, ilu jeszcze ludzi na świecie myśli nad tym, że nic nie znaczy. Że jest zbyt przeciętnym, aby w ogóle zaslugiwać na dar życia. 
Tak wiele mamy w swoich rękach, a tak niewiele z tym robimy. Możemy tyle uratować, ocalić, dać z siebie, a nic nie dajemy. 

Zgubiłam swoją pasję. 
Tkwię w zawieszonym świecie.
Czas mija. 
A ja dalej stoję w miejscu.

Czy znajdę w sobie siłę, aby nadać każdemu kolejnemu dniu jakiś sens?
Żeby odnaleźć w sobie cel.
I zapomnianą magię.
Share:

O krok od końca...

Możecie być zaskoczeni, ale o włos brakowało, żebym usunęła bloga. Jakoś zachciało mi się przestać udawać, że to miejsce ma jeszcze sens istnienia.


Po czym, po przespaniu się z tą decyzją, zdecydowałam, że tylko zmienię szablon.

Po zmianie szablonu stwierdziłam, że poprzedni był lepszy. Więc zmieniłam go znowu.

Dodałam kilka nowych bajerów, które trochę mnie odciążą (ha! nawet nie wiedziałam, że takie magiczne różdżki istnieją, jestem w szoku, ile rzeczy da się zautomatyzować ;)).

No i dalej tu jestem. Taki mój kawałek podłogi.
I dalej nie podoba mi się ten różowy szablon ;)
Share:

Trudne decyzje

Istnieją takie decyzje, których człowiek bardzo nie chce podejmować. Takie, które będą nieodwracalne. I będą wracać do końca życia.



Musimy uśpić Reksia. Musimy, bo już wysiadły mu zwieracze, od ponad miesiąca załatwia się w domu. Ma sparaliżowany tylny napęd. Nawet na wózku już nie umie chodzić, bo przednie łapy są za słabe, aby udźwignąć cały ciężar ciała. Widzę, że wieczorami wszystko go boli, kilka razy wystartował do mnie z zębami, gdy próbowałam go po prostu pogłaskać. Boli, że nie umiem pomóc swojemu najlepszemu przyjacielowi. Boli, że muszę pozwolić go zabić. Zastanawiam się, co jeszcze mogłabym zrobić, jak go ozdrowić. Jak sprawić, żeby wrócił biegający za patykami pies, który zawsze był przeszczęśliwy.
I jeszcze gdyby nie te przebłyski radości w jego oczach. Gdyby nie to, że raz czy dwa razy w tygodniu jest pełen energii i szczęścia. Gdyby nie jego spojrzenie, tak cholernie pełne miłości i zaufania. Gdyby nie to... Byłoby prościej.

A nie jest. Kurwa. Nie jest.

Siedzę, ryczę jak bóbr, chociaż on jeszcze jest ze mną. Boję się wieczoru, kiedy jego już nie będzie. Kiedy stanie się tylko wspomnieniem. Wspomnieniem najlepszego przyjaciela, jakiego kiedykolwiek miałam.
Share:

Świat mi staje na głowie

Fajnie mieć ogarniętego onkologa. Wróciłam do mojej ulubionej lekarki i... Znowu zostałam naładowana pozytywną energią i nowinkami z dziedziny leczenia. Tomografia wykazała stabilizację, ale zawsze może być lepiej :D

Jako, że zdiagnozowali mi insulinooporość, co jest prostą drogą do cukrzycy, do tego rak karmi się cukrami, lekarka zaleciła mi dietę ketofenną. Podobno jedyna, na której a) mogę schudnąć, b) unormuje mi jazdy z insuliną, c) wspomoże leczenie.
Nawet się nie zastanawiam, biorę to w ciemno. W końcu może będę wymiarów, nie? A i inne plusy są na plus ;)

Już możecie mi zazdrościć żarcia majonezu łyżkami ;)

Czuję się świetnie. Ledwo wylądowałam w domu po szpitalu, a już mam ADHD. Tylko nie wiem, w co je ukierunkować ;)
Dodatkowo dzisiaj kurier przyniesie mi nowy telefon (tak, już minęły dwa lata z moją Xperią X, nie wiem nawet, kiedy ;)). W końcu będę miała czym robić zdjęcia. Do tej pory zawsze Krzysia prosiłam, żeby swoim telefonem pstrykał. I mu zazdrościłam. Teraz to ja będę mieć lepszy sprzęt, muahaha!

Share:

Tymczasem w Lucynkowie... ;)

Remont trwa. I to nie taki hop-siup remoncik, ale porządne remoncisko. Sypialnia i duży pokój już prawie prawie gotowe, pozostaje pokój gościnny, przedpokój i... Łazienka.
Z plusów - będzie wanna! Będą dluuuugie kąpiele, notki pisane w wodzie (, czczęsto takie popełniłam ;D), piana i wino sączone w bąbelkach. Z minusów - trzeba będzie ten remont przeżyć. Dwa tygodnie mycia się w misce i załatwiania się do wiadra (tak, serio serio). W akcie desperacji myślę nad ucieczką do szpitala. I to tak z premedytacją. Takie to lekkie oszustwo wobec systemu. No, ewentualnie mogę się kreować w mediach społecznościowych jako biedna chora Lucynka bez łazienki w domu. Może ktoś mi wtedy zasponsoruje jakiś hotel czy inne spa..? (tak, to był sarkazm wymieszany z ironią - nie należy brać tego na serio ;)).

Z rzeczy chorobowych to we wtorek chemia. Chyba dwunasta, ale gdzies przy ósmej zgubiłam rachubę. I nawet nie wiem, jak się doliczyć tych wszystkich chemii, bo brakuje mi w dokumentacji jakichś ośmiu wpisów. Także leżę i kwiczę. Póki jestem w stanie to będę siorbać platynkę. Chyba pomaga, bo ostatnimi czasy czuję się nadwyraz żywa i żwawa. Nawet zaczęłam znowu nadgorliwie szorować okna ;)

A teraz będzie kocio ;)
Znacie naszego Ryśka, nie?



Rysiek jest, przynajmniej był, dla nas totalną, kocią sierotą. Jak wlezie na szafę to trzeba go zdjąć, bo sam nie umie zejść. Ma lęk wysokości,zero koordynacji ruchowej, jest glupiutki i gubi się w mieszkanie średnio 3-4 razy na dobę. Trzeba wtedy głośno go wołać, żeby po głosie wylazł zza mebli ;)
Ryszarda wszystkie koty lubią - każdemu wylize pyska, z każdym zaśnie przytulony. Do michy pcha się pierwszy i nie zwaza na prychanie innych kotów. On w ogóle nie rozumie prychania, jest dosc uposledzony społecznie. A przynajmniej tak sadzilismy...

Od jakiegoś pół roku bacznie studiuję kocią behawiorystykę. Zwyczajnie chcę, żeby koty były szczęśliwe. Owocuje to obficie - nawet nasza poldzika Ciema zaczęła przychodzić się miziac. Głównym celem było zapobieganie bijatykom między Ryskiem a Czarkiem. Uwazalismy, że to Czarek jest agresorem.
Po tym weekendzie świat stanal ba głowie.
Okazuje się, że naszym kocim stadem rządzi największa sierota, jaką w życiu widziałam.
Tak, Ryszard zdominował sprytnego Gacka, zwinną Ciemkę i mega inteligentnego (i ważącego ponad 7kg...) Czarka.
Nasz kochany debilek jest panem i władcą. I to tylko dlatego, że jest na tyle głupi, żeby nie bać się innych kotów. Nie wiem sama, czy smiac się, czy płakać... :D
Share: