Sekretarka pilnie potrzebna

Z góry przepraszam za wszystkie błędy i literówki, ale jestem świeżo po chemii, co skutkuje nieco rozmazanym obrazem ;)

Stwierdzam, że zaraz po podaniu pierwszej chemii powinni pacjentowi "z urzędu" przydzielać sekretarkę. Taką, co by pamiętała, kiedy i ile tabletek brać, kiedy masz znów przyjechać, co musisz jeszcze załatwić, i że w ogóle przydało by się kwiatki podlać.

Piątek, 7 grudnia. Wstałam sobie o 6 i szykuję się do wyjazdu na chemię. Jeszcze w ostatnim sprawdzeniu "czy wszystko mam" zerkam na skierowanie. A tam jak byk, że mam się stawić 6 grudnia. W czwartek. Nie wiem, czemu w czwartek, skoro ostatnio jeżdziłam w piątki. Czarna dziura w głowie. W każdym kalendarzu zapisane, że mam jechać siódmego. Dzwonię do szpitala i rzeczywiście, miałam być jednak szóstego. Na szczęście udało się przełożyć imprezę na poniedziałek, ale trochę się od lekarki nasłuchałam.


Jak widać na powyższym przykładzie - nie sprawdza się kalendarz mobilny, ścienny ani książkowy. Nie sprawdzają się ani notes, ani treningi pamięciowe. Ja po prostu nie mam żadnej wolnej pamięci operacyjnej, normalnie nula totalna.

W ostatnim momencie wysłałam papiery do ZUSu o przedłużenie renty (i to tylko dlatego, że Mamuśka mi o tym przypominała średnio trzy razy na dzień). Już dwa razy zapomniałam zgłosić w robocie L4. Kwiaty mi usychają na parapecie. Kotów na szczęście nie zagłodzę, bo same się o papu upominają. Co nie zmienia faktu, że jestem przerażona i zagubiona.
W każdej chwili zza rogu może mi wyskoczyć jakiś temat, o którym zapomniałam. Nie bawię się już nawet w robienie czegokolwiek na zamówienie, bo zwyczajnie o tym zapominam. I później muszę się tłumaczyć.

Moje życie składa się w tej chwili ze stresu, obawy przed terminami, dużej dawki przeciwbólków i przeciwymiotków. Cała reszta codzienności to ukrywanie się przed tym, o czym gdzieś po drodze zapomniałam.

Tylko szydełka się nie boję. Ono zawsze zrozumie. A jak zapomnę gdzieś o oczku czy słupku, to zawsze mogę spruć poprzedni rząd. Albo improwizować ;)

Share:

Koalucynka

Lena z Oz zamieniła mnie w koalę!


Wczoraj dotarła do mnie paczka aż z Australii. Mojej ukochanej, wymarzonej Australii!
Poczułam się przez chwilę, jakby papużki faliste świergotały za oknem, a przez ulicę przekicywał kangur. Inny świat normalnie..!
I jeszcze dostałam zapas HepaMerz od Maurycjuszki. Wątroba mi nie straszna przez najbliższy miesiąc :)

Uwielbiam paczuchy od Was. I wiem, że mam ogromne szczęście, posiadając wokół siebie tyłu miłych, wspaniałych, bezinteresownych ludzi. Chciałabym Was wszystkich przytulić i wybuziakować!
Rzeczywistość bywa tak cudownie cieplutka :)
Share: