czwartek, 20 lipca 2017



Bardziej. Mocniej. W ogóle!

Od jakiegoś czasu silnie walczę ze sobą. W sensie - próbuję być jak papier toaletowy i się rozwijać.
Raz po raz ktoś podetrze sobie mną tyłek, ale nie przejmuję się - gruba ze mnie rolka.

W związku z tym samorozwojem staram się rozumieć różne stanowiska, poglądy. Przyjęłam do wiadomości, że punkt widzenia zależy od miejsca siedzenia, a każdy ma zupełnie inne stanowisko.
I różną twardość. I fotela, i zadka.

Jednak skalam bloga i będę lekko polityczna. W sumie, kto mi zabroni?
Mi się nie da niczego zabronić. Nikomu nie da się nic zabronić, zatem...
Trzymajcie się, bo zaczynam.
I będę bardzo subiektywna.

Dzieją się w Polsce różne dziwne rzeczy. Niepokojące. Straszne.
Lekko apokaliptyczne.
Na Czarnym Proteście nie mogłam być. Bo operacja, chemia, różne takie dziwne rzeczy.
Dzisiaj rano ledwo żyłam, bo grypka, skręcona kostka też daje mocno w kość, ale...
Jak nie teraz, to kiedy?
Czy będę mogła wyrazić swoje zdanie głośno jeszcze kiedyś?
Nie wiem. Dlatego naćpałam się przeciwbólowych i poszłam pod Sąd w Żorach.
Z Mamuśką, moją dzielną kompanką. W sumie miałyśmy dwie sprawne nogi, więc akcja miała szansę się udać. No bo Mamuśka też ma skręconą nogę. I też prawą.

I te dwie lewe nogi poczłapały. Postały. Zapaliły znicze.
Płakać mi się chciało. I dalej się chce.
Boję się przyszłości, tego dokąd zmierza nasza demokracja.
Boję się utraty wolności, którą tak sobie cenię.
W momencie, gdy dostałam nadzieję na jeszcze kilka lat życia, zaczynam się bać o kraj.
Jestem patriotką. Bardzo.

I w tym miejscu apel do Was, moi Kochani:
nie mówię, że macie zmienić poglądy, zdanie, priorytety.
Ale proszę Was, tych, którzy się nie zgadzają z obecnym Rządem, wyjdźcie na ulicę.
Wstańcie z kanapy i pokażcie, że Was to obchodzi.
Łatwo jest powiedzieć, że jedna osoba nic nie zmieni...
Ale razem jest nas dużo więcej, niż jedna osoba.

I to nie jest tak, że jestem za PO. W sumie, nie jestem chyba za żadną partią jakoś bardziej. Jedna mi się podoba, ale nie będę zdradzać, która.
Chodzi o to, że jest coraz gorzej. Trudniej.
Staram się nie narzekać, tylko dzielnie stawiać czoła zastanej rzeczywistości, ale już nie wyrabiam.
Wszystko drożeje na potęgę. A renta nie rośnie.
Nie wiem, co by było, gdyby nie Fundacje i Wy, którzy nam dzielnie pomagacie.
Jest CHOLERNIE ciężko przeżyć. Połączyć koniec z końcem, a jeszcze przy tym się uśmiechać. I nie narzekać.
Jest trudno!
Mogłabym się zwinąć w kłębek, udawać, że jest w porządku.
Ale, cholera, nie jest.
Jeszcze kilka podwyżek i nas zlicytują. Dosłownie.
Dlatego wstaję z kanapy i idę.
Jutro o 21:00 znowu będziemy pod Sądem. Porozmawiamy, pośmiejemy się - zapewniam Was, że atmosfera jest GENIALNA na takich sabatach ;)
Przyjdźcie. Nie jako wsparcie jakiejś opozycyjnej partii, nie jako przeciwnicy czy rywale:
bądźmy tam razem, jako ludzie bojący się tego, dokąd zmierza aktualna polityka.
Pokażcie się.
Protestujcie, manifestujcie, żyjcie bardziej - póki możecie.

Dla rozładowania atmosfery:
w autobusach są rozwieszone plakaty koncertu Kukiza. No i wracamy sobie ostatnim kursem, razem z garstką innych manifestantów i grupą młodzieży. Jeden chłopak wypala "Idziecie na koncert Kukiza? Śmieszne w ogóle, jest też polityk o tym nazwisku!".
Na faktach! Mamuśka potwierdzi! :D

Dodatkowo kierowca się nieco zamulił i wywiózł nas na zajezdnię. Zapomniał o ostatnim przystanku.
Moim przystanku!
Pozwiedzałam sobie miasto, pozwiedzałam... ;)

* * * * * * * * * * * * * * * * * * * * 

Żyjcie bardziej... póki możecie!

wtorek, 11 lipca 2017



"Życie, życie jest nowelą..." A raczej ekscytującą książką przygodową!

Urodziny przeurodzinowane. I to mocno przeurodzinowane!
Minęły już prawie dwa tygodnie, a niespodzianki się nie kończą :)

W zeszłym tygodniu, w sobotę, odwiedziliśmy Tychy. A tam koncert Grubsona. Pokiwaliśmy się (w moim wypadku), poskakaliśmy (Krzysiowa działka), ponuciliśmy (znowu ja), a nawet darliśmy pyski na całego (a to Krzyś).
Mężny lubi Grubsona. Bardzo lubi. A ja lubię Mężnego, więc dzielnie znoszę kolejne koncerty Grubsona (bo Mężny się tak cudnie śmieje od ucha do ucha, gdy tylko go widzi).
Od domu Marcinków do strusiopodobnej żyrafy jest całkiem spory kawałek.
Przeszłam go!
Na koncercie też z dwie godziny postałam!
I nawet WŁASNONOŻNIE wróciłam (na piechtę!) do domu!
Dumna z siebie byłam niesamowicie. Już nie wspomnę o tym, że pozwoliłam sobie na coś mocniejszego niż sok pomarańczowy, wino, czy piwo. Ba! Nawet od wódki mocniejszego!
I przeżyłam :D




Gorzej było z przeżyciem... kibla!
Tak, kibla!
Stojąc w kolejce dziwiłam się, czemu każdy wychodzi taki zniesmaczony. Wręcz zdruzgotany.
Dowiedziałam się. Przekonałam boleśnie na swoim tyłku (i nosie).
Wszyscy robimy sobie podśmiechujki z indyjskich pociągów, gdzie toaleta to tylko dziura w podłodze.
No to Wam powiem, że kibelek przy scenie wyglądał jak indyjskie WC, wersja deluxe.
Wersja deluxe, bo była dziura w podłodze, a w nią wklejona miska a'la zlew. Ale z wyznaczonym miejscem na postawienie stóp.
Nie wierzyłam własnym oczom. I nie ma zmiłuj dla dzieci, ciężarnych, niepełnosprawnych. Masz dziurę to szczaj.
Syf straszny. Obszczane wszystko dookoła. Nie dziwię się, w sumie. Ciężko wcelować w dziurę.
Ani żadnych poręczy, ani uchwytów, nic.
I jeszcze pobierali za to opłaty.
SERIO.
Dalej jestem zdegustowana do granic możliwości.

Na szczęście zdjęcie zrobione na przystanku poprawiło mi humor.


Z naszymi Marcinkami <3 p="">
Ten przystanek to fajny myk. Podchodzisz do tablicy informacyjnej, klikasz ikonkę z aparatem, robisz zdjęcie, wpisujesz swój mail i... już. Masz zdjęcie na swoim mailu :D
Tak gratis i w prezencie.
Świetna sprawa :)))

W zeszły weekend zrobiliśmy małe przebudowanie dużego pokoju. Miałam się chwalić zdjęciami, ale mam taki syf w chacie, że strach to pokazywać publicznie ;) Od trzech dni jestem lekko niedysponowana, a przedwczoraj skręciłam sobie kostkę. No, może nie skręciłam, nadwerężyłam.
Zwał jak zwał - boli. Leżę na doopie i bawię się z czwartym kotem.

Yhym. Czwartym kotem :D

W niedzielę poszliśmy z Reksiem na dłuuuugi spacer. I wróciliśmy z niego z małym, czarnym kocurkiem. Takim ślicznym :D
Krzysiek tak mnie zszokował swoim "Przygarniemy go?", że aż wyrżnęłam na prostej drodze ;)

No i czarnulek, zaksięgowany w bazie u weterynarza jako Lestat (ale imię to jeszcze kwestia dyskusyjna, poznajemy się, póki co ;)), je, bawi się i śpi.
I daje się zdjęciować :)










Staram się jak mogę dalej być zorganizowaną, pracować, tworzyć i ogarniać.
Ale... świat teraz składa się dla mnie z mruczącej, czarnej kuleczki.
Doświadczona poprzednimi trzema kotami wiem, że te kuleczki bardzo szybko rosną.
Chcę się nacieszyć Lestusiem, jego drobniutkimi łapkami i trybem traktorka.
Z rok będzie już duży.
Świat poczeka, sukces poczeka. Lesiu nie poczeka, dorośnie.
Dlatego to on teraz jest moim priorytetem :)))

* * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * *

Komentarze karmią blogera :)))

środa, 28 czerwca 2017



Hash, nie koniecznie w tagach.

Wczoraj miałam akcję pt. "ogolić nogi i nie zdemolować mieszkania".
Łatwo nie było, a i nie obyło się bez krwi, no ale jakoś podołałam. I czekając, aż krem zacznie spalać kłaki, przyszło mi do głowy, że...
To jest cholernie niesprawiedliwe, że tylko kobiety MUSZĄ taką rzeźnię przeżywać.
Facet nie mówi "Nie założę krótkich spodenek, bo się nie ogoliłem", ani nawet "Nie pojadę na basen, bo nie chce mi się depilować".
Nie, oni wskakują i jadą, idą, szaleństwo bez spinki.
A ja, nawet ogolona, mam zawsze w tyle głowy pytanie, czy nie porobiłam omijaków.
Jestem biała jak ściana, włosy rosną mi za to ciorne jak smoła, więc najmniejszy omijak widziany jest z kilometra.

Chłop mi mówi: "Olej to i załóż krótkie spodenki".
No way.
To jest już tak mocno zakorzenione w społeczeństwie, że się zwyczajnie nie da. Posiadanie owłosienia stało się nienaturalne, wynaturzone i ohydne.
Stan naturalny teraz to gładziutka, mięciutka skórka, którą można głaskać z przekonaniem, że nigdy nie została nawet zbrukana niechcianym włosiem.


Są tacy, którzy twierdzą, że to sprawa higieny. Chociaż nie wiem, co nogi mają wspólnego z higieną.
Są też tacy, którzy mówią, że dla urody trzeba cierpieć. Ale tu już nie chodzi o urodę. Tu chodzi o wymuszanie zachowań na kobietach. Chodzi o pozbawianie naturalnej lekkości bytu, zabijanie spontaniczności. Kreowanie sztucznych zasad.
Niby ich zachowanie nie jest obowiązkowe, ale w praktyce... jest.

Wielu mężczyzn nawet twierdzi, że nie wyobraża sobie nieogolonej kobiety. Że kobieta ma być gładka.
Od kiedy niby, ja się pytam?!
Taka rewolucja nastąpiła w ciągu ostatnich 20 lat. Tylko 20 lat wystarczyło, aby całe społeczeństwo zapomniało, że ogolone nogi nie są naturalne.

I teraz może się śmiejecie, że tak trywialna rzecz, jak golenie, mnie aż tak zajmuje.
Tak, zajmuje. Wczoraj się tego podjęłam, krem nie dał rady wypalić wszystkich włosów, do tego mnie uczulił (jak nigdy!).
Nogi mam w bąblach, do tego pozacinane po eliminacji omijaków.
A najgorsze jest to, że za dwa dni czeka mnie to samo.
Znowu mam zmarnować dwie godziny życia tylko po to, aby móc spokojnie nosić krótkie spodenki.

KURWA.


* * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * *
Komentarze karmią blogera :)

piątek, 23 czerwca 2017



Przeterminowana. Dokładnie o dwa i pół roku.

Było to 23 czerwca 2014 roku. Niespełna tydzień przed moimi dwudziestymi piątymi urodzinami.

Od dwóch miesięcy mieszkałam już z Mężnym (wówczas - Jeszcze Kawalerem).
Do szpitala po raz pierwszy trafiłam 26 maja 2014 roku.
Musiałam błagać lekarkę rodzinną o skierowanie na oddział.
Twierdziła, że nie ma przesłanek ku temu.
Sugerowała, że udaję, aby mieć dalej L4.

Przy pierwszym podejściu na Izbę Przyjęć lekarz stwierdził, że mam za dobre wyniki na szpital.
Za drugim, że dobrze działa na mnie Pyralgina i mam ją brać.
Za trzecim zrobili mi USG na miejscu, odkrywając stado guzów na wątrobie. Zatrzymali mnie na oddziale, zostałam tam prawie dwa tygodnie. Zrobili szereg badań, w tym biopsję.
Lekarz, który ją przeprowadzał, uspokoił mnie słowami:
"Widziałem takie coś setki razy, to nic groźnego, proszę się nie martwić!".

Po dwóch tygodniach wróciłam po wyniki.
Nikt ze szpitala nie dzwonił, nikt się nie dobijał, więc sądziłam, że to tylko formalność.
Zdziwiłam się bardzo.

Dostałam kartkę. Szybko szukałam w internecie, co oznacza ten dziwny, łaciński termin.
Poszliśmy do lekarza, który mnie prowadził, gdy leżałam na oddziale.
Zrzedła mu mina.

Chciałabym Wam napisać, jak to wszystko dalej się potoczyło, ale...
niemal nic nie pamiętam.
Wiem, że przyjechał Tata. I na kolanach prosił mnie, żebym nie umierała.
Wiem, że pojechaliśmy do innego onkologa.

Nie wiem, jak powiedziałam to Mężnemu.
Nie wiem, jak dostałam się do domu.
Nie wiem, co robiłam przez kolejne trzy miesiące.
Nic nie pamiętam!
Kolejne wspomnienie mam dopiero z października, gdy zakładałam bloga.

Słyszałam, że mózg się broni przed traumatycznymi wspomnieniami, zupełnie je wypierając.
Pierwszy raz w życiu mam takie coś.
I jestem za to wdzięczna!

Mijają dzisiaj trzy lata. Szmat czasu, którego mi nie dawano.
Żyję pełnią życia.
Jestem szczęśliwa.

Niemożliwe stało się całkiem realne!


* * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * *
Komentarze karmią blogera i czynią go szczęśliwym :)

wtorek, 20 czerwca 2017



To ja poczekam, aż będę idealna... (dużo zdjęć... nieidealnych ;P)

Mam dziwny okres w życiu. Bardzo dziwny.
Znowu łapię się na gonieniu ku perfekcji. Myślałam, że już się z tego wyleczyłam, ale nie. Dalej w głowie siedzą dziwne chochliki, co zawistnie szepczą do ucha teksty typu "jesteś niewystarczająco dobra", albo nawet "lepsi od ciebie nie dawali rady". Muszę dać sobie mentalnego kopa i po prostu robić swoje. Nie jest łatwo, bo wena to taka suka, co raz daje jednemu, raz drugiemu, aby w końcu pójść do trzeciego i zatęsknić za pierwszym.

I tak - kiedy piszę regularnie to nie umiem dziabać biżuterii. Gdy dziabam szaleńczo to nie umiem jednocześnie pisać. A gdy ogarniam już, jako tako, jedno i drugie to nagle stwierdzam, że:
a) trzeba posprzątać,
b) poszyłabym sobie,
c) zamoczyłabym łapki w akwarium,
d) BRZDĘĘĘĘK bzzz BRZDĘK zzziiiiiisiiii BRZDĘĘĘĘK (a to wyjaśnię niżej ;P).

Jako, że biżuteryjnie to ja bardzo płodna, to od ostatniej notki nazbierało się sporo nowości. Wieści. Radości. Dużo, hopsa!

W poprzednią sobotę odbyło się spotkanie pomaturalne. W sensie - dycha po maturze.
Miałam wpaść na chwilkę, a w sumie to wróciłam do domu na tyle późno, że chwilkę to ja spałam ;) 
Nie sądziłam, że jestem w stanie wlać w siebie tyle wódki (WÓDKI, KURWA, WÓDKI! ja tego świństwa nie piłam już od... nie pamiętam kiedy... w każdym bądź razie - daaaawno).
Spotkanie klasowe w końcu przekształciło się w spotkanie miarkowe (chodziłam do liceum imienia Karola Miarki ;)). A tam nawet znalazła się moja jedna fanka (pozdrawiam, pozdrawiam!).

Niby nic, zwykła biba. Ale... jakoś pozmieniała mnie gdzieś tam w środku.
Nagle zrobiłam się gadatliwa, pełna energii, pozytywnie nastawiona do wszystkiego, co tylko isnieje na świecie.
Zwykle jestem raczej pozytywna, ale teraz jestem mega pozytywna i aż pysk mi się śmieje na samą myśl o jutrzejszym dniu. Normalnie sama z sobą już nie wyrabiam!

Nie wiem, czemu, a jakoś mnie wzięło na strzelanie selfie w windzie, chociaż ja selfików nie zwykłam sobie strzelać.
Ale to pewnie dlatego, że na te szóste piętro winda jechała strasznie długo. Najpierw pomyłkowo kliknęłam guziczek z "9" i tego nie zauważyłam na czas... a poźniej, żeby zjechać trzy piętra w dół, kliknęło mi się parter. I byłoby okej, gdybym na parterze nie włączyła wszystkich przycisków. Tak dla pewności, że zatrzyma się na szóstym piętrze... takie tam, ekhem :D

Stan fizyczny?

Stan psychiczny?


Nie pytajcie o szczegóły. Nie chcecie wiedzieć :D

Po paru dniach (które były niekończącym się kacem...) przybył mój prezent urodzinowy od Mężnego. Tadaadadaaa!

 
To są Krzypki.
Krzypki są zajebiste, bo są niebieskie i zajebiste.
Normalnie kocham je całym moim złym i mrocznym serduszkiem!
Brzdękam codziennie (sąsiedzi zapewne są zachwyceni...).
Odpręża mnie to lepiej niż gorąca kąpiel, czy czekolada...
                ...a może nawet bardziej niż kąpiel w czekoladzie ;) 

Na fejsie wrzuciłam filmik z moich zmagań (byłam totalnie nieświadoma bycia nagrywaną - Mężny mnie w konia zrobił udając, że robi zdjęcia kocicy ;P).
Kogo ominęło, to film znajdzie tu -> http://bit.ly/krzypki1.
Radzę wyłączyć dźwięk ;)))

Po krzypkach przyszedł kolejny prezent, tym razem od mojej Anuchny, co ją znam już z... 14 lat?Jesteśmy dowodem na to, że znajomości internetowe mogą być bardzo trwałe. A poznałyśmy się na forum... o robieniu bransoletek z muliny ;)


Coby bylo mało, to jeszcze Purina i Streetcom nam zrobili prezencik, przysyłając Reksiowi jedzonko na próbę ;)


I tak, po serii przesyłek, dochodzę do wniosku, że wyleczyłam się z nielubienia prezentów.
Tak, kiedyś nie lubiłam dostawać prezentów. 
Nie wiem, czemu.
Jakośtakoś.
Teraz uwielbiam ten moment, gdy mogę coś rozpakować (jak dziecko... znowu... ciągle wydaje mi się, że coraz bardziej dziecinnieję na starość).
I mogłabym udawać, że nic mnie nie rusza, że nie jestem materialistką, ble ble ble, że poważna jestem, ble ble ble.
Ale po co? Nie jestem materialistką, ale uwielbiam miłe niespodzianki! Uwielbiam coś dostać, bo uwielbiam być wdzięczną.
Lubię się uśmiechać, lubię być szczęśliwą, normalnie lubię być sobą i lubię kochać życie.
Lubię też szczerość, więc dlaczego mam być nieszczerze nieszczęśliwa w tym momencie?

Niestety, zachorowałam na nową przypadłość - paczkoholizm. Tu już zachowuję się jak kot - wpadam w kartony, że aż wióry lecą.
Och, kartony, kartoniki, paczusie, paczuleńki...

Co do paczek - ostatnio pokazywałam Wam koraliki od Iwony. Oto, co z nich wyczarowałam:

Jestem z siebie tak bardzo dumna, że aż ciężko to opisać słowami. Założyłam nawet konto na Wylęgarni. Trzeba iść z tymi moimi plecionkami w świat, bo, nieskromnie mówiąc, są cudowne. Zdjęcia nie oddadzą ich uroku. Normalnie mogę się godzinami patrzeć, jak te kryształki cudownie odbijają światło :)))

No nic. Na kolejną notkę szykuję Wam niespodziewajkę, która jest mało niespodziewajkowa, bo na fejsie już się zdradziłam.
No dobra, nie wytrzymam nie pisząc o tym ;P

Jakiś czas temu rozpoczęłam współpracę z portalem Faqrak.pl. W dniu dzisiejszym znajdziecie tam już dwa moje twory (w tym jeden wywiad), a to jeszcze nie koniec. Jak tylko oderwę się od Krzypków i Iskrzyków to, zapewniam Was, napiszę tam jeszcze co nieco.
Obiecałam zresztą serię felietonów, więc... no nie mam wyjścia ;)

Linki:
Wywiad jest tu -> http://bit.ly/faqrak-wywiad
Instrukcja obsługi jest tu -> http://bit.ly/faqrak-instrukcja (tak, to dokładnie TA istrukcja ;)).

No. To już wiecie, dlaczego chodzę nakręcona jak mały samochodzik?
Dużo się dzieje, fajnie się dzieje! Nawet Mężny miał cały długi weekend wolny i... no, troszkę się nim nacieszyłam (w końcu!) :)
Dodam jeszcze, że mamy nowe akwarium (trzecie już, kolibka...). Może i malutkie, bo tylko 12l, ale plany mam wobec niego, jakby miało z 2000l :D

Muszę Wam powiedzieć, z pełną odpowiedzialnością, że właśnie zaczął się najlepszy okres w moim życiu. 
Już ja sama o to zadbam, aby był najwspanialszy ze wspaniałych.
No bo KRZYP KRZYP KRZYP KRZYYYYP! ;)

* * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * *
SMS na numer 75 165 o treści: POMOC 6742
czyni mój świat lepszym :)

piątek, 9 czerwca 2017



Wyczekane - wychuchane!

No, miałam stresa przed odebraniem tych wyników. Zwlekałam, jak tylko się dało. Nawet w autobusie nie byłam w stanie audiobooka słuchać, bo co chwilę zatracałam się w myślach i traciłam wątek.
Ale są!


Wszystko jest w porządku, stabilizacja trwa, mogę sobie spokojnie żyć :)))



Wracając ze szpitala zahaczyłam o Galerię Katowicką. Tam jest Świat Książki, a gdzie jest Świat Książki, tam są MemoBooki (zeszyty z kartkami w kropki, dosyć charakterystyczne - używa się ich głównie do prowadzenia planerów, tzw. bullet journali).



Miałam tu pisać o moim mindfucku, gdy okazalo się, że w całym budynku nie ma mapki. Trzeba ściągnąć aplikację, aby odnaleźć jakiś sklep. Albo przejść wszystkie piętra. Wybrałam to pierwsze (po obejściu dwóch pięter, kwa...). Miało być z żółcią i wkurwem, że świat zmierza w bardzo złą stronę. Ale... mam tak dobry humor, że aż sobie daruję :P

Wracałam tak uhahahana, że aż dwie obce osoby się ze mną przywitały. Chyba myślały, że je znam... Bo się uśmiechałam dosłownie do wszystkich!
Dalej mi się pysk cieszy!

A jeszcze dostałam paczkę od Iwonki, duuużo koralików! Normalnie ekstaza!


Jutro mam spotkanie klasowe, pt. "10 lat po maturze". Nie wiem, kto te lata liczył, bo chyba się pomylił. Przecież minęły może z dwa, może trzy, co oni o dyszce gadają?
No. Ale okazja do świętowania będzie!

A świętować będę nieustannie, aż do końca roku. Dopiero wtedy wybieram się na kolejną tomografię... ;) Czujecie to? Pół roku bez myślenia o raku! Kocham moją Onkolożkę, kocham normalnie!

Ale jednak życie kocham bardziej.
Życie, och życie, kocham cię nad życie!

*edit*

"Strabilizacja" nie oznacza "jesteś zdrowa", niestety ;)
To raczej takie "masz spokój, dopóki raczysko się nie obudzi". Kolejna tomografia planowana jest na grudzień/styczeń, więc ten wynik daje mi pół roku laby od chorowania. W dalszym ciągu jestem na lekach i suplementach, ale wizja chemii czy radio się oddaliła o owe pół roku :)
Biorąc pod uwagę fakt, że ponad półtora roku jestem bez leczenia, to jest to MEGA wynik.
Niestety, na fazę "wszystko znikło" jest za wcześnie - wchłanianie się guzów trwa dłuuuugo. Ten z trzustki zniknął mi ponad dwa lata temu, a dalej jest tam zwapnienie. Na wątrobie mam podobnie - i zwapnienia, i nekroza (uśpione guzy), do tego nacieki. Tam jest taki ser szwajcarski, że ciężko się połapać.
Plan na teraz to walka ze stłuszczeniem wątroby. Po ludzku - schudnąć muszę ;P
Tulam Was cieplutko :)))
* * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * *
SMS na numer 75 165 o treści: POMOC 6742
czyni mój świat lepszym :)

wtorek, 6 czerwca 2017



Obserwacje własne

Mężny stwierdził, że to dobry temat do poruszenia na blogu, więc... ruchu-ruch, ruszam!
W weekend spotkaliśmy się z przyjaciółmi.
Jakoś tak temat zszedł na sporty, a później na bieganie.
I tak, na cztery osoby, każdy miał inne podejście i inne nastawienie do biegania!

ja i Agula - czujemy wolność, rozumiemy ją, ćwiczymy dla przyjemności, dla poczucia spełnienia - nie zwracamy uwagi na wyniki;
Agula mogłaby zacząć biegać od razu, ale jest stworzeniem stadnym i chce biegać z kimś;
ja jestem samotnikiem i niestety, no, ważę za dużo, aby od razu wskoczyć w buty i biec w las ;)

Marcinek - rozwala temat biegania na czynniki pierwsze - buty, nawierzchnia, oddech, stawy, technika; cały czas odwleka zrobienie czegoś, perfekcjonista aż do bólu, ma słabą motywację, bo rozpraszają go drobne sprawy, chciałby od razu robić wszystko idealnie;

Krzyś - gotowy był od razu wskoczyć w buty i biec :D ale pod warunkiem, że będzie miał z kim konkurować! zrobi wszystko, aby tylko być najlepszy, aby pokazać, że on może, jednak po osiągnięciu celu opada i musi odpocząć. Zwykle ten odpoczynek trwa kilka lat. Jeżeli nie ma konkurencji, jeżeli nie ma wyzwania - nie robi nic.

Typów osobowości są setki, tysiące, miliony.
Ale tu miałam taką fajną grupę kontrolną ;)

Wyobraźmy sobie teraz, że wszyscy obiecaliśmy sobie za rok przebiec półmaraton.
Powiedzmy, że mamy możliwość biegać razem (już mi się to nie podoba ;P).
Agula wyciąga wszystkich, bo ma wysoką motywację i chce już teraz!
Marcinek nie ma wyjścia, musi wypełznąć z domu, bo ciągnie go Prawie Żona. Dba za to o technikę i zdrowie całej grupy.
Krzyś konkuruje z każdym po kolei. Nie da po sobie poznać, że coś sprawia mu trudność. Może chciałby na raz przebiec 20km, ale stopuje go Marcinek.
Aga dodaje wszystkim motywacji.
Jest równowaga!

I tu dochodzimy do wniosków:
- aby wyzwanie miało sens, musi być wyzwaniem
- aby wyzwanie było zdrowe, musi być hamulec rozsądku,
- aby wyzwanie się realizowało, musi mieć kopa motywacji i dawać PRZYJEMNOŚĆ!

Jeżeli już widzisz, w której dziedzinie przodujesz to... wiesz, co musisz jeszcze rozwinąć. Co w sobie wytrenować. Na czym się skupić.
 PRZYJEMNOŚĆ, ROZWAGA i MOTYWACJA powinny być w idealnej harmonii.
A jeżeli czegoś Ci brakuje to... znajdź kogoś, kto to posiada i ma podobny cel.
Po to mamy bliskich, aby tworzyć z nimi zespół :)

Więcej wniosków wyciągnijcie sami, przecież nie będę Wam podawała wszystkiego na tacy... :D

I jeszcze zdjęcie z owego wieczoru:

Yhym, nowym telefonkiem! Takie zdjęcia robi, takie!
Aż mój Instagram odżył :D

* * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * *
SMS na numer 75 165 o treści: POMOC 6742
czyni mój świat lepszym :)

poniedziałek, 29 maja 2017



Co doprowadziło mojego prywatnego Małża do łez ;)

Na wstępie muszę wklepać poniższy fragment, bo wiem, co się zaraz będzie działo, jaki hejt poleci ;)

Wpełzłam ostatnio na dziwny etap życia. Etap, gdy każdy próbuje mi rozkazywać.
Ludzie myślą, że grzecznie posłucham ich mało grzecznych "rad" i, z podkulonym ogonkiem, będę tańczyć, jak mi zagrają.

Wiadomość dla owych "radnych":
nikt nie przeżył za mnie życia, nikt za mnie nie był leczony, krojony, nasycany chemią, naświetlany, badany, rugany, olewany, opierdzielany. Nikt za mnie też nie rzygał, nie srał, nie wył z bólu, nie słaniał się na nogach z wyczerpania.
Więc nikt za mnie teraz nie będzie podejmował decyzji.
I nie będę robić czegokolwiek tylko dlatego, że ktoś tego ode mnie oczekuje.
Jestem wolna.
Ty też jesteś. Dlatego nikt Ci nie każe tego czytać.
Więc jeśli masz jakiś problem z tym, że mam odwagę robić to, na co mam ochotę to... wyżyj się gdzieś indziej :)

*notka właściwa*
Mój Mężny to dziwny typ. Bardzo dziwny.
Nie ruszyło go to, że codziennie latam na zakupy i z piechem na spacer, że codziennie ma cieplutki obiad, gdy wróci z pracy. Nie zauważył nawet, że w ciągu jednego dnia zrobiłam porządek w mojej szafie (wcześniej zajmowało to około 10 dni... roboczych). Nawet fakt, że w ciągu jednego dnia potrafię pojechać na tomografię, wrócić, umyć podłogi, wstawić pranie, ugotować obiad i skoczyć z piesem na dwór go nie wzruszył.

Złamało go... odkurzanie.
Coś, co od dawna robię codziennie. Wiecie, mamy takiego potworka na nóżce, ssie może słabo, ale ma turboszczotę, a w korpusie ukryty jest malutki odkurzaczyk. Fajnie zbiera sierść, a mamy jej w domu całe kłęby. No trzy koty i psiak troszkę tego generują, szczególnie na wiosnę ;)

I w niedzielę, jak każdego innego dnia, chwyciłam odkurzacz. Na szybko obleciałam podłogi, żeby zebrać piach i sierściucha, później wyodrębniłam z machiny odkurzacz ręczny i lecę - ranty, blaty, parapety, obrazki, telewizor... Wszystko, co mi wpadnie pod wylot, zanim minie 15 minut i odkurzacz się rozładuje. Wskakuję (niczym gazela! ;)) na kanapę i jadę z lampą. Wzrok mój padł na żyrandol. No to śmigam, odkurzacz nieskończonej baterii nie ma. Bzuuuum, bzuuum, bzuuuum, odkurzone. Starczyło jeszcze na przelecenie książek nawet.

A mój Mężny w płacz.
Bo on nigdy mnie takiej nie widział. Nie widział, jak skaczę po meblach. Nawet moment wieszania obrazków na ścianie mu umknął, bo był na delegacji.
Nie zdawał sobie sprawy z tego, że ja na prawdę mam masę energii i siły, że nic już mi nie jest straszne. No dobra, maratonu nie przebiegnę, ale na przystanek sobie już potruchtam.

Poczułam się niedoceniona. Kuźwa! Robię to codziennie! Każdego jednego dnia!
A on dopiero teraz to zauważył!

Faceci... ;)

Dobra, teraz się nabijam i złoszczę, ale to było na prawdę urocze :D

Złożyłam "zamówienie" na prezent na urodziny ;) Od dawna już o tym marzyłam, ale jakoś umknęło mi to, że życie składa się ze spełniania marzeń i właśnie po to się żyje.
Chcę skrzypce.
Skrzypce chcę!
Będę brzdękolić, piskać na strunach, rzępolić i popierdywać smyczkiem.
Ja nie chcę nawet specjalnie umieć na nich grać, nie muszę być wirtuozem.
Ja chcę ich dotykać, pieścić je paluszkami, macać, czcić, wąchać, pucować, przytulać. Chcę czuć, jak wibrują struny pod palcami.
Od zawsze kocham ten instrument. Po 29 latach życia chyba zasłużyłam na własny egzemplarz ;)
Nie wiem, z czego Mężny mi je kupi, ale musi zapłacić za przyjemność oglądania mnie podczas sprzątania (w ramach zachęty mogę nawet nosić krótkie spodenki! ;)).

A poza tym w końcu skończyła mi się obecna umowa na abonament. Już leci do mnie nowy telefonik.
AaaAAaaaAAAAaa!
Ciężko mi nawet wyobrazić sobie, że w końcu będę mogła robić zdjęcia, głośnik będzie działał, a sam telefon nie będzie się przywieszał.
Aaaaa!
Cieszę sięęę! A ja taaaańczę! Lataaam! Aaaa! Już jutro, AAAA! :D

Pozdrawiam Was cieplutko! Szykujcie się, że w końcu zasypię Was zdjęciami :)))
(swoją drogą - Mężny stwierdził, że wyglądam jak moje ikonki z bloga ;))

* * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * *
SMS na numer 75 165 o treści: POMOC 6742
czyni mój świat lepszym :)

czwartek, 25 maja 2017



Historia z żyć wyjęta

Dawno dawno temu, zapewne wczoraj, była sobie kraina. Mlekiem nie płynęła, ale miodu w niej było, ile dusza tylko może zapragnąć. Jak okiem sięgnąć rozciągały się pola i łąki, pełne barwnych plam. Kwiaty kołysały się na wietrze, pięły się dumnie do nieba, rozgrzewając swoje płatki w ciepłych promieniach słońca.

W krainie tej mieszkały owady. Wszelkie rodzaje i gatunki, jakie tylko kiedykolwiek świat widział.

W owej Kwiecistej Krainie żył sobie Pędraczek. Pędraczek był nikim, szarym robakiem w tłumie owadów. Od innych odróżniało go tylko jedno - jego marzenie.
Marzenie narodziło się, gdy Pędraczek ledwo wypełzł ze swojego jaja. Do gniazda przyleciał Pan Motyl. Był piękny! Skrzydła mu skrzyły przy każdym ruchu, czułki miał długie, zaś odnóża pełne gracji i powabu. Pędraczek zamarzył, aby być taki jak on! Jak Pan Motyl!

Czas mijał, Pędraczek zajmował się codziennymi obowiązkami, ale... każdego dnia wdrapywał się na sam czubek najwyższej trawy i marzył. Marzył o lataniu, o kolorowych skrzydłach, marzył o byciu motylem.
Parę razy próbował latać, skacząc z samego czubka trawy. Oczywiście, nigdy mu się to nie udawało. Jednak zauważył, że gdy spada, powstaje za nim nić. Śliczna nić, niby pajęczyna. Pędraczek postanowił zatrzymywać te nitki, jako pamiątki po ułamkach sekund, kiedy był w powietrzu i wydawało mu się, że jeszcze troszeczkę, jeszcze odrobinka, i poleci. Ten cenny moment tuż przed uderzeniem w ziemię, gdy czuł się wolny i spełniony.

Codziennie, wracając z pracy, wdrapywał się na swoje ulubione, najwyższe źdźbło i śnił. A później próbował latać. Po kilku sekundach leżenia na ziemi, z boleśnie poobijanym odwłoczkiem, zbierał się i wracał na swój spód listka. Z każdym dniem przybywało niteczek. Zwisały smętnie z brzegu liścia, iskrząc i powiewając na wietrze.

Któregoś dnia jego próbę lotu widziała Pani Pszczoła. Podleciała do leżącego Pędraczka, pomogła mu wstać. Po czym stwierdziła, że jest głupi i powinien wziąć się do pracy. Porządnej pracy, takiej jak w ulu, gdzie każdy doskonale wie, co ma robić.
Pędraczek nic nie odpowiedział, skulił się w sobie. Może jego praca w Przeżuwalni nie była szczytem możliwości i osiągnięć, ale nie wadziła mu. Najważniejsze, że nie przeszkadzała mu w marzeniu o byciu motylem!

Jednak po krainie szybko rozeszła się wieść, że Pędraczek próbuje latać. Był wytykany odnóżami, nachodzony przez handlarzy sztucznymi skrzydłami (które, jak każdy z nas wie, do niczego się nie nadają). Znalazł się nawet handlarz techniką IT, który zaproponował mu udział w badaniach klinicznych nad najnowocześniejszą technologią tworzenia skrzydeł.
Pędraczek czuł się samotny. Bolało go ciało, od ciągłego zderzania się z ziemią. Ale jeszcze bardziej bolała go dusza, kiedy nikt nie potrafił zrozumieć jego marzeń.

Pędraczkowa kolekcja nitek rosła w zastraszająco szybkim tempie. Pan Pająk postanowił osobiście ją obejrzeć!
Przybył, owiany aurą tajemniczości i grozy. Najpierw zaproponował, że kupi wszystkie nitki Pędraczka. Kiedy ten się nie zgodził, spróbował sprzedać mu schemat na, rzekomo, najwytrzymalszą z sieci, w którą można łapać słabsze robaczki i je sprzedawać na czarnym rynku.
Pędraczek znowu się nie zgodził, ale Pająk nie ustępował. Obiecał, że sam splecie pajęczynę z tych niteczek, ale Pędraczek będzie musiał mu oddawać część ofiar.
Pędraczek podziękował Pająkowi za wizytę i go wyprosił.

Mijał czas, niby szykany się uspokoiły, ale... Pędraczek dalej czuł na sobie spojrzenia tysięcy robaczków.

Pewnego razu spotkał na szczycie swojej ulubionej trawki Motylicę. Spojrzała na niego swoim zwierciadlanym wzorkiem i powiedziała mu tylko jedno, jedyne słowo: "Próbuj!", po czym poleciała w stronę słońca. Wiadomo przeca, że motyle to płochliwe stworzenia.

Więc Pędraczek dalej zbierał swoje niteczki, układał kolorami, pieścił je, czyścił, rozmawiał z nimi w tylko im znanym języku. Czasami wyplatał z nich jakieś meble czy ozdoby - miał już miękkie łózko, z puchatą poduszeczką i ciepłą kołderką, wygodny fotel, gustowny dywanik. Mimo to - nie miał dość. Nitek ciągle było mu za mało!

Nadszedł dzień, którego obawiała się cała Kwiecista Kraina. Już od rana się chmurzyło, słońce nawet przez chwilkę się nie pojawiło na niebie. Zaczęło wiać.
Pędraczek szybko, w panice, powiązał swoje niteczki tak, aby go ochroniły przed zimnem. Ułożył się w łóżeczku. I zapadł w sen.

Burza zabiła wiele owadów. Jeszcze więcej z nich zostało rannych lub trwale okaleczonych.
Pędraczek nie pojawił się w pracy. Codziennie pod jego kokonem stawały zaciekawione robaczki, ale nic nie widziały przez szczelną ścianę z niteczek.

A Pędraczek zapomniał, że istnieje świat zewnętrzny. Zjadał powoli liść, który był mu wcześniej domem. Każdą chwilę wolną od odpoczynku czy jedzenia, plótł. Bo gdy zasnął w swoim tkanym łóżku, miał sen. Sen o skrzydłach wyplecionych z nici, która błyszczała w słońcu niby tęcza.

Czas mijał, Pędraczek pracował. Nikt mu nie przeszkadzał. Nikt go już nie próbował zniechęcić.
Może był samotny, może nie widywał słońca, ale robił to, co kochał.

Gdy już skończył swoją pracę, otworzył kokon. Wyszedł.
Przywitał go chóralny śmiech.
Bo jego skrzydła... No cóż, nie były idealne - poskręcane, pozlepiane. W kokonie nie miał więcej miejsca, aby zrobić je ładniejsze.
Jednak Pędraczek wiedział, że nitka potrzebuje blasku słońca. Wtedy lśni najpiękniej! Wtedy jest najtwardsza! Zauważył to podczas skoków z trawy. Robił to tyle razy... Wiedział, jak zachowuje się nić w deszczu, w słońcu, w nocy, w cieple i na zimnie.
Teraz potrzebował słońca...
Odpełzł, odprowadzany pogardliwym spojrzeniem tłumu.
Wpełzł na swoje źdźbło i zasnął.

Obudził go hałas. Owady przekrzykiwały się wzajemnie, prawiły coraz bardziej wymyślne komplementy na temat skrzydeł Pędraczka.
Pędraczek, który już pędrakiem nie był, wzruszył ramionami i odleciał.
Zrozumiał, dlaczego motyle są płochliwe. I dlaczego wolą samotność.

* * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * *
SMS na numer 75 165 o treści: POMOC 6742
czyni mój świat lepszym :)

wtorek, 23 maja 2017



Jak się widzisz, tak się piszesz - o diecie i zdrowiu, cz. 2

Zauważyłam dziwną tendencję u ludzi (w tym, oczywiście u siebie - też jestem człowiekiem ;)): degradujemy własną wartość.

W naszej kulturze przyjęło się, że trzeba być skromnym, nie można dbać o wygląd (bo to pod narcyzm podpada), nie można lubić siebie. Trzeba ciągle umniejszać własną osobę, swoje osiągnięcia i umiejętności, inaczej jesteś postrzegany jako arogancki i zadufany w sobie.

Na szczycie swoich wartości postawiłam zdrowie(tutaj sposób na wybieranie wartości)
Ale czasem zapominam o jednym:
Zdrowie to nie tylko bebechy. 
Na zdrowie składają się owe flaczki, ale także skóra, włosy, paznokcie, umysł, dusza, emocje. Wszystko.

I mimo tego, że to zdrowie jest dla mnie najważniejsze to... dzień zaczynałam od sprzątania.
Tak, od sprzątania.
Nie od śniadania, nie spaceru, nie prysznica. Od sprzątania.

Tu się kłania egoizm. Taki zdrowy, perfidny egoizm. Ćwiczę go i trenuję, jak mięsień.
Żeby nie siedzieć po nocach, wyszywając (sen jest zdrowy!).
Żeby smarować się kremami (skóra to też organ!).
Żeby dopieścić zmysły (przeca i nos i oczy i skóra i wszo inne to też organy - zaliczają się do zdrowia!).
Uczę się odpuszczać (psychika mi dziękuje, niemal na kolanach).

Mimo, że na drugim miejscu, zaraz po zdrowiu, wrzuciłam miłość to... zajeżdżałam się sprzątaniem tak, że gdy Tofik wracał z pracy to nawet nie miałam siły, żeby wyjść z nim na spacer.
Ba! Nawet gadać nie miałam siły!

Umiem już odpuszczać. Ale to nie tak, że umiem i koniec, kropka, jestem zajebista.
Ta umiejętność ma kolejne poziomy.
Czasami trzeba zrezygnować z czegoś, aby mieć coś innego.
I tak zrezygnowałam z usilnego rozwijania bloga... Bo przypomniałam sobie, po co go zakładałam.
Nie po to, aby mieć siedem tysięcy obserwatorów. Nie po to, aby mieć setki komentarzy i tysiące wejść dziennie.
Zakładałam go, bo kocham pisać. Lubię dzielić się szczęściem. Uczyć szczęścia.
Nie chcę być zmuszana do pisania. Chcę być wolna. 
Bo... to wolność dałam na trzecie miejsce.
Na czwartym jest harmonia.
Na piątym radość.
Dopiero na szóstym tkwi sobie pasja.

Powiem Wam, że takie postępowanie według ustalonych wartości ma głęboki sens. I daje poczucie spełnienia.
Nie musisz sobie niczego wypominać, niczego tłumaczyć. Wytłumaczyłeś sobie już dawno, tworząc hierarchię swoich wartości. Teraz tylko wcielasz to w życie.

I tak zabijam poczucie winy, gdy po raz kolejny nasmarowałam się toną kremów i balsamów (a pranie dalej nie powieszone). Zdrowie, radość. Harmonia ciała i duszy.
Nawet w planerze (a dokładniej - bullet journalu ;)) każdego dnia wpisuję trzy przyjemności, które MUSZĘ sobie danego dnia sprawić.
Po co żyć, kiedy życie nie daje szczęścia i radości?
A i jedno i drugie to NASZE emocje, więc to MY musimy sobie o nie zadbać.

Spróbujcie, warto :)
Co ma ten wpis wspólnego z odchudzaniem?
Jeżeli gdzieś na przedzie Twoich wartości stoi zdrowie to... przecież wiesz. Frytki nie są zdrowe.
Nienawiść do swojego ciała nie jest zdrowa.
Smutek, przymus, ostry krytycyzm wobec siebie - nie są zdrowe.
Jeśli na dietę spojrzysz jak na dążenie ku zdrowemu ciału to... łatwiej będzie Ci przejść obojętnie obok czekolady.
Ale nie przesadzaj! Równowaga i przyjemności w życiu też są ważne :)
Grunt to... harmonia? :D

PS. Rzuciłam fejsbooka. Jestem tam tylko raz-dwa razy dziennie. (nie scrolluję tablicy, mam wyłączone powiadomienia, a ikonkę skrótu schowaną na samym końcu listy aplikacji - coby mi czasem nie wpadł w ręce, gdy mam fazę bezmyślnego działania ;)).
Zamiast tysiąca krzyżyków tygodniowo teraz stawiam... trzy i pół tysiąca.
Obiad mam gotowy o 14:00.
I chodzę spać przed północą. Wstaję o ósmej.

Dobrze mi z tym poczuciem wolności.
Odświeżające uczucie! :)))
* * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * *
SMS na numer 75 165 o treści: POMOC 6742
czyni mój świat lepszym :)

czwartek, 18 maja 2017



Grzech

Obiecywałam sobie wiele. Obiecywałam sobie za dużo.
Czyli..? Cała ja, bez zmian ;)

Zgodnie z własnymi radami, wyrzuciłam wczoraj połowę zawartości szafy. Czas najwyższy.
Jeśli coś przed rok nie miało kontaktu z moją skórą, to pewnie przez kolejne pięć lat też nie będzie go miało.

Wyciągnęłam też ubrania letnie. I te z kartonu "za małe", które skrzętnie przejrzałam i przymierzyłam. Wszystko, co nadal jest za małe poszło do wora.
Czuję wolność. I świeżość w szafie.
Teraz piętrzy mi się cała hałda ubrań "do przeprania". W tym celu nawet zabrałam Gackowi zapasowy kosz na pranie (zwykle leżał na szafie, Gacuś tam sypiał i się bawił - bo dwa kosze nam się w łazience nie mieszczą, a szkoda ;)). I powoli muszę się jej pozbywać. Staram się.

Idąc za ciosem - kupiłam wczoraj kilka smarowideł do ciała. Balsam, żel pod prysznic, kremik. Ot, takie tam.
I popełniłam ogromny błąd.
Ogólnie mam odwyk od perfum - postanowiłam zużyć wszystkie, które już mam. A mam sporo.
Ale niuchnęłam. Nieświadomie niemal.
I tu dygresja - każda perfumoholiczka zaświadczy, że zapachy siedzą w głowie. I że te oryginalne pachną zupełnie inaczej niż odpowiedniki - trzymają się skóry, rozwijają się, ewoluują... Starałam się ten fakt ignorować. Od czterech lat.
Ale nierozważnie psiknęłam sobie Cacharelem, dokładniej perfumami o nazwie "Eden".
BOGOWIE! ZA JAKIE GRZECHY?!
Cały dzień siedziałam z nosem w zagięciu łokcia. Las, ziemia, mech, słońce przeświecające przez korony drzew. Jeziorko. Nad nim rusałka czesze swoje długie włosy.
Na polanie tańczą południce. Zza konara wychyla głowę półdziki centaur. Poluje na jednorożca, który leniwie skubie trawę.
Gdy odrywałam nos od skóry czułam się, jakby ktoś mnie brutalnie przebudził.

Nawet prysznic nie zabił tej woni lasu na mojej skórze.



To jest straszne, znowu się uzależniłam.
A ja nie chcę kupować kolejnych perfum, nie chcę!
(no dobra, tak szczerze to chcę, ale nasze konto i portfel tego nie chcą, bardzo nie chcą, tupią i drapią, że nie chcą!)
Tak bardzo nie chcę, że aż pragnę Edenu całym swoim jestestwem!

Materializm jest zły. Jestem zatem zła. Zła do szpiku kości. Rwa.

Śmiać mi się chce, gdy ślinię się do ciężkich i mrocznych perfum, a Mężny podsuwa mi pod nos "Be Delicious" DKNY.
I wierci mi w brzuchu dziurę. I korci.
A ja nie czuję tego. Zwyczajnie na mnie nie działają.
Ja potrzebuję ciemności. Ciężkości. Tajemnicy.
Widać, że przeciwieństwa się przyciągają ;)

A jutro tomografia. Trutututu, nie chce mi się marnować całego dnia. Trutututu.
Tomografie to zło. Trutututu. Jak pojedziemy o 8, tak o 18 będziemy w domu.
Już się, kurwa, cieszę.

No, pranie się skończyło. Idę je powiesić. I kolejne wstawić.
Jak dobrze, że pogoda jest propraniowa! ;)

* * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * *
SMS na numer 75 165 o treści: POMOC 6742
czyni mój świat lepszym :)

wtorek, 16 maja 2017



Odpuść sobie.

Znacie mnie, jedni lepiej, inni gorzej. Ale każdy z Was zdaje sobie sprawę z tego, że jestem zorganizowana aż do bólu. Przynajmniej się staram. Najchętniej rozplanowałabym sobie cały rok z góry ;)

Jednak nie zawsze da się podążać za planem.
Zwyczajnie buntuje się umysł, ciało, ego, wszystko. Czasem nawet i pogoda.
Co robić?
To, co ja teraz: odpuść sobie. Daj sobie dzień, dwa, trzy urlopu. Nie organizuj się przez ten czas, nie trzymaj się planów. Odpocznij (ale świadomie!), zbierz siły. Płyń z prądem.
A wyrzuty sumienia kopnij w tyłek.
Nie zawsze musisz się starać, nie zawsze musisz nadążać.


Właśnie jestem na etapie "odpuszczania". Robię dużo, owszem. Ale tylko to, co mam akurat ochotę zrobić. W piątek rozpoczęłam serię tomografii - należy mi się oddech i czas, aby zebrać znów siły.


I tak, jem teraz słodycze. I chrupki. I nawet piję Colę. Mam urlop. Do poniedziałku.
Wycisnę go jak cytrynkę ;)

* * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * *
SMS na numer 75 165 o treści: POMOC 6742
czyni mój świat lepszym :)

środa, 10 maja 2017



Czasokradzieje

Jakiś czas temu pisałam Wam, że jestem uzależniona i od anonimowe.pl i od Facebooka.
Nie zważałam na to, ile czasu tam spędzam, dopóki nie zaczęłam szczegółowo prowadzić planner (a dokładniej Bullet Journal, ale o tym też kiedyś napiszę ;)).
I ciągle ramy czasowe mi się nie domykały. Jakoś doba była krótka.
Nie miałam kiedy się ponudzić. A kiedy się nudzę, zwykle mam najbogatszą wyobraźnię ;)
Trzeba było odzyskać swoje "nudzimisię" i coś zrobić z nadmiarem czasopochłaniaczy.
Przeraziłam się.
Nawet próba kontrolowania czasu spędzanego w mediach społecznościowych spełzała na niczym. Miałam zajrzeć "tylko na chwilkę", a znikałam na dwie godziny.
Powiedziałam sobie dość. I znalazłam narzędzia do pomocy ;)
Oczywiście aplikacje, bo ja polegam w życiu na trzech rzeczach: notatkach, aplikacjach i wyobraźni ;)

AppBlock

Jak nazwa wskazuje - w wybranych godzinach blokuje wybrane aplikacje ;P
Parę razy się wkurzałam, próbując Messengera odpalić. Ale dałam za wygraną i poszłam pranie wstawić ;)
Teraz służy mi głównie do "wyciszania się" przed snem. Od 23 zablokowane jest wszystko, co mnie kusi. Tylko budziki odpalone (tia, do spania i budzenia mam w sumie 3 aplikacje... ale ciii... w końcu wstaję przed 12, więc działają ;)).


SleepTown

No skoro już o spaniu mowa... ;) To jest aplikacja, która, gdy śpisz i nie ruszasz telefonu, buduje miasto. Miasto się rozwala, jeśli nie wstaniesz w wybranych godzinach, albo nie prześpisz pełnych 8h. Przyznaję się - od trzech dni nie udało mi się nawet jednego domku postawić. Ale próbuję! :D


Forest: Stay Focused

Słodka aplikacja, w której sadzimy drzewko. Czas rośnięcia to od 1 minuty do dwóch godzin. Myk w tym, że jak uruchomisz zakazaną aplikację to drzewko umiera. I później w widoku dnia mamy takiego suchego badylka. Brzydkiego.
Ważne, aby w ustawieniach włączyć "whitelist" i wybrać aplikacje, z których można korzystać. Początkowo nawet odebranie telefonu zżerało mi roślinkę ;)


Tak ładnie wczoraj pracowałam... ;P

Co do roślinek - przędziorki wygenerowały inwazję na jednego z moich ulubionych kwiatków. Umyłam go w alkoholu i mydle... Mam nadzieję, że przeżyje.
Trzymajcie za niego kciuki!

Aaaa... I czekam na polecenie nowych aplikacji do testów. Tylko, błagam, nie dawajcie linków do gierek. Ja tu próbuję czas oszczędzać... A fajne gry zawsze kuszą ;P

PS. Wróciłam na dietkę, ale ciiii ;)

* * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * *
SMS na numer 75 165 o treści: POMOC 6742
czyni mój świat lepszym :)

sobota, 6 maja 2017



Nie jestem tolerancyjna

Uważam, że tolerancja jest przereklamowana. Każdy definiuje siebie jako osobę tolerancyjną (a potem, jakimś cudem, czuję na swoim wielorybim zadku zniesmaczone spojrzenia).
Wyobraź sobie, że rozmawiasz z przyjacielem, który ma wyraźny problem.
Na pocieszenie mówisz: "Toleruję cię".

Czy od "Toleruję cię" mu się poprawi?
Czy będzie czuł wsparcie?
Wątpię.

Mówiąc, że jesteś tolerancyjny mówisz, że wszystkich tolerujesz.
TOLERUJESZ.
Tolerować to można (albo i nie) gluten lub laktozę, a nie ludzi.

Ludzie potrzebują ZROZUMIENIA i AKCEPTACJI.
Kluczem do zdrowych relacji nie jest tolerancja, a empatia i wyrozumiałość.

Nie, nie zawsze byłam empatyczna. Teraz jestem aż za bardzo.
Jest jedna rzecz na świecie, którą możesz zmienić: samego siebie.
Możesz wytrenować w sobie empatię. Wystarczy chcieć.
Jeśli nie chcesz to przynajmniej nie oczerniaj siebie, mówiąc, że jesteś tolerancyjny.
Żle jest mówić o sobie źle. Żle jest myśleć o sobie źle.

Jestem bardzo nietolerancyjna.
Nie toleruję przemocy, głupoty, bezmyślności, niechęci do rozwoju.
Toleruję i gluten, i laktozę.
Akceptuję cały świat, jakim jest.
Nie twierdzę, że mi się podoba, nie mówię, że nie chciałabym go zmienić.
Owszem, chciałabym.
Chciałabym żyć w świecie pełnym miłości, w którym choroby występują tylko w bajkach dla dzieci.
Ale żyję tu i teraz. Mogę to tylko zaakceptować i robić dalej swoje.

Zawiało egocentryzmem?
Yhym. Egocentryczką też jestem. Straszną.
I przyznaję się do tego z dumą.
Dlaczego?
Kiedyś napiszę...
Póki co mój Tofik (w sensie - Monsz), zaraz wróci z Zarazem (Reksiem ;)) ze spaceru. A mój egocentryzm bardzo skłania mnie w stronę przytulenia się do Mężczyzny Mojego Życia i powiedzeniu mu, jak bardzo go kocham :)

W kwestii wpisu o trickach dietetycznych - głupio pisać mi o diecie, kiedy moja ma urlop ;) Czułabym się nie fair wobec Was. Waga leży głęboko pod łóżkiem, nie ruszam jej od prawie miesiąca. Robię swoje, zwyczajnie.
A że akceptuję swoje słabości to pozwoliłam sobie samej na troszkę luzu :)

* * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * *
SMS na numer 75 165 o treści: POMOC 6742
czyni mój świat lepszym :)

środa, 3 maja 2017



Ryzyk fizyk

Miało być o czymś innym dzisiaj. Miało być o trickach dietetycznych lub zarządzaniu budżetem, ale jestem tak nabuzowana emocjami, że aż mnie coś zaraz trafi.

Od dłuższego czasu kombinujemy nad założeniem swojej działalności gospodarczej. Jesteśmy już na etapie wymyślania nazwy.
Naiwnie sądziłam, że wszyscy znajomi będą nas wspierać, kibicować, podżegać do dalszego szaleństwa...

A wychodzi na to, że każdy nas stopuje.
"Po co wam działalność, skoro możecie to robić na czarno?"
"Po co to ryzyko?"
"Przecież oboje macie dochody, czemu kombinujecie?"
"Ja bym tam się nie wychylała."
"Zadzwoń do MOPSu, może dadzą wam zapomogę."



Czytam o przepisach już ponad pół roku.
Wszystko robi się powoli jasne i klarowne, wcale nie skomplikowane.
Plan przemyślany, logiczny i spólny. Rynek przebadany.
Nie rozumiem, czemu miałabym nie ryzykować.

Może i mamy swoją strefę komfortu, tyle, że przestała ona być komfortowa. Mam dość liczenia każdej złotówki, poczucia własnej beznadziejności i nieprzydatności.
Nie ma nic gorszego, niż poczucie, że cały obowiązek utrzymania domu spada na partnera.
Nie chcę tak żyć, nie podoba mi się to.
Mogłabym w tym miejscu zacząć narzekać na rząd, ustrój, wsparcie socjalne, ale... narzekanie do niczego nie prowadzi.
Chcę zmiany.

Może się nie udać, owszem. Ale co mnie nie zabije to mnie wzmocni. Gorzej i tak już nie będzie.
A jak się uda to... odskoczę. Pofrunę! Będzie tak, jak chcę. Jak zawsze chciałam.
To dodaje mi siły w walce z hejtem, który ostatnio się mi wylewa na głowę. Wiadrami.
"Chora i chce firmę zakładać! Nienormalna!"
No i co z tego, że mam raka? Czy przez to nie mogę marzyć, nie mogę być ambitna, nie mogę być przedsiębiorcza i sięgać po to, czego chcę?
Mam leżeć i zdychać, bo tak nakazuje opinia publiczna?
No chyba ktoś tu upadł na głowę. I to nie jestem ja.

"Jeżeli sądzisz, że coś jest niemożliwe 
to nie przeszkadzaj osobie, która właśnie to robi."

Nie będę siedzieć na dupie i nic nie robić, kiedy sytuacja robi się dość ciężka.
Znajdę wyjście w tym labiryncie.
Jeśli ktokolwiek sądzi, że siądę w jakimś kącie i zacznę płakać to... grubo się myli.

Ciekawa jestem tylko, czy to zniechęcanie do własnej działalności to wynik tego, że każdy boi się nieznanego czy może tego, że jestem chora i ludzie myślą, że nie dam rady.
Że, kurwa, JA nie dam rady.
To brzmi jak oksymoron.

* * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * *
SMS na numer 75 165 o treści: POMOC 6742
czyni mój świat lepszym :)

niedziela, 30 kwietnia 2017



Jak dobrze, że mam dużą dupę... :)

Dobrze, że mam dużą dupę, bo mieszczą się w niej wszystkie oceny i opinie społeczeństwa.

Niedawna sytuacja:
W ciastoramie wybieram farby.
Ja - Nie, skarbie, jesteś za ciemna, nie pasujesz. Ooo... Ty jesteś śliczna! Ale błyszczysz, Krzyś by mnie ukatrupił spojrzeniem za chromowane ściany... A ty, złociutka, ty poczekasz, aż sypialnię będę robić. Nie wiem, do czego cię użyję, ale chcę cię w całej twojej zajebistości...
Znienacka nadchodzi pan z obsługi.
Pan - Ekhem, czy mogę pani w czymś pomóc...?
Ja - Nie, nie, dziękuję. Ja tylko rozmawiam z kolorami.
Kilka osób w alejce się obejrzało. Wszyscy mieli niesmak wypisany na twarzy. No i fajnie. Niesmak idealnie pasuje do mojej dupy (akurat miałam niewygodną lukę pomiędzy pogardą i niedowierzaniem).

Tak się reaguje na osoby takie jak ja. Nie jestem wariatką. Chyba... (jeszcze!)
Zwyczajnie nie lubię okowów przyzwoitości.
Nie rób tego, nie rób tamtego, bo przyjdzie brzydka pani i cię zje.
Przepraszam bardzo, ale to ja tu jestem brzydką panią od zjadania (szczególnie Cheetosów serowych, gwoli ścisłości).

Mało osób reaguje pozytywnie na uśmiech, na dozę szaleństwa w tych moich cudnych, zielonych oczętach (no co? Lubię swoje oczy! I będę je zachwalać, bo śliczne, skubane, są - czasami sama sobie ich zazdraszczam.)
No i jak teraz? Jak reagujesz na szczere powiedzenie, że coś u siebie lubię?
Jest już niesmak, czy może, jak ja, próbujesz zerwać się z łańcucha opinii publicznej?

Mówmy otwarcie. Przeżywajmy życie otwarcie.
Bądźmy otwarci, do diaska.
Życie jest za krótkie, aby się przejmować tym, co ktoś sobie pomyśli.
Życie jest za krótkie na strach i udawanie.

Płakać mi się chce, gdy snuję się pomiędzy półkami w marketach, gdzie NIKT się nie uśmiecha. Czasami dobiega do mnie śmiech dziecka gdzieś z oddali, ale w takiej sytuacji brzmi raczej złowieszczo. Jak z horroru.
A ludzie się snują, żywe trupy, pomiędzy alejkami.
Może wśród drzew by się uśmiechali?
Oj, chyba nie.
Ostatnio usłyszałam od babki "Wariatka!" gdy skomplementowałam kwiatki na gałązkach. Drzewo wydawało się zadowolone i docenione. No bo kto mi zabroni pogadać sobie z drzewem?
Kto się odważy mi CZEGOKOLWIEK zabronić?

Konwenanse i gra, zmiany masek na scenie życia.
Jakby tak trudno było być po prostu sobą.

* * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * *
SMS na numer 75 165 o treści: POMOC 6742
czyni mój świat lepszym :)

środa, 26 kwietnia 2017



Kolejny rozdział

Pewnie zauważyliście, że ostatnio nieco zmienia się tematyka bloga. Przyszła taka konieczność.
Gdybym miała pisać tylko o moim chorowaniu to w tym momencie, aż do połowy maja, blog świeciłby pustkami.

Kilka dni temu stwierdziłam, że w tej mojej chorobie musi być jakaś misja.
Przecież ten cały rak i historia z nim związana to jedna wielka Mission Impossible.

Rak dróg żółciowych u dwudziestopięciolatki? Niemożliwe!
Przerzut na trzustkę, który znika? Niemożliwe!
Przerzuty na kręgosłup i nie jeździ na wózku? Niemożliwe!
Przeżyła magiczną granicę dwóch lat od diagnozy? NIEMOŻLIWE!

Niemożliwe jest też to, że nie leżę teraz w łóżku.
Siedzę na ziemi, wciśnięta między drabinę a kartony. Zalatuje mi tu lekko farbą. Kieckę zresztą też mam całą umorusaną.
A przecież jestem sama w domu, bo Mężny na delegację pojechał.
Nie leżę, nie kwiękam, chodzę sama z piesem, latam na zakupy, gotuję sobie jedzonko i jeszcze rewolucjonizuję mieszkanko (bo ciężko to nazwać remontem, ot, drobne, kosmetyczne zmiany tu i ówdzie ;)). No i codziennie joguję.
Jestem od jakiegoś czasu bez leków przeciwbólowych. Jedynie szwy pooperacyjne jeszcze potrafią mi porządnie dokopać.
Nie zwijam się z bólu.
No dobra. Zwijam się dzisiaj. Chyba coś sobie zrobiłam z nóżką, bo boli jak trzaśnięta. Drabiny to złooo!

No więc tych "niemożliwe" jest strasznie dużo w moim życiu.
Dla innych to niemożliwe, dla mnie to zwykła, ukochana codzienność.
Chciałabym przekazać całą swoją wiedzę światu.
Nauczyć ludzi cieszyć się, kochać, śmiać, radować, wariować, popadać w szaleństwo.

Bo to nie jest tak, że ja się taka urodziłam.
Byłam dość depresyjną nastolatką. Może nawet nieco agresywną. Później byłam arogancką młodą dorosłą.
W 2009 roku postanowiłam, że się zmienię. Tak w myśl cytatu:
"Zmień się, zanim będziesz musiał."

Nie spodobał mi się ten cytat. Nie znosiłam go.
Dręczył mnie, siedział za oczami, brzęczał w uchach jak komar, którego nie da się zabić.

Podsumowałam swoje życie.
Podstawówka? Zbyt inteligentna i poważna, aby mieć przyjaciół.
Gimnazjum? Zbyt inteligentna i agresywna, aby mieć przyjaciół.
Liceum? Zbyt wystaszona, aby przejawiać przebłyski intelektu.
Studia? Zbyt głupia i beznadziejna, aby przetrwać.

Potrzebowałam zmiany.
No i czytałam te wszystkie ebooki, książki, gazety, artykuły, blogi, serwisy. Wszystko. W każdej wolnej chwili, a miałam tych chwil sporo, bo studia odpuściłam.
Jednak dalej sądziłam, że zmiana mi jest niepotrzebna.

Wyczytane literki z czasem się uaktywniły. Zaczęły pulsować w moim mózgu, nabierać kształtów. Nie chciały już siedzieć cicho. Ale je wytłumiałam.

Aż dostałam diagnozę. Trzy miesiące leżałam plackiem.
Może to była depresja?
A może potrzebowałam dużo czasu, aby myśleć? Najlepiej nieruchomo, gapiąc się w sufit.

I nagle wybuchło.

Stałam się. Narodziłam się.
Jestem.
Ja, pewna siebie, zadziorna, szczera do bólu i niemal niezniszczalna.
Nigdy nie byłam tak odporna na czynniki zewnętrzne, a zarazem nigdy nie byłam tak otwarta na świat.

I tutaj pojawia się moje poczucie misji.
Może nie potrzebujesz zmiany już, teraz, natychmiast.
Ale musi być taki moment, kiedy ktoś lub coś zasieje Ci w głowie takiego malutkiego, wrednego komara. Małe ziarenko, które kiedyś wykiełkuje.
Chciałabym rozsiewać właśnie te ziarenka.

"Niemożliwe" to moje drugie imię.
Chciałabym, aby łechtało moje ego tak, jak kiedyś wszelakie przejawy wyjątkowości, które gdzieśtam w życiu mi się pojawiały.
Ale to "niemożliwe" jest takie trochę smutne, trochę tragiczne. Ale dalej jest niemożliwym.
Od niemożliwego do cudu już tylko jeden, malutki kroczek...

"Gdy wszyscy wiedzą, że coś jest niemożliwe, przychodzi ktoś, kto o tym nie wie, i on to robi."
Albert Einstein

Jak widać, niewiedza czasem popłaca... ;)


* * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * *
SMS na numer 75 165 o treści: POMOC 6742
czyni mój świat lepszym :)

poniedziałek, 24 kwietnia 2017



Joga dla duszy

Dzisiaj spróbuję pokazać Wam, jak kupić sobie szczęście (da się!).


Idziecie do sklepu, nic Wam się nie podoba. Na pocieszenie kupujecie apaszkę, która i tak ląduje na dnie szafy, nigdy nie używana. Za każdym razem, gdy sprzątacie szafę, oglądacie tę apaszkę piętnaście razy z każdej strony. Co czujecie? Żal, że wydaliście kasę na darmo? Poczucie winy, że tej apaszki nigdy nie nosicie? No właśnie. Ale żal wyrzucić, bo przecież sztuka funkiel nówka nieśmigana.
Już nie wspomnę tu o kupowaniu za małych ubrań ("kiedyś w to wejdę!"), albo kolejnej czerwonej szminki do kolekcji ("kiedyś będę malować usta tylko na czerwono!"). Zasada jest taka sama.
Poczucie winy i wytykanie sobie błędów, które unicestwiają możliwość używania tego przedmiotu.

No dobra, ale mamy tu problem pt. "gdy już będę doskonały".

Muszę Cię zmartwić: 
już jesteś doskonały, tylko sam tego nie widzisz.
To stos niedopasowanych przedmiotów przysłania Ci widok na samego siebie.

Czyli co zrobić?
Pozbądź się wszystkiego, co Ci się nie podoba.
Pozbądź się wszystkiego, co na Ciebie nie pasuje.
Pozbądź się wszystkiego, co wywołuje u Ciebie poczucie winy.
Rzeczy odłożone na "kiedyśtam" zacznij używać już teraz.

Bo czy "kiedyśtam" nadejdzie?

Przed chorobą miałam bardzo szczegółową wizję siebie latającej w sukienkach. Kolekcję kiecek powiększałam metodycznie... ale nigdy ich nie nosiłam.
Ta czerwona była na specjalne okazje, ta niebieska zbyt zwracała na siebie uwagę, żółta jest zbyt wyzywająca, a czarna jest za ładna i szkoda ją zniszczyć.
Pochorowało mi się. Gdy tylko wypełzłam z marazmu... Zaczęłam w TYCH SAMYCH SUKIENKACH latać po domu.
Poprawiam sobie humor swoim odbiciem w lustrze.
Uśmiecham się sama do siebie, gdy widzę majtki przebijające przez żółty materiał.
Czarna kiecka ma już wypalone Domestosem dziury (właśnie w niej teraz siedzę!).

No, zniszczyły się. No i co z tego? 
Kupię nowe. Na pewno kupię, bo sukienki uwielbiam!
Lepiej je zanosić na śmierć, czy skazać na dożywocie na dnie szafy? :)

Jest jeszcze jedna sprawa.
Sybstytuty.
Często, gdy czegoś pragniemy nabywamy wszystko, co nam chociaż odrobinkę przypomina nasze marzenie.
Są takie perfumy Thierrego Muglera, co się zwą "Alien".
Chorowałam na nie latami. A że diabelstwo drogie, bo prawie cztery stówki, to kupowałam wszystko, co mi je przypominało.
Aż w pewnym momencie odkryłam, że mam 25 buteleczek pseudoperfum. Każde po minimum 20zł... No, już miałabym ukochanego Alienka!
Metodycznie odkładałam po 50zł. Po pół roku miałam Muglera na swojej półeczce :)

Było to cztery lata temu. Od tamtej pory nie kupuję już perfum na oślep. Mam ulubione trzy-cztery zapachy, a nad nimi góruje Alien, którego jeszcze mam :)

Inną sprawą był tatuaż.
Od szesnastego roku życia marzyłam o tatuażu, ale... wiedziałam, że nigdy się na niego nie odważę.
Bardzo chciałam zadowolić mojego Tatę. A on, odkąd tylko pamiętam, nienawidzi tatuaży.
Nie zniosłabym jego dezaprobaty, zawsze chciałam widzieć ten błysk dumy i zadowolenia w jego oczach. 
No to zrobiłam sobie kolczyk w nosie. W uchu - pierwszy, drugi, trzeci, kolejne dwa... Dużo w każdym bądź razie. I ciągle to nie było to. Czułam się niekompletna.
Aż nadszedł wrzesień 2013 roku.
Zapisałam się na termin. Pojechałam. Zrobiłam.
I przez kolejne pół roku chowałam mojego feniksa pod koszulkami, żeby Tatko tylko nie widział ;) Przestałam się kryć dopiero, gdy się wyprowadziłam. I to też nie tak od razu, bo z 3-4 miesiące minęły.
W sumie Tata prawie rok żył w nieświadomości ;)

Jak się dowiedział to prawie płakał. Był załamany.
Ale... minął rok, drugi. Historia z chorobą i zakażonym portem dożylnym, który musieli mi usunąć. Teraz symetrycznie do feniksa (który jest pod lewym obojczykiem) mam bliznę pod prawym obojczykiem.
Tata siadł naprzeciwko mnie. Popatrzył.
"Ładnego masz tego feniksa."
Dalej patrzył:
"Na tej bliźnie musisz sobie jakiegoś kwiatka wytatuować.".
Myślałam, że zemdleję z wrażenia :D

Jeżeli więc boicie się reakcji otoczenia na spełnianie Waszych marzeń to powiem Wam tak:
osoby, które Was kochają i akceptują, zaakceptują każdą Waszą decyzję.
A zdaniem kogokolwiek innego nie ma sensu się przejmować :)

Zostawiam Was sam na sam z przemyśleniami.
To jak z tą czerwoną szminką? Malujemy? :)

* * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * *
SMS na numer 75 165 o treści: POMOC 6742
czyni mój świat lepszym :)