poniedziałek, 24 kwietnia 2017



Joga dla duszy

Dzisiaj spróbuję pokazać Wam, jak kupić sobie szczęście (da się!).


Idziecie do sklepu, nic Wam się nie podoba. Na pocieszenie kupujecie apaszkę, która i tak ląduje na dnie szafy, nigdy nie używana. Za każdym razem, gdy sprzątacie szafę, oglądacie tę apaszkę piętnaście razy z każdej strony. Co czujecie? Żal, że wydaliście kasę na darmo? Poczucie winy, że tej apaszki nigdy nie nosicie? No właśnie. Ale żal wyrzucić, bo przecież sztuka funkiel nówka nieśmigana.
Już nie wspomnę tu o kupowaniu za małych ubrań ("kiedyś w to wejdę!"), albo kolejnej czerwonej szminki do kolekcji ("kiedyś będę malować usta tylko na czerwono!"). Zasada jest taka sama.
Poczucie winy i wytykanie sobie błędów, które unicestwiają możliwość używania tego przedmiotu.

No dobra, ale mamy tu problem pt. "gdy już będę doskonały".

Muszę Cię zmartwić: 
już jesteś doskonały, tylko sam tego nie widzisz.
To stos niedopasowanych przedmiotów przysłania Ci widok na samego siebie.

Czyli co zrobić?
Pozbądź się wszystkiego, co Ci się nie podoba.
Pozbądź się wszystkiego, co na Ciebie nie pasuje.
Pozbądź się wszystkiego, co wywołuje u Ciebie poczucie winy.
Rzeczy odłożone na "kiedyśtam" zacznij używać już teraz.

Bo czy "kiedyśtam" nadejdzie?

Przed chorobą miałam bardzo szczegółową wizję siebie latającej w sukienkach. Kolekcję kiecek powiększałam metodycznie... ale nigdy ich nie nosiłam.
Ta czerwona była na specjalne okazje, ta niebieska zbyt zwracała na siebie uwagę, żółta jest zbyt wyzywająca, a czarna jest za ładna i szkoda ją zniszczyć.
Pochorowało mi się. Gdy tylko wypełzłam z marazmu... Zaczęłam w TYCH SAMYCH SUKIENKACH latać po domu.
Poprawiam sobie humor swoim odbiciem w lustrze.
Uśmiecham się sama do siebie, gdy widzę majtki przebijające przez żółty materiał.
Czarna kiecka ma już wypalone Domestosem dziury (właśnie w niej teraz siedzę!).

No, zniszczyły się. No i co z tego? 
Kupię nowe. Na pewno kupię, bo sukienki uwielbiam!
Lepiej je zanosić na śmierć, czy skazać na dożywocie na dnie szafy? :)

Jest jeszcze jedna sprawa.
Sybstytuty.
Często, gdy czegoś pragniemy nabywamy wszystko, co nam chociaż odrobinkę przypomina nasze marzenie.
Są takie perfumy Thierrego Muglera, co się zwą "Alien".
Chorowałam na nie latami. A że diabelstwo drogie, bo prawie cztery stówki, to kupowałam wszystko, co mi je przypominało.
Aż w pewnym momencie odkryłam, że mam 25 buteleczek pseudoperfum. Każde po minimum 20zł... No, już miałabym ukochanego Alienka!
Metodycznie odkładałam po 50zł. Po pół roku miałam Muglera na swojej półeczce :)

Było to cztery lata temu. Od tamtej pory nie kupuję już perfum na oślep. Mam ulubione trzy-cztery zapachy, a nad nimi góruje Alien, którego jeszcze mam :)

Inną sprawą był tatuaż.
Od szesnastego roku życia marzyłam o tatuażu, ale... wiedziałam, że nigdy się na niego nie odważę.
Bardzo chciałam zadowolić mojego Tatę. A on, odkąd tylko pamiętam, nienawidzi tatuaży.
Nie zniosłabym jego dezaprobaty, zawsze chciałam widzieć ten błysk dumy i zadowolenia w jego oczach. 
No to zrobiłam sobie kolczyk w nosie. W uchu - pierwszy, drugi, trzeci, kolejne dwa... Dużo w każdym bądź razie. I ciągle to nie było to. Czułam się niekompletna.
Aż nadszedł wrzesień 2013 roku.
Zapisałam się na termin. Pojechałam. Zrobiłam.
I przez kolejne pół roku chowałam mojego feniksa pod koszulkami, żeby Tatko tylko nie widział ;) Przestałam się kryć dopiero, gdy się wyprowadziłam. I to też nie tak od razu, bo z 3-4 miesiące minęły.
W sumie Tata prawie rok żył w nieświadomości ;)

Jak się dowiedział to prawie płakał. Był załamany.
Ale... minął rok, drugi. Historia z chorobą i zakażonym portem dożylnym, który musieli mi usunąć. Teraz symetrycznie do feniksa (który jest pod lewym obojczykiem) mam bliznę pod prawym obojczykiem.
Tata siadł naprzeciwko mnie. Popatrzył.
"Ładnego masz tego feniksa."
Dalej patrzył:
"Na tej bliźnie musisz sobie jakiegoś kwiatka wytatuować.".
Myślałam, że zemdleję z wrażenia :D

Jeżeli więc boicie się reakcji otoczenia na spełnianie Waszych marzeń to powiem Wam tak:
osoby, które Was kochają i akceptują, zaakceptują każdą Waszą decyzję.
A zdaniem kogokolwiek innego nie ma sensu się przejmować :)

Zostawiam Was sam na sam z przemyśleniami.
To jak z tą czerwoną szminką? Malujemy? :)

* * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * *
SMS na numer 75 165 o treści: POMOC 6742
czyni mój świat lepszym :)

sobota, 22 kwietnia 2017



O słoniu, który uczy się latać - I - schudnij!

Kilka dni temu na FB wrzuciłam swoje zdjęcie w starych spodniach. Zaraz wrzucę je i tutaj, ale najpierw kilka faktów.

Schudłam ponad 30kg. Brzmi imponująco, nieprawdaż?
Ciekawa jestem, o ile zmienicie zdanie po przeczytaniu tego wpisu ;)
Dzisiaj będzie wstęp do całego procesu odchudzania. Bo to jest proces. Nie da się schudnąć szybko i skutecznie, a do tego przyjemnie. Kiedyś wymyśliłam taki schemat:
SZYBKO i SKUTECZNIE nie będzie PRZYJEMNIE
SZYBKO i PRZYJEMNIE nie będzie SKUTECZNIE
PRZYJEMNIE i SKUTECZNIE nie będzie SZYBKO

Od Was zależy, jaką drogę wybieracie.

Decyzję o odchudzaniu podjęłam w styczniu 2016 roku. Daje to jakieś 2kg na miesiąc. Powoli, ale nawet nie czuję, że jestem na diecie ;)

Na początek mam dla Was zadanie. Przez tydzień zapisujcie, co jecie. Obok tego, co jecie napiszcie, jak jecie - w pośpiechu, w poczuciu winy, w złości, czy może po prostu jecie? Może z przyjemnością?
Koniecznie też piszcie, jak się czujecie po posiłku.

Z moich obserwacji wynika, że poczucie winy niweczy wszelakie próby schudnięcia.
To takie "ale", które neguje wszystko, co pojawiło się przed przecinkiem.

Prawda objawiona numer jeden:
Wszyscy muszą jeść!

Nie możesz się obwiniać o kostkę czekolady. Czy nawet tabliczkę czekolady.
No co? Stało się. Wyciągnij wnioski, podciągnij spodnie i biegnij dalej.
Jeżeli często Ci się zdarzają takie wpadki to... rozważ kwestię tego, czy na pewno chcesz schudnąć. Brzmi trochę jak profanacja, jednak każdy słonik czy hipcio wie, że bycie grubym ma swoje plusy. Np. zwykle jesteśmy pozytywnie odbierani w społeczeństwie, grubaska każdy lubi, bo niby jesteśmy zabawni i sympatyczni.
Może zwyczajnie to lubisz, a decyzja o zbiciu wagi jest pochodną opinii społeczeństwa?

Decyzja musi być tylko i wyłącznie Twoja. Inaczej nie ma sensu nawet zaczynać.

Prawda objawiona numer dwa:
Odchudzanie polega na jedzeniu, nie głodowaniu!

Dobrze czytacie. Stosując głodówkę wysyłasz ciału wiadomość: "Mamy głód, kiepsko z żarciem, trzeba magazynować". Jedząc mniej niż 2000 kcal dziennie sam sobie zakładasz pętlę na szyję.
Podobną bzdurą jest omijanie kolacji, czy jedzenie 5 posiłków na dzień.
Ciężko banana czy pomarańczę nazwać posiłkiem ;)
Umówmy się: mamy trzy posiłki i w pizduuu przegryzek.
Idealne jest szamanie co trzy godziny.
Śniadanie do godziny po obudzeniu, kolacja na godzinę lub dwie przed zaśnięciem.

I tak, jak wstaję o ósmej rano to mam taki rozkład:
8:00 śniadanie
11:00 drugie śniadanie
14:00 przekąska
17:00 obiad
20:00 kolacja
23:00 szamunek nasenny

Chodzę spać o północy (zwykle). Co ma na celu ten szamunek? Żeby nie wstać z zasuszonym żołądkiem ;)

Idealnie byłoby zamienić przekąskę z obiadem, ale niestety chłop mi późno z pracy wraca, a ja wolę jeść razem z nim ;)
Prawdziwymi posiłkami tutaj są, uwaga uwaga, śniadanie, drugie śniadanie i obiad.

Na śniadanie mamy coś rozkurczającego żołądek. Dajmy na to owsianka z owocami.

Drugie śniadanie to kanapka. Albo sałatka owocowa.

Przekąska to zwykle owoc, aby odzyskać trochę energii przed wieczorem.

Obiad to obiad ;)

Kolacja. Ciężki temat ;) Najlepsza jest sałatka warzywna. Albo surówka. W sezonie potrafię opierniczyć wielką michę sałaty z jogurtem. Albo pół ugotowanego kalafiora. Ogólnie stawiamy tu na warzywa.

Szamunek to plaster twarogu, serek wiejski, jogurt naturalny, szklanka kefiru bądź maślanki.

No i o co chodzi z tym ciągłym jedzeniem?

Chodzi o to, aby nie czuć głodu.
Głód naszym wrogiem jest!

Początkowo trzeba się pilnować, żeby się nie nażerać, nie napychać, nie objadać. Ciężko mi powiedzieć, ile masz jeść, bo to kwestia indywidualna. Sam musisz ustalać sobie limity i je zmieniać wraz ze spadającą wagą.

Trzydzieści kilogramów temu moje śniadanie było pół litrem gęstej owsianki. Dzisiaj to szklanka owsianki dosyć luźnej.
Wtedy na drugie zżerałam trzy kanapki, teraz jedną.

Taki tryb jedzenia ma jeszcze jedną zaletę - nie czujesz osłabienia. Wręcz przeciwnie!
Energia człowieka rozpiera, do tego nie odczuwa ciężkości typowej dla przejedzenia.

Zostawiam Was w tym miejscu. Macie czas na przeanalizowanie, ile na prawdę jecie, kiedy jecie i DLACZEGO jecie.
Wbrew pozorom szamanie ma zwykle podłoże emocjonalne.
Po jedzeniu czujemy się szczęśliwsi.

Odchudzanie polega na znalezieniu szczęścia w czymś innym, niż jedzenie!

W następnej części napiszę Wam o trickach, które skutecznie stosuję od dłuższego czasu. Coś w stylu "jak odchudzić jedzonko bez uszczerbku na smaku" ;)

Ach, obiecane zdjęcie!


Proszę. Lucyniasta w jednej nogawce swoich starych spodni.
Ktoś jeszcze we mnie wątpi? :)

* * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * *
SMS na numer 75 165 o treści: POMOC 6742
czyni mój świat lepszym :)

czwartek, 20 kwietnia 2017



Znowu od nowa, i znowu i znowu i znowu... Powtórz ponownie.

Był taki czas, gdy byłam sobie zorganizowana. Owy czas trwał jakieś cztery miesiące. Po czym nastąpiło DUP i JEBOOOOT (czyli operacja), miesiąc laby, a nawet półtora miesiąca.
Teraz nie poznaję ani mieszkania, ani bloga, ani lodówki, ani nawet swojego umysłu.

O czym mówię?
O tym, że marnuję strasznie dużo czasu. Weźmy, dla przykładu, dzień dzisiejszy.
Jestem okropnie zmęczona robieniem niczego. No bo, bądźmy szczerzy, skoczenie na pocztę (20 metrów?), zrobienie po drodze zakupów, następnie ugotowanie mrożonych pierogów, zbyt wymagające nie było.
A ja jestem wykończona. Głównie myśleniem. Planowaniem.
Zmarnowałam cały dzień na robieniu niczego.

Nie byłoby w tym nic złego, gdybym rzeczywiście odpoczęła. Ale nie!
Jestem wyczerpana.

Obserwacja samej siebie doprowadza mnie do niemiłych wniosków:
- znów za długo siedzę na FB,
- za dużo klikam w linki odsyłające do stron o wszystkim i niczym (tzw. skarbnice wiedzy zbędnej),
- za długo myślę, zanim coś zrobię (no dobra, jeszcze wstawiłam zmywarkę, wyczyściłam kotom kuwetę, odkurzyłam i umyłam zęby - nawet na długi, relaksujący prysznic "nie znalazłam czasu"...)
- ściągam jakieś dziwne aplikacje, które zaraz odinstalowuje,
- jestem uzależniona od anonimowe.pl - stanowczo.

Nie lubię tracić czasu. Nie w sposób, który nie generuje mi poczucia spokoju i odpoczynku.
Nicnierobienie ma być świadome i odprężające, koniec kropka.

No to zbieram się znowu do kupy, ściągam z niebałaganki planer żywieniowy (polecam! cały tydzień niemyślenia o obiadach!), wracam do trybu sprzątania "pół godziny dziennie", a (niby wisienka na torcie) wracam na poważnie do pisania.
I nie chodzi tu tylko o bloga. Szykuje się fajny projekt poboczny (podkręcam napięcie, podkręcam ;)). Taki, w którym mam sporo do powiedzenia. I dla sporej ilości osób moje słowa mogą być pomocne.
Czemu by nie?

Plan był taki, aby położyć się o jedenastej spać, wstać o ósmej i wziąć się hardo do roboty.
Ehem. Dochodzi północ.

Oj... Przede mną dłuuuuga droga...
Mam cichą nadzieję, że nie tylko moja organizacja czasu leży i kwiczy. Przyjemniej kwiczeć w stadzie, nieprawdaż?

* * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * *
SMS na numer 75 165 o treści: POMOC 6742
czyni mój świat lepszym :)

wtorek, 18 kwietnia 2017



Święta, Święta i po porządku... ;)

Przekichane.
Najpierw człek sprząta przed świętami, coby czysto bylo.
Po świętach jedyne, co można zrobić, to znowu chwycić za odkurzacz i posprzątać.

Rogówka rozłożona, ława zastawiona szklankami, gary się piętrzą w zlewie.
Hm... Standardowy obraz powojenny ;P

W środę pisałam maila. Dosłownie stało tam "Znikam do wtorku, bo jak Mężnego nie przypilnuję to ocknę się w momencie, gdy zacznie mi coś wiercić lub piłować...".
Nie myliłam się. Już w czwartek i piłował i wiercił.
Ale narzekać nie będę, bo doczekałam się dodatkowych półeczek w kuchni!
Kuchnie mamy maluśką, więc każdy centymetr kwadratowy powierzchni do przechowywania jest na wagę złota. A mam aż TRZY dodatkowe półki, haaa!!!

Poza tym znowu przesadzałam kwiatki. No i siałam zielsko balkonowe. I leniłam się na maksa.

Dzisiaj koniec tego dobrego, zabieram się za pracę.
Ale najpierw...


Czas na kawę :D


* * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * *
SMS na numer 75 165 o treści: POMOC 6742
czyni mój świat lepszym :)

czwartek, 13 kwietnia 2017



Nocą, gdy nie śpię...

Tiaaa, znowu spać nie mogę, memłam się w rozkopanej pościeli już drugą godzinę i NIC.
Morfeusz chyba zasnął. Też chcę!
Póki co - rozrabiam ;)



Wiosna się powoli panoszy w naszym mieszkanku. Zasiałam roślinki na balkon, przesadziłam część kfiotków, kibicuję rzeżuszce w kiełkowaniu, dwa razy dziennie odkurzam (leni się cała ferajna, ze mną na czele... tyle, że ja w nieco innym sensie ;)), a i arbuza już szamałam.
Niech no tylko przyjdzie sezon!
Będę wpierdalać żreć arbuzy, ogórki, truskawki, porzeczki i czereśnie kilogramami.
Normalnie wszamam cały targ. I sałata na deser!

Już niedługo, mówię Wam!
Jeże się obudziły (yhym, była już pierwsza tegoroczna akcja zielonego Lanosa pt. "hamulec do dechy, awaryjne i przeprowadzamy jeżyka na drugą stronę").
W Żorach mamy zatrzęsienie tych ostrych, słodziutkich kuleczek. Podejrzewam, że pół krajowej populacji jeży mieszka właśnie tutaj ;)

Na smaczek i dobranoc rozmowa z Mężnym:
K - Kto idzie dzisiaj z Reksiem?
Ja - Mój mąż.
K - Kto to?! Nie znam!

Kilka minut później.
J - Wolisz ryż czy makaron?
K - Ziemniaki.
J - A kto obiera?
K - Moja żona!
J - A kto to? Nie znam.
K - Dobra. Ryż.

(Czasami aż przeraża mnie nasze wzajemne zadziorstwo. A nawet wredotyzm.
Chyba tylko dzięki niemu jeszcze się nie pozabijaliśmy... ;))

Muszę zacząć spisywać te nasze rozmówki, bo zapominam czasami całkiem smakowite kąski.

Oho. Ktoś puka.
Morfeuuuusz! Miło Cię widzieć!


posted from Bloggeroid

sobota, 8 kwietnia 2017



I zimno i pada i ciemno i pada i pizga i pada...

Ha! Odzyskałam telefon, muahahaha!
Tak, wróciłam. I znowu będę Was zadręczać swoją nachalną obecnością. I gnębić Was będę, napastować, wkradać się do Waszych oczu każdym jednym środkiem internetowego przekazu..! ;)

No. Tak poza tym to jakiś tydzień temu (z okładem) zawitałam na Raciborskiej, w sensie - u onkologa.
I gówno niczego ciekawego się nie dowiedziałam. Tomografia w połowie maja (z premedytacją tak późno). I w sumie póki nic się natarczywego dziać nie będzie to mam spokój.
Chyba czas dzieci robić trochę poużywać życia :D

Marzy mi się jakaś wyprawa w dzikie ostępy. Problem w tym, że pada.
I pada.
I jak nie pada to piździ.
Jak nie pada i nie piździ to:
a) Mężny pracuje,
b) budżet nie przewiduje zmian, gdyż zaistnienie zmian gwarantuje upadłość majątkową ;)
A tak chociaż weekend nad jakimś bajorkiem, albo w lesie, albo w górach.
Albo w lesie nad bajorkiem i w górach.
Pogapić się. Pooddychać. Zapomnieć się.
Zatańczyć na golasa bosaka na trawie. Zawyć do księżyca. Poparzyć się pieczonym ziemniaczkiem.
Czujecie ten klimat?
Normalnie dżaźni mnie już siedzenie w domu.
Brzuszek niemal zagojony, czasem tylko plunie lekko krwią (wszo pod kontrolą). No i boli, gdy pada.
A pada.
Gdy pizga to też boli.
A że pada i pizga to chodzę podkurwiona podminowana.
Bo to nie jest ten rodzaj bólu, co painkillerek dobije.
Tutaj tylko termofor, likier czekoladowy (lub adwokat ;)) i książka pomaga. Czyli akcja "odciągamy uwagę, bo zaraz odbędzie się harakiri".



O wizycie na Raciborskiej nie pisałam z jeszcze jednego względu.
Na skierowanie na TK czekałam pięć godzin.
PIĘĆ.
Wraz z dojazdem daje to godzin siedem.
Siedem godzin siedzenia z rozpłatanym bebechem.
Nawet Onkolożka przyjęła mnie przed godzinami przyjęć, cobym mogła do domku sobie pojechać... Ale, niestety, Siła Wyższa (czyt. Ordynator) zawsze ma czas. A raczej nigdy go nie ma. A to on wypisuje skierowania.
Okey, rozumiem. Taka służba zdrowia (czy tam opieka medyczna, zwał jak zwał), przywykłam.
Ale wytłumaczcie to bebeszkowi.
Znacie bebeszkowy język? Ja nie. I dlatego bolał. Jak diabli.
Nie obyło się bez łez.
Ale bebeszek był twardy i nieugięty. System również.
Znajdź tu kompromis.
(Kompromis miał na imię Pyralgina. Wystąpił razy trzy. A i tak było kiepsko.)

Przetrawiłam tę wizytę. I patrzcie!
Nawet udało mi się opisać ją bez przekleństw :)

Dobra dobra, kończę. Oczka mi się już mrużą... ;)
Dobranoc! <3

posted from Bloggeroid

poniedziałek, 27 marca 2017



Wiem, że nic nie wiem

Mądrość dnia:
Gdy masz koty, wszystko w domu najlepiej mieć plastikowe: doniczki, kubki, szklanki, a nawet słoiki. Jeżeli się da - spróbuj sam zamienić się w plastik. Będziesz kotoodporny.

Rysiek przed chwilą zrzucił mi doniczkę z parapetu. Może nawet bym się nie wściekła, ale akurat ta doniczka była ładna, dopasowana do wystroju pokoju. Nie mógł zrzucić żadnego glinianego potworka?! Musiał akurat tą, różową. Menda.

Odnośnie przerzutu na jajnik - nie ma źle. Jeżeli nic się nie będzie działo to mam dalej luz.
Zweryfikuje to kwietniowa tomografia.
Opcji "będzie się coś działo" pod uwagę nie biorę.
Nic nowego ;)

Ostatnio zapomniałam napisać, że wróciły moje biżutki :)
link -> HaLucynki <- link
Sporo nowych bransoletek :)

Nauczyłam się nowych ściegów. Typowe szycie, czy też tkanie, koralikami. Zawsze mnie to drażniło, ale jakoś teraz idzie jak burza.
Mam ambitny plan, aby dostać się do jakiejś galerii internetowej z biżuterią i iść w kierunku "mniej, ale lepiej", niż tej taśmowej, którą akurat uprawiam ;)
Nie to, żebym taśmówkę odwalała specjalnie. Samo idzie jakoś tak, że jak już nawlekam koraliki to od razu na pięć bransoletek.
Chyba psuję rynek rękodzielniczy, bo te bransoletki zwykle są dwa razy droższe, niż ja sprzedaję...
Muszę coś z tym zrobić, ale w sumie nie mam pomysłu, co to dokładnie ma być ;)

Aż się pochwalę!


Nic, czekam na Mamuśkę. I lecę tkać kolejne ciągi koralikowe. To wsysa! :)))

* * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * *
SMS na numer 75 165 o treści: POMOC 6742
czyni mój świat lepszym :)

sobota, 25 marca 2017



Patologiczna patomorfologia plus realna recenzja szpitala ligockiego

Nie odzywałam się, bo stres przedwynikowy mnie zżerał. Ale już wyniki odebrane, zatem...
Mogę znowu pisać.

No i stało się to, czego nikt się nie spodziewał.
Były dwie drogi:
a) dobra, czyli nowotwór niezłośliwy
b) zła, czyli rak jajnika.

Nie przyszło mi nawet do głowy, aby wziąć pod uwagę ścieżkę "c", czyli... przerzut.
Tak, patomorfologia wyciętego guza (swoją drogą - 7x5x4cm, bydle!) twierdzi, iż był to przerzut.
Czy to dobrze? Nie wiem.
Czy źle? Również nie wiem.
Czas pokaże ;P

Jako, że spotkanie z Okręgowym Szpitalem Kolejowym w Katowicach mam już za sobą, a wrócić tam nie zamierzam (chociaż by mnie tam wołami ciągnęli, nie wrócę!) to mogę napisać... recenzję.
Chociaż raczej można to nazwać "ostrzeżeniem".

Wygląd szpitala ominę. Jest w fazie remontów (słuchanie wiercenia całymi dniami było dość... ciekawym przeżyciem), dlatego daruję znęcanie się nad tym aspektem.

Lekarze? Poza anestezjolożką - polecam. Lekarze wręcz wybitni, bardzo opiekuńczy i uważni, ciekawi pacjenta. Nawet dwa regularne obchody dziennie były. Chociaż i oni robią rzeczy, które jeżą włosy na głowie.

Jedzenie rewelacyjne. Najlepsze, z jakim miałam do czynienia do tej pory na salach szpitalnych.

I z plusów... to by było na tyle.
Przyszłam tam w poniedziałek. Przy przyjęciu ostrzegłam, że okres był mi się nie dość, że pośpieszył to jeszcze rozciągnął w czasie. Do tego trwał nadal. Pewnie ze stresu.
Co zrobili?
Nie, nie odesłali mnie do domu. Od poniedziałku kiblowałam w szpitalu, bo miałam okres.
Podobno inne pacjentki odsyłają, mnie zostawili.
Wkurw okropny. Nie wiedziałam, że miesiączka to taka wielka choroba, że aż trzeba mnie w szpitalu zamknąć.
W środę dziadostwo przeszło. Zapisali mnie na piątek na operację.
Nie szło mnie po prostu oddelegować na kolejny poniedziałek?
Nie, nie mają tam tłoku. Przez cały pobyt większość sal była w połowie pusta.
Nie ogarniam, ale dobra.

Czwartek. Rozmowa z anestezjologiem.
Zastrzegam, że paracetamol nigdy na mnie nie działał, a pyralginę nieco nadużywam, więc też średnio z jej skutecznością. Lekarka niby przyjęła to do wiadomości.
Proponuje cewnik dooponowy, którym to będą mi dawać przeciwbólki,
Z radości zamerdałam ogonem, bo to jest chyba najlepszy środek przeciwbólowy, jaki do tej pory wymyślono.

Pielęgniarki informują, że lepiej, aby w piątek nikt mnie nie odwiedzał, bo i tak będę spać.
Mężny potwierdza, że po operacji przez dwa dni nie kontaktował, tak go faszerowali przeciwbólowymi. Dlatego odwołuję wizytę i Mężnego, i Rodziców.

Ach. W poniedziałek zgłosiłam, że mam popsute łóżko (niby elektrycznie podnoszone oparcie).
Pielęgniarka wsadziła wtyczkę do kontaktu. Gdy nie zadziałało, stwierdziła, że musi się naładować.
Jak się domyślacie - nie naładowało się. Spałam na zepsutym łóżku aż do soboty. Ale do łóżka jeszcze wrócimy ;)

Piątek. Zawieźli mnie na salę, znieczulili... film się urwał.

Budzi mnie "Proszę przejść na drugie łóżko!".
Rozumiem, że swoje ważę, ale ten szok...
Wiecie, kładziesz się w pełni sprawny, teraz próbujesz się ruszyć i podbrzusze rozrywa ból. Ból nie do opisania słowami. Przeszłam jakoś. Zasnęłam na czas drogi.
Budzi mnie kolejne "Proszę przejść na drugie łóżko!".
Było jeszcze gorzej.
Kładę się, czekam na sen. Nie przychodzi.
Tylko kolejne fale bólu. Mamie piszę pamiętnego smsa o treści "Napierdala.".
Oddzwania, język mi się plącze. Ale mają z Tatuśkiem przyjechać.
Płaczę z bólu. Nikt nie reaguje.
Pierwszymi moimi słowami na sali było:
"Kurwa, ja pierdole, dacie mi w końcu coś przeciwbólowego?!".
Pielęgniarka w szoku, bo przecież leci! Paracetamol leci!
Cewnika dooponowego mi nie założyli, nie wiem, czemu. Nikt mi nie powiedział. Były inne ustalenia.
Po godzinie wycia na cały oddział przyjeżdżają rodzice. Mama opierdala pielęgniarki.
Dostaję kolejną kroplówkę...
Pyralginę.
Nic nie dało tłumaczenie, że to na mnie nie działa. Około czternastej (po czterech godzinach) ktoś wpada na pomysł, aby po tych wszystkich eksperymentach dać mi po prostu morfinę. Zasypiam od razu.

Rodziców próbują wygonić z oddziału. Bo ja mam spać, a oni mi nie pozwalają, rzekomo.
Nie ma tak łatwo, nie dali się.
Około siedemnastej kolejny atak. Nic już nie chcą dać, bo niby dostałam tak duże dawki, że mi wątroba może wysiąść.
Rzeczywiście, jak później sprawdziłam w karcie to było tam niemal wszystko - od paracetamolu, ibuprofenu, przez tramal, ketonal i inne dziwne rzeczy, których nazw nawet nie kojarzę.
Niby się starali, co?
Nie do końca. Jestem dość poinformowana w sprawie przeciwbólków. Już dawno lekarz powiedział mi, że przy chorej wątrobie tylko morfina jest w pełni bezpieczna, bo nie wymaga od wątroby filtracji czy przyswajania. Jest w formie od razu do wsiąknięcia.
Zlitowali się, dali morfinę.
Pielęgniarki buntują się.
Rodziców zastępuje Mężny. Pielęgniarka i jego próbuje wywalić z sali. Nie da się, przykro mi ;)

Przychodzi zmiana pielęgniarek. Nagle Mężny nikomu nie przeszkadza, siedzi u mnie jeszcze ponad dwie godziny od próby usunięcia go z sali ("bo już późno").
Jedna z pielęgniarek się lituje, pomaga mi się przebrać (cała byłam zlana potem po batalii z bólem).
Zasypiam. Jestem przypilnowana.
Na noc dają mi jakiś zastrzyk przeciwbólowy. Wszystko śmiga.

Rano budzi mnie salowa.
"Proszę wstać i siedzieć", po czym wychodzi z sali. Na chwiejnych nogach człapam na krzesło koło umywalki. Zmieniła mi pościel.
Kazała się umyć CHUSTECZKAMI NAWILŻANYMI.
Nikt nie pomógł.
Siadam z powrotem na łóżko. Rozwaliło się do końca, ja wpadłam w dziurę. Aż zawyłam z bólu.
Przenieśli mnie na drugie łóżko na sali, które cały czas było puste.
Znowu dają mi zastrzyk.
Znowu zasypiam.

Fajnie było, dopóki nie przyszła nocna zmiana. O dziewiętnastej wołam o coś przeciwbólowego.
Już jestem w miarę ruchoma i trzeźwa. Z zegarkiem w ręce czekam na reakcję.
Czterdzieści minut. I to był rekord!
Współlokatorce też liczyłam czas reakcji personelu - bywało i dwie godziny.

W niedzielę już nawet nie prosiłam o nic "ichnego".
Rozpuszczałam kodeinkę i piłam. Już nic mnie nie bolało. Pomyśleć, że wystarczyły dwie tabletki na dzień i z głowy...

Po operacji nikt mnie nie umył, raz mnie tylko przebrano. Sama musiałam polegać na sobie i swojej rodzinie. Współlokatorka tak samo.
Nikt nie powiedział "teraz można już pić" czy "teraz już można jeść". Sama musiałam pilnować godzin, dób od operacji i się dopytywać, co już mogę, a czego nie. Nikt nie poradził, jak używać pasa pooperacyjnego. Co mogę robić, czego nie.

W poniedziałek wyszłam. Dosłownie wyfrunęłam.
W domu jakoś łatwiej...

Podsumowanie?
Chyba zbędne.
Lekarze fajni. Anestezjolożka do dupy. Pielęgniarki pół na pół.
Salowa świetna, chociaż sama nie była w stanie ogarnąć ośmiu osób.
Tak, na oddziale było między pięcioma a dwunastoma zajętymi łóżkami. Trzy-cztery pielęgniarki na zmianie.
A my nie mogłyśmy się doprosić o przeciwbólki...
Ze współlokatorką wyłyśmy na zmianę. Płakałyśmy po nocach.
Gryzłyśmy poduszki.
A oni mieli to w dupie.

Zatem ostrzeżenie - na operację poszukajcie lepszego szpitala.
Do dzisiaj boli mnie i wątroba i żołądek po ich mieszankach lekowych.
Trzy tygodnie od operacji, a one jeszcze nie doszły do siebie...

Kurtyna.

PS. Jeśli ktoś ma ochotę pozwać mnie o zniesławienie - polecam. Mam świadków, że wszystko, co tu napisałam to najprawdziwsza prawda. A jeszcze może odszkodowanie za straty moralne dostanę ;)

* * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * *
SMS na numer 75 165 o treści: POMOC 6742
czyni mój świat lepszym :)

środa, 15 marca 2017



Argh!!!

Nie sądziłam, że będę pisać o tym notkę. Ale cały dzień tylko o tym myślę.
Nie potrafię przestać.
Doszło do tego, że pół dnia siedziałam (a właściwie - leżałam), gapiłam się w sufit i powtarzałam sobie:
"nie drap, nie drap, nie drap!".


Te swędzenie jest okropne!
Człowiek jest w stanie ogarnąć jakoś, że będzie bolało, że trzeba przeciwbólki łykać, ale, że nie będziesz w stanie myśleć o niczym, poza tym, że swędzi?
W życiu bym się nie spodziewała!

Poza tym, że swędzi - wszystko w porządku.
Szwy zdjęte, wątroba nieco marudzi (da się przeżyć, jeżeli zaczniesz się żywic kaszą manną i Heparegenem), miałam chwilowy problem z żołądkiem (chyba nie lubi Dorety...), ale też jakoś ogarnęłam.
Teraz tylko... Swędzi.
Kurwa, swędzi ;(((

posted from Bloggeroid

czwartek, 9 marca 2017



Instrukcja obsługi osoby chorej na raka (remake)

Dawno temu, na samym początku istnienia bloga, napisałam Instrukcję dla osób niewprawionych i niedoświadczonych.
Po dwóch latach chorowania nastąpił czas na aktualizację owego tekstu, bo doszłam do wielu nowych wniosków :)

INSTRUKCJA OBSŁUGI CZŁEKA Z RAKIEM

1) Chory człowiek dalej jest człowiekiem.
Wbrew pozorom, nie rozmawiamy tylko o chemiach i naświetleniach, nie dyskutujemy o modelach chustek, czapek i peruk.
Jestem tym samym człowiekiem, którego znałeś. Tylko troszkę mądrzejszym.

2) Odciągnij uwagę.
Postaraj się nie pytać, jak wyniki, jak się czuje, jak postępy leczenia. Rozumiem, że się martwisz i chcesz wiedzieć, ale zwykle mamy dość tematyki rakowej.
W wolnej chwili od chorowania chcemy... być zdrowi.

3) Nie gadaj o alternatywnych sposobach leczenia.
99,9% moich zaraczonych znajomych nienawidzi tematyki pestek moreli, odkwaszania organizmu, oleju z konopii i tym podobnych. Jeżeli ktoś już podjął leczenie standardowe to, wierz mi, raczej nie skusi się na czary-mary hokus-pokus.
Co więcej - takim gadaniem możesz nawet zaszkodzić.

4) Nie traktuj mnie jak dziecko.
Umiem sama wstać, przejść, nawet zakupy zrobię.
Jeśli sobie nie radzę - delikatnie zaproponuj pomoc. Ale nie wyręczaj.

5) Daj się ponieść marzeniom.
Lubimy planować. Lubimy marzyć o dniu, gdy już będziemy zdrowi. Daj nam ten luksus. Pozwól czekać, niecierpliwić się.
Nie planuj rzeczy zbyt odległych. Ale spokojnie możesz zaplanować coś miesiąc naprzód.
Dasz siłę do przetrwania. I nowy punkt odniesienia.

6) Zainteresuj się budżetem.
Kwestia finansowa to zwykle temat tabu. Jednak pewnie wyczujesz, że coś jest nie tak.
Nie proponuj wspólnego wyjazdu na wakacje, gdy koszt to pińć milionów dwieście. Przy raku pieniądze topią się jak lód na wiosnę.
Ileż razy musiałam mówić "nie chcę", bo wstyd było mi powiedzieć "nie stać mnie"...
To boli. I wywołuje poczucie winy.

7) Najważniejsze:   NIE LITUJ SIĘ!
Litość to paskudna rzecz.
Wyważone współczucie - owszem, mile widziane.
Ale litość?
Nie potrzebujemy jej.
Jedyne czego potrzebujemy to komunikatu: 
Jestem. I będę, obojętnie, czy będzie dobrze czy źle. 
Nigdy nie zostawię Cię z tym samego.

Pozdrawiam cieplutko!
Ja dalej leżę i nic nie robię. Uh...
Do tego dzisiaj brzuszek boli jakoś bardziej... :(


* * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * *
SMS na numer 75 165 o treści: POMOC 6742
czyni mój świat lepszym :)

środa, 8 marca 2017



Siedzenia na doopie dzień trzeci (i już mnie coś trafia)

Wcale nie tak łatwo nic nie robić.
Robię już listę rzeczy, które można czynić w pozycji leżącej (i nie mając komputra na brzuchu, bo to też boli).

I nie mam nic. Szydełkować się da, ale nie mam nawleczonych koralików (a tego na leżąco robić nie polecam).
Mogłabym wyszywać, ale strasznie się nitki plączą.
Czytanie mi nie wychodzi, bo czytam zwykle leżąc na brzuchu. Inaczej nie umiem.

Chyba zaraz całe Simsy przejdę. Jak Chuck Norris!

Mogłabym rozliczyć PITy, ale wymaga to przekopania się przez stertę dokumentów. Na siedząco. Jak siedzę to boli brzusio.

Oglądanie seriali to dłuższa zabawa kabelkami pomiędzy komputrem a telewizorem. A ja się nawet schylić nie umiem, co dopiero za tivikiem grzebać.

KURWA!
NIE MAM CO ROBIĆ!

Wczoraj byłam ambitna i nawet obiad ugotowałam.
Brzuszek się zbuntował, uczynił mi dzisiaj kryzys i nawet nieco krewki z szewka puścił.

W ramach nudzenia się pospałam do jedenastej.
Ale ileż można spać?

Płakać mi się chce.
Tyle przynajmniej mogę zrobić w pozycji horyzontalnej...

A w akwarium jakiś dziwny pomór. Trzy rybki zdechły od poniedziałku.
W tym mój ukochany, najpiękniejszy skalarek.




Tak, ten największy... :(

Wczoraj odeszła śliczna, największa pielęgniczka meeka.
Dzisiaj ramirezka.

Mam ochotę kupić sobie na pocieszenie z dwie rybki.
Ale to wymaga wyjścia z domu.
Już dwa opierdole zebrałam za sam pomysł opuszczenia pieleszy.
Więcej się nie wychylam...

No nic. Odpalam Simsy. Kurwa...


* * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * *
SMS na numer 75 165 o treści: POMOC 6742
czyni mój świat lepszym :)

wtorek, 7 marca 2017



Praca wre (i kilka pooperacyjnych prawd)

Podobno chodzę jak gołąb.
Nie Kawaler łazi za mną po domu i kusi słowami "grochu! grochu!".
Grochu wolę nie.
Jakby mówił "Bitej śmietany! Bitej śmietany!" to może bym się skusiła ;)))

Psie smycze idealnie nadają się jako prowizoryczne drabinki rehabilitacyjne.
W każdym pokoju mamy jakąś przypiętą do kaloryfera. Pomagają mi zmieniać pozycje z horyzontalnej na wertykalną. Ciekawie bywa, nie powiem.

Śmiem również twierdzić, że w szpitalu było mi łatwiej siedzieć i się nudzić.
Nie chce mi się siedzieć i nudzić w domu.
Doprowadziło to do lekkiego (leciuteńkiego!) krwawienia z szewka, zatem siedzę na doopie i już nic nie ruszam, bo jeszcze sobie krzywdę zrobię.

Ale to nic nie robienie nie dotyczy wycinania ulotek, które własnoręcznie zrobiłam, wydrukowałam i teraz zmieniam ich rozmiar z A4 na A8. Niektóre na A6. I jeszcze kilka na A7. O ile takie rozmiary w ogóle istnieją.
Jeśli nie istnieją to właśnie zaistniały, gdyż je wyprodukowałam.
Ulotki wyglądają o tak:


Jak Wam się podobają? Ja jestem z nich dumna ;) Strasznie dumna! :D
Pozwalam Wam je drukować, rozprzestrzeniać, udostępniać, mnożyć, dzielić, polecać, wciskać, rekomendować, zachwalać, zalecać, eksponować, promować, lansować,  puszczać w świat, wyróżniać, podsuwać, przekazywać, szerzyć, rozsiewać i wszystko, co związane jest z wyżej wymienionymi ;)
A nawet będę za takie postępowanie wdzięczna :)
Zezwalam również wykorzystywać informacje na niej zawarte... Wiecie, rozliczenia, PITy, magiczne procenciki...
Wiecie zapewne, co z tym robić.
I zapewne wiecie, jak ogromnie wdzięczna będę i radosna, gdy coś się na Fundacji uzbiera.

Za pomoc, jak zawsze, OGROMNIE DZIĘKUJEMY!

Btw. Wczorajsza wizyta w aptece kosztowała prawie 150zł. MASAKRA.
A już się tak cieszyłam, że pięknie i grzecznie nam upłynął cały miesiąc, a nawet i na marcowe ubezpieczenie samochodu odłożyliśmy.
Odłożenie się dołożyło do budżetu i jakoś lecimy, ale i tak nie podobają mi się ceny leków. Bardzo mi się nie podobają. Kpina jakaś.
Szczególnie w zestawieniu z wysokością renty.
No ale już nie narzekam, bo znowu będzie, że narzekam, a ja wcale nie narzekam. Tylko dzielę się spostrzeżeniami na temat wysokości zapomóg i cen "darmowego" leczenia w naszym kraju.
(Pamiętajcie, wszystko wina Tuska!)
Koniec wycieczki politycznej.
Wracam do ciachania. I wcale nie wyobrażam sobie nikogo, tnąc nożyczkami kartki na części szesnaste... ;)

Tak w ogóle to głodna jestem. I znowu muszę wstać.
Szlag by to.

Buziam mocno!

PS. Jak zajebiście jest być w domuuu!!! :)))


* * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * *
SMS na numer 75 165 o treści: POMOC 6742
czyni mój świat lepszym :)

niedziela, 5 marca 2017



Lucynka się obudziła (na dobre!)

Dawno się tak nie wyspałam. Zasnęłam po 20, wstałam około 9. Paranoja :D

A nastąpiło to po przygodach pt. "zaraz dam pani coś przeciwbólowego". "Zaraz" trwało 40 minut, co i tak jest cudem, bo po operacji 2 godziny czekałam na coś innego niż pyralgina i paracetamol (KURWA! PO OPERACJI DALI PARACETAMOL!).
No ale dzisiaj już nic nie brałam, śmigam w pasie pooperacyjnym po korytarzu, siedzę po turecku (leżę też po turecku ;)).
Największym wyzwaniem okazuje się...
Kibelek.
Trzeba w miarę szybko wstać z wyrka, doczłapać do łazienki na końcu korytarza, wleźć do kabiny, podciągnąć pas i koszulę, opuścić majty, jakoś usadowić dupsko i jazda. Jeśli tylko siku to pół biedy, przy "grubszej sprawie" chce się wyć z bólu.
No dobra, po wszystkim trzeba się podetrzec (KURWA! To jest najtrudniejsze w tym całym wypadzie ;)).
Podciągasz gacie (powodzenia ze schylaniem), obciągasz kiecę i pas i długa do łóżka.


Odcewnikowali mnie wczoraj. Pierwsza wyprawa na tron trwała ponad 30 minut. Już uwijam się w dziesięć ;)
W życiu bym się nie spodziewała, że wyszczanie się będzie takim wyzwaniem.

A w ogóle marzę o kawie, torcie, bitej śmietanie i plackach ziemniaczanych.
Awww...

I prysznicu. Zaznaczam teren smrodem. Bleee...
Zaraz Mężny wpadnie to pomoże mi się przebrać, umyć, cokolwiek.
Bo pielęgniarki mają nas w dupie ;)
Z sasiadką rywalizujemy, czyje włosy są tluściejsze i czyja koszula bardziej śmierdzi ;p
Poszłabym sama się umyć, ale zwyczajnie się boję. Może wytrzymam z tym smrodkiem do 14 ;)

Buziam Was mocno, doceniajcie ciągłość swojej powłoki, póki ją macie! ;)

posted from Bloggeroid

sobota, 4 marca 2017



czwartek, 2 marca 2017



;)

Pierwsza z piguł okołooperacyjnych wzięta.
Zatem...


...do zobaczenia w świecie z jednym jajnikiem ;)

(chyba piguła działa, bo się nie boję
chcę to mieć już za sobą... ;))

posted from Bloggeroid

środa, 1 marca 2017



Jak najdalej stąd, jak najszybciej chcę biec, byle jak najdaleeeej..!

Jedną nogą jestem za drzwiami szpitala. Drugą za oknem.
Taka rozerwana tkwię w łóżku. I wcale nie podoba mi się myśl, że już w piątek mnie poharatają.
Jakoś czuję się przywiązana do mojej spójności i nienaruszonej powłoki cielesnej.
Dziwnie mi z myślą, że ktoś będzie mi babrał łapami w bebechach.
Może i bebechy są niegrzeczne, ale są moje. Jestem o nie zazdrosna.

Nie podoba mi się to, co widzę na łóżku sąsiadki. A widzę tam sąsiadkę po operacji.
Te wszystkie rurki, kabelki, leżenie na płask przez cały dzień.
Nie chcem.

Można przejść operację jakoś, nie wiem, internetowo? Korespondencyjnie?
Poproszę na wynos!


posted from Bloggeroid

poniedziałek, 27 lutego 2017



What?!

Czasami ktoś palnie taką głupotą, że głowa mała.

Szpital. Jaki jest, każdy wie.
A jak już wiesz to wyobraź sobie szpital z -50 do organizacji i +100 do wieku.
No i jestem.

Do pewnego momentu byłam zachwycona. Lekarze rewelacja, z każdym pogadałam, pośmiałam się. Pielęgniarki uczynne, pracowite i do tego ich dużo.
No żyć nie umierać.

Aż trafiłam na Pana Gbura.
Podsuwa mi papiery do podpisania. Patrzę i WTF?!
Wymagał, abym podpisała w ciemno zgodę na kastrację (wycięcie obu jajników i macicy), w razie, gdyby "zaistniało podejrzenie" nowotworu złośliwego.

Ja już mam raka. Węzły chłonne powiększone. Dziesiątki przerzutów.
Jak oni chcieliby "na oko" ocenić, czy to z jajnika, czy z wątroby?



Siedzę tam, patrzę na niego jak na idiotę. Bo nie wiem, czy żartuje, czy serio mówi.
Po chwili ciszy stwierdzam, że chyba serio.
Dopisałam, że nie wyrażam na to zgody.
Kurwa, tak bez biopsji, histopatologii?!

Zostałam nazwana nierozsądną.

Może i jestem nierozsądna, ale na pewno nie głupia.
Ani pokorna.
Ani naiwna.

Ps. Chyba w ramach kary przesunięto mi operację na czas bliżej nieokreślony.
Tak że... Zwiedzam, piję kawę i niedowierzam.
posted from Bloggeroid

piątek, 24 lutego 2017



Alegoria

Znalazłam idealne porównanie życia z rakiem.
Jak ktoś mnie znowu zapyta, jak to jest codziennie zmagać się z gadem to już wiem, co mu odpowiem.
A nigdy nie wiedziałam, co w takiej sytuacji mówić.
Wiecie, dla mnie to codzienność. Niemal już nie pamiętam, jak to było być zdrową.
A więc...

Życie z rakiem to jak mieszkanie na wulkanie.



Każdy rozsądny człek powie, że nie chciałby mieszkać na wulkanie. Szczególnie czynnym.
A gdy nie masz wyjścia?
To nie jest tak, że siedzisz na walizkach, czekając na erupcję.
Nie.
Żyjesz sobie normalnie, uprawiasz ziemię, hodujesz zwierzęta, gotujesz obiady i sprzątasz. Z wulkanu czasem zadymi, czasem nieco ziemią wstrząśnie, ale zazwyczaj życie toczy się jak w każdym innym miejscu. Tylko widoki są ładniejsze, ziemia żyźniejsza. Słońce jest bliżej.
Niekiedy się boisz, że zaraz lawa pokryje cały Twój świat. Ale zwykle wolisz o tym zwyczajnie nie myśleć.

Z rakiem jest identycznie!
To nie jest tak, że siedzisz na walizkach, czekając na hospicjum.
Nie.
Żyjesz sobie normalnie, podlewasz kwiatki, dopieszczasz swoje czworonogi, gotujesz obiadki i sprzątasz. Czasami musisz pojechać do onkologa lub na tomografię, ale zazwyczaj życie toczy się jak życie kogokolwiek innego. Tylko wszystko wyraźniejsze jest. Świat ma więcej barw, a i słońce jaśniej świeci. Bardziej doceniasz to, co masz.
Bo się boisz, że to wszystko zaraz może zniknąć. Ale zwykle wolisz o tym zwyczajnie nie myśleć... ;)

Wieści?
A są i one.
Znowu trochę czasu mi zleciało, zanim poukładałam sobie wszystko we łbie.
W poniedziałek wylądowaliśmy w Szpitalu z Horroru. W godzinę załatwiłam wszystko.
Niestety, laparoskopia nie wchodzi w rachubę, bo guzisko za duże było urosło. Trzeba mnie ciachnąć całą w poprzek. No i już po weekendzie melduję się na oddziale, we wtorek mnie ciachną.

Nie będę zgrywać chojraka.
Boję się jak jasny skurwysyn.
Nie samej operacji, nie szpitala.
Boję się bólu.
Leżenia w łóżku.
Patrzenia na kłęby sierści ewoluujące w kątach mieszkania, bez możliwości wstania i odkurzenia.
Boję się Gacka skaczącego na mój rozharatany bebech.
Boję się bolącego kręgosłupa od spania na wznak.
Boję się też, że coś może pójść nie tak (ale akurat to jest ten racjonalny lęk, zupełnie normalny... ale sierści się bać?).
Boję się, że jak już wydobrzeję i wejdę do kuchni to miski znajdę na patelniach, a patelnie między piekarnikiem a ścianą.
Nie jestem typem, który potrafi leżeć i patrzeć. Na trzeci dzień leżakowania już mnie kurwica strzela i mam ochotę iść coś porobić.
A nie będę mogła. Zero robienia czegokolwiek.
Cały miesiąc robienia niczego.
Jak ja to wytrzymam?!

A w ogóle muszę sobie kupić jakieś koszule nocne. Cholera.
Rok bez szpitala i arsenał szpitalny się wykruszył :/

* * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * *
SMS na numer 75 165 o treści: POMOC 6742
czyni mój świat lepszym :)

sobota, 18 lutego 2017



Przebudzenie.

Światło.
Pierwsza rzecz, którą zobaczyłam, wchodząc o siódmej rano do dużego pokoju.
Blask.
Onieśmiela mnie, dawno nie widziałam tej dzikiej feerii barw, tego tańca kolorów. Czuję się, jakbym pierwszy raz w życiu zobaczyła słońce.
Razi. Ale nie boleśnie. Napełnia serce szczęściem, dumą.
Oddycham światłem.
Wnika w pory mojej bladej, zmatowiałej od siedzenia w domu, skóry.
Ciężko nabrać powietrza w płuca.
Wszechobecna doskonałość zapiera dech w piersi.
Opadłabym na kolana, dziękując za życie i szczęście. Ale nie jestem w stanie zrobić nawet kroku. Zamarłam w pół ruchu, zapominając o przeszłości i przyszłości.

Widzę.

Teraz to widzę.
Widzę, ile przyjemności zabrał mi strach. Widzę, jak gęstą i mroczną mgłę rozpostarła w mojej duszy niepewność.
Widzę to. Dopiero teraz, kiedy zniknął mrok.
Otworzyłam oczy. Uszy. Umysł.
Moje zmysły chłoną świat zupełnie inaczej, niż jeszcze kilka dni temu.
Zapach kawy upaja, bardziej nawet niż smak.
Kolory rybek porażają. Koty są delikatniejsze. I mruczą jakoś głośniej.

Cały świat odetchnął. A ja razem z nim.
Oddycham.
Żyję.
Mam ochotę płakać nad swoim szczęściem.
Chcę wyć z poczucia ulgi.

Ja żyję.
Dalej żyję.
I widzę. Czuję.
Kocham.

Jak pięknie jest być.
Napełnić się światłem. Uwięzić je w dłoniach.
Chłonąć. Chłonąć. Chłonąć.


* * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * *
SMS na numer 75 165 o treści: POMOC 6742
czyni mój świat lepszym :)

piątek, 17 lutego 2017



WooHoo!

No to zaczynamy jazdę bez trzymanki. Gotowi? ;)

W poniedziałek były Katowice z zamierzoną chemią...
...ale po odebraniu wyników tomografii oznajmiono, iż...
CHEMII NIE MA! I NIE BĘDZIE!


No dobra, może będzie. Ale trza by mieć w pizdu pecha, aby dorwać drugiego raka, nie? ;)

A, bo ja nie napisałam - rzekomy przerzut na jajniku tym razem uzanano za nie-przerzut ;P
Trochę są niezdecydowani, ale ta diagnoza mi się podoba dużo bardziej, niż poprzednia, hihi :D
Cała reszta ferajny, wątroba, węzły, kości, stabilne. Markery niziutkie, ledwo ledwo występujące (musiałby wzrosnąć trzykrotnie, aby przekroczyć normę ;)).
No więc... Chyba Wam zdrowieję ;P

Niestety, semestr w szkole już straciłam.
Ale za to mogę dalej zapuszczać włoski!
Założyć firmę (ha! :D).
Planować wakacje nad morzem (dużo słonka!).
Mogę dalej się odchudzać!
I nie trzeba oddawać Reksia do Rodziców! :D
Mogę piec karpatki, mogę myć okna, mogę leczyć dalej ząbki, mogę...
Boże, ja mogę WSZYSTKO!
AaaaAaaaAAAAAAaaaa!
Zwariuję od nadmiaru możliwości! :D

No. Nie licząc przeziębienia.
Ewoluuje coraz ciekawiej. No i mam teraz zapalenie oskrzeli, antybiotyk i inne "cudnowności", pfff.
A wątroba, od poniedziałku, jeszcze nie odchorowała. No i trochę się wyginam, zginam i skręcam, ale i tak jest jedno wielkie WOOHOO! :D

Problem w tym, że guz z jajnika rośnie zastraszająco szybko. W dwa miesiące po centymetrze w każdej płaszczyźnie.
Mam skierowanie do Profesorka z Ligoty. Próbuję się do niego dostać już od poniedziałku, ale idzie średnio. Ale w końcu się uda ;)
Później wykrawanie gada, biopsja (źle mi się kojarzy ten wyraz, chyba nie jestem z tym sama, co?).
Jakoś to ogarniemy.

A teraz część praktyczna.
Czemu nikt mi nie powiedział, że spieniacz do mleka to taki cudny wynalazek?!
Od trzech lat w sklepach natarczywie łażę koło ekspresów do kawy. A tu takie małe coś, brzęczyk za 6,99, sprawił, że mam ochotę kąpać się w kawie.
Bo wiecie, w kawie cenię dwie rzeczy - mleko i piankę :D
Mniam!
No i olać to, że mamy północ. Zrobię sobie kawę z mlekiem...
Mleko z kawą :D

Z kwestii technicznych - ależ w tym szablonie rażą cholerne reklamy!
Obiecałam sobie, że gdy tylko osiągniemy próg do wypłaty środków (300zł) to wyłączę te diabelstwo.
Zostało 145zł do uciukania.
Pomożecie? ;)

Buziole dla Was!

* * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * *
SMS na numer 75 165 o treści: POMOC 6742
czyni mój świat lepszym :)

czwartek, 16 lutego 2017



Krótko i na temat ;)

Ihaaa! Jest i nowy szablon :D
Miała być też i notka, ale jutro wstajem z ranka, bo jedziem do Katowic (znowu!)... no nie mam już czasu, lulu muszę iść ;)

Na FB jest króciutki filmik, gdzie wyjaśniam, co i jak z chemią.
Fanpejdża znajdziecie z lewej, na pasku bocznym ;)

Bywajta w zdrowiu!
I dajcie znać, jak się szablon podoba. Ja jestem zakochana :D


* * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * *
SMS na numer 75 165 o treści: POMOC 6742
czyni mój świat lepszym :)

czwartek, 9 lutego 2017



Czekanie

Tak z doskoku. Z łóżeczka.

Zawsze dziwiłam się ludziom w poczekalniach, czemu tak marudzą i stękają, czemu im tak źle i gdzie im tak śpieszno...



Wczoraj dostałam ostrą szkołę przetrwania.
Tomografia niby na 12.
Po ósmej już w drodze. Zrobiłam krew, czekanie na wyniki.
Przed dwunastą dali mi kontrast, o 15 miałam mieć badanie.
Kilka osób na "cito" z oddziału i karetki, awaria drugiego aparatu i weszłam po 17.

Niby nic strasznego się nie stało, poza tym, że dzisiaj umieram.
Boli mnie wątroba po niemal dobie postu. Ja tak nie mogę po prostu nie jeść, organizm mi się buntuje.
Boli kręgosłup (pewno przerzuty cholerne), boli miednica, boli kark, bolą nogi.
Dodatkowo chyba znowu się tam przeziębiłam, kaszlę i kicham na potęgę. A przeciągi w tym szpitalu mają rekordowe.

Ja rozumiem kolejki, badania, awarie.
Ale nie rozumiem, dlaczego ściany są co chwile ślicznie wymalowywane, a krzesła to jakaś plastikowa kpina bez żadnego oparcia dla pleców.

Chciałabym nie mieć pretensji, zrozumieć, zaakceptować.
Ale ból mi nie pozwala.

Szlag by to.
posted from Bloggeroid

poniedziałek, 6 lutego 2017



Nieogarek, czyli poszło o garek

Uparłam się, że powstanie dzisiaj ciacho. Ciacho ma być, koniec kropka. I nie ma zmiłuj się, ani, że już grubo po 22, a mikser pewien poziom hałasu generuje.
Karpatka musi być!
Zważając na fakt, że od 10 do niemal 17 nie było prądu, zdechł mi komputer i telefon, w kuchni ciemno było jak w rzyci, to całkiem normalnym jest, że z nudów postanowiłam potrenować spanie.
Po tak ciężkim treningu śnienia, jestem całkiem wyczerpana spaniem i spać, póki co, nie zamierzam.
Więc powstanie i karpatka i pewnie kilka muffinek. I może jakieś drożdżówki?

W amoku ciemności do rozmrożenia wyjęłam filety zamiast schabu. Zabieram się do mielenie i zonk. No ale trudno, mięso jak mięso. Spagetti powstało, częściowo zszamane.

Mężny - Od teraz schab tylko w niedzielę.
Ja udaję głupią.
Mężny - Jakoś dziwnie to smakuje...
Ja - Bo to piersi...

Mężny o mało nie zabił mnie spojrzeniem.
Bo wiecie. Mięso dzieli się na mięso, ryby i kurczaka. Z tego ryba i kurczak, jego zdaniem, mięsem nie są. I na nic nie zda się tłumaczenie, że przecież mięso jak mięso. Nie i uj, to jest niejadalne.

Biorę się za karpatkę. Mężny kładzie się spać.
M - Serio chcesz po nocach hałasować?
Ja - A chcesz karpatkę?
M - W sumie to do pracy bym kawałek wziął... (i jego holiłudzki uśmiech)

* * * * * * * * *

Tak, w tej notce nie ma ani słowa o Sami Wiecie Czym. I tak staram się od kilku dni żyć.
Sami Wiecie Co, póki co, nie istnieje.
Może samo zniknie, jeżeli nie będę o Sami Wiecie Czym myśleć i pisać.
Więc nie napiszę, że w środę będzie TK. Sami musicie się o tym dowiedzieć ;)))


* * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * *
SMS na numer 75 165 o treści: POMOC 6742
czyni mój świat lepszym :)

sobota, 28 stycznia 2017



Złudzeń moc

Człowiek łudzi się, że jak ma raka to nic innego mu już nie grozi.
No wiecie, przesyt nieszczęścia i chorób.
Nic bardziej mylnego!

I tak oto leżę sobie pod kocykiem z Ibupromem i Polopiryną za pan brat. Pół zawartości konta poszło na dragi, a ja wcale nie czuję się dużo lepiej.
Może by tak jakiś immunitet przeziębieniowy, hm? Nie wzgardziłabym!

W poniedziałek zaliczyłam onkologa. Cały początek lutego spędzę w Katowicach, na badaniach obrazowych. A od 13 lutego HARAT! lecim z chemią. Na początek tylko dwie serie. Może się uda tak szybko ubić przerzuta. W końcu ten z trzustki zniknął po pierwszej serii (a był większy).

Jakoś dziwnie spłynęła po mnie wiadomość o nadciągającym leczeniu.
Może dlatego, że gapię się w nasze nowe akwarium :)
Całe 200 litrów! Jest olbrzymie!


DZIĘKUJĘ! :)


A poza tym powoli do przodu. Dziergam sobie bransoletki, odpoczywam, walczę z bólem głowy (średnio skutecznie). Doglądam ikry skalarów (już dzisiaj wieczorem możemy mieć pierwsze maluszki :)).

Życie jest piękne, jakby nie było.
Tylko czemu mi z nosa cieknie?

(A na backstagu... ;))


piątek, 20 stycznia 2017



Przedzawałowo

Los widocznie chce odciągnąć moją uwagę od poniedziałkowej wizyty u onkologa...

Siedzim se przy obiadku, wszystko cudnie i przyjemnie.
Nagle HUK.
Akwarium pękło. Samo z siebie. Jakoś magicznie. Nie ruszane od dłuższego czasu...


Prędka akcja ratunkowa. Szybkie odławianie rybek, trzymanie szyb, żeby się nie rozleciało całkiem, wiadra dookoła, spuszczanie wody.


Płakać mi się chce. Normalnie mam ochotę ryczeć i wyć.
Nie dość, że fundusze niemal zerowe, kasa z Fundacji w oczekiwaniu już od dwóch tygodni, lekarz za pasem, to jeszcze moje ukochane akwarium, moja ostoja spokoju, oaza opanowania, wzięła i się rozleciała.
Nie wiem, co robić.
Jakby, kurwa, zbyt kolorowo w życiu było.
Jakby wszystko musiało się zepsuć, zniszczyć.
Jakbym nie zasługiwała chociażby na odrobinkę stabilizacji...

piątek, 13 stycznia 2017



Bo pies to fajny zwierz :)

Jaki pies jest chyba każdy wie:
ma cztery łapy (albo i nie),
długi ogon (albo i nie)
i szczeka (albo i nie).

Pies fajny jest.
Przytuli. Zaskamle. Zajrzy w oczy, głęboko i radośnie.
Wysępi najlepszy kawałek kotleta.
A gdy się nudzisz... On to zauważy.
I litościwie wyciągnie Cię na spacer.
Myślisz, że to on chce wyjść. Nie!
To Ty chcesz, tylko jeszcze o tym nie wiesz :)

Może i w mrozy ciężko się zebrać w sobie i wypełznąć z cieplutkiego domku.
Może i szaleje ten gad na widok każdej piłki.
Może i ubrudzi każde jedne spodnie i każdą jedną kurtkę.
Ale za to podłogę w mieszkaniu wyścieli mięciutką kołderką ze swojej sierści.
I dogrzeje Cię w nocy. Nawet jeśli mówisz "nie wolno!", on wie najlepiej, że możesz zmarznąć i trzeba Cię szczelnie otulić swoim cielskiem.

Jeśli masz psa - rozumiesz, o czym mówię. Ale może się nie zgadzasz.
Jeśli miałeś psa, z którym los Cię rozdzielił - rozumiesz doskonale.
Jeśli nigdy nie miałeś psa... Może czas najwyższy?
Mrozy, schroniska zapchane, sierściuszki marzną. Czekają na swojego człowieka, który na wyłączność dostanie mokry nos, śmierdzący oddech i uśmiech od ucha do ucha :)
Zastanówcie się.
Tam gdzieś jest pies, który Cię potrzebuje...
Tam gdzieś jest pies, którego Ty potrzebujesz :)

Jaki pies jest? Każdy wie!
...a może i nie?

poniedziałek, 9 stycznia 2017



Chyba jestem robotem o.O

Już w porządku.
Znowu jest dobrze.
Cicho. Spokojnie. Delikatnie.
Śmiem twierdzić, że rzeczywiście jestem jakimś terminatorem. Nowym gatunkiem robota.
Jak w programie wpisałam sobie komendę "nie martw się na zapas". I działa.
Mam jeszcze równo dwa tygodnie normalności. Martwić się będę 23 stycznia, u onkologa.


Póki co wyszywam. Czytam. Sprzątam. Chodzę z psem. Gotuję. Szcześciarzuję się na maksa.
A lada dzień rusza produkcja mydełek. Nie mogę się doczekać! :D

A teraz zabrzmię dziecinnie:
Kocham prezenty i upominki!
Dzisiaj przyszła nagroda z konkursu u Ani z Aniversum.pl (sorry, że tak bez odnośnika - z telefonu piszę, nie umiem stąd takich cudów robić ;)).
Jest to kalendarz Klubu Polki na Obczyźnie (pogrzebcie na Fb ;)).
I jest cudowny!


Z Mamuśką doszłyśmy nawet do wniosku, że jestem na okładce ;)
Oj, jak ja kocham kalendarze. I książki. A tu mam dwa w jednym. OCH!

I się uśmiecham od ucha do ucha.
Ciężko się smucić, gdy się dostaje takie śliczności :)))

Przekupna Lucyniasta, przekupna... ;)
Ale za to jaka szczęśliwa, ha! :D

posted from Bloggeroid

czwartek, 5 stycznia 2017



jak nie ja

Szykuje się najbardziej osobisty wpis w dziejach bloga. Doceńcie i bądźcie delikatni w ferowaniu wyroków.

Czasami mam wrażenie, że jestem już tak dobra w udawaniu, że sama nie wiem, co tak naprawdę czuję.

Momentami łapię się na chwilach zupełnego załamania. Mentalnie daję sobie po pysku, prostuję się i gnam dalej.
Jednak przy tym wszystkim mam wrażenie, że całe plany, nadzieje, cała codzienna rutyna i marzenia, wzięły w łeb.

I cóż mi po Reksiku w domu, skoro niebawem będzie musiał wrócić do Rodziców?
I na co było kombinowanie odnośnie własnej działalności?
I po kiego diobła zaplanowaliśmy urządzenie pokoju dla dziecka?

No i znowu daję sobie po facjacie.
Nic jeszcze nie jest przesądzone, nie wiadomo, jak się skończy historia z jebanym jajnikiem.

Ale i tak odpływam myślami w kierunku moich włosów, tak cudownych!
Ledwie parę dni temu Mężny powiedział, że brakowało Mu moich długich kłaków...

Włosy odrosną, owszem. Za kolejny rok. Albo półtora.
Dożyję?

Znowu plaskacz przez pysk.

Jeść. Trzymać się diety. Nie zapominać się. Ogarnąć chatę.
I po co..?

Napominam sama siebie.
Nie mogę wpaść znów w tą otchłań, którą dogłębnie zwiedziłam dwa lata temu.
Nie mogę sobie pozwolić na załamanie.

Nie brzmi to jak ja, co?
Sama nie poznaję.
I pewnie jutro będzie lepiej.

Jestem twarda, owszem. Przez 99% czasu pilnuję swoich myśli i zachowań, byle tylko nie wybiegać zbyt naprzód.
Ale ten 1%... On mnie martwi. Przeraża.
Boję się go.
Bo nie wiem, co mi w owym procencie, w tych niespełna piętnastu minutach dziennie, wpadnie do łba.


No i swoją drogą - łeb mnie boli. Coś jakbym zaryła intensywnie kantem w lewą stroną głowy.
Tylko, że nic takiego nie pamiętam.
A boli!

No nic.
Plan na najbliższy czas to pozbyć się zapasu alkoholu.
Likierki, wina, naleweczki.
I nie zamierzam ich wylewać.
Szykują się kolejne dwa lata abstynencji - trzeba to uczcić (minutą ciszy chyba o.O).

Kurwa, zróbcie coś!
Niech wróci Lycyniasta sprzed dwudziestu czterech godzin!

Wróci. Jak wytrzeźwieje.
(To była metafora. Chociaż może nie do końca... ;))

posted from Bloggeroid

środa, 4 stycznia 2017



Wyhopsasam tego skurwiela, punkt pierwszy.

Jestem po wizycie u onkologa.
Chce mnie schemić. Tak w ciemno.
I to cisplatyną z gemzarem.
Nie wiem już, co mnie przeraża bardziej: chemia czy operacja.
Ale chyba to pierwsze...
Kolejne konsultacje w trakcie załatwiania.
Nie lubię iść jak owieczka na rzeź.
Nie dam się..!
No chyba, że nie będę miała wyjścia.


Rozmówki w gabinecie onkologa:
Lekarz - Heparegen wypisać? Już sprawdzę odpłatność. Boże, on 80zł kosztuje! Ile go pani bierze?
Ja - No idzie jak woda. Od trzech do dziewięciu tabletek na dzień.

Lekarka nie odpowiedziała nic. Zbyt była zszokowana.
Tak. Sam Heparegen wychodzi mi nawet 240zł miesięcznie. A gdzie tam przeciwbólowe i suplementacja ;)))
Jeden dzień na Pyralginie to około 8zł...
Cieszę się, że mam rentę, ale jej wysokość (1040zł ;)) czasami mnie śmieszy (jednak częściej przeraża...).
Gdyby nie Wy, Wasze SMSy i wpłaty na moje Subkonto, to bylibyśmy w czarnej dupie.
DZIĘKUJĘ! :)
posted from Bloggeroid

wtorek, 3 stycznia 2017



Cel? Plaaan!

No witam witam w Nowym Roku :)
Jak się macie, co tam i w ogóle miło Was tu widzieć :D

Tak, humor dopisuje. I to bardzo!

Przedłużyli mi rentę o kolejna dwa lata.
Hip hip, hurraaa!

Sylwester był RE-WE-LA-CYJ-NY!
Dawno tak długo nie wytrwałam ;)

No i najważniejsze:
1 stycznia z Mężnym postanowiliśmy posiadać psa.
I szybciutko postanowienie spełniliśmy - już wczoraj wwędrował nam do domu ogromny kosz, trzy miski i... Reksiu!

Mój Reksiu, który przy przeprowadzce, przez cholernego raka, został w domu Rodziców.
Kiedyś mu obiecałam, że znowu będziemy razem...
No i jesteśmy :)))


To teraz idę przerobić mu szeleczki. I troszkę go dopieścić. Ach!!!