wtorek, 17 października 2017

Stare dobre metody... :)

Notka w trybie podobnym, co na początku bloga:
Leżę już od godziny w łóżeczku, nie umiem zasnąć, ale stan podgorączkowy mocno trzyma mnie pod kołdrą.
Dzisiaj chyba dosięgłam dna paraboli codzienności, więc powinno być już tylko lepiej.
Wypiłam syropek z kwiatów czarnego bzu, popiłam syropem z młodych pędów sosny i... Trochę lepiej.
Obiecuję sobie, że w maju i czerwcu nazbieram jednego i drugiego i sama zrobię taki syropek - są wyborne, a i podobno mają właściwości magiczne lecznicze.
Włącza mi się tryb wiedźmy. Przypominam sobie czasy, gdy latałam po okolicznych polach i łąkach, lasach i parkach w poszukiwaniu szczawiu na zupę, czy liści orzecha do farbowania włosów. A i rumianek zbierałam, żeby domowy szampon zrobić ;D
Tak, domowa magia to fajna sprawa :)


W pracy jakoś leci, nie czuję się już zupełnie jak "ta nowa" ;) Ba! Wręcz irytuje mnie, gdy ktoś mnie pilnuje i patrzy na ręce. Wolę sama rozwiązywać problemy.
Krzysiek (czyli Już Nie Kawaler) jest ze mnie strasznie dumny. Czasami aż chce mi się płakać z radości, gdy widzę jego szczęście :)
Szczęśliwy Krzyś = spolegliwy Krzyś = szczęśliwa Lucynka ;p
Bez bólu udało mi się go przekonać do zakupu pewnego sprzętu domowego, o którym od lat marzę. Do tego obiecał mi coś, o czym zawsze marzyłam, ale w najśmielszych snach nie przypuszczałam, że te fantazje się spełniają.
Potrzymam Cię trochę w niewiedzy, bo zwykle chwalenie się na wyrost przynosi pecha ;)

Wracając do pracy:
Wiesz, co jest w niej najlepsze? (poza wypłatą, oczywiście ;))
Nikt nie wie, że jestem chora. No dobra, kilku najbliższym znajomym powiedziałam, ale... Ale nie ma u nich litości. Jest podziw, siła, nadzieja.
Wzbudzam nadzieję, czujesz to?!
Osiągnęłam swój cel - jestem taka, jak być chciałam. Wywołuję emocje, jakie pragnęłam wywoływać!
Ale klienci... Oni nie wiedzą. Nic nie wiedzą!
Dla nich jestem po prostu uśmiechniętą i pogodną osóbką po drugiej stronie kasy.
Taka konspiracja! ;)
Nie twierdzę, że zawsze jest lekko. Szczególnie teraz, gdy co kilka dni przypomina mi o sobie przeziębienie. Miewam też czarne myśli, typu "nie przedłużą mi umowy!" albo "nie dam rady, cholera, nie dam!".
Jednak zaciskam mocno zęby, po chwili znów się uśmiecham i... Żyję.
Jak nie będą mnie chcieli tu, to pójdę pracować gdzieś indziej.
Grunt, że jestem, kocham, żyję i... Znowu czuję się potrzebna światu.
Niesamowite uczucie! :)

Zróbisz coś dla mnie?
Uśmiechnij się. A później... Później będzie już łatwiej :)

Migawka z ostatnich dni:



piątek, 6 października 2017

No to jestem (nie)pełnosprytną kasjerką :D

Powiem Ci, że wokół pracy kasjerów obrosło dużo mitów. I pogłosek.
Że dużo niemiłych klientów, że kręgosłup boli, że dużo trzeba dźwigać...

Po trzech dniach siedzenia przy kasie, po jednym dniu pracy samodzielnej (bez kasjerki pilnującej mnie ;)) powiem, że... to jest zajebista praca! Pod warunkiem, że tylko obsługujesz kasę ;)

Czekam sobie na klientów, rozmawiam z okolicznymi kasjerkami, poznaję nowe koleżanki.
Klienci są różni, ale każdego da się rozbroić uśmiechem, szczerością i dowcipem.
"Przepraszam, lekko się zawiesiłam."
"Dziękuję za cierpliwość."
"O, to to sobie pan może sam spakować, proszę - jednorazówka."

Uśmiech, uśmiech, uśmiech. Rozbrajam nim największych gburów. Nawet dziadzio, co się słowem nie odezwał przy całym kasowaniu (i miał minę, jakby coś twardego siedziało mu w zadzie), na odchodne mi podziękował i życzył miłego dnia. Z uśmiechem na twarzy!

A ciężkie towary? Ojtam, mało tego jest. Grunt to dobra pozycja na krześle. I jazda. Kręgosłup jeszcze ani razu mnie nie bolał. Ciężko, żeby bolał, gdy pracuję po 3,5h, a jeszcze po drodze mam 15 minut przerwy ;)

Mam nowe koleżanki. Dużo! I większość świetna :) Z połową mogłabym przegadać całą zmianę.

Powrót do pracy był świetną decyzją! Polecam serdecznie :)
Jeżeli nudzi Ci się w domu, jeżeli czujesz się odcięty od społeczeństwa - Auchan Cię przygarnie, przemieli i... wypuści do domu szczęśliwszego :)


Nawet z rakiem da się pracować! :D

czwartek, 28 września 2017

Padam na pysk..

No dobra, powiem szczerze - nie ma łatwo. W sensie - wrócić do pracy. Padam na pysk i mózg mi się przegrzewa od nadmiaru informacji. Czas szkolenia, więc to chyba norma.
Za to to poczucie pozytywnego zmęczenia - bezcenne!
Atmosfera w pracy jest świetna, mam genialne dziewczyny w grupie szkoleniowej. Mogłybyśmy cały czas siedzieć i gadać. No i się śmiać ;)

Moje kopytka wymagają nowych butków, bo łażenie cały dzień w botkach (do tego na obcasie) to średnio-dobry pomysł. A adidasy mi się rozpierdzieliły.
Gdy zdejmuję buty po pracy, to mam ochotę zdjąć je razem ze stopami ;p
Tak, już się jaram zakupami ;D Tylko na wypłatę czekam.

Powiem Ci, że jestem pełna podziwu do kasjerów w marketach. Koordynacja oko-ręką, podzielność uwagi, mnóstwo wytycznych i procedur, a do tego ciągle się uśmiechać. No masakra.
Ale uczę się! Dam radę :)

Jeszcze kilka dni i będziesz mógła mnie spotkać na kasie w Auchanie w Żorach - jedynym chronionym zakładzie pracy w mieście, który naprawdę chroni.
Wiwat praca po 3,5h dziennie! :D


Idę odpoczywać. Dobranoc :)

poniedziałek, 25 września 2017

Pierwszy dzień w nowej pracy :)

Kilka wniosków po pierwszym dniu, który był bardzo szkoleniowy, ale jednak... No... Był dniem w pracy :D

A) Buty na obcasie to bardzo zły pomysł.

B) Na szkolenie BHP warto wziąć poduszkę.

C) Weź trzy razy większą torbę, niż uważasz za konieczne - ubrania robocze to spory bagaż.

D) Rozkłady jazdy autobusów są dla cieniasów - kierowcy cieniasami nie są, więc kompletnie ich nie przestrzegają (nie przyjechały trzy planowe autobusy, w końcu Mężny mnie zgarnął z przystanku).

E) Kontakt z ludźmi to zajebista sprawa!

Jestem zmęczona, ale dumna i szczęśliwa.
Powrót do pracy był dobrym pomysłem :)

czwartek, 21 września 2017

...będą kołacze? ;)

Ostatnio na fejsie pokazywałam mój "look" na rozmowę kwalifikacyjną.
Byłam na niej we wtorek.
Dzisiaj byłam na ponownej rozmowie w tym samym miejscu.
Jutro czeka mnie lekarz Medycyny Pracy (i, podejrzewam, twarde negocjacje ;))...
I jak się uda to od poniedziałku będę Kobietą Pracującą. Oby się udało!!!
Nie potrafię już usiedzieć na tyłku, chcę do ludzi.
Chcę... chcę być częścią życia, a nie tylko fragmentem na jego marginesie.


Jestem tak pełna nadziei i euforii, że aż brakło mi sił na pisanie notki ;P
Trzymajcie za mnie kciuki jutro! :)))

Pomyśleć tylko, że mój szał na pracę jest owocem złapania siebie samej na skrajnym pedantyzmie ;)

poniedziałek, 18 września 2017

Bez pracy nie ma kołaczy?

Jakiś czas temu postanowiłam uparcie, że wrócę do pracy.
Nie słuchając w ogóle głosu rozsądku, ani przestrachu w słowach najbliższych, szukam.
No bo ileż można żyć na skraju ubóstwa, prosząc wszystkich dookoła o pomoc?


Ale znalezienie pracy okazało się nie być takie proste.
Inna sprawa, gdy jest się wybrednym, bo się chce wykonywać jakiś konkretny zawód, a miejsce pracy to raczej wskazówka, niż rzeczywista przeszkoda. Wybredna (raczej) nie jestem, biorę tylko pod uwagę swoje rzeczywiste fizyczne możliwości, ale za to dojazdy mnie zajadą na amen. A prawa jazdy nie posiadam. No i samochód mamy tylko jeden, a Mężny czymś dojeżdżać musi.

Więc szukam tylko w Żorach.
Praca tu jest, a ludzi z orzeczeniem o niepełnosprawności (jeszcze znacznym!) szukają jak koloniści złota w nowo odkrytej Ameryce. Szkoda, że ta praca dzieli się na trzy rodzaje:
a) ochroniarz
b) sprzątanie
c) opieka nad starszymi.

Ochrona i ja? Super. Tylko problem w tym, że 12h nie wysiedzę, a tam nawet i po 16h pracować trzeba.
Sprzątanie? Kiedy ja ledwo potrafię pójść na zakupy i z nich wrócić (w jednym kawałku)...
Opieka nad innymi? Kiedy sama ledwo ogarniam siebie?

Bez orzeczenia szukają tylko do marketów, banków i na produkcję. Wybór niesamowity, no nie?
Noszenie towaru na półki z przerzutami na kręgosłupie? Uhm.
Do banku to tylko z wyższym wykształceniem.
A produkcja? Cały dzień stania na nogach. No tak, na pewno dam radę, kurwa.

Drugi myk to przestrach u pracodawców, gdy tylko wspominasz "rak". No co? Zdarza się. Każdemu.
Chcę pracować. To nie wystarczy?

Jakiś złośliwy głosik z tyłu głowy wrzeszczy mi nieustannie do ucha, że nie dam rady. Jednak chcę sama spróbować. Przekonać się.
Nie chcę już dłużej wegetować.

Jutro rano mam pierwszą rozmowę kwalifikacyjną. Trzymajcie kciuki, aby zechcieli zaraczoną bestyjkę :) I żeby lekarz dał mi pozwolenie na pracę.

Pierwsze, co kupię z wypłaty to... spodnie. Nierozsądnie schudłam kolejne 5kg. Nie wpadłam na to, że wszystkie moje spodnie mają rozmiar 48/50, a nie 46/48. I troszkę mi wiszą. Tu i tam.
Nie mogę się już doczekać zakupów! :D

Kolejna notka w czwartek o 18, ciekawa sama jestem, co Wam napiszę :)

czwartek, 14 września 2017

Prysznic, remedium na zło całego świata ;)

Woda to magia. Taka płynna magia, która może leczyć i ciało, i duszę.
Pewnie myślisz, co znowu ta Lucyriatka (Lucyna + wariatka ;)) wymyśliła, ale rozczaruję Cię - nie ja to wymyśliłam. Chociaż praktykuję. Namiętnie i z pasją!


Nie od dzisiaj wiadomo, że woda rozluźnia mięśnie.
Ludzkie ciało składa się w około 60% z wody, ale nasz mózg ma jej aż 80%!
Warto ten fakt wykorzystać, masując nie tylko powłokę zewnętrzną, ale i umysł :)

Przy wszelakich bólach mięśniowych, kostnych, reumatycznych (yhy, nie mam jeszcze 30 lat, a już początki reumatyzmu - wiwat chemioterapia!) preferuję gorący prysznic.
No, niezbyt gorący, żeby pikawa mi nie stanęła. Albo nie wybuchła.
Za to na urazy polecam chłodny prysznic.
Na brak energii? Prysznic.
Na zły humor? Prysznic.
Wolałabym kąpiel, ale nie posiadamy wanny (jeśli ją masz to zazdraszam!). Pozostają mi tylko różne konfiguracje prysznicowe.
Mogę sobie usiąść. Mogę stać. Mogę się oprzeć o ścianę.
Przy epizodach bólowych biorę nawet dziesięć pryszniców dziennie!
No, nie liczyłam, ale średnio co 40 minut moczę tyłek. I to działa :)

Moim sprawdzonym patentem jest łyknięcie przeciwbólków, skoczenie do gorącej wody, ubranie się w cieplutką piżamkę i zakopanie się w łóżku.
Lekkie bóle, którym bliżej do dyskomfortu, traktuję samym gorącym prysznicem.

Innym atutem tej metody jest możliwość połączenia hydroterapii z aromaterapią. I strukturoterapią (nie wiem, czy takie coś zostało kiedykolwiek nazwane i czy istnieje na to jakaś naukowa nazwa ;)).
Moim hitem ostatnimi czasy jest balsam pod prysznic Palmolive - jeden o zapachu mięty, a drugi czekolady.
Już pal licho zapachy - one mają... konsystencję budyniu!
Kto nigdy nie marzył o kąpieli w budyniu?!
W czekoladowym budyniu...
Do tego pieni się jak szalony. I pachnie. Długo. Mocno.
Aż pyszczek mi się śmieje na samą myśl :)
(dla formalności - żel kupiłam sama i nikt nie płaci mi za reklamę, on po protu jest fantastyczny!)

Łazienka jest dla mnie azylem spokoju.
Zamykając za sobą drzwi kabiny, zamykam się przed całym światem. 
Mam gdzieś wojny, głód, cierpienie, chorobę, wrednych ludzi, sytuację gospodarczą, problemy finansowe.
Jestem tylko ja i woda.
Jej szum, ciepło, zapach kosmetyków, miękkość gąbki...
Nie liczy się nic więcej.

Spróbuj. Warto :)
A już w poniedziałek zapraszam na nową notkę :)

poniedziałek, 11 września 2017

Stres = ból

Pisałam Wam o wpływie stresu na ból. Zaczęłam tworzyć kolejne notki o odstresowaniu, ale za każdym razem zbaczam na temat bólu. Metody relaksacji to też metody walki z bólem.
Bo, w sumie, oba tematy są tożsame.
Żeby to przyznać potrzebna jest odwaga i wzięcie odpowiedzialności za swoje życie.
Wiem, że łatwiej i szybciej byłoby żyć na haju, brać przeciwbólki, dryfować w nurcie codzienności.
Jednak ja chcę być sobą, a nie przećpaną wersją siebie.


Nie będę ukrywać, że ograniczam spożycie leków do minimum.
Lepiej się czuję.
Żyję z czystym, niezaćmionym lekami, umysłem. 
Jestem w pełni poczytalna i w pełni jestem sobą.

Bo leki jednak robią dziwne kuku - nawet ich niewielkie ilości mają ogromny wpływ na układ pokarmowy, nerwowy, a nawet pokuszę się o stwierdzenie, że zaburzają osobowość.
No i uzależnić się jest dużo łatwiej, niż można by przypuszczać.
I niech lekarze mówią, że to nieprawda, ble ble ble, sprawdziłam na swoim własnym, udręczonym ciałku.
Już trzeci dzień na lekach sprawia, że jestem apatyczna, nerwowa, do tego odczuwam silną potrzebę sięgnięcia po kolejną dawkę, nawet jeśli nic mnie nie boli.
Dlatego szukam alternatyw w leczeniu bólu. Wiem już, że stres = ból. Pewnie sprawia to napięcie mięśniowe.
Walka ze stresem jest jednocześnie walką z bólem.
Walka z bólem jest też walką ze stresem.
Nie da się wykluczyć jednego, bez ingerencji w drugie.
To zamknięty krąg.
Choroby nowotworowe są źródłem OGROMNEGO stresu. I źródłem bólu.
Śmieszy mnie czasami to, że dopóki nie wiedziałam o przerzutach na kręgosłup to on mnie nie bolał.
Dowiedziałam się o nich i DUP - bolał co chwilę.
Im bardziej zagłębiałam się w metody relaksacyjne, tym mniej leków musiałam łykać.
Teraz jedynie największe ataki bólu traktuję lekarstwami.
Dopóki jestem w stanie myśleć to kombinuję, jak pozbyć się problemu w naturalny sposób.

Dlatego też seria o walce ze stresem będzie też serią o walce z bólem.
Jedno i drugie jest ze sobą splecione niewiarygodnie skomplikowanym węzłem - łatwiej jest pozbyć się obu, niż walczyć z każdym z osobna ;)

W czwartek o 18:00 zapraszam Cię na wpis o wodzie, a dokładniej o prysznicach i kąpielach.
Coś, co uwielbiam! :)

czwartek, 7 września 2017

Antystresant - akwarium :)

W poprzednim poście obiecałam Wam napisać kilka metod na walkę ze stresem.
Planowałam jedną notkę zbiorczą, ale okazało się, że mam tego tyle w zapasie, iż spokojnie mogę stworzyć cały cykl.


Miało być dzisiaj coś innego, ale... No właśnie :D

Od poniedziałku Krzyś miał wolne w pracy.
No i stało się to, co planowaliśmy już niemal od trzech lat.
Zupełnie zmieniliśmy biotop w naszym akwarium. I wystrój. I obsadę. I wszystko!
Wyglądało to tak:



Wstyd się przyznać, ale zrobiła się nam straszna "zupa rybna".
Mieliśmy tam wszystko, od skalarów, przez gurami, po pielęgniczki.
No tragedyja na kółkach (a raczej "w szkle").
Zakasaliśmy rękawy, odłowiliśmy rybki. W sumie na trzy raty, bo dużo ich było.
Wymieniliśmy starą obsadę na nową. No i... jazda!






Po dwóch dniach pracy mamy to:









Wieczorami, zmienia się to na:


Na zdjęciach tego aż tak nie widać, ale...
mamy mały, prywatny kawałek jeziora u siebie w domu :)

Jak działa na człowieka akwarium?
Jeżeli podejdziesz do tego z głową i wiedzą to masz pełen relaks. Patrzysz i czujesz dumę. Odpływasz przy szumie wody i tańczących rybkach...
Szybko doczekasz się małych rybek, a wtedy duma rośnie razy pięć.
Młode rybki możesz w sklepie zoologicznym wymienić na lepszy sprzęt czy jedzenie. W ten sposób właśnie udało się nam bardzo niskim kosztem stworzyć Malawi :)
Wiele osób (szczególnie tych, które akwarium w życiu nie miały) twierdzą, że akwarystyka jest nudna. Nie jest :)
Jest relaksująca i masująca umysł bąbelkami z pompek :D

Wczoraj byliśmy w hurtowni elektrycznej.
Okazało się, że ponad połowa jej pracowników ma w domu akwaria!
Wpadliśmy tam dosłownie na chwilkę (po zasilacz do LEDów ;)), a siedzieliśmy ponad pół godziny, bo rozgorzała dyskusja o naszych szkiełkach!
Wiedziałam, że psiarze dogadują się z psiarzami, kociarze z kociarzami, ale nie wiedziałam, że tak samo działa to w przypadku akwariów.
Dodatkowo na Facebooku jest mnóstwo grup o akwarystyce, gdzie w każdej chwili można poprosić o pomoc, lub po prostu pochwalić się rybkami.
Lubię się chwalić rybkami.
Szczególnie tym, że pamiętam ich łacińskie nazwy ;P
(Aulonocara Fire Fish, Cynotilapia zebroides Likoma Red Top, Labidochromis caeruleus Lion’s Cove ;))

Zaczynając zabawę w "akwarystykę na swoim" nie sądziłam, że stanie się to naszym wspólnym hobby. Pół naszego życia kręci się wokół akwariów, drugie pół wokół kotów i psa. Świetny sposób na to, żeby zapomnieć o całym świecie (nie tylko o stresie).

Chcecie zacząć zabawę w akwarium?
Polecam zacząć od akwarium 30-40l z bojownikiem. Bojowniki są piękne i mało wymagające.
Potrzebujesz na start tylko akwarium, grzałki, filtra, opakowania żwirku i z dwóch roślinek. No i bojownika ;)
Inną obsadą na start są gupiki. Mnożą się jak szalone, do tego są żwawe, kolorowe i przeżyją nawet w kałuży.

Nie będę pisać o tym, jak zakładać akwarium, bo o tym jest mnóstwo stron w internecie (tylko pamiętajcie: nie słuchajcie sprzedawców w sklepach zoologicznych - 90% z nich nie ma zielonego pojęcia o tym, co sprzedaje; pozostałe 10% wie, co sprzedaje, ale chce sprzedać wszystko, jak leci).
Zarzucę tylko linkiem - klik!
Tam dowiecie się wszystkiego, co jest konieczne przy starcie akwarium.
Nie bójcie się ilości tekstu - w praktyce wszystko jest dużo prostsze :)

Tak oto udało mi się odhaczyć post o odstresowaniu i aktualizację stanu akwariów za jednym razem, taka zdolna jestem! :D

Widzimy się ponownie w poniedziałek o 18:00! :)

poniedziałek, 4 września 2017

Bo to zły zębolog był - czyli o wpływie stresu na samopoczucie

Ogólnie, na co dzień, to ja jestem całkiem sprytna foczka:
biegam, latam, gadam - pełny serwis!
Jednak czasami coś mnie rozłoży. I nie byłabym sobą, gdybym nie odkryła przyczyny owego rozkładania.

I tak znalazłam w moim notesiku dziwne ciągi przyczynowo-skutkowe:
Tomografia? Dzień później boli wątroba.
Onkolog? Dzień później boli wątroba.
Brak kasy? Patrz wyżej.

Tak się złożyło, że w zeszłym tygodniu Krzyś spadł z jebanej drabiny
(albo raczej: "Jebany Krzyś spadł z pierdolonej drabiny").
A jeszcze dzień później byłam u zębologa.

Nie to, żebym miała coś do zebologów - ja ich lubię i szanuję.
Jednak sądzę, że coś musi być nie tak z człowiekiem, który zawodowo para się trzymaniem wiertarki w paszczy innych ludzi.

To trochę jak z pająkami:
fascynujące stworzenia, piękne i majestatyczne.
No ale trochę niepokojące jest to, że mają aż osiem nóg, kilka kompletów oczu, a do tego są włochate i plotą pajęczyny (swoją drogą: jako dziecko sądziłam, że pajęczyna to samica pająka :D).

Mogę lubić jakiegoś pająka, nawet go dokarmiać i doglądać. 
Mogę podziwiać ich zdjęcia, szczególnie macro - genialna sprawa.
Ale niech tylko to ośmionożne bydle się do mnie zbliży, to ja od razu mam minizawał.
Mimo całego opanowania i podziwu dla tych potworków, dzięki którym przez trzy lata ukrywałam swoją arachnofobię przed Mężnym, mówię im po prostu:
"Trzymaj się z daleka! 
Zbliżanie grozi spotkaniem z kapciem (lub odkurzaczem)."


I tak samo mam z zębologami.
Mój dentysta to zdolny i empatyczny facet, ale... No kwa, jest zębologiem.
Póki jest daleko to go uwielbiam.
Jednak gdy tylko wchodzę do jego pajęczyny gabinetu to serducho chce mi gardłem wyleźć.
Ale go szanuję (i nienawidzę, kwa).

Wracając do tematu:
Krzyś spadł z drabiny, ja byłam u zębologa, a dzień później:
A P O K A L I P S A

Brzuch napierdala, plecy łamią, łeb pęka.
I na nic przeciwbólki, bo po nich ból mnoży się razy pińć.
Pomaga tylko gorący prysznic.
Pewnie dlatego, że wodę kocham wprost proporcjonalnie do tego, jak nienawidzę pająków i dentystów (razem wziętych!).
Woda jest moim najlepszym lekarstwem.
Nawet zrezygnowałam z abonamentu w Storytel, żeby mieć kasę kilka razy w miesiącu wyskoczyć na basen :)

Meritum tudzież apel?

Stres to zło.
Unikajcie stresu, a będzie dobrze.
No. Może w następnej notce podzielę się kilkoma metodami na odstresowanie?

Widzimy się w czwartek o 18:00! :

piątek, 1 września 2017

Howl..!

Czasami mam wrażenie, że wyszłam za wilkołaka.
Zasypiam z Tofikiem (Mężnym, w sensie).
Rano budzę się z Reksem.

Zgadzałoby się też to, że kości ma ze stali, lubi ryzyko i zgubił gdzieś zdrowy rozsądek.
Z tego względu średnio raz w miesiącu spada z drabiny.
Statystyczne "raz w miesiącu" wypadło we wtorek - chodzi cały poowijany w bandaże, kuśtyka przy każdym kroku.
Ale, jak na wilkołaka przystało, nie usiedzi w miejscu i lata do pracy.
Bo co to jest kilka siniaków, otarć i wyrw w skórze?

Czasami mam ochotę użyć mojego tasaka i skrócić jego męki. 
Albo nabić mu trochę rozumu do głowy.
Ale niestety, tasak jest ze stali nierdzewnej, a nie ze srebra.
A tylko srebro jest w stanie skaleczyć wilkołaka.
Cholera.

;)


Widzimy się ponownie w poniedziałek o 18:00! :)

środa, 30 sierpnia 2017

Pyszne śniadanko daje kopa ;)

Nosz muszę się pochwalić!

Od jakiegoś miesiąca, codziennie rano, robię sobie pożywną papkę ;)
Papka okazała się tak smaczna, że nie umiem bez niej żyć. Wieczorami już marzę o poranku, aby znowu sobie trzasnąć takie papu.

Czego potrzebujemy? Blendera, owoców, płatków owsianych (jęczmiennych, orkiszowych, cokolwiek z błonnikiem ;)).

Płatki zalewamy wrzątkiem, aby zmiękły. Preferuję dwie łyżki płatków owsianych i dwie łyżki płatków jęczmiennych.
Ulubione owoce blendujemy na papkę. Moje sprawdzone miksy to:
- jabłko, banan
- jabłko, brzoskwinia
- brzoskwinia, banan,
- jabłko, melon (świetny mix!)
- banan, melon
- nektarynki, śliwki.

Papkę mieszamy z płatkami (lub ugotowaną kaszą, tak z 50g). Dorzucamy garść drobnych owoców (lub większych, ale posiekanych ;)) - borówki, winogrona, jagody, maliny, truskawki.



Na zdjęciu jest owsianka z jabłkiem, bananem i borówkami. Chętnie dorzuciłabym do tego garść orzechów lub słonecznika, ale wyszły wczoraj wieczorem ;)
Uwielbiam jeść ją z kufla Mężnego (ale ciii, nie może o tym wiedzieć ;P). Taka ilość zwykle starcza mi na śniadanie i drugie śniadanie. Ale czasami wchapię od razu ;P

Takie śniadanie ma około 500kcal, masę witamin i błonnika, a do tego świetnie poprawia humor. Dodatkowo łatwo je wpakować do pojemnika i wziąć ze sobą w trasę :)

Musiałam się z Wami podzielić takim odkryciem. Jeszcze miesiąc temu nie uznawałam owsianki bez mleka. Da się? Da się ;)

Jakie są Wasze ulubione pomysły na śniadanie? :)


poniedziałek, 28 sierpnia 2017

Muzyka - znajdziesz ją wszędzie!

Środek nocy.
Cały blok drzemie w ciszy, miasto uśpione dryfuje w snach.
I ja, w łazience. Oparta o umywalkę, patrzę w oczy swojego lustrzanego odbicia.
"Kim jesteś?" - pytam samą siebie. Odbicie nie odpowiada, tylko uśmiecha się do mnie - butnie, dziko, nieco arogancko, ale wciąż życzliwie.
I wtedy to dotarło do moich uszu...
 Zaciekawiona i zaskoczona rozglądam się dookoła, szukając źródła dźwięku.

Melodia. Urocza melodia, wygrywana zapewne na flecie. Niedoskonała, ale cudowna, jak potrafią być tylko melodie wygrywane przez dzieci uczące się muzykować, ale już umiejące komponować ze sobą dźwięki.
"Fis, D, C, Fis...?" - zastanawiam się gorączkowo, próbując zapamiętać układ dźwięków.
Dalej wędruję po malutkiej łazience, staję na palcach, próbując dosięgnąć uchem kratki wentylacyjnej.
Nie.
To nie to. To nie stąd. Melodia się urywa.
Rozglądam się, uśmiechnięta już od ucha do ucha.
I znowu!
Słyszę ją wyraźnie!
Mam ochotę zapląsać wesoło w takt tej lekkiej muzyczki, która musi być wygrywana przez jakiegoś małego elfika! Musi!
Jakie dziecko gra na flecie o drugiej w nocy?!
Zmęczona siadam na klapie muszli klozetowej.
Muzyczka jakby głośniejsza...

I zaśmiałam się, w środku nocy, siedząc na muszli. Trochę upiornie, bo to jednak środek nocy, no ale...
Nie codzień człowiek ma ochotę tańczyć do syczenia powietrza w rurach od spłuczki.

Melodię zapamiętałam. Będę próbować odtworzyć ją na skrzypcach. W środku nocy, w łazience.
Może ktoś jeszcze się dzięki niej uśmiechnie? :)



piątek, 25 sierpnia 2017

Żyć z wizją końca?

Od dłuższego czasu staram się rozwijać. Wiecie, stan rolki papieru toaletowego ;)
Czytuję sobie różne książki, słucham podcastów i audiobooków i jakoś to leci.

Ostatnio trafiłam na książkę Stephana Coveya "7 nawyków skutecznego działania".
Drugi nawyk zatrząsł posadami mojego świata...

Mówi się, że trzeba żyć, jakby jutra miało nie być.
Żyć, jakby to był ostatni dzień Twojego życia.

Rozumiałam to zawsze jako... no... "rzucić wszystko w pizdu i pojechać w Bieszczady... albo na Bora Bora".
Skakać ze spadochronem, latać helikopterem, jeździć szybko samochodem, sprzedać dom, rozpieprzyć całą kasę na przyjemności codzienne.
Nie chciałam tak żyć. Nie chciałabym zostać zapamiętana jako tchórz, który spieprzył, bo bał się śmierci.

Wracając do książki.
Druga zasada brzmi: "Zaczynaj z wizją końca".
Łzy stanęły mi w oczach, gdy to zobaczyłam. Bo... ja nie chcę pamiętać o tym, że mogę umrzeć. Chcę całą sobą zapomnieć o tym raz na zawsze, pożegnać owe widmo ciążące mi każdego dnia.
A jednak okazuje się, że te widmo może być pozytywne.

Co by było, gdyby "żyć, jakby jutro miało nie nadejść" oznaczało "żyć, aby zapamiętano cię tak, jak chcesz być zapamiętany"?
Klepki we łbie się przewracają, otwierają, zatrzaskują z głośnym hukiem, następuje zmiana priorytetów i... zdajesz sobie sprawę, że to ma sens.

Niczego mnie ta rada nie nauczyła. Bo już z niej korzystam.
Wybieranie priorytetów, skupianie się na rzeczach ważnych, wyrzucanie z życia tego, co zbędne.
Dowiedziałam się jednego:
warto żyć tak, jakby jutra miało nie być.

Co do książki - polecam! :)



czwartek, 24 sierpnia 2017

Każdy mądry, kto tego nie przeżyje.

Jakiś czas temu ściągnęłam sobie aplikację na telefon. Taka sobie, ot, zlicza kalorie zjedzone i spalone. Jednak dodatkowym jej atutem (tak myślałam!) była możliwość dzielenia się posiłkami, uzupełniania dziennika diety, dzielenia się przemyśleniami z całą społecznością korzystającą z tej aplikacji.

No to jazda, uwielbiam takie rzeczy! Napaliłam się jak kocur w marcu, grzecznie pisałam, co jem (chociaż nie zawsze jestem taka grzeczna), chwaliłam się zdjęciami z mojej metamorfozy, komentowałam i wspierałam innych.
Do czasu.
W końcu pochwaliłam się moją tabelką dietetyczną (z tej notki). Rozgorzała taka dyskusja, że aż sama nie dowierzałam!

Komentarze typu "no pewnie człowiek pierwotny latał po lesie z notesem i długopisem", albo "jesz, kiedy chcesz, po co to zapisywać" nieco mnie podburzyły, ale nie dawałam się.
Na swoje nieszczęście pochwaliłam się chorobą.
Oj, okazało się, że jest tam tyyyylu lekarzy!
Nagle znaleźli się mędrcy, którzy stwierdzili, że sama sobie tego raka karmię (tymi ogórkami, czy może pomidorami? albo może chlebem pełnoziarnistym?), że powinnam przejść na dietę ketogenną (czyli wchłaniać ogromne ilości tłuszczu i mięsa).
A gdy już napomknęłam, że najchętniej bym przeszła na pełny wegetarianizm, bo nie lubię mięsa to... no nie było już ciekawie.

I tak się zastanawiam, co ludzie mają w głowach.
Dlaczego próbują nakłonić innych do życia według obcych zasad.
Dlaczego są tak zamknięci?
Dlaczego traktują innych jak półmózgie yeti?
Dlaczego reagują agresją na odmienne poglądy?

I tak zrezygnowałam z tej aplikacji. Może głupio się przyznałam do choroby.
Zawsze pomstowałam na innych, czemu nie przyznają się do raka.
Już wiem.
Gdybym wiedziała, jakie reakcje wywoła ta informacja to... też bym się nie przyznawała.

Jestem chora, ale to nie znaczy, że każdy ma prawo dyktować mi drogi leczenia, zachowania, diety, ćwiczeń.
Jestem chora, ale nie jestem przez to gorsza czy słabsza.
Jestem chora, ale żyję, czuję i myślę.
Dalej jestem człowiekiem.

Nie chcę nikomu zawadzać, nie chcę się z nikim kłócić, ale...
Dajcie mi żyć po mojemu.
To moje życie, moje decyzje i nikomu nic do tego.
I tak zrobię, co będę chciała.

A właśnie chcę zjeść frytki. Dużo frytek. Na pocieszenie, o!


wtorek, 22 sierpnia 2017

Wstać i żyć - nie takie proste.

Wiem, że zagląda tu mnóstwo osób chorych na wszelakie paskudztwa. Zdaję sobie też sprawę z tego, jak cierpi psychika, gdy jest się przez kilka(naście) miesięcy przykutym do łóżka.
Opieka medyczna umywa ręce w momencie, gdy przestają leczyć ciało. Możesz latać do psychologa, ale... gdy jest z Tobą źle to zwyczajnie Ci się nie chce. Albo nie masz siły.

Kilka miesięcy spędziłam w stadium półroślinnym.
Spałam, wstawałam, przenosiłam się na rozkładany fotel w dużym pokoju i... spałam dalej.
Podobało mi się to? Nie, absolutnie. Ale nie miałam najmniejszej motywacji do zrobienia czegokolwiek.
Moim wybawieniem okazał się... notes i długopis.
Jak dziś pamiętam pierwszą listę zadań, którą w nim napisałam:
- wstać
- złożyć fotel
- zjeść śniadanie na siedząco
- zadzwonić do Mamy
- zadzwonić do Krzysia.

Dzień później do listy dorzuciłam:
- obejrzeć Shreka.

Kolejny dzień później:
- przeczytać "Małego Księcia".

Po jakimś tygodniu napisałam: "Założyć bloga".

Z dnia na dzień dorzucałam sobie zadań. Nie były ambitne. Były wręcz banalne, ale dzięki temu kładłam się wieczorem do łóżka z myślą, że zrobiłam wszystko, co chciałam.


Od tamtej pory ja i notesik jesteśmy nierozłączni. Nastał już bodajże szósty zastępca pierwszego notatnika, a ja powoli wracam do żywych. Bardzo żywych.

Z czasem zaczęłam rysować tabelki na miesiąc i tydzień, żebym mogła cokolwiek zaplanować. Pojawiły się całe projekty, plany diety i treningów.

Dopiero później, dużo później, dowiedziałam się, że taki system nazywa się Bullet Journal (klik!).
No i bujam się z nim już z trzy lata. Jest moim przyjacielem. Leczy moją wodę w mózgu, powoli zamieniając ją na olej.
Zapisuję wszystko, co wydaje mi się ważne, żeby już o niczym nie zapominać.
Bo powiem Wam, że po chemii to ja czasami nawet zapominałam, jaki mamy nie tylko dzień tygodnia, ale nawet miesiąc czy rok!
Teraz zapisuję, co jem, co piję, ile ćwiczę, do kogo mam się odezwać, kiedy opłacić rachunki, co w domu wymaga zrobienia, kto u mnie coś zamówił, wszelakie terminy. System ciągle doskonalę.
90% notek powstało najpierw w moim plannerku.

Jak wspiszecie w Googlach "bullet journal" to wyskoczą Wam zdjęcia pięknie prowadzonych, kolorowych notatników, gdzie wszystko ma swoją tabelkę, rubryczkę, obrazek.
Mój wygląda raczej jak brudnopis, jest czarno-niebieski, czasami pojawi się w nim jakaś zagubiona naklejka. Ale działa. I o to w tym chodzi :)

Najładniejsza z moich tabelek:


 A to aktualny tracker diety: na fioletowo zaznaczone godziny snu, pionowymi czarnymi kreskami zaznaczam posiłki, wpisuję też ilość wypitej kawy i wody, zjedzone kcal i spalone kcal. Taka tabelka pomaga mi trzymać się w ryzach ;)


Zwykle po prostu piszę, bazgrolę. Raz-dwa razy na tydzień biorę zakreślacz i zaznaczam rzeczy, które rzeczywiście są ważne.

Polecam taki planer z całego serca. Dlaczego?
Bo na pewno masz w domu narzędzia, których potrzebujesz: kawałek kartki i coś do pisania.
Fizycznie potrzebujesz tylko tych dwóch rzeczy, aby wrócić do normalności.
Cała reszta zależy od Ciebie.
Notatnik jest Twoją wędką - co z nią zrobisz, zależy tylko od Ciebie :)


wtorek, 15 sierpnia 2017

...bo ty już jesteś zdrowa.

Niewiele tekstów potrafi mnie wkurzyć tak, jak: "Łatwo ci mówić, bo już zdrowa jesteś!".

Zdrowa? Jeżeli ja jestem zdrowa to w dupie mam takie zdrowie.
W każdej chwili mogę znowu trafić na chemię, ciągle czuję platynę w kościach, szwy nie dają mi normalnie funkcjonować.

Dzień zaczyna się od ostrożnego rozciągania z szybką kalkulacją, co mnie boli, czy jestem w stanie wstać i co mam wziąć. Nawet jeśli rano nic mnie nie boli to wcale nie oznacza, że wieczorem będzie tak samo.
Nie ogarniam czasami, co mogę zjeść, czego nie mogę. Czasami nawet zwykła owsianka czy bułka wywołuje ból. I to niekoniecznie wątroby!
Żołądek mam tak spalony, że na dzień dobry czeka mnie stosik tabletek.
Nerki, zniszczone po chemiach i kontrastach, reagują na każdy przeciąg i każdy niedobór wody. Najgorzej jest w upały - wszystkie wypite płyny wypacam, a niewypłukane nerki bolą przy każdym ruchu.
Zęby dalej mi się łamią z byle powodu. Zmiany pogody owocują kłuciem w klatce piersiowej.

Jest jedna rzecz, która czyni mnie zupełnie zdrową i pełną siły.
Jest to olejek CBD z konopii.
To jest taka śmieszna (i tragiczna) luka: teoretycznie on nie jest nielegalny w Polsce. Nie zawiera THC, więc luz. Ale... Właśnie, ALE. Nie kupisz go w aptece, ani w żadnym innym oficjalnym sklepie. Bo jest z konopii. A konopia jest zła z zasady, nawet, jeżeli nie ma właściwości narkotycznych.
Dwa miesiące łykałam potulnie. I czułam się jak nowonarodzona.
Kropelki są na wyczerpaniu, oszczędzam jak się da. I z dnia na dzień czuję się gorzej.
No ale przecież w Polsce ich nie ma. Bo takie prawo.
Sprowadzane z zagranicy kosztują 500 zł za buteleczkę. Przy pełnej dawce starczą na miesiąc.
Nie stać mnie.
Normalnie w świecie mnie nie stać.
Nawet sumienie nie pozwala mi płacić pięć stów miesięcznie za... Normalność.

Czasami żałuję, że w ogóle się urodziłam. Albo, że rakowi nie udało się mnie zabić w pierwszym starciu.
Jednak zaraz potem daję sobie mentalnego strzała w pysk, poprawiam koronę i zapierniczam. Może ze strachem o jutro, może w niepewności i bólu, ale żyję.
I nie wypominam nikomu, że jest zdrowy.


* * * * * * * * *
Komentarze karmią blogera. Najedzony bloger to szczęśliwy bloger ;)

niedziela, 13 sierpnia 2017

Rok temu o tej porze... :)

Aż ciężko uwierzyć, ale dzisiaj mija już rok od naszego ślubu :)

Chciałam napisać post, co się zmienia po ślubie, ale dochodzę do wniosku, że zmieniła się tylko ilość kwiatków w mieszkaniu (prosiliśmy o rośliny doniczkowe, zamiast standardowych wiązanek), sprzęt domowy i trochę mebli. No i odciski na palcach od obrączek.
Cała reszta jest dokładnie taka, jak była.
No, poza moim podpisem.
Przed ślubem było: Polaków
Pół roku po ślubie było: PolCzabaj
Już jest po prostu: Czabaj ;)

Ślub zorganizowaliśmy w 3 miesiące. Bardzo okrojony budżet też się udało wyminąć. Fajny to był dzień :)

Obiecywałam Wam zdjęcia z imprezy. No to wrzucam ;)
Nie było łatwo wybrać takie, aby nie pokazywać wizerunków osób postronnych, ale jakoś to ogarnęłam. Enjoy! :)))

Mój Pan nawet się ogolił na tę okoliczność... ;)

Makijaż ogarnęłam sama. Z nawet fajnym efektem. Jednak nie zapomniałam fachu w rękach :)

/
To zdjęcie mnie rozwala za każdym razem, gdy je widzę - Kuboty do garniaka? No ba! Nowy krzyk mody :D

Mina zawstydzonego Tofika? Rzadki widok...


Nie wiem, jak to możliwe, ale fajnie tu wyszłam ;)


Ostatni buziak przed uroczystością :)

Wymagało to wiele wysiłku i kombinowania, ale... dał się zaobrączkować!

Pan prezydent... ;)

Są Czabajki, jest moc!

Jaka dumna...


Widać po moim wzroście, że już zmieniłam buty ;)

Córeczka Tatusia :)

I córeczka Mamusi... ;)

I żyli długo i szczęśliwie... :)

* * * * * * * * *
Komentarze karmią blogera. Najedzony bloger to szczęśliwy bloger ;)