czwartek, 25 maja 2017



Historia z żyć wyjęta

Dawno dawno temu, zapewne wczoraj, była sobie kraina. Mlekiem nie płynęła, ale miodu w niej było, ile dusza tylko może zapragnąć. Jak okiem sięgnąć rozciągały się pola i łąki, pełne barwnych plam. Kwiaty kołysały się na wietrze, pięły się dumnie do nieba, rozgrzewając swoje płatki w ciepłych promieniach słońca.

W krainie tej mieszkały owady. Wszelkie rodzaje i gatunki, jakie tylko kiedykolwiek świat widział.

W owej Kwiecistej Krainie żył sobie Pędraczek. Pędraczek był nikim, szarym robakiem w tłumie owadów. Od innych odróżniało go tylko jedno - jego marzenie.
Marzenie narodziło się, gdy Pędraczek ledwo wypełzł ze swojego jaja. Do gniazda przyleciał Pan Motyl. Był piękny! Skrzydła mu skrzyły przy każdym ruchu, czułki miał długie, zaś odnóża pełne gracji i powabu. Pędraczek zamarzył, aby być taki jak on! Jak Pan Motyl!

Czas mijał, Pędraczek zajmował się codziennymi obowiązkami, ale... każdego dnia wdrapywał się na sam czubek najwyższej trawy i marzył. Marzył o lataniu, o kolorowych skrzydłach, marzył o byciu motylem.
Parę razy próbował latać, skacząc z samego czubka trawy. Oczywiście, nigdy mu się to nie udawało. Jednak zauważył, że gdy spada, powstaje za nim nić. Śliczna nić, niby pajęczyna. Pędraczek postanowił zatrzymywać te nitki, jako pamiątki po ułamkach sekund, kiedy był w powietrzu i wydawało mu się, że jeszcze troszeczkę, jeszcze odrobinka, i poleci. Ten cenny moment tuż przed uderzeniem w ziemię, gdy czuł się wolny i spełniony.

Codziennie, wracając z pracy, wdrapywał się na swoje ulubione, najwyższe źdźbło i śnił. A później próbował latać. Po kilku sekundach leżenia na ziemi, z boleśnie poobijanym odwłoczkiem, zbierał się i wracał na swój spód listka. Z każdym dniem przybywało niteczek. Zwisały smętnie z brzegu liścia, iskrząc i powiewając na wietrze.

Któregoś dnia jego próbę lotu widziała Pani Pszczoła. Podleciała do leżącego Pędraczka, pomogła mu wstać. Po czym stwierdziła, że jest głupi i powinien wziąć się do pracy. Porządnej pracy, takiej jak w ulu, gdzie każdy doskonale wie, co ma robić.
Pędraczek nic nie odpowiedział, skulił się w sobie. Może jego praca w Przeżuwalni nie była szczytem możliwości i osiągnięć, ale nie wadziła mu. Najważniejsze, że nie przeszkadzała mu w marzeniu o byciu motylem!

Jednak po krainie szybko rozeszła się wieść, że Pędraczek próbuje latać. Był wytykany odnóżami, nachodzony przez handlarzy sztucznymi skrzydłami (które, jak każdy z nas wie, do niczego się nie nadają). Znalazł się nawet handlarz techniką IT, który zaproponował mu udział w badaniach klinicznych nad najnowocześniejszą technologią tworzenia skrzydeł.
Pędraczek czuł się samotny. Bolało go ciało, od ciągłego zderzania się z ziemią. Ale jeszcze bardziej bolała go dusza, kiedy nikt nie potrafił zrozumieć jego marzeń.

Pędraczkowa kolekcja nitek rosła w zastraszająco szybkim tempie. Pan Pająk postanowił osobiście ją obejrzeć!
Przybył, owiany aurą tajemniczości i grozy. Najpierw zaproponował, że kupi wszystkie nitki Pędraczka. Kiedy ten się nie zgodził, spróbował sprzedać mu schemat na, rzekomo, najwytrzymalszą z sieci, w którą można łapać słabsze robaczki i je sprzedawać na czarnym rynku.
Pędraczek znowu się nie zgodził, ale Pająk nie ustępował. Obiecał, że sam splecie pajęczynę z tych niteczek, ale Pędraczek będzie musiał mu oddawać część ofiar.
Pędraczek podziękował Pająkowi za wizytę i go wyprosił.

Mijał czas, niby szykany się uspokoiły, ale... Pędraczek dalej czuł na sobie spojrzenia tysięcy robaczków.

Pewnego razu spotkał na szczycie swojej ulubionej trawki Motylicę. Spojrzała na niego swoim zwierciadlanym wzorkiem i powiedziała mu tylko jedno, jedyne słowo: "Próbuj!", po czym poleciała w stronę słońca. Wiadomo przeca, że motyle to płochliwe stworzenia.

Więc Pędraczek dalej zbierał swoje niteczki, układał kolorami, pieścił je, czyścił, rozmawiał z nimi w tylko im znanym języku. Czasami wyplatał z nich jakieś meble czy ozdoby - miał już miękkie łózko, z puchatą poduszeczką i ciepłą kołderką, wygodny fotel, gustowny dywanik. Mimo to - nie miał dość. Nitek ciągle było mu za mało!

Nadszedł dzień, którego obawiała się cała Kwiecista Kraina. Już od rana się chmurzyło, słońce nawet przez chwilkę się nie pojawiło na niebie. Zaczęło wiać.
Pędraczek szybko, w panice, powiązał swoje niteczki tak, aby go ochroniły przed zimnem. Ułożył się w łóżeczku. I zapadł w sen.

Burza zabiła wiele owadów. Jeszcze więcej z nich zostało rannych lub trwale okaleczonych.
Pędraczek nie pojawił się w pracy. Codziennie pod jego kokonem stawały zaciekawione robaczki, ale nic nie widziały przez szczelną ścianę z niteczek.

A Pędraczek zapomniał, że istnieje świat zewnętrzny. Zjadał powoli liść, który był mu wcześniej domem. Każdą chwilę wolną od odpoczynku czy jedzenia, plótł. Bo gdy zasnął w swoim tkanym łóżku, miał sen. Sen o skrzydłach wyplecionych z nici, która błyszczała w słońcu niby tęcza.

Czas mijał, Pędraczek pracował. Nikt mu nie przeszkadzał. Nikt go już nie próbował zniechęcić.
Może był samotny, może nie widywał słońca, ale robił to, co kochał.

Gdy już skończył swoją pracę, otworzył kokon. Wyszedł.
Przywitał go chóralny śmiech.
Bo jego skrzydła... No cóż, nie były idealne - poskręcane, pozlepiane. W kokonie nie miał więcej miejsca, aby zrobić je ładniejsze.
Jednak Pędraczek wiedział, że nitka potrzebuje blasku słońca. Wtedy lśni najpiękniej! Wtedy jest najtwardsza! Zauważył to podczas skoków z trawy. Robił to tyle razy... Wiedział, jak zachowuje się nić w deszczu, w słońcu, w nocy, w cieple i na zimnie.
Teraz potrzebował słońca...
Odpełzł, odprowadzany pogardliwym spojrzeniem tłumu.
Wpełzł na swoje źdźbło i zasnął.

Obudził go hałas. Owady przekrzykiwały się wzajemnie, prawiły coraz bardziej wymyślne komplementy na temat skrzydeł Pędraczka.
Pędraczek, który już pędrakiem nie był, wzruszył ramionami i odleciał.
Zrozumiał, dlaczego motyle są płochliwe. I dlaczego wolą samotność.

* * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * *
SMS na numer 75 165 o treści: POMOC 6742
czyni mój świat lepszym :)

wtorek, 23 maja 2017



Jak się widzisz, tak się piszesz - o diecie i zdrowiu, cz. 2

Zauważyłam dziwną tendencję u ludzi (w tym, oczywiście u siebie - też jestem człowiekiem ;)): degradujemy własną wartość.

W naszej kulturze przyjęło się, że trzeba być skromnym, nie można dbać o wygląd (bo to pod narcyzm podpada), nie można lubić siebie. Trzeba ciągle umniejszać własną osobę, swoje osiągnięcia i umiejętności, inaczej jesteś postrzegany jako arogancki i zadufany w sobie.

Na szczycie swoich wartości postawiłam zdrowie(tutaj sposób na wybieranie wartości)
Ale czasem zapominam o jednym:
Zdrowie to nie tylko bebechy. 
Na zdrowie składają się owe flaczki, ale także skóra, włosy, paznokcie, umysł, dusza, emocje. Wszystko.

I mimo tego, że to zdrowie jest dla mnie najważniejsze to... dzień zaczynałam od sprzątania.
Tak, od sprzątania.
Nie od śniadania, nie spaceru, nie prysznica. Od sprzątania.

Tu się kłania egoizm. Taki zdrowy, perfidny egoizm. Ćwiczę go i trenuję, jak mięsień.
Żeby nie siedzieć po nocach, wyszywając (sen jest zdrowy!).
Żeby smarować się kremami (skóra to też organ!).
Żeby dopieścić zmysły (przeca i nos i oczy i skóra i wszo inne to też organy - zaliczają się do zdrowia!).
Uczę się odpuszczać (psychika mi dziękuje, niemal na kolanach).

Mimo, że na drugim miejscu, zaraz po zdrowiu, wrzuciłam miłość to... zajeżdżałam się sprzątaniem tak, że gdy Tofik wracał z pracy to nawet nie miałam siły, żeby wyjść z nim na spacer.
Ba! Nawet gadać nie miałam siły!

Umiem już odpuszczać. Ale to nie tak, że umiem i koniec, kropka, jestem zajebista.
Ta umiejętność ma kolejne poziomy.
Czasami trzeba zrezygnować z czegoś, aby mieć coś innego.
I tak zrezygnowałam z usilnego rozwijania bloga... Bo przypomniałam sobie, po co go zakładałam.
Nie po to, aby mieć siedem tysięcy obserwatorów. Nie po to, aby mieć setki komentarzy i tysiące wejść dziennie.
Zakładałam go, bo kocham pisać. Lubię dzielić się szczęściem. Uczyć szczęścia.
Nie chcę być zmuszana do pisania. Chcę być wolna. 
Bo... to wolność dałam na trzecie miejsce.
Na czwartym jest harmonia.
Na piątym radość.
Dopiero na szóstym tkwi sobie pasja.

Powiem Wam, że takie postępowanie według ustalonych wartości ma głęboki sens. I daje poczucie spełnienia.
Nie musisz sobie niczego wypominać, niczego tłumaczyć. Wytłumaczyłeś sobie już dawno, tworząc hierarchię swoich wartości. Teraz tylko wcielasz to w życie.

I tak zabijam poczucie winy, gdy po raz kolejny nasmarowałam się toną kremów i balsamów (a pranie dalej nie powieszone). Zdrowie, radość. Harmonia ciała i duszy.
Nawet w planerze (a dokładniej - bullet journalu ;)) każdego dnia wpisuję trzy przyjemności, które MUSZĘ sobie danego dnia sprawić.
Po co żyć, kiedy życie nie daje szczęścia i radości?
A i jedno i drugie to NASZE emocje, więc to MY musimy sobie o nie zadbać.

Spróbujcie, warto :)
Co ma ten wpis wspólnego z odchudzaniem?
Jeżeli gdzieś na przedzie Twoich wartości stoi zdrowie to... przecież wiesz. Frytki nie są zdrowe.
Nienawiść do swojego ciała nie jest zdrowa.
Smutek, przymus, ostry krytycyzm wobec siebie - nie są zdrowe.
Jeśli na dietę spojrzysz jak na dążenie ku zdrowemu ciału to... łatwiej będzie Ci przejść obojętnie obok czekolady.
Ale nie przesadzaj! Równowaga i przyjemności w życiu też są ważne :)
Grunt to... harmonia? :D

PS. Rzuciłam fejsbooka. Jestem tam tylko raz-dwa razy dziennie. (nie scrolluję tablicy, mam wyłączone powiadomienia, a ikonkę skrótu schowaną na samym końcu listy aplikacji - coby mi czasem nie wpadł w ręce, gdy mam fazę bezmyślnego działania ;)).
Zamiast tysiąca krzyżyków tygodniowo teraz stawiam... trzy i pół tysiąca.
Obiad mam gotowy o 14:00.
I chodzę spać przed północą. Wstaję o ósmej.

Dobrze mi z tym poczuciem wolności.
Odświeżające uczucie! :)))
* * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * *
SMS na numer 75 165 o treści: POMOC 6742
czyni mój świat lepszym :)

czwartek, 18 maja 2017



Grzech

Obiecywałam sobie wiele. Obiecywałam sobie za dużo.
Czyli..? Cała ja, bez zmian ;)

Zgodnie z własnymi radami, wyrzuciłam wczoraj połowę zawartości szafy. Czas najwyższy.
Jeśli coś przed rok nie miało kontaktu z moją skórą, to pewnie przez kolejne pięć lat też nie będzie go miało.

Wyciągnęłam też ubrania letnie. I te z kartonu "za małe", które skrzętnie przejrzałam i przymierzyłam. Wszystko, co nadal jest za małe poszło do wora.
Czuję wolność. I świeżość w szafie.
Teraz piętrzy mi się cała hałda ubrań "do przeprania". W tym celu nawet zabrałam Gackowi zapasowy kosz na pranie (zwykle leżał na szafie, Gacuś tam sypiał i się bawił - bo dwa kosze nam się w łazience nie mieszczą, a szkoda ;)). I powoli muszę się jej pozbywać. Staram się.

Idąc za ciosem - kupiłam wczoraj kilka smarowideł do ciała. Balsam, żel pod prysznic, kremik. Ot, takie tam.
I popełniłam ogromny błąd.
Ogólnie mam odwyk od perfum - postanowiłam zużyć wszystkie, które już mam. A mam sporo.
Ale niuchnęłam. Nieświadomie niemal.
I tu dygresja - każda perfumoholiczka zaświadczy, że zapachy siedzą w głowie. I że te oryginalne pachną zupełnie inaczej niż odpowiedniki - trzymają się skóry, rozwijają się, ewoluują... Starałam się ten fakt ignorować. Od czterech lat.
Ale nierozważnie psiknęłam sobie Cacharelem, dokładniej perfumami o nazwie "Eden".
BOGOWIE! ZA JAKIE GRZECHY?!
Cały dzień siedziałam z nosem w zagięciu łokcia. Las, ziemia, mech, słońce przeświecające przez korony drzew. Jeziorko. Nad nim rusałka czesze swoje długie włosy.
Na polanie tańczą południce. Zza konara wychyla głowę półdziki centaur. Poluje na jednorożca, który leniwie skubie trawę.
Gdy odrywałam nos od skóry czułam się, jakby ktoś mnie brutalnie przebudził.

Nawet prysznic nie zabił tej woni lasu na mojej skórze.



To jest straszne, znowu się uzależniłam.
A ja nie chcę kupować kolejnych perfum, nie chcę!
(no dobra, tak szczerze to chcę, ale nasze konto i portfel tego nie chcą, bardzo nie chcą, tupią i drapią, że nie chcą!)
Tak bardzo nie chcę, że aż pragnę Edenu całym swoim jestestwem!

Materializm jest zły. Jestem zatem zła. Zła do szpiku kości. Rwa.

Śmiać mi się chce, gdy ślinię się do ciężkich i mrocznych perfum, a Mężny podsuwa mi pod nos "Be Delicious" DKNY.
I wierci mi w brzuchu dziurę. I korci.
A ja nie czuję tego. Zwyczajnie na mnie nie działają.
Ja potrzebuję ciemności. Ciężkości. Tajemnicy.
Widać, że przeciwieństwa się przyciągają ;)

A jutro tomografia. Trutututu, nie chce mi się marnować całego dnia. Trutututu.
Tomografie to zło. Trutututu. Jak pojedziemy o 8, tak o 18 będziemy w domu.
Już się, kurwa, cieszę.

No, pranie się skończyło. Idę je powiesić. I kolejne wstawić.
Jak dobrze, że pogoda jest propraniowa! ;)

* * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * *
SMS na numer 75 165 o treści: POMOC 6742
czyni mój świat lepszym :)

wtorek, 16 maja 2017



Odpuść sobie.

Znacie mnie, jedni lepiej, inni gorzej. Ale każdy z Was zdaje sobie sprawę z tego, że jestem zorganizowana aż do bólu. Przynajmniej się staram. Najchętniej rozplanowałabym sobie cały rok z góry ;)

Jednak nie zawsze da się podążać za planem.
Zwyczajnie buntuje się umysł, ciało, ego, wszystko. Czasem nawet i pogoda.
Co robić?
To, co ja teraz: odpuść sobie. Daj sobie dzień, dwa, trzy urlopu. Nie organizuj się przez ten czas, nie trzymaj się planów. Odpocznij (ale świadomie!), zbierz siły. Płyń z prądem.
A wyrzuty sumienia kopnij w tyłek.
Nie zawsze musisz się starać, nie zawsze musisz nadążać.


Właśnie jestem na etapie "odpuszczania". Robię dużo, owszem. Ale tylko to, co mam akurat ochotę zrobić. W piątek rozpoczęłam serię tomografii - należy mi się oddech i czas, aby zebrać znów siły.


I tak, jem teraz słodycze. I chrupki. I nawet piję Colę. Mam urlop. Do poniedziałku.
Wycisnę go jak cytrynkę ;)

* * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * *
SMS na numer 75 165 o treści: POMOC 6742
czyni mój świat lepszym :)

środa, 10 maja 2017



Czasokradzieje

Jakiś czas temu pisałam Wam, że jestem uzależniona i od anonimowe.pl i od Facebooka.
Nie zważałam na to, ile czasu tam spędzam, dopóki nie zaczęłam szczegółowo prowadzić planner (a dokładniej Bullet Journal, ale o tym też kiedyś napiszę ;)).
I ciągle ramy czasowe mi się nie domykały. Jakoś doba była krótka.
Nie miałam kiedy się ponudzić. A kiedy się nudzę, zwykle mam najbogatszą wyobraźnię ;)
Trzeba było odzyskać swoje "nudzimisię" i coś zrobić z nadmiarem czasopochłaniaczy.
Przeraziłam się.
Nawet próba kontrolowania czasu spędzanego w mediach społecznościowych spełzała na niczym. Miałam zajrzeć "tylko na chwilkę", a znikałam na dwie godziny.
Powiedziałam sobie dość. I znalazłam narzędzia do pomocy ;)
Oczywiście aplikacje, bo ja polegam w życiu na trzech rzeczach: notatkach, aplikacjach i wyobraźni ;)

AppBlock

Jak nazwa wskazuje - w wybranych godzinach blokuje wybrane aplikacje ;P
Parę razy się wkurzałam, próbując Messengera odpalić. Ale dałam za wygraną i poszłam pranie wstawić ;)
Teraz służy mi głównie do "wyciszania się" przed snem. Od 23 zablokowane jest wszystko, co mnie kusi. Tylko budziki odpalone (tia, do spania i budzenia mam w sumie 3 aplikacje... ale ciii... w końcu wstaję przed 12, więc działają ;)).


SleepTown

No skoro już o spaniu mowa... ;) To jest aplikacja, która, gdy śpisz i nie ruszasz telefonu, buduje miasto. Miasto się rozwala, jeśli nie wstaniesz w wybranych godzinach, albo nie prześpisz pełnych 8h. Przyznaję się - od trzech dni nie udało mi się nawet jednego domku postawić. Ale próbuję! :D


Forest: Stay Focused

Słodka aplikacja, w której sadzimy drzewko. Czas rośnięcia to od 1 minuty do dwóch godzin. Myk w tym, że jak uruchomisz zakazaną aplikację to drzewko umiera. I później w widoku dnia mamy takiego suchego badylka. Brzydkiego.
Ważne, aby w ustawieniach włączyć "whitelist" i wybrać aplikacje, z których można korzystać. Początkowo nawet odebranie telefonu zżerało mi roślinkę ;)


Tak ładnie wczoraj pracowałam... ;P

Co do roślinek - przędziorki wygenerowały inwazję na jednego z moich ulubionych kwiatków. Umyłam go w alkoholu i mydle... Mam nadzieję, że przeżyje.
Trzymajcie za niego kciuki!

Aaaa... I czekam na polecenie nowych aplikacji do testów. Tylko, błagam, nie dawajcie linków do gierek. Ja tu próbuję czas oszczędzać... A fajne gry zawsze kuszą ;P

PS. Wróciłam na dietkę, ale ciiii ;)

* * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * *
SMS na numer 75 165 o treści: POMOC 6742
czyni mój świat lepszym :)

sobota, 6 maja 2017



Nie jestem tolerancyjna

Uważam, że tolerancja jest przereklamowana. Każdy definiuje siebie jako osobę tolerancyjną (a potem, jakimś cudem, czuję na swoim wielorybim zadku zniesmaczone spojrzenia).
Wyobraź sobie, że rozmawiasz z przyjacielem, który ma wyraźny problem.
Na pocieszenie mówisz: "Toleruję cię".

Czy od "Toleruję cię" mu się poprawi?
Czy będzie czuł wsparcie?
Wątpię.

Mówiąc, że jesteś tolerancyjny mówisz, że wszystkich tolerujesz.
TOLERUJESZ.
Tolerować to można (albo i nie) gluten lub laktozę, a nie ludzi.

Ludzie potrzebują ZROZUMIENIA i AKCEPTACJI.
Kluczem do zdrowych relacji nie jest tolerancja, a empatia i wyrozumiałość.

Nie, nie zawsze byłam empatyczna. Teraz jestem aż za bardzo.
Jest jedna rzecz na świecie, którą możesz zmienić: samego siebie.
Możesz wytrenować w sobie empatię. Wystarczy chcieć.
Jeśli nie chcesz to przynajmniej nie oczerniaj siebie, mówiąc, że jesteś tolerancyjny.
Żle jest mówić o sobie źle. Żle jest myśleć o sobie źle.

Jestem bardzo nietolerancyjna.
Nie toleruję przemocy, głupoty, bezmyślności, niechęci do rozwoju.
Toleruję i gluten, i laktozę.
Akceptuję cały świat, jakim jest.
Nie twierdzę, że mi się podoba, nie mówię, że nie chciałabym go zmienić.
Owszem, chciałabym.
Chciałabym żyć w świecie pełnym miłości, w którym choroby występują tylko w bajkach dla dzieci.
Ale żyję tu i teraz. Mogę to tylko zaakceptować i robić dalej swoje.

Zawiało egocentryzmem?
Yhym. Egocentryczką też jestem. Straszną.
I przyznaję się do tego z dumą.
Dlaczego?
Kiedyś napiszę...
Póki co mój Tofik (w sensie - Monsz), zaraz wróci z Zarazem (Reksiem ;)) ze spaceru. A mój egocentryzm bardzo skłania mnie w stronę przytulenia się do Mężczyzny Mojego Życia i powiedzeniu mu, jak bardzo go kocham :)

W kwestii wpisu o trickach dietetycznych - głupio pisać mi o diecie, kiedy moja ma urlop ;) Czułabym się nie fair wobec Was. Waga leży głęboko pod łóżkiem, nie ruszam jej od prawie miesiąca. Robię swoje, zwyczajnie.
A że akceptuję swoje słabości to pozwoliłam sobie samej na troszkę luzu :)

* * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * *
SMS na numer 75 165 o treści: POMOC 6742
czyni mój świat lepszym :)

środa, 3 maja 2017



Ryzyk fizyk

Miało być o czymś innym dzisiaj. Miało być o trickach dietetycznych lub zarządzaniu budżetem, ale jestem tak nabuzowana emocjami, że aż mnie coś zaraz trafi.

Od dłuższego czasu kombinujemy nad założeniem swojej działalności gospodarczej. Jesteśmy już na etapie wymyślania nazwy.
Naiwnie sądziłam, że wszyscy znajomi będą nas wspierać, kibicować, podżegać do dalszego szaleństwa...

A wychodzi na to, że każdy nas stopuje.
"Po co wam działalność, skoro możecie to robić na czarno?"
"Po co to ryzyko?"
"Przecież oboje macie dochody, czemu kombinujecie?"
"Ja bym tam się nie wychylała."
"Zadzwoń do MOPSu, może dadzą wam zapomogę."



Czytam o przepisach już ponad pół roku.
Wszystko robi się powoli jasne i klarowne, wcale nie skomplikowane.
Plan przemyślany, logiczny i spólny. Rynek przebadany.
Nie rozumiem, czemu miałabym nie ryzykować.

Może i mamy swoją strefę komfortu, tyle, że przestała ona być komfortowa. Mam dość liczenia każdej złotówki, poczucia własnej beznadziejności i nieprzydatności.
Nie ma nic gorszego, niż poczucie, że cały obowiązek utrzymania domu spada na partnera.
Nie chcę tak żyć, nie podoba mi się to.
Mogłabym w tym miejscu zacząć narzekać na rząd, ustrój, wsparcie socjalne, ale... narzekanie do niczego nie prowadzi.
Chcę zmiany.

Może się nie udać, owszem. Ale co mnie nie zabije to mnie wzmocni. Gorzej i tak już nie będzie.
A jak się uda to... odskoczę. Pofrunę! Będzie tak, jak chcę. Jak zawsze chciałam.
To dodaje mi siły w walce z hejtem, który ostatnio się mi wylewa na głowę. Wiadrami.
"Chora i chce firmę zakładać! Nienormalna!"
No i co z tego, że mam raka? Czy przez to nie mogę marzyć, nie mogę być ambitna, nie mogę być przedsiębiorcza i sięgać po to, czego chcę?
Mam leżeć i zdychać, bo tak nakazuje opinia publiczna?
No chyba ktoś tu upadł na głowę. I to nie jestem ja.

"Jeżeli sądzisz, że coś jest niemożliwe 
to nie przeszkadzaj osobie, która właśnie to robi."

Nie będę siedzieć na dupie i nic nie robić, kiedy sytuacja robi się dość ciężka.
Znajdę wyjście w tym labiryncie.
Jeśli ktokolwiek sądzi, że siądę w jakimś kącie i zacznę płakać to... grubo się myli.

Ciekawa jestem tylko, czy to zniechęcanie do własnej działalności to wynik tego, że każdy boi się nieznanego czy może tego, że jestem chora i ludzie myślą, że nie dam rady.
Że, kurwa, JA nie dam rady.
To brzmi jak oksymoron.

* * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * *
SMS na numer 75 165 o treści: POMOC 6742
czyni mój świat lepszym :)

niedziela, 30 kwietnia 2017



Jak dobrze, że mam dużą dupę... :)

Dobrze, że mam dużą dupę, bo mieszczą się w niej wszystkie oceny i opinie społeczeństwa.

Niedawna sytuacja:
W ciastoramie wybieram farby.
Ja - Nie, skarbie, jesteś za ciemna, nie pasujesz. Ooo... Ty jesteś śliczna! Ale błyszczysz, Krzyś by mnie ukatrupił spojrzeniem za chromowane ściany... A ty, złociutka, ty poczekasz, aż sypialnię będę robić. Nie wiem, do czego cię użyję, ale chcę cię w całej twojej zajebistości...
Znienacka nadchodzi pan z obsługi.
Pan - Ekhem, czy mogę pani w czymś pomóc...?
Ja - Nie, nie, dziękuję. Ja tylko rozmawiam z kolorami.
Kilka osób w alejce się obejrzało. Wszyscy mieli niesmak wypisany na twarzy. No i fajnie. Niesmak idealnie pasuje do mojej dupy (akurat miałam niewygodną lukę pomiędzy pogardą i niedowierzaniem).

Tak się reaguje na osoby takie jak ja. Nie jestem wariatką. Chyba... (jeszcze!)
Zwyczajnie nie lubię okowów przyzwoitości.
Nie rób tego, nie rób tamtego, bo przyjdzie brzydka pani i cię zje.
Przepraszam bardzo, ale to ja tu jestem brzydką panią od zjadania (szczególnie Cheetosów serowych, gwoli ścisłości).

Mało osób reaguje pozytywnie na uśmiech, na dozę szaleństwa w tych moich cudnych, zielonych oczętach (no co? Lubię swoje oczy! I będę je zachwalać, bo śliczne, skubane, są - czasami sama sobie ich zazdraszczam.)
No i jak teraz? Jak reagujesz na szczere powiedzenie, że coś u siebie lubię?
Jest już niesmak, czy może, jak ja, próbujesz zerwać się z łańcucha opinii publicznej?

Mówmy otwarcie. Przeżywajmy życie otwarcie.
Bądźmy otwarci, do diaska.
Życie jest za krótkie, aby się przejmować tym, co ktoś sobie pomyśli.
Życie jest za krótkie na strach i udawanie.

Płakać mi się chce, gdy snuję się pomiędzy półkami w marketach, gdzie NIKT się nie uśmiecha. Czasami dobiega do mnie śmiech dziecka gdzieś z oddali, ale w takiej sytuacji brzmi raczej złowieszczo. Jak z horroru.
A ludzie się snują, żywe trupy, pomiędzy alejkami.
Może wśród drzew by się uśmiechali?
Oj, chyba nie.
Ostatnio usłyszałam od babki "Wariatka!" gdy skomplementowałam kwiatki na gałązkach. Drzewo wydawało się zadowolone i docenione. No bo kto mi zabroni pogadać sobie z drzewem?
Kto się odważy mi CZEGOKOLWIEK zabronić?

Konwenanse i gra, zmiany masek na scenie życia.
Jakby tak trudno było być po prostu sobą.

* * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * *
SMS na numer 75 165 o treści: POMOC 6742
czyni mój świat lepszym :)

środa, 26 kwietnia 2017



Kolejny rozdział

Pewnie zauważyliście, że ostatnio nieco zmienia się tematyka bloga. Przyszła taka konieczność.
Gdybym miała pisać tylko o moim chorowaniu to w tym momencie, aż do połowy maja, blog świeciłby pustkami.

Kilka dni temu stwierdziłam, że w tej mojej chorobie musi być jakaś misja.
Przecież ten cały rak i historia z nim związana to jedna wielka Mission Impossible.

Rak dróg żółciowych u dwudziestopięciolatki? Niemożliwe!
Przerzut na trzustkę, który znika? Niemożliwe!
Przerzuty na kręgosłup i nie jeździ na wózku? Niemożliwe!
Przeżyła magiczną granicę dwóch lat od diagnozy? NIEMOŻLIWE!

Niemożliwe jest też to, że nie leżę teraz w łóżku.
Siedzę na ziemi, wciśnięta między drabinę a kartony. Zalatuje mi tu lekko farbą. Kieckę zresztą też mam całą umorusaną.
A przecież jestem sama w domu, bo Mężny na delegację pojechał.
Nie leżę, nie kwiękam, chodzę sama z piesem, latam na zakupy, gotuję sobie jedzonko i jeszcze rewolucjonizuję mieszkanko (bo ciężko to nazwać remontem, ot, drobne, kosmetyczne zmiany tu i ówdzie ;)). No i codziennie joguję.
Jestem od jakiegoś czasu bez leków przeciwbólowych. Jedynie szwy pooperacyjne jeszcze potrafią mi porządnie dokopać.
Nie zwijam się z bólu.
No dobra. Zwijam się dzisiaj. Chyba coś sobie zrobiłam z nóżką, bo boli jak trzaśnięta. Drabiny to złooo!

No więc tych "niemożliwe" jest strasznie dużo w moim życiu.
Dla innych to niemożliwe, dla mnie to zwykła, ukochana codzienność.
Chciałabym przekazać całą swoją wiedzę światu.
Nauczyć ludzi cieszyć się, kochać, śmiać, radować, wariować, popadać w szaleństwo.

Bo to nie jest tak, że ja się taka urodziłam.
Byłam dość depresyjną nastolatką. Może nawet nieco agresywną. Później byłam arogancką młodą dorosłą.
W 2009 roku postanowiłam, że się zmienię. Tak w myśl cytatu:
"Zmień się, zanim będziesz musiał."

Nie spodobał mi się ten cytat. Nie znosiłam go.
Dręczył mnie, siedział za oczami, brzęczał w uchach jak komar, którego nie da się zabić.

Podsumowałam swoje życie.
Podstawówka? Zbyt inteligentna i poważna, aby mieć przyjaciół.
Gimnazjum? Zbyt inteligentna i agresywna, aby mieć przyjaciół.
Liceum? Zbyt wystaszona, aby przejawiać przebłyski intelektu.
Studia? Zbyt głupia i beznadziejna, aby przetrwać.

Potrzebowałam zmiany.
No i czytałam te wszystkie ebooki, książki, gazety, artykuły, blogi, serwisy. Wszystko. W każdej wolnej chwili, a miałam tych chwil sporo, bo studia odpuściłam.
Jednak dalej sądziłam, że zmiana mi jest niepotrzebna.

Wyczytane literki z czasem się uaktywniły. Zaczęły pulsować w moim mózgu, nabierać kształtów. Nie chciały już siedzieć cicho. Ale je wytłumiałam.

Aż dostałam diagnozę. Trzy miesiące leżałam plackiem.
Może to była depresja?
A może potrzebowałam dużo czasu, aby myśleć? Najlepiej nieruchomo, gapiąc się w sufit.

I nagle wybuchło.

Stałam się. Narodziłam się.
Jestem.
Ja, pewna siebie, zadziorna, szczera do bólu i niemal niezniszczalna.
Nigdy nie byłam tak odporna na czynniki zewnętrzne, a zarazem nigdy nie byłam tak otwarta na świat.

I tutaj pojawia się moje poczucie misji.
Może nie potrzebujesz zmiany już, teraz, natychmiast.
Ale musi być taki moment, kiedy ktoś lub coś zasieje Ci w głowie takiego malutkiego, wrednego komara. Małe ziarenko, które kiedyś wykiełkuje.
Chciałabym rozsiewać właśnie te ziarenka.

"Niemożliwe" to moje drugie imię.
Chciałabym, aby łechtało moje ego tak, jak kiedyś wszelakie przejawy wyjątkowości, które gdzieśtam w życiu mi się pojawiały.
Ale to "niemożliwe" jest takie trochę smutne, trochę tragiczne. Ale dalej jest niemożliwym.
Od niemożliwego do cudu już tylko jeden, malutki kroczek...

"Gdy wszyscy wiedzą, że coś jest niemożliwe, przychodzi ktoś, kto o tym nie wie, i on to robi."
Albert Einstein

Jak widać, niewiedza czasem popłaca... ;)


* * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * *
SMS na numer 75 165 o treści: POMOC 6742
czyni mój świat lepszym :)

poniedziałek, 24 kwietnia 2017



Joga dla duszy

Dzisiaj spróbuję pokazać Wam, jak kupić sobie szczęście (da się!).


Idziecie do sklepu, nic Wam się nie podoba. Na pocieszenie kupujecie apaszkę, która i tak ląduje na dnie szafy, nigdy nie używana. Za każdym razem, gdy sprzątacie szafę, oglądacie tę apaszkę piętnaście razy z każdej strony. Co czujecie? Żal, że wydaliście kasę na darmo? Poczucie winy, że tej apaszki nigdy nie nosicie? No właśnie. Ale żal wyrzucić, bo przecież sztuka funkiel nówka nieśmigana.
Już nie wspomnę tu o kupowaniu za małych ubrań ("kiedyś w to wejdę!"), albo kolejnej czerwonej szminki do kolekcji ("kiedyś będę malować usta tylko na czerwono!"). Zasada jest taka sama.
Poczucie winy i wytykanie sobie błędów, które unicestwiają możliwość używania tego przedmiotu.

No dobra, ale mamy tu problem pt. "gdy już będę doskonały".

Muszę Cię zmartwić: 
już jesteś doskonały, tylko sam tego nie widzisz.
To stos niedopasowanych przedmiotów przysłania Ci widok na samego siebie.

Czyli co zrobić?
Pozbądź się wszystkiego, co Ci się nie podoba.
Pozbądź się wszystkiego, co na Ciebie nie pasuje.
Pozbądź się wszystkiego, co wywołuje u Ciebie poczucie winy.
Rzeczy odłożone na "kiedyśtam" zacznij używać już teraz.

Bo czy "kiedyśtam" nadejdzie?

Przed chorobą miałam bardzo szczegółową wizję siebie latającej w sukienkach. Kolekcję kiecek powiększałam metodycznie... ale nigdy ich nie nosiłam.
Ta czerwona była na specjalne okazje, ta niebieska zbyt zwracała na siebie uwagę, żółta jest zbyt wyzywająca, a czarna jest za ładna i szkoda ją zniszczyć.
Pochorowało mi się. Gdy tylko wypełzłam z marazmu... Zaczęłam w TYCH SAMYCH SUKIENKACH latać po domu.
Poprawiam sobie humor swoim odbiciem w lustrze.
Uśmiecham się sama do siebie, gdy widzę majtki przebijające przez żółty materiał.
Czarna kiecka ma już wypalone Domestosem dziury (właśnie w niej teraz siedzę!).

No, zniszczyły się. No i co z tego? 
Kupię nowe. Na pewno kupię, bo sukienki uwielbiam!
Lepiej je zanosić na śmierć, czy skazać na dożywocie na dnie szafy? :)

Jest jeszcze jedna sprawa.
Sybstytuty.
Często, gdy czegoś pragniemy nabywamy wszystko, co nam chociaż odrobinkę przypomina nasze marzenie.
Są takie perfumy Thierrego Muglera, co się zwą "Alien".
Chorowałam na nie latami. A że diabelstwo drogie, bo prawie cztery stówki, to kupowałam wszystko, co mi je przypominało.
Aż w pewnym momencie odkryłam, że mam 25 buteleczek pseudoperfum. Każde po minimum 20zł... No, już miałabym ukochanego Alienka!
Metodycznie odkładałam po 50zł. Po pół roku miałam Muglera na swojej półeczce :)

Było to cztery lata temu. Od tamtej pory nie kupuję już perfum na oślep. Mam ulubione trzy-cztery zapachy, a nad nimi góruje Alien, którego jeszcze mam :)

Inną sprawą był tatuaż.
Od szesnastego roku życia marzyłam o tatuażu, ale... wiedziałam, że nigdy się na niego nie odważę.
Bardzo chciałam zadowolić mojego Tatę. A on, odkąd tylko pamiętam, nienawidzi tatuaży.
Nie zniosłabym jego dezaprobaty, zawsze chciałam widzieć ten błysk dumy i zadowolenia w jego oczach. 
No to zrobiłam sobie kolczyk w nosie. W uchu - pierwszy, drugi, trzeci, kolejne dwa... Dużo w każdym bądź razie. I ciągle to nie było to. Czułam się niekompletna.
Aż nadszedł wrzesień 2013 roku.
Zapisałam się na termin. Pojechałam. Zrobiłam.
I przez kolejne pół roku chowałam mojego feniksa pod koszulkami, żeby Tatko tylko nie widział ;) Przestałam się kryć dopiero, gdy się wyprowadziłam. I to też nie tak od razu, bo z 3-4 miesiące minęły.
W sumie Tata prawie rok żył w nieświadomości ;)

Jak się dowiedział to prawie płakał. Był załamany.
Ale... minął rok, drugi. Historia z chorobą i zakażonym portem dożylnym, który musieli mi usunąć. Teraz symetrycznie do feniksa (który jest pod lewym obojczykiem) mam bliznę pod prawym obojczykiem.
Tata siadł naprzeciwko mnie. Popatrzył.
"Ładnego masz tego feniksa."
Dalej patrzył:
"Na tej bliźnie musisz sobie jakiegoś kwiatka wytatuować.".
Myślałam, że zemdleję z wrażenia :D

Jeżeli więc boicie się reakcji otoczenia na spełnianie Waszych marzeń to powiem Wam tak:
osoby, które Was kochają i akceptują, zaakceptują każdą Waszą decyzję.
A zdaniem kogokolwiek innego nie ma sensu się przejmować :)

Zostawiam Was sam na sam z przemyśleniami.
To jak z tą czerwoną szminką? Malujemy? :)

* * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * *
SMS na numer 75 165 o treści: POMOC 6742
czyni mój świat lepszym :)

sobota, 22 kwietnia 2017



O słoniu, który uczy się latać - I - schudnij!

Kilka dni temu na FB wrzuciłam swoje zdjęcie w starych spodniach. Zaraz wrzucę je i tutaj, ale najpierw kilka faktów.

Schudłam ponad 30kg. Brzmi imponująco, nieprawdaż?
Ciekawa jestem, o ile zmienicie zdanie po przeczytaniu tego wpisu ;)
Dzisiaj będzie wstęp do całego procesu odchudzania. Bo to jest proces. Nie da się schudnąć szybko i skutecznie, a do tego przyjemnie. Kiedyś wymyśliłam taki schemat:
SZYBKO i SKUTECZNIE nie będzie PRZYJEMNIE
SZYBKO i PRZYJEMNIE nie będzie SKUTECZNIE
PRZYJEMNIE i SKUTECZNIE nie będzie SZYBKO

Od Was zależy, jaką drogę wybieracie.

Decyzję o odchudzaniu podjęłam w styczniu 2016 roku. Daje to jakieś 2kg na miesiąc. Powoli, ale nawet nie czuję, że jestem na diecie ;)

Na początek mam dla Was zadanie. Przez tydzień zapisujcie, co jecie. Obok tego, co jecie napiszcie, jak jecie - w pośpiechu, w poczuciu winy, w złości, czy może po prostu jecie? Może z przyjemnością?
Koniecznie też piszcie, jak się czujecie po posiłku.

Z moich obserwacji wynika, że poczucie winy niweczy wszelakie próby schudnięcia.
To takie "ale", które neguje wszystko, co pojawiło się przed przecinkiem.

Prawda objawiona numer jeden:
Wszyscy muszą jeść!

Nie możesz się obwiniać o kostkę czekolady. Czy nawet tabliczkę czekolady.
No co? Stało się. Wyciągnij wnioski, podciągnij spodnie i biegnij dalej.
Jeżeli często Ci się zdarzają takie wpadki to... rozważ kwestię tego, czy na pewno chcesz schudnąć. Brzmi trochę jak profanacja, jednak każdy słonik czy hipcio wie, że bycie grubym ma swoje plusy. Np. zwykle jesteśmy pozytywnie odbierani w społeczeństwie, grubaska każdy lubi, bo niby jesteśmy zabawni i sympatyczni.
Może zwyczajnie to lubisz, a decyzja o zbiciu wagi jest pochodną opinii społeczeństwa?

Decyzja musi być tylko i wyłącznie Twoja. Inaczej nie ma sensu nawet zaczynać.

Prawda objawiona numer dwa:
Odchudzanie polega na jedzeniu, nie głodowaniu!

Dobrze czytacie. Stosując głodówkę wysyłasz ciału wiadomość: "Mamy głód, kiepsko z żarciem, trzeba magazynować". Jedząc mniej niż 2000 kcal dziennie sam sobie zakładasz pętlę na szyję.
Podobną bzdurą jest omijanie kolacji, czy jedzenie 5 posiłków na dzień.
Ciężko banana czy pomarańczę nazwać posiłkiem ;)
Umówmy się: mamy trzy posiłki i w pizduuu przegryzek.
Idealne jest szamanie co trzy godziny.
Śniadanie do godziny po obudzeniu, kolacja na godzinę lub dwie przed zaśnięciem.

I tak, jak wstaję o ósmej rano to mam taki rozkład:
8:00 śniadanie
11:00 drugie śniadanie
14:00 przekąska
17:00 obiad
20:00 kolacja
23:00 szamunek nasenny

Chodzę spać o północy (zwykle). Co ma na celu ten szamunek? Żeby nie wstać z zasuszonym żołądkiem ;)

Idealnie byłoby zamienić przekąskę z obiadem, ale niestety chłop mi późno z pracy wraca, a ja wolę jeść razem z nim ;)
Prawdziwymi posiłkami tutaj są, uwaga uwaga, śniadanie, drugie śniadanie i obiad.

Na śniadanie mamy coś rozkurczającego żołądek. Dajmy na to owsianka z owocami.

Drugie śniadanie to kanapka. Albo sałatka owocowa.

Przekąska to zwykle owoc, aby odzyskać trochę energii przed wieczorem.

Obiad to obiad ;)

Kolacja. Ciężki temat ;) Najlepsza jest sałatka warzywna. Albo surówka. W sezonie potrafię opierniczyć wielką michę sałaty z jogurtem. Albo pół ugotowanego kalafiora. Ogólnie stawiamy tu na warzywa.

Szamunek to plaster twarogu, serek wiejski, jogurt naturalny, szklanka kefiru bądź maślanki.

No i o co chodzi z tym ciągłym jedzeniem?

Chodzi o to, aby nie czuć głodu.
Głód naszym wrogiem jest!

Początkowo trzeba się pilnować, żeby się nie nażerać, nie napychać, nie objadać. Ciężko mi powiedzieć, ile masz jeść, bo to kwestia indywidualna. Sam musisz ustalać sobie limity i je zmieniać wraz ze spadającą wagą.

Trzydzieści kilogramów temu moje śniadanie było pół litrem gęstej owsianki. Dzisiaj to szklanka owsianki dosyć luźnej.
Wtedy na drugie zżerałam trzy kanapki, teraz jedną.

Taki tryb jedzenia ma jeszcze jedną zaletę - nie czujesz osłabienia. Wręcz przeciwnie!
Energia człowieka rozpiera, do tego nie odczuwa ciężkości typowej dla przejedzenia.

Zostawiam Was w tym miejscu. Macie czas na przeanalizowanie, ile na prawdę jecie, kiedy jecie i DLACZEGO jecie.
Wbrew pozorom szamanie ma zwykle podłoże emocjonalne.
Po jedzeniu czujemy się szczęśliwsi.

Odchudzanie polega na znalezieniu szczęścia w czymś innym, niż jedzenie!

W następnej części napiszę Wam o trickach, które skutecznie stosuję od dłuższego czasu. Coś w stylu "jak odchudzić jedzonko bez uszczerbku na smaku" ;)

Ach, obiecane zdjęcie!


Proszę. Lucyniasta w jednej nogawce swoich starych spodni.
Ktoś jeszcze we mnie wątpi? :)

PS. Kolejna część tu :)

* * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * *
SMS na numer 75 165 o treści: POMOC 6742
czyni mój świat lepszym :)

czwartek, 20 kwietnia 2017



Znowu od nowa, i znowu i znowu i znowu... Powtórz ponownie.

Był taki czas, gdy byłam sobie zorganizowana. Owy czas trwał jakieś cztery miesiące. Po czym nastąpiło DUP i JEBOOOOT (czyli operacja), miesiąc laby, a nawet półtora miesiąca.
Teraz nie poznaję ani mieszkania, ani bloga, ani lodówki, ani nawet swojego umysłu.

O czym mówię?
O tym, że marnuję strasznie dużo czasu. Weźmy, dla przykładu, dzień dzisiejszy.
Jestem okropnie zmęczona robieniem niczego. No bo, bądźmy szczerzy, skoczenie na pocztę (20 metrów?), zrobienie po drodze zakupów, następnie ugotowanie mrożonych pierogów, zbyt wymagające nie było.
A ja jestem wykończona. Głównie myśleniem. Planowaniem.
Zmarnowałam cały dzień na robieniu niczego.

Nie byłoby w tym nic złego, gdybym rzeczywiście odpoczęła. Ale nie!
Jestem wyczerpana.

Obserwacja samej siebie doprowadza mnie do niemiłych wniosków:
- znów za długo siedzę na FB,
- za dużo klikam w linki odsyłające do stron o wszystkim i niczym (tzw. skarbnice wiedzy zbędnej),
- za długo myślę, zanim coś zrobię (no dobra, jeszcze wstawiłam zmywarkę, wyczyściłam kotom kuwetę, odkurzyłam i umyłam zęby - nawet na długi, relaksujący prysznic "nie znalazłam czasu"...)
- ściągam jakieś dziwne aplikacje, które zaraz odinstalowuje,
- jestem uzależniona od anonimowe.pl - stanowczo.

Nie lubię tracić czasu. Nie w sposób, który nie generuje mi poczucia spokoju i odpoczynku.
Nicnierobienie ma być świadome i odprężające, koniec kropka.

No to zbieram się znowu do kupy, ściągam z niebałaganki planer żywieniowy (polecam! cały tydzień niemyślenia o obiadach!), wracam do trybu sprzątania "pół godziny dziennie", a (niby wisienka na torcie) wracam na poważnie do pisania.
I nie chodzi tu tylko o bloga. Szykuje się fajny projekt poboczny (podkręcam napięcie, podkręcam ;)). Taki, w którym mam sporo do powiedzenia. I dla sporej ilości osób moje słowa mogą być pomocne.
Czemu by nie?

Plan był taki, aby położyć się o jedenastej spać, wstać o ósmej i wziąć się hardo do roboty.
Ehem. Dochodzi północ.

Oj... Przede mną dłuuuuga droga...
Mam cichą nadzieję, że nie tylko moja organizacja czasu leży i kwiczy. Przyjemniej kwiczeć w stadzie, nieprawdaż?

* * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * *
SMS na numer 75 165 o treści: POMOC 6742
czyni mój świat lepszym :)

wtorek, 18 kwietnia 2017



Święta, Święta i po porządku... ;)

Przekichane.
Najpierw człek sprząta przed świętami, coby czysto bylo.
Po świętach jedyne, co można zrobić, to znowu chwycić za odkurzacz i posprzątać.

Rogówka rozłożona, ława zastawiona szklankami, gary się piętrzą w zlewie.
Hm... Standardowy obraz powojenny ;P

W środę pisałam maila. Dosłownie stało tam "Znikam do wtorku, bo jak Mężnego nie przypilnuję to ocknę się w momencie, gdy zacznie mi coś wiercić lub piłować...".
Nie myliłam się. Już w czwartek i piłował i wiercił.
Ale narzekać nie będę, bo doczekałam się dodatkowych półeczek w kuchni!
Kuchnie mamy maluśką, więc każdy centymetr kwadratowy powierzchni do przechowywania jest na wagę złota. A mam aż TRZY dodatkowe półki, haaa!!!

Poza tym znowu przesadzałam kwiatki. No i siałam zielsko balkonowe. I leniłam się na maksa.

Dzisiaj koniec tego dobrego, zabieram się za pracę.
Ale najpierw...


Czas na kawę :D


* * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * *
SMS na numer 75 165 o treści: POMOC 6742
czyni mój świat lepszym :)

czwartek, 13 kwietnia 2017



Nocą, gdy nie śpię...

Tiaaa, znowu spać nie mogę, memłam się w rozkopanej pościeli już drugą godzinę i NIC.
Morfeusz chyba zasnął. Też chcę!
Póki co - rozrabiam ;)



Wiosna się powoli panoszy w naszym mieszkanku. Zasiałam roślinki na balkon, przesadziłam część kfiotków, kibicuję rzeżuszce w kiełkowaniu, dwa razy dziennie odkurzam (leni się cała ferajna, ze mną na czele... tyle, że ja w nieco innym sensie ;)), a i arbuza już szamałam.
Niech no tylko przyjdzie sezon!
Będę wpierdalać żreć arbuzy, ogórki, truskawki, porzeczki i czereśnie kilogramami.
Normalnie wszamam cały targ. I sałata na deser!

Już niedługo, mówię Wam!
Jeże się obudziły (yhym, była już pierwsza tegoroczna akcja zielonego Lanosa pt. "hamulec do dechy, awaryjne i przeprowadzamy jeżyka na drugą stronę").
W Żorach mamy zatrzęsienie tych ostrych, słodziutkich kuleczek. Podejrzewam, że pół krajowej populacji jeży mieszka właśnie tutaj ;)

Na smaczek i dobranoc rozmowa z Mężnym:
K - Kto idzie dzisiaj z Reksiem?
Ja - Mój mąż.
K - Kto to?! Nie znam!

Kilka minut później.
J - Wolisz ryż czy makaron?
K - Ziemniaki.
J - A kto obiera?
K - Moja żona!
J - A kto to? Nie znam.
K - Dobra. Ryż.

(Czasami aż przeraża mnie nasze wzajemne zadziorstwo. A nawet wredotyzm.
Chyba tylko dzięki niemu jeszcze się nie pozabijaliśmy... ;))

Muszę zacząć spisywać te nasze rozmówki, bo zapominam czasami całkiem smakowite kąski.

Oho. Ktoś puka.
Morfeuuuusz! Miło Cię widzieć!


posted from Bloggeroid

* * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * *
SMS na numer 75 165 o treści: POMOC 6742
czyni mój świat lepszym :)

sobota, 8 kwietnia 2017



I zimno i pada i ciemno i pada i pizga i pada...

Ha! Odzyskałam telefon, muahahaha!
Tak, wróciłam. I znowu będę Was zadręczać swoją nachalną obecnością. I gnębić Was będę, napastować, wkradać się do Waszych oczu każdym jednym środkiem internetowego przekazu..! ;)

No. Tak poza tym to jakiś tydzień temu (z okładem) zawitałam na Raciborskiej, w sensie - u onkologa.
I gówno niczego ciekawego się nie dowiedziałam. Tomografia w połowie maja (z premedytacją tak późno). I w sumie póki nic się natarczywego dziać nie będzie to mam spokój.
Chyba czas dzieci robić trochę poużywać życia :D

Marzy mi się jakaś wyprawa w dzikie ostępy. Problem w tym, że pada.
I pada.
I jak nie pada to piździ.
Jak nie pada i nie piździ to:
a) Mężny pracuje,
b) budżet nie przewiduje zmian, gdyż zaistnienie zmian gwarantuje upadłość majątkową ;)
A tak chociaż weekend nad jakimś bajorkiem, albo w lesie, albo w górach.
Albo w lesie nad bajorkiem i w górach.
Pogapić się. Pooddychać. Zapomnieć się.
Zatańczyć na golasa bosaka na trawie. Zawyć do księżyca. Poparzyć się pieczonym ziemniaczkiem.
Czujecie ten klimat?
Normalnie dżaźni mnie już siedzenie w domu.
Brzuszek niemal zagojony, czasem tylko plunie lekko krwią (wszo pod kontrolą). No i boli, gdy pada.
A pada.
Gdy pizga to też boli.
A że pada i pizga to chodzę podkurwiona podminowana.
Bo to nie jest ten rodzaj bólu, co painkillerek dobije.
Tutaj tylko termofor, likier czekoladowy (lub adwokat ;)) i książka pomaga. Czyli akcja "odciągamy uwagę, bo zaraz odbędzie się harakiri".



O wizycie na Raciborskiej nie pisałam z jeszcze jednego względu.
Na skierowanie na TK czekałam pięć godzin.
PIĘĆ.
Wraz z dojazdem daje to godzin siedem.
Siedem godzin siedzenia z rozpłatanym bebechem.
Nawet Onkolożka przyjęła mnie przed godzinami przyjęć, cobym mogła do domku sobie pojechać... Ale, niestety, Siła Wyższa (czyt. Ordynator) zawsze ma czas. A raczej nigdy go nie ma. A to on wypisuje skierowania.
Okey, rozumiem. Taka służba zdrowia (czy tam opieka medyczna, zwał jak zwał), przywykłam.
Ale wytłumaczcie to bebeszkowi.
Znacie bebeszkowy język? Ja nie. I dlatego bolał. Jak diabli.
Nie obyło się bez łez.
Ale bebeszek był twardy i nieugięty. System również.
Znajdź tu kompromis.
(Kompromis miał na imię Pyralgina. Wystąpił razy trzy. A i tak było kiepsko.)

Przetrawiłam tę wizytę. I patrzcie!
Nawet udało mi się opisać ją bez przekleństw :)

Dobra dobra, kończę. Oczka mi się już mrużą... ;)
Dobranoc! <3

posted from Bloggeroid


* * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * *
SMS na numer 75 165 o treści: POMOC 6742
czyni mój świat lepszym :)

poniedziałek, 27 marca 2017



Wiem, że nic nie wiem

Mądrość dnia:
Gdy masz koty, wszystko w domu najlepiej mieć plastikowe: doniczki, kubki, szklanki, a nawet słoiki. Jeżeli się da - spróbuj sam zamienić się w plastik. Będziesz kotoodporny.

Rysiek przed chwilą zrzucił mi doniczkę z parapetu. Może nawet bym się nie wściekła, ale akurat ta doniczka była ładna, dopasowana do wystroju pokoju. Nie mógł zrzucić żadnego glinianego potworka?! Musiał akurat tą, różową. Menda.

Odnośnie przerzutu na jajnik - nie ma źle. Jeżeli nic się nie będzie działo to mam dalej luz.
Zweryfikuje to kwietniowa tomografia.
Opcji "będzie się coś działo" pod uwagę nie biorę.
Nic nowego ;)

Ostatnio zapomniałam napisać, że wróciły moje biżutki :)
link -> HaLucynki <- link
Sporo nowych bransoletek :)

Nauczyłam się nowych ściegów. Typowe szycie, czy też tkanie, koralikami. Zawsze mnie to drażniło, ale jakoś teraz idzie jak burza.
Mam ambitny plan, aby dostać się do jakiejś galerii internetowej z biżuterią i iść w kierunku "mniej, ale lepiej", niż tej taśmowej, którą akurat uprawiam ;)
Nie to, żebym taśmówkę odwalała specjalnie. Samo idzie jakoś tak, że jak już nawlekam koraliki to od razu na pięć bransoletek.
Chyba psuję rynek rękodzielniczy, bo te bransoletki zwykle są dwa razy droższe, niż ja sprzedaję...
Muszę coś z tym zrobić, ale w sumie nie mam pomysłu, co to dokładnie ma być ;)

Aż się pochwalę!


Nic, czekam na Mamuśkę. I lecę tkać kolejne ciągi koralikowe. To wsysa! :)))

* * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * *
SMS na numer 75 165 o treści: POMOC 6742
czyni mój świat lepszym :)

sobota, 25 marca 2017



Patologiczna patomorfologia plus realna recenzja szpitala ligockiego

Nie odzywałam się, bo stres przedwynikowy mnie zżerał. Ale już wyniki odebrane, zatem...
Mogę znowu pisać.

No i stało się to, czego nikt się nie spodziewał.
Były dwie drogi:
a) dobra, czyli nowotwór niezłośliwy
b) zła, czyli rak jajnika.

Nie przyszło mi nawet do głowy, aby wziąć pod uwagę ścieżkę "c", czyli... przerzut.
Tak, patomorfologia wyciętego guza (swoją drogą - 7x5x4cm, bydle!) twierdzi, iż był to przerzut.
Czy to dobrze? Nie wiem.
Czy źle? Również nie wiem.
Czas pokaże ;P

Jako, że spotkanie z Okręgowym Szpitalem Kolejowym w Katowicach mam już za sobą, a wrócić tam nie zamierzam (chociaż by mnie tam wołami ciągnęli, nie wrócę!) to mogę napisać... recenzję.
Chociaż raczej można to nazwać "ostrzeżeniem".

Wygląd szpitala ominę. Jest w fazie remontów (słuchanie wiercenia całymi dniami było dość... ciekawym przeżyciem), dlatego daruję znęcanie się nad tym aspektem.

Lekarze? Poza anestezjolożką - polecam. Lekarze wręcz wybitni, bardzo opiekuńczy i uważni, ciekawi pacjenta. Nawet dwa regularne obchody dziennie były. Chociaż i oni robią rzeczy, które jeżą włosy na głowie.

Jedzenie rewelacyjne. Najlepsze, z jakim miałam do czynienia do tej pory na salach szpitalnych.

I z plusów... to by było na tyle.
Przyszłam tam w poniedziałek. Przy przyjęciu ostrzegłam, że okres był mi się nie dość, że pośpieszył to jeszcze rozciągnął w czasie. Do tego trwał nadal. Pewnie ze stresu.
Co zrobili?
Nie, nie odesłali mnie do domu. Od poniedziałku kiblowałam w szpitalu, bo miałam okres.
Podobno inne pacjentki odsyłają, mnie zostawili.
Wkurw okropny. Nie wiedziałam, że miesiączka to taka wielka choroba, że aż trzeba mnie w szpitalu zamknąć.
W środę dziadostwo przeszło. Zapisali mnie na piątek na operację.
Nie szło mnie po prostu oddelegować na kolejny poniedziałek?
Nie, nie mają tam tłoku. Przez cały pobyt większość sal była w połowie pusta.
Nie ogarniam, ale dobra.

Czwartek. Rozmowa z anestezjologiem.
Zastrzegam, że paracetamol nigdy na mnie nie działał, a pyralginę nieco nadużywam, więc też średnio z jej skutecznością. Lekarka niby przyjęła to do wiadomości.
Proponuje cewnik dooponowy, którym to będą mi dawać przeciwbólki,
Z radości zamerdałam ogonem, bo to jest chyba najlepszy środek przeciwbólowy, jaki do tej pory wymyślono.

Pielęgniarki informują, że lepiej, aby w piątek nikt mnie nie odwiedzał, bo i tak będę spać.
Mężny potwierdza, że po operacji przez dwa dni nie kontaktował, tak go faszerowali przeciwbólowymi. Dlatego odwołuję wizytę i Mężnego, i Rodziców.

Ach. W poniedziałek zgłosiłam, że mam popsute łóżko (niby elektrycznie podnoszone oparcie).
Pielęgniarka wsadziła wtyczkę do kontaktu. Gdy nie zadziałało, stwierdziła, że musi się naładować.
Jak się domyślacie - nie naładowało się. Spałam na zepsutym łóżku aż do soboty. Ale do łóżka jeszcze wrócimy ;)

Piątek. Zawieźli mnie na salę, znieczulili... film się urwał.

Budzi mnie "Proszę przejść na drugie łóżko!".
Rozumiem, że swoje ważę, ale ten szok...
Wiecie, kładziesz się w pełni sprawny, teraz próbujesz się ruszyć i podbrzusze rozrywa ból. Ból nie do opisania słowami. Przeszłam jakoś. Zasnęłam na czas drogi.
Budzi mnie kolejne "Proszę przejść na drugie łóżko!".
Było jeszcze gorzej.
Kładę się, czekam na sen. Nie przychodzi.
Tylko kolejne fale bólu. Mamie piszę pamiętnego smsa o treści "Napierdala.".
Oddzwania, język mi się plącze. Ale mają z Tatuśkiem przyjechać.
Płaczę z bólu. Nikt nie reaguje.
Pierwszymi moimi słowami na sali było:
"Kurwa, ja pierdole, dacie mi w końcu coś przeciwbólowego?!".
Pielęgniarka w szoku, bo przecież leci! Paracetamol leci!
Cewnika dooponowego mi nie założyli, nie wiem, czemu. Nikt mi nie powiedział. Były inne ustalenia.
Po godzinie wycia na cały oddział przyjeżdżają rodzice. Mama opierdala pielęgniarki.
Dostaję kolejną kroplówkę...
Pyralginę.
Nic nie dało tłumaczenie, że to na mnie nie działa. Około czternastej (po czterech godzinach) ktoś wpada na pomysł, aby po tych wszystkich eksperymentach dać mi po prostu morfinę. Zasypiam od razu.

Rodziców próbują wygonić z oddziału. Bo ja mam spać, a oni mi nie pozwalają, rzekomo.
Nie ma tak łatwo, nie dali się.
Około siedemnastej kolejny atak. Nic już nie chcą dać, bo niby dostałam tak duże dawki, że mi wątroba może wysiąść.
Rzeczywiście, jak później sprawdziłam w karcie to było tam niemal wszystko - od paracetamolu, ibuprofenu, przez tramal, ketonal i inne dziwne rzeczy, których nazw nawet nie kojarzę.
Niby się starali, co?
Nie do końca. Jestem dość poinformowana w sprawie przeciwbólków. Już dawno lekarz powiedział mi, że przy chorej wątrobie tylko morfina jest w pełni bezpieczna, bo nie wymaga od wątroby filtracji czy przyswajania. Jest w formie od razu do wsiąknięcia.
Zlitowali się, dali morfinę.
Pielęgniarki buntują się.
Rodziców zastępuje Mężny. Pielęgniarka i jego próbuje wywalić z sali. Nie da się, przykro mi ;)

Przychodzi zmiana pielęgniarek. Nagle Mężny nikomu nie przeszkadza, siedzi u mnie jeszcze ponad dwie godziny od próby usunięcia go z sali ("bo już późno").
Jedna z pielęgniarek się lituje, pomaga mi się przebrać (cała byłam zlana potem po batalii z bólem).
Zasypiam. Jestem przypilnowana.
Na noc dają mi jakiś zastrzyk przeciwbólowy. Wszystko śmiga.

Rano budzi mnie salowa.
"Proszę wstać i siedzieć", po czym wychodzi z sali. Na chwiejnych nogach człapam na krzesło koło umywalki. Zmieniła mi pościel.
Kazała się umyć CHUSTECZKAMI NAWILŻANYMI.
Nikt nie pomógł.
Siadam z powrotem na łóżko. Rozwaliło się do końca, ja wpadłam w dziurę. Aż zawyłam z bólu.
Przenieśli mnie na drugie łóżko na sali, które cały czas było puste.
Znowu dają mi zastrzyk.
Znowu zasypiam.

Fajnie było, dopóki nie przyszła nocna zmiana. O dziewiętnastej wołam o coś przeciwbólowego.
Już jestem w miarę ruchoma i trzeźwa. Z zegarkiem w ręce czekam na reakcję.
Czterdzieści minut. I to był rekord!
Współlokatorce też liczyłam czas reakcji personelu - bywało i dwie godziny.

W niedzielę już nawet nie prosiłam o nic "ichnego".
Rozpuszczałam kodeinkę i piłam. Już nic mnie nie bolało. Pomyśleć, że wystarczyły dwie tabletki na dzień i z głowy...

Po operacji nikt mnie nie umył, raz mnie tylko przebrano. Sama musiałam polegać na sobie i swojej rodzinie. Współlokatorka tak samo.
Nikt nie powiedział "teraz można już pić" czy "teraz już można jeść". Sama musiałam pilnować godzin, dób od operacji i się dopytywać, co już mogę, a czego nie. Nikt nie poradził, jak używać pasa pooperacyjnego. Co mogę robić, czego nie.

W poniedziałek wyszłam. Dosłownie wyfrunęłam.
W domu jakoś łatwiej...

Podsumowanie?
Chyba zbędne.
Lekarze fajni. Anestezjolożka do dupy. Pielęgniarki pół na pół.
Salowa świetna, chociaż sama nie była w stanie ogarnąć ośmiu osób.
Tak, na oddziale było między pięcioma a dwunastoma zajętymi łóżkami. Trzy-cztery pielęgniarki na zmianie.
A my nie mogłyśmy się doprosić o przeciwbólki...
Ze współlokatorką wyłyśmy na zmianę. Płakałyśmy po nocach.
Gryzłyśmy poduszki.
A oni mieli to w dupie.

Zatem ostrzeżenie - na operację poszukajcie lepszego szpitala.
Do dzisiaj boli mnie i wątroba i żołądek po ich mieszankach lekowych.
Trzy tygodnie od operacji, a one jeszcze nie doszły do siebie...

Kurtyna.

PS. Jeśli ktoś ma ochotę pozwać mnie o zniesławienie - polecam. Mam świadków, że wszystko, co tu napisałam to najprawdziwsza prawda. A jeszcze może odszkodowanie za straty moralne dostanę ;)

* * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * *
SMS na numer 75 165 o treści: POMOC 6742
czyni mój świat lepszym :)

środa, 15 marca 2017



Argh!!!

Nie sądziłam, że będę pisać o tym notkę. Ale cały dzień tylko o tym myślę.
Nie potrafię przestać.
Doszło do tego, że pół dnia siedziałam (a właściwie - leżałam), gapiłam się w sufit i powtarzałam sobie:
"nie drap, nie drap, nie drap!".


Te swędzenie jest okropne!
Człowiek jest w stanie ogarnąć jakoś, że będzie bolało, że trzeba przeciwbólki łykać, ale, że nie będziesz w stanie myśleć o niczym, poza tym, że swędzi?
W życiu bym się nie spodziewała!

Poza tym, że swędzi - wszystko w porządku.
Szwy zdjęte, wątroba nieco marudzi (da się przeżyć, jeżeli zaczniesz się żywic kaszą manną i Heparegenem), miałam chwilowy problem z żołądkiem (chyba nie lubi Dorety...), ale też jakoś ogarnęłam.
Teraz tylko... Swędzi.
Kurwa, swędzi ;(((
posted from Bloggeroid

* * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * *
SMS na numer 75 165 o treści: POMOC 6742
czyni mój świat lepszym :)

czwartek, 9 marca 2017



Instrukcja obsługi osoby chorej na raka (remake)

Dawno temu, na samym początku istnienia bloga, napisałam Instrukcję dla osób niewprawionych i niedoświadczonych.
Po dwóch latach chorowania nastąpił czas na aktualizację owego tekstu, bo doszłam do wielu nowych wniosków :)

INSTRUKCJA OBSŁUGI CZŁEKA Z RAKIEM

1) Chory człowiek dalej jest człowiekiem.
Wbrew pozorom, nie rozmawiamy tylko o chemiach i naświetleniach, nie dyskutujemy o modelach chustek, czapek i peruk.
Jestem tym samym człowiekiem, którego znałeś. Tylko troszkę mądrzejszym.

2) Odciągnij uwagę.
Postaraj się nie pytać, jak wyniki, jak się czuje, jak postępy leczenia. Rozumiem, że się martwisz i chcesz wiedzieć, ale zwykle mamy dość tematyki rakowej.
W wolnej chwili od chorowania chcemy... być zdrowi.

3) Nie gadaj o alternatywnych sposobach leczenia.
99,9% moich zaraczonych znajomych nienawidzi tematyki pestek moreli, odkwaszania organizmu, oleju z konopii i tym podobnych. Jeżeli ktoś już podjął leczenie standardowe to, wierz mi, raczej nie skusi się na czary-mary hokus-pokus.
Co więcej - takim gadaniem możesz nawet zaszkodzić.

4) Nie traktuj mnie jak dziecko.
Umiem sama wstać, przejść, nawet zakupy zrobię.
Jeśli sobie nie radzę - delikatnie zaproponuj pomoc. Ale nie wyręczaj.

5) Daj się ponieść marzeniom.
Lubimy planować. Lubimy marzyć o dniu, gdy już będziemy zdrowi. Daj nam ten luksus. Pozwól czekać, niecierpliwić się.
Nie planuj rzeczy zbyt odległych. Ale spokojnie możesz zaplanować coś miesiąc naprzód.
Dasz siłę do przetrwania. I nowy punkt odniesienia.

6) Zainteresuj się budżetem.
Kwestia finansowa to zwykle temat tabu. Jednak pewnie wyczujesz, że coś jest nie tak.
Nie proponuj wspólnego wyjazdu na wakacje, gdy koszt to pińć milionów dwieście. Przy raku pieniądze topią się jak lód na wiosnę.
Ileż razy musiałam mówić "nie chcę", bo wstyd było mi powiedzieć "nie stać mnie"...
To boli. I wywołuje poczucie winy.

7) Najważniejsze:   NIE LITUJ SIĘ!
Litość to paskudna rzecz.
Wyważone współczucie - owszem, mile widziane.
Ale litość?
Nie potrzebujemy jej.
Jedyne czego potrzebujemy to komunikatu: 
Jestem. I będę, obojętnie, czy będzie dobrze czy źle. 
Nigdy nie zostawię Cię z tym samego.

Pozdrawiam cieplutko!
Ja dalej leżę i nic nie robię. Uh...
Do tego dzisiaj brzuszek boli jakoś bardziej... :(


* * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * *
SMS na numer 75 165 o treści: POMOC 6742
czyni mój świat lepszym :)

środa, 8 marca 2017



Siedzenia na doopie dzień trzeci (i już mnie coś trafia)

Wcale nie tak łatwo nic nie robić.
Robię już listę rzeczy, które można czynić w pozycji leżącej (i nie mając komputra na brzuchu, bo to też boli).

I nie mam nic. Szydełkować się da, ale nie mam nawleczonych koralików (a tego na leżąco robić nie polecam).
Mogłabym wyszywać, ale strasznie się nitki plączą.
Czytanie mi nie wychodzi, bo czytam zwykle leżąc na brzuchu. Inaczej nie umiem.

Chyba zaraz całe Simsy przejdę. Jak Chuck Norris!

Mogłabym rozliczyć PITy, ale wymaga to przekopania się przez stertę dokumentów. Na siedząco. Jak siedzę to boli brzusio.

Oglądanie seriali to dłuższa zabawa kabelkami pomiędzy komputrem a telewizorem. A ja się nawet schylić nie umiem, co dopiero za tivikiem grzebać.

KURWA!
NIE MAM CO ROBIĆ!

Wczoraj byłam ambitna i nawet obiad ugotowałam.
Brzuszek się zbuntował, uczynił mi dzisiaj kryzys i nawet nieco krewki z szewka puścił.

W ramach nudzenia się pospałam do jedenastej.
Ale ileż można spać?

Płakać mi się chce.
Tyle przynajmniej mogę zrobić w pozycji horyzontalnej...

A w akwarium jakiś dziwny pomór. Trzy rybki zdechły od poniedziałku.
W tym mój ukochany, najpiękniejszy skalarek.




Tak, ten największy... :(

Wczoraj odeszła śliczna, największa pielęgniczka meeka.
Dzisiaj ramirezka.

Mam ochotę kupić sobie na pocieszenie z dwie rybki.
Ale to wymaga wyjścia z domu.
Już dwa opierdole zebrałam za sam pomysł opuszczenia pieleszy.
Więcej się nie wychylam...

No nic. Odpalam Simsy. Kurwa...


* * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * *
SMS na numer 75 165 o treści: POMOC 6742
czyni mój świat lepszym :)

wtorek, 7 marca 2017



Praca wre (i kilka pooperacyjnych prawd)

Podobno chodzę jak gołąb.
Nie Kawaler łazi za mną po domu i kusi słowami "grochu! grochu!".
Grochu wolę nie.
Jakby mówił "Bitej śmietany! Bitej śmietany!" to może bym się skusiła ;)))

Psie smycze idealnie nadają się jako prowizoryczne drabinki rehabilitacyjne.
W każdym pokoju mamy jakąś przypiętą do kaloryfera. Pomagają mi zmieniać pozycje z horyzontalnej na wertykalną. Ciekawie bywa, nie powiem.

Śmiem również twierdzić, że w szpitalu było mi łatwiej siedzieć i się nudzić.
Nie chce mi się siedzieć i nudzić w domu.
Doprowadziło to do lekkiego (leciuteńkiego!) krwawienia z szewka, zatem siedzę na doopie i już nic nie ruszam, bo jeszcze sobie krzywdę zrobię.

Ale to nic nie robienie nie dotyczy wycinania ulotek, które własnoręcznie zrobiłam, wydrukowałam i teraz zmieniam ich rozmiar z A4 na A8. Niektóre na A6. I jeszcze kilka na A7. O ile takie rozmiary w ogóle istnieją.
Jeśli nie istnieją to właśnie zaistniały, gdyż je wyprodukowałam.
Ulotki wyglądają o tak:


Jak Wam się podobają? Ja jestem z nich dumna ;) Strasznie dumna! :D
Pozwalam Wam je drukować, rozprzestrzeniać, udostępniać, mnożyć, dzielić, polecać, wciskać, rekomendować, zachwalać, zalecać, eksponować, promować, lansować,  puszczać w świat, wyróżniać, podsuwać, przekazywać, szerzyć, rozsiewać i wszystko, co związane jest z wyżej wymienionymi ;)
A nawet będę za takie postępowanie wdzięczna :)
Zezwalam również wykorzystywać informacje na niej zawarte... Wiecie, rozliczenia, PITy, magiczne procenciki...
Wiecie zapewne, co z tym robić.
I zapewne wiecie, jak ogromnie wdzięczna będę i radosna, gdy coś się na Fundacji uzbiera.

Za pomoc, jak zawsze, OGROMNIE DZIĘKUJEMY!

Btw. Wczorajsza wizyta w aptece kosztowała prawie 150zł. MASAKRA.
A już się tak cieszyłam, że pięknie i grzecznie nam upłynął cały miesiąc, a nawet i na marcowe ubezpieczenie samochodu odłożyliśmy.
Odłożenie się dołożyło do budżetu i jakoś lecimy, ale i tak nie podobają mi się ceny leków. Bardzo mi się nie podobają. Kpina jakaś.
Szczególnie w zestawieniu z wysokością renty.
No ale już nie narzekam, bo znowu będzie, że narzekam, a ja wcale nie narzekam. Tylko dzielę się spostrzeżeniami na temat wysokości zapomóg i cen "darmowego" leczenia w naszym kraju.
(Pamiętajcie, wszystko wina Tuska!)
Koniec wycieczki politycznej.
Wracam do ciachania. I wcale nie wyobrażam sobie nikogo, tnąc nożyczkami kartki na części szesnaste... ;)

Tak w ogóle to głodna jestem. I znowu muszę wstać.
Szlag by to.

Buziam mocno!

PS. Jak zajebiście jest być w domuuu!!! :)))


* * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * *
SMS na numer 75 165 o treści: POMOC 6742
czyni mój świat lepszym :)