wtorek, 15 sierpnia 2017



...bo ty już jesteś zdrowa.

Niewiele tekstów potrafi mnie wkurzyć tak, jak: "Łatwo ci mówić, bo już zdrowa jesteś!".

Zdrowa? Jeżeli ja jestem zdrowa to w dupie mam takie zdrowie.
W każdej chwili mogę znowu trafić na chemię, ciągle czuję platynę w kościach, szwy nie dają mi normalnie funkcjonować.

Dzień zaczyna się od ostrożnego rozciągania z szybką kalkulacją, co mnie boli, czy jestem w stanie wstać i co mam wziąć. Nawet jeśli rano nic mnie nie boli to wcale nie oznacza, że wieczorem będzie tak samo.
Nie ogarniam czasami, co mogę zjeść, czego nie mogę. Czasami nawet zwykła owsianka czy bułka wywołuje ból. I to niekoniecznie wątroby!
Żołądek mam tak spalony, że na dzień dobry czeka mnie stosik tabletek.
Nerki, zniszczone po chemiach i kontrastach, reagują na każdy przeciąg i każdy niedobór wody. Najgorzej jest w upały - wszystkie wypite płyny wypacam, a niewypłukane nerki bolą przy każdym ruchu.
Zęby dalej mi się łamią z byle powodu. Zmiany pogody owocują kłuciem w klatce piersiowej.

Jest jedna rzecz, która czyni mnie zupełnie zdrową i pełną siły.
Jest to olejek CBD z konopii.
To jest taka śmieszna (i tragiczna) luka: teoretycznie on nie jest nielegalny w Polsce. Nie zawiera THC, więc luz. Ale... Właśnie, ALE. Nie kupisz go w aptece, ani w żadnym innym oficjalnym sklepie. Bo jest z konopii. A konopia jest zła z zasady, nawet, jeżeli nie ma właściwości narkotycznych.
Dwa miesiące łykałam potulnie. I czułam się jak nowonarodzona.
Kropelki są na wyczerpaniu, oszczędzam jak się da. I z dnia na dzień czuję się gorzej.
No ale przecież w Polsce ich nie ma. Bo takie prawo.
Sprowadzane z zagranicy kosztują 500 zł za buteleczkę. Przy pełnej dawce starczą na miesiąc.
Nie stać mnie.
Normalnie w świecie mnie nie stać.
Nawet sumienie nie pozwala mi płacić pięć stów miesięcznie za... Normalność.

Czasami żałuję, że w ogóle się urodziłam. Albo, że rakowi nie udało się mnie zabić w pierwszym starciu.
Jednak zaraz potem daję sobie mentalnego strzała w pysk, poprawiam koronę i zapierniczam. Może ze strachem o jutro, może w niepewności i bólu, ale żyję.
I nie wypominam nikomu, że jest zdrowy.

niedziela, 13 sierpnia 2017



Rok temu o tej porze... :)

Aż ciężko uwierzyć, ale dzisiaj mija już rok od naszego ślubu :)

Chciałam napisać post, co się zmienia po ślubie, ale dochodzę do wniosku, że zmieniła się tylko ilość kwiatków w mieszkaniu (prosiliśmy o rośliny doniczkowe, zamiast standardowych wiązanek), sprzęt domowy i trochę mebli. No i odciski na palcach od obrączek.
Cała reszta jest dokładnie taka, jak była.
No, poza moim podpisem.
Przed ślubem było: Polaków
Pół roku po ślubie było: PolCzabaj
Już jest po prostu: Czabaj ;)

Ślub zorganizowaliśmy w 3 miesiące. Bardzo okrojony budżet też się udało wyminąć. Fajny to był dzień :)

Obiecywałam Wam zdjęcia z imprezy. No to wrzucam ;)
Nie było łatwo wybrać takie, aby nie pokazywać wizerunków osób postronnych, ale jakoś to ogarnęłam. Enjoy! :)))

Mój Pan nawet się ogolił na tę okoliczność... ;)

Makijaż ogarnęłam sama. Z nawet fajnym efektem. Jednak nie zapomniałam fachu w rękach :)

/
To zdjęcie mnie rozwala za każdym razem, gdy je widzę - Kuboty do garniaka? No ba! Nowy krzyk mody :D

Mina zawstydzonego Tofika? Rzadki widok...


Nie wiem, jak to możliwe, ale fajnie tu wyszłam ;)


Ostatni buziak przed uroczystością :)

Wymagało to wiele wysiłku i kombinowania, ale... dał się zaobrączkować!

Pan prezydent... ;)

Są Czabajki, jest moc!

Jaka dumna...


Widać po moim wzroście, że już zmieniłam buty ;)

Córeczka Tatusia :)

I córeczka Mamusi... ;)

I żyli długo i szczęśliwie... :)

* * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * *
SMS na numer 75 165 o treści: POMOC 6742
czyni mój świat lepszym :)

sobota, 29 lipca 2017



Chyba mam wakacje... ;)

No i stało się. Znowu jestem niezorganizowaną artystyczną duszą, która ma głęboko w czterech literach ustalone zasady działania, a i spać kładzie się w okolicach drugiej w nocy.

Nie pasuje mi to.

Tęsknię za wysypianiem się i wstawaniem w okolicach siódmej rano - dzień był taki długi!
Ambitnie próbuję kłaść się przed północą, ale i tak nie umiem zasnąć.
A rano? Rano wszystko jest ważniejsze, poza
 a) skrzypcami,
b) pisaniem,
c) sprzątaniem,
d) rękodziełem.
Mogę godzinami oglądać jakieś durne filmiki na YouTube, a do roboty się nie wezmę.
A jak się już biorę to normalnie chce mi się płakać...

Straszne to trochę. Nienawidzę marnować czasu, ale...
Chyba przesiliłam organizm. Wiecie, jakieś dwa miesiące na pełnej parze, dały mi w kość. Robiłam wszystko, wszędzie, zawsze, od początku do końca. Chyba muszę się odmóżdżyć, zresetować.

Wczoraj się resetowaliśmy na Najcieplejszym Miejscu na Ziemi w Wodzisławiu.


Fajnie było. Chociaż za Kamilem Bednarkiem nie przepadam (nie to, że nie lubię - po prostu nie trafia w mój gust muzyczny, ale chłopaka bardzo szanuję i trzymam za niego kciuki, bo talent ma ogromny!), a i kręgosłup dał mi popalić, to i tak udało mi się nieco odpocząć od czterech ścian.

Co do czterech ścian... :D
W maju zaczęłam rewolucję dużego pokoju. Rewolucja dość skromna, ale niedawno została ukończona :)

Tak było przed:

Zdjęcie rozmazane i nie widać różowych pokrowców i poprzednich firanek.
Po trzech miesiącach kombinowania, zbierania materiałów i ogólnej mobilizacji, doszliśmy do etapu:


Doszło dużo zdjęć na ścianach, książki powiesiliśmy, kwiatki (tymczasowo) wygrzewają się na balkonie. Jest efekt wow ;) Na stole nawet widać mój Bullet Journal (napiszę o nim, fajna sprawa ;)).
Więcej smaczków:




W kociej okolicy lekki syf, ale to przez Charliego ;) (tak, znowu go przechrzciłam, ale dalej zostaje Czarusiem ;))
Czarek szama piętnaście razy dziennie, więc nie ma sensu przekładać misek.
Obrazki na ścianach powieszone są na rzepach montażowych, wszystkie pokrowce uszyłam sama, poszewki też, półki na ścianach to wsporniki.
Wszystko wersja masakrycznie budżetowa, ale... da się? Da.

W kwestii robienia czegoś z niczego...
Oto moja mała pracowania:




Cały zeszły weekend szalałam w małym pokoju, układałam, przekładałam. Dorwałam kawałek starej deski, okleiłam go jakąś okleiną (resztka tła z akwarium :D), Krzysiu powkręcał mi trzymadełka, poprzewlekałam trytytki... I jest :)
W końcu widzę wszystkie koraliki, jakie mam :)))

Więc jeżeli ktoś mi znowu powie, że on nie ma kasy, dlatego nic w domu nie remontuje, to chyba rzucę mu w twarz te zdjęcia ;)
Potrzebna jest kreatywność i pomysł, pieniądze to rzecz przydatna w remoncie, ale nie obligatoryjna.

Teraz szykujemy się do remontu w kuchni. Będzie biało! :) Pochwalę się, oczywiście, efektami :)

Wracając do pracowni - ruszył mój sklepik. Tak oficjalnie, legalnie i na wypasie. Ma wadę w postaci wymuszonych licytacji, ale obeszłam to... zakańczając aukcje przed czasem.
Pierwszy licytujący zawsze wygrywa :)




Zapraszam Was serdecznie.
A teraz.. idę bawić się w kurę domową. Znowu!
Chyba zacznę nienawidzić swojego życia...

* * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * *
SMS na numer 75 165 o treści: POMOC 6742
czyni mój świat lepszym :)

czwartek, 20 lipca 2017



Bardziej. Mocniej. W ogóle!

Od jakiegoś czasu silnie walczę ze sobą. W sensie - próbuję być jak papier toaletowy i się rozwijać.
Raz po raz ktoś podetrze sobie mną tyłek, ale nie przejmuję się - gruba ze mnie rolka.

W związku z tym samorozwojem staram się rozumieć różne stanowiska, poglądy. Przyjęłam do wiadomości, że punkt widzenia zależy od miejsca siedzenia, a każdy ma zupełnie inne stanowisko.
I różną twardość. I fotela, i zadka.

Jednak skalam bloga i będę lekko polityczna. W sumie, kto mi zabroni?
Mi się nie da niczego zabronić. Nikomu nie da się nic zabronić, zatem...
Trzymajcie się, bo zaczynam.
I będę bardzo subiektywna.

Dzieją się w Polsce różne dziwne rzeczy. Niepokojące. Straszne.
Lekko apokaliptyczne.
Na Czarnym Proteście nie mogłam być. Bo operacja, chemia, różne takie dziwne rzeczy.
Dzisiaj rano ledwo żyłam, bo grypka, skręcona kostka też daje mocno w kość, ale...
Jak nie teraz, to kiedy?
Czy będę mogła wyrazić swoje zdanie głośno jeszcze kiedyś?
Nie wiem. Dlatego naćpałam się przeciwbólowych i poszłam pod Sąd w Żorach.
Z Mamuśką, moją dzielną kompanką. W sumie miałyśmy dwie sprawne nogi, więc akcja miała szansę się udać. No bo Mamuśka też ma skręconą nogę. I też prawą.

I te dwie lewe nogi poczłapały. Postały. Zapaliły znicze.
Płakać mi się chciało. I dalej się chce.
Boję się przyszłości, tego dokąd zmierza nasza demokracja.
Boję się utraty wolności, którą tak sobie cenię.
W momencie, gdy dostałam nadzieję na jeszcze kilka lat życia, zaczynam się bać o kraj.
Jestem patriotką. Bardzo.

I w tym miejscu apel do Was, moi Kochani:
nie mówię, że macie zmienić poglądy, zdanie, priorytety.
Ale proszę Was, tych, którzy się nie zgadzają z obecnym Rządem, wyjdźcie na ulicę.
Wstańcie z kanapy i pokażcie, że Was to obchodzi.
Łatwo jest powiedzieć, że jedna osoba nic nie zmieni...
Ale razem jest nas dużo więcej, niż jedna osoba.

I to nie jest tak, że jestem za PO. W sumie, nie jestem chyba za żadną partią jakoś bardziej. Jedna mi się podoba, ale nie będę zdradzać, która.
Chodzi o to, że jest coraz gorzej. Trudniej.
Staram się nie narzekać, tylko dzielnie stawiać czoła zastanej rzeczywistości, ale już nie wyrabiam.
Wszystko drożeje na potęgę. A renta nie rośnie.
Nie wiem, co by było, gdyby nie Fundacje i Wy, którzy nam dzielnie pomagacie.
Jest CHOLERNIE ciężko przeżyć. Połączyć koniec z końcem, a jeszcze przy tym się uśmiechać. I nie narzekać.
Jest trudno!
Mogłabym się zwinąć w kłębek, udawać, że jest w porządku.
Ale, cholera, nie jest.
Jeszcze kilka podwyżek i nas zlicytują. Dosłownie.
Dlatego wstaję z kanapy i idę.
Jutro o 21:00 znowu będziemy pod Sądem. Porozmawiamy, pośmiejemy się - zapewniam Was, że atmosfera jest GENIALNA na takich sabatach ;)
Przyjdźcie. Nie jako wsparcie jakiejś opozycyjnej partii, nie jako przeciwnicy czy rywale:
bądźmy tam razem, jako ludzie bojący się tego, dokąd zmierza aktualna polityka.
Pokażcie się.
Protestujcie, manifestujcie, żyjcie bardziej - póki możecie.

Dla rozładowania atmosfery:
w autobusach są rozwieszone plakaty koncertu Kukiza. No i wracamy sobie ostatnim kursem, razem z garstką innych manifestantów i grupą młodzieży. Jeden chłopak wypala "Idziecie na koncert Kukiza? Śmieszne w ogóle, jest też polityk o tym nazwisku!".
Na faktach! Mamuśka potwierdzi! :D

Dodatkowo kierowca się nieco zamulił i wywiózł nas na zajezdnię. Zapomniał o ostatnim przystanku.
Moim przystanku!
Pozwiedzałam sobie miasto, pozwiedzałam... ;)

* * * * * * * * * * * * * * * * * * * * 

Żyjcie bardziej... póki możecie!

wtorek, 11 lipca 2017



"Życie, życie jest nowelą..." A raczej ekscytującą książką przygodową!

Urodziny przeurodzinowane. I to mocno przeurodzinowane!
Minęły już prawie dwa tygodnie, a niespodzianki się nie kończą :)

W zeszłym tygodniu, w sobotę, odwiedziliśmy Tychy. A tam koncert Grubsona. Pokiwaliśmy się (w moim wypadku), poskakaliśmy (Krzysiowa działka), ponuciliśmy (znowu ja), a nawet darliśmy pyski na całego (a to Krzyś).
Mężny lubi Grubsona. Bardzo lubi. A ja lubię Mężnego, więc dzielnie znoszę kolejne koncerty Grubsona (bo Mężny się tak cudnie śmieje od ucha do ucha, gdy tylko go widzi).
Od domu Marcinków do strusiopodobnej żyrafy jest całkiem spory kawałek.
Przeszłam go!
Na koncercie też z dwie godziny postałam!
I nawet WŁASNONOŻNIE wróciłam (na piechtę!) do domu!
Dumna z siebie byłam niesamowicie. Już nie wspomnę o tym, że pozwoliłam sobie na coś mocniejszego niż sok pomarańczowy, wino, czy piwo. Ba! Nawet od wódki mocniejszego!
I przeżyłam :D




Gorzej było z przeżyciem... kibla!
Tak, kibla!
Stojąc w kolejce dziwiłam się, czemu każdy wychodzi taki zniesmaczony. Wręcz zdruzgotany.
Dowiedziałam się. Przekonałam boleśnie na swoim tyłku (i nosie).
Wszyscy robimy sobie podśmiechujki z indyjskich pociągów, gdzie toaleta to tylko dziura w podłodze.
No to Wam powiem, że kibelek przy scenie wyglądał jak indyjskie WC, wersja deluxe.
Wersja deluxe, bo była dziura w podłodze, a w nią wklejona miska a'la zlew. Ale z wyznaczonym miejscem na postawienie stóp.
Nie wierzyłam własnym oczom. I nie ma zmiłuj dla dzieci, ciężarnych, niepełnosprawnych. Masz dziurę to szczaj.
Syf straszny. Obszczane wszystko dookoła. Nie dziwię się, w sumie. Ciężko wcelować w dziurę.
Ani żadnych poręczy, ani uchwytów, nic.
I jeszcze pobierali za to opłaty.
SERIO.
Dalej jestem zdegustowana do granic możliwości.

Na szczęście zdjęcie zrobione na przystanku poprawiło mi humor.


Z naszymi Marcinkami <3 p="">
Ten przystanek to fajny myk. Podchodzisz do tablicy informacyjnej, klikasz ikonkę z aparatem, robisz zdjęcie, wpisujesz swój mail i... już. Masz zdjęcie na swoim mailu :D
Tak gratis i w prezencie.
Świetna sprawa :)))

W zeszły weekend zrobiliśmy małe przebudowanie dużego pokoju. Miałam się chwalić zdjęciami, ale mam taki syf w chacie, że strach to pokazywać publicznie ;) Od trzech dni jestem lekko niedysponowana, a przedwczoraj skręciłam sobie kostkę. No, może nie skręciłam, nadwerężyłam.
Zwał jak zwał - boli. Leżę na doopie i bawię się z czwartym kotem.

Yhym. Czwartym kotem :D

W niedzielę poszliśmy z Reksiem na dłuuuugi spacer. I wróciliśmy z niego z małym, czarnym kocurkiem. Takim ślicznym :D
Krzysiek tak mnie zszokował swoim "Przygarniemy go?", że aż wyrżnęłam na prostej drodze ;)

No i czarnulek, zaksięgowany w bazie u weterynarza jako Lestat (ale imię to jeszcze kwestia dyskusyjna, poznajemy się, póki co ;)), je, bawi się i śpi.
I daje się zdjęciować :)










Staram się jak mogę dalej być zorganizowaną, pracować, tworzyć i ogarniać.
Ale... świat teraz składa się dla mnie z mruczącej, czarnej kuleczki.
Doświadczona poprzednimi trzema kotami wiem, że te kuleczki bardzo szybko rosną.
Chcę się nacieszyć Lestusiem, jego drobniutkimi łapkami i trybem traktorka.
Z rok będzie już duży.
Świat poczeka, sukces poczeka. Lesiu nie poczeka, dorośnie.
Dlatego to on teraz jest moim priorytetem :)))

* * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * *

Komentarze karmią blogera :)))

środa, 28 czerwca 2017



Hash, nie koniecznie w tagach.

Wczoraj miałam akcję pt. "ogolić nogi i nie zdemolować mieszkania".
Łatwo nie było, a i nie obyło się bez krwi, no ale jakoś podołałam. I czekając, aż krem zacznie spalać kłaki, przyszło mi do głowy, że...
To jest cholernie niesprawiedliwe, że tylko kobiety MUSZĄ taką rzeźnię przeżywać.
Facet nie mówi "Nie założę krótkich spodenek, bo się nie ogoliłem", ani nawet "Nie pojadę na basen, bo nie chce mi się depilować".
Nie, oni wskakują i jadą, idą, szaleństwo bez spinki.
A ja, nawet ogolona, mam zawsze w tyle głowy pytanie, czy nie porobiłam omijaków.
Jestem biała jak ściana, włosy rosną mi za to ciorne jak smoła, więc najmniejszy omijak widziany jest z kilometra.

Chłop mi mówi: "Olej to i załóż krótkie spodenki".
No way.
To jest już tak mocno zakorzenione w społeczeństwie, że się zwyczajnie nie da. Posiadanie owłosienia stało się nienaturalne, wynaturzone i ohydne.
Stan naturalny teraz to gładziutka, mięciutka skórka, którą można głaskać z przekonaniem, że nigdy nie została nawet zbrukana niechcianym włosiem.


Są tacy, którzy twierdzą, że to sprawa higieny. Chociaż nie wiem, co nogi mają wspólnego z higieną.
Są też tacy, którzy mówią, że dla urody trzeba cierpieć. Ale tu już nie chodzi o urodę. Tu chodzi o wymuszanie zachowań na kobietach. Chodzi o pozbawianie naturalnej lekkości bytu, zabijanie spontaniczności. Kreowanie sztucznych zasad.
Niby ich zachowanie nie jest obowiązkowe, ale w praktyce... jest.

Wielu mężczyzn nawet twierdzi, że nie wyobraża sobie nieogolonej kobiety. Że kobieta ma być gładka.
Od kiedy niby, ja się pytam?!
Taka rewolucja nastąpiła w ciągu ostatnich 20 lat. Tylko 20 lat wystarczyło, aby całe społeczeństwo zapomniało, że ogolone nogi nie są naturalne.

I teraz może się śmiejecie, że tak trywialna rzecz, jak golenie, mnie aż tak zajmuje.
Tak, zajmuje. Wczoraj się tego podjęłam, krem nie dał rady wypalić wszystkich włosów, do tego mnie uczulił (jak nigdy!).
Nogi mam w bąblach, do tego pozacinane po eliminacji omijaków.
A najgorsze jest to, że za dwa dni czeka mnie to samo.
Znowu mam zmarnować dwie godziny życia tylko po to, aby móc spokojnie nosić krótkie spodenki.

KURWA.


* * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * *
Komentarze karmią blogera :)

piątek, 23 czerwca 2017



Przeterminowana. Dokładnie o dwa i pół roku.

Było to 23 czerwca 2014 roku. Niespełna tydzień przed moimi dwudziestymi piątymi urodzinami.

Od dwóch miesięcy mieszkałam już z Mężnym (wówczas - Jeszcze Kawalerem).
Do szpitala po raz pierwszy trafiłam 26 maja 2014 roku.
Musiałam błagać lekarkę rodzinną o skierowanie na oddział.
Twierdziła, że nie ma przesłanek ku temu.
Sugerowała, że udaję, aby mieć dalej L4.

Przy pierwszym podejściu na Izbę Przyjęć lekarz stwierdził, że mam za dobre wyniki na szpital.
Za drugim, że dobrze działa na mnie Pyralgina i mam ją brać.
Za trzecim zrobili mi USG na miejscu, odkrywając stado guzów na wątrobie. Zatrzymali mnie na oddziale, zostałam tam prawie dwa tygodnie. Zrobili szereg badań, w tym biopsję.
Lekarz, który ją przeprowadzał, uspokoił mnie słowami:
"Widziałem takie coś setki razy, to nic groźnego, proszę się nie martwić!".

Po dwóch tygodniach wróciłam po wyniki.
Nikt ze szpitala nie dzwonił, nikt się nie dobijał, więc sądziłam, że to tylko formalność.
Zdziwiłam się bardzo.

Dostałam kartkę. Szybko szukałam w internecie, co oznacza ten dziwny, łaciński termin.
Poszliśmy do lekarza, który mnie prowadził, gdy leżałam na oddziale.
Zrzedła mu mina.

Chciałabym Wam napisać, jak to wszystko dalej się potoczyło, ale...
niemal nic nie pamiętam.
Wiem, że przyjechał Tata. I na kolanach prosił mnie, żebym nie umierała.
Wiem, że pojechaliśmy do innego onkologa.

Nie wiem, jak powiedziałam to Mężnemu.
Nie wiem, jak dostałam się do domu.
Nie wiem, co robiłam przez kolejne trzy miesiące.
Nic nie pamiętam!
Kolejne wspomnienie mam dopiero z października, gdy zakładałam bloga.

Słyszałam, że mózg się broni przed traumatycznymi wspomnieniami, zupełnie je wypierając.
Pierwszy raz w życiu mam takie coś.
I jestem za to wdzięczna!

Mijają dzisiaj trzy lata. Szmat czasu, którego mi nie dawano.
Żyję pełnią życia.
Jestem szczęśliwa.

Niemożliwe stało się całkiem realne!


* * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * *
Komentarze karmią blogera i czynią go szczęśliwym :)

wtorek, 20 czerwca 2017



To ja poczekam, aż będę idealna... (dużo zdjęć... nieidealnych ;P)

Mam dziwny okres w życiu. Bardzo dziwny.
Znowu łapię się na gonieniu ku perfekcji. Myślałam, że już się z tego wyleczyłam, ale nie. Dalej w głowie siedzą dziwne chochliki, co zawistnie szepczą do ucha teksty typu "jesteś niewystarczająco dobra", albo nawet "lepsi od ciebie nie dawali rady". Muszę dać sobie mentalnego kopa i po prostu robić swoje. Nie jest łatwo, bo wena to taka suka, co raz daje jednemu, raz drugiemu, aby w końcu pójść do trzeciego i zatęsknić za pierwszym.

I tak - kiedy piszę regularnie to nie umiem dziabać biżuterii. Gdy dziabam szaleńczo to nie umiem jednocześnie pisać. A gdy ogarniam już, jako tako, jedno i drugie to nagle stwierdzam, że:
a) trzeba posprzątać,
b) poszyłabym sobie,
c) zamoczyłabym łapki w akwarium,
d) BRZDĘĘĘĘK bzzz BRZDĘK zzziiiiiisiiii BRZDĘĘĘĘK (a to wyjaśnię niżej ;P).

Jako, że biżuteryjnie to ja bardzo płodna, to od ostatniej notki nazbierało się sporo nowości. Wieści. Radości. Dużo, hopsa!

W poprzednią sobotę odbyło się spotkanie pomaturalne. W sensie - dycha po maturze.
Miałam wpaść na chwilkę, a w sumie to wróciłam do domu na tyle późno, że chwilkę to ja spałam ;) 
Nie sądziłam, że jestem w stanie wlać w siebie tyle wódki (WÓDKI, KURWA, WÓDKI! ja tego świństwa nie piłam już od... nie pamiętam kiedy... w każdym bądź razie - daaaawno).
Spotkanie klasowe w końcu przekształciło się w spotkanie miarkowe (chodziłam do liceum imienia Karola Miarki ;)). A tam nawet znalazła się moja jedna fanka (pozdrawiam, pozdrawiam!).

Niby nic, zwykła biba. Ale... jakoś pozmieniała mnie gdzieś tam w środku.
Nagle zrobiłam się gadatliwa, pełna energii, pozytywnie nastawiona do wszystkiego, co tylko isnieje na świecie.
Zwykle jestem raczej pozytywna, ale teraz jestem mega pozytywna i aż pysk mi się śmieje na samą myśl o jutrzejszym dniu. Normalnie sama z sobą już nie wyrabiam!

Nie wiem, czemu, a jakoś mnie wzięło na strzelanie selfie w windzie, chociaż ja selfików nie zwykłam sobie strzelać.
Ale to pewnie dlatego, że na te szóste piętro winda jechała strasznie długo. Najpierw pomyłkowo kliknęłam guziczek z "9" i tego nie zauważyłam na czas... a poźniej, żeby zjechać trzy piętra w dół, kliknęło mi się parter. I byłoby okej, gdybym na parterze nie włączyła wszystkich przycisków. Tak dla pewności, że zatrzyma się na szóstym piętrze... takie tam, ekhem :D

Stan fizyczny?

Stan psychiczny?


Nie pytajcie o szczegóły. Nie chcecie wiedzieć :D

Po paru dniach (które były niekończącym się kacem...) przybył mój prezent urodzinowy od Mężnego. Tadaadadaaa!

 
To są Krzypki.
Krzypki są zajebiste, bo są niebieskie i zajebiste.
Normalnie kocham je całym moim złym i mrocznym serduszkiem!
Brzdękam codziennie (sąsiedzi zapewne są zachwyceni...).
Odpręża mnie to lepiej niż gorąca kąpiel, czy czekolada...
                ...a może nawet bardziej niż kąpiel w czekoladzie ;) 

Na fejsie wrzuciłam filmik z moich zmagań (byłam totalnie nieświadoma bycia nagrywaną - Mężny mnie w konia zrobił udając, że robi zdjęcia kocicy ;P).
Kogo ominęło, to film znajdzie tu -> http://bit.ly/krzypki1.
Radzę wyłączyć dźwięk ;)))

Po krzypkach przyszedł kolejny prezent, tym razem od mojej Anuchny, co ją znam już z... 14 lat?Jesteśmy dowodem na to, że znajomości internetowe mogą być bardzo trwałe. A poznałyśmy się na forum... o robieniu bransoletek z muliny ;)


Coby bylo mało, to jeszcze Purina i Streetcom nam zrobili prezencik, przysyłając Reksiowi jedzonko na próbę ;)


I tak, po serii przesyłek, dochodzę do wniosku, że wyleczyłam się z nielubienia prezentów.
Tak, kiedyś nie lubiłam dostawać prezentów. 
Nie wiem, czemu.
Jakośtakoś.
Teraz uwielbiam ten moment, gdy mogę coś rozpakować (jak dziecko... znowu... ciągle wydaje mi się, że coraz bardziej dziecinnieję na starość).
I mogłabym udawać, że nic mnie nie rusza, że nie jestem materialistką, ble ble ble, że poważna jestem, ble ble ble.
Ale po co? Nie jestem materialistką, ale uwielbiam miłe niespodzianki! Uwielbiam coś dostać, bo uwielbiam być wdzięczną.
Lubię się uśmiechać, lubię być szczęśliwą, normalnie lubię być sobą i lubię kochać życie.
Lubię też szczerość, więc dlaczego mam być nieszczerze nieszczęśliwa w tym momencie?

Niestety, zachorowałam na nową przypadłość - paczkoholizm. Tu już zachowuję się jak kot - wpadam w kartony, że aż wióry lecą.
Och, kartony, kartoniki, paczusie, paczuleńki...

Co do paczek - ostatnio pokazywałam Wam koraliki od Iwony. Oto, co z nich wyczarowałam:

Jestem z siebie tak bardzo dumna, że aż ciężko to opisać słowami. Założyłam nawet konto na Wylęgarni. Trzeba iść z tymi moimi plecionkami w świat, bo, nieskromnie mówiąc, są cudowne. Zdjęcia nie oddadzą ich uroku. Normalnie mogę się godzinami patrzeć, jak te kryształki cudownie odbijają światło :)))

No nic. Na kolejną notkę szykuję Wam niespodziewajkę, która jest mało niespodziewajkowa, bo na fejsie już się zdradziłam.
No dobra, nie wytrzymam nie pisząc o tym ;P

Jakiś czas temu rozpoczęłam współpracę z portalem Faqrak.pl. W dniu dzisiejszym znajdziecie tam już dwa moje twory (w tym jeden wywiad), a to jeszcze nie koniec. Jak tylko oderwę się od Krzypków i Iskrzyków to, zapewniam Was, napiszę tam jeszcze co nieco.
Obiecałam zresztą serię felietonów, więc... no nie mam wyjścia ;)

Linki:
Wywiad jest tu -> http://bit.ly/faqrak-wywiad
Instrukcja obsługi jest tu -> http://bit.ly/faqrak-instrukcja (tak, to dokładnie TA istrukcja ;)).

No. To już wiecie, dlaczego chodzę nakręcona jak mały samochodzik?
Dużo się dzieje, fajnie się dzieje! Nawet Mężny miał cały długi weekend wolny i... no, troszkę się nim nacieszyłam (w końcu!) :)
Dodam jeszcze, że mamy nowe akwarium (trzecie już, kolibka...). Może i malutkie, bo tylko 12l, ale plany mam wobec niego, jakby miało z 2000l :D

Muszę Wam powiedzieć, z pełną odpowiedzialnością, że właśnie zaczął się najlepszy okres w moim życiu. 
Już ja sama o to zadbam, aby był najwspanialszy ze wspaniałych.
No bo KRZYP KRZYP KRZYP KRZYYYYP! ;)

* * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * *
SMS na numer 75 165 o treści: POMOC 6742
czyni mój świat lepszym :)