Nie po drodze mi z chemią...

Nienawidzę przeziębień. Nie zrozumcie mnie źle - raka też nienawidzę, ale rak ma jakiś patos w sobie, dozę romantyzmu, każdy też wie, że to przebiegły i chytry ooyek. Walka z nim ma w sobie coś związanego z Xeną, Wonder Woman, Kapitanem Ameryką... Ale, przede wszystkim, ma w sobie coś z bycia Deadpoolem (uwielbiam gościa! :D).
A walka z grypą? To taka walka z wiatrakami. Nawet żal i wstyd się na to żalić. No, kurde, nie. Zero polotu.


I tak na chemii miałam stawić się 5 lutego. Rozłożyła mnie grypa. I to taka z gorączką. Ooy, przełożyłam chemię na 13 lutego. Cały tydzień dodatkowej wolności, a ja sobie zdychałam pod kocykiem. Takie marnotrawstwo! 
Po intensywnej kuracji doszłam do siebie, przychodzi 13 lutego. Budzę się w środku nocy z mega migreną! Wstaję o 6, na dzień dobry padam na kolana przed Panem Klopem. W czaszce buzuje gorączka. Znowu telefon z przełożeniem chemii. Czwartek całkiem znośny, wstaję dzisiaj rano pełna determinacji, żeby do tych Katowic pojechać i wziąć te pół tablicy Mendelejewa. I co zastaję rano w lustrze? Mega spuchnięte oko. Ogromne! Myślałam, że zaraz wypłynie mi z oczodołu. Normalnie powtórka z rozrywki z zeszłego roku. Pamiętacie?
No ale pojechać musiałam. Z pomocą przyszła taksówka, bo ból łba i oka ograniczył mi widoczność do 5cm. Ale jakoś dojechałam, chemią dostałam.
Po tej imprezie pojechaliśmy z Tofikiem na pizzę. Bo wczoraj były niby Walentynki, 9 lutego mieliśmy piątą rocznicę  Randka nam się należała i tyle ;)
Pizza była cudownie pyszna! Wiem, bo przez moje usta przeszła, niestety, dwukrotnie.

Także ten. Jutro poprawka randki, wyciągam Mężnego do kina. Chyba, że pokona mnie chemia. Lub cholerne zapalenie spojówek.

Wiecie co..? Ja już chyba wolę tę nudną grypę ;)

Przed chwilą po raz drugi oddałam cześć Panu K.
I to w momencie, gdy zaczęłam snuć ambitne plany pod tytułem "codziennie odpisuj na wiadomości", "odpisz na maile" (Lenka, pamiętam o Tobie! Odpiszę!), czy też "odpowiedz na komentarze". Był nawet ambitny punkt o 12:00 - pół godziny jogi. Od początku chemii przytyłam 4kg. Nie mogę aż tyle leżeć.
No, jednak moje mdłości mają inne plany na najbliższe kilka dni.

A w ogóle to marzę o komputerku. Już z dwa lata notki piszę na telefonie.
Jak byłoby cudownie znów poczuć pod palcami klawiaturę. Peonowymiarową. Taki mały, lekki notebooczek, tylko do pisania. Na tyle słaby, żeby K. nie chciał mi go nawet dotykać... Chyba musiałby być różowy 😂

Lecę spać. Oczy mi już się same zamykają. No jedno oko. Drugie od rana jeszcze się nie otworzyło ;)
Pamiętam o Was!

Share:

Początek roku

Od miesiąca się nie odzywam, co? ;)

Styczeń był bardzo aktywny. Miałam komisję ZUS, przedłużyli mi rentę o 2 lata. Niestety samej renty nie dostałam (w lutym nadpłacą), więc trzeba było kombinować.
Wróciłam do robienia maskotek, tak na pełen etat (a dokładniej na pół etatu ;)). I okazuje się, że jestem w stanie zarobić dokładnie tyle samo, ile dostawałam wypłaty.
Ktoś mi tu wyrzucał z półtora roku temu, że powinnam wziąć się do prawdziwej pracy... A tu taki psikus, interes kwitnie, moja działalność nierejestrowana (w pełni legalna, ha!) cudnie się rozwija.
Przez to zostaje mi bardzo mało czasu na pisanie. W sumie nawet nie bardzo mam o czym pisać. Jutro miałam jechać na chemię, ale właśnie próbuję się dodzwonić do szpitala i ją przełożyć. Grypsko mnie rozłożyło, mam stan podgorączkowy od rana i jakoś czarno widzę tułanie się w tym stanie autobusami do Katowic. Wszystko mnie boli. Wszystko, łydki, uda, a najbardziej kręgosłup. I łeb ;)
Ale to znośny ból, taki z kategorii "czuję, że żyję ". Bóle stricte onkologiczne od grudnia trzymają się ode mnie z daleka. Chemia zaczęła działać - nie mam już zimnych potów, nie męczę się tak szybko, zaczynam trochę logiczniej myśleć, wątroba i jajniki siedzą cicho.
Percepcyjnie ujmując - czuję się zdrowa. No. Poza tym cholernym katarem.

A już 15 lutego do kin wchodzi trzecia część "Jsk wytresować smoka"! Nie umiem się doczekać :)))

Tulam Was ciepło i pamiętam :)

Share: