wtorek, 30 grudnia 2014



HATE!!!

Czasami mam ochotę załatwić sobie jakiąś siekiere, maczugę, karabin... tasak chociaż i zapierdolić każdego w tym jebanym szpitalu. Sił brak, witki opadają. Sama nie wiem, co jeszcze. Przyjeżdżam z samego rana, tylko po to, aby ignorować mnie aż do godziny 12. Lekarz mówi, że platyny dzisiaj nie będzie. A jednak wypisuje na nią zlecenie. I marzenie o trzygodzinnej chemii poszło się paść na zieloną łąkę. Chemię podłączyli około 14. Skończy się po 22... Ale nie dam się tu zamknąć na noc. Tylko ścieknie mi tabliczka Mendelejewa to śmigam do domciu. Nawet, jeżeli mam wrócić o północy. Nie chcę tu dzisiaj zostawać...
W słuchawkach napierpapierdziela Korn. Wysysam życie z woreczków.
Ssssssss....
Odnalazłam w sobie młodzieńczy bunt, nastoletnią nienawiść.
Więcej Korna.
To gdzie mój tasak?

poniedziałek, 29 grudnia 2014



Transakcje wiązane ;)

Koty mnie molestują na potęgę. Ciemka przyciamkała mi się do dłoni (i nie przeszkadza jej wcale to, że ciągle tą ręką ruszam), a Gacek uparcie próbuje mi pokazać, że on jest ważniejszy niż jakieśtam małe coś, co trzymam w rękach i uparcie się w to wlepiam. Koty bardzo nie lubią elektroniki odciągającej uwagę od nich samych ;) Próba jedzenia sałatki w takiej konstelacji spełza na niczym - koty muszą sprawdzić mi każdy kęs. Takie są dobre i kochane, że nie chcą, aby ich pani się czymś otruła ;) Ponadto Gacek miał wczoraj pierwsze przygody z fajewerkami. Na początku patrzył na nie oczarowany. Dopóki jedna z petard nie wpadła na nasz balkon, kiedy on akurat leżakował na parapecie. Biedny dalej ma traumę ;) Przez kilka godzin po zdarzeniu był jeszcze w szoku i, z przerażeniem w oczach, siedział na ziemi i uparcie obserwował okno. Za to teraz boi się każdego hałasu. A Ciemka poluje na ubrania w pralce, które właśnie się piorą ;) Ot, poranek jak każdy inny. Jeszcze Kawaler poszedł do pracy... a mi pusto w domu. Przywykłam przez ostatni tydzień do porannej kawki i śniadanka w jego towarzystwie.

Już jutro mój mężny przestanie być dwudziestokilkolatkiem, bo stuknie mu trzydziecha ;) Jak na złość jutro rano akurat jadę na chemię i wrócę dopiero w środę. Głupia konstelacja zdarzeń. Ciekawe, jak zniosę sylwestra na pochemicznym kacu. Niby planujemy tylko skromną domówkę dla paru znajomych, jednak miło by było, gdybym nie zasnęła przed północą ;)
Parę tygodni temu, gdy zaczęłam coraz wyraźniej odczuwać poprawę swojego samopoczucia, zaczęła mi chodzić po głowie idea uczenia się. Musicie wiedzieć, że uwielbiam się uczyć. Może i studia przerwałam, ale za to zdałam na 100% egzamin zawodowy na technika BHP (w mojej szkole takie stuprocentowe ewenementy zdażały się raz na pięć lat ;)) i ze świetnymi wynikami zostałam wizażystką/stylistką. Może teraz kosmetologia? Przez jakiś czas nawet byłam na dwóch kierunkach, właśnie na wizażu i kosmetologii, ale niestety pani dyrektor nie dotrzymała słowa i zajęcia się w większości pokrywały. Nie dałam rady z pracą i jednoczesnym nadrabianiem zaległości ;) Tylko muszę poszukać jakiejś dobrej szkoły w okolicy, bo do Katowic, gdzie wcześniej się uczyłam, nie dam rady dojeżdżać. Myślę, że byłaby to super odskocznia od alienowatej rzeczywistości :)
Tylko jaki kierunek? Kosmetologia? Administracja? Księgowość?
Marzeniem byłaby weterynaria, ale w Żorach mnogę o tym zapomnieć...
Ale coś wybiorę :) I zacznę od nowego semestru :)
Uh. Pralka skończyła prać, a ja boję się wyjąć z niej pranie. Guz pod miednicą dosyć mocno ogranicza moje zdolności ruchowe...
Przed Świętami postanowiłam zrobić coś ze swoją liniejącą szopą. Nie chce do końca wypaść, ale też nie wygląda zbyt gęsto. Dałam Kawalerowi trzy kolory do wyboru - blond, czerwień i czarny. Blond wykluczył stanowczo, co do reszty dał mi wolną rękę ;) Na przekór wybrałam czarny ;P
Konsekwencje czerni na łbie?
+ włosów wydaje się duuuużo więcej!
+ mniej widać prześwity
+ krótkie włosy zdają się być świadomą decyzją, a nie efektem wypadku (każdy przecież może przez przypadek wpaść pod kosiarkę ;))
- przy myciu włosów widać, ile ich tak na prawdę wypada... pływająca na powierzchni wody warstewka czerni nie wygląda zachęcająco
- moje brwi wyglądały blado...
Ustanowiono zatem transakcję wiązaną - hennę brwi!
Po kilku minutach walki z sypkim proszkiem i wodą utlenioną udało się osiągnąć cel.
+ mam brwi!
- gdzie moja penseta...
To ja już chyba skończę z metamorfozami, co? ;)
A już dzisiaj, uwaga uwaga, odbieram okularki! :D

niedziela, 28 grudnia 2014



Czwarty dzień Świąt

Tradycyjna już pobudka w środku nocy. Wstać, ogarnąć krwotok z nosa, wypić ze dwa painkillery. To może coś skrobnę, hm?
Dziwnie się w tym roku Święta skonfigurowały... Zamiast Wigilii i dwóch dni, mamy Wigilię i cztery dni Świąt. Zwykle już przy drugim dniu mam absolutnie dość. Ale nie tym razem! Teraz świętować mogę jeszcze i następny tydzień. Dlaczego?

Bo spokojnie jest. Uzyskałam stan absolutnej nirwany. Zaczęło się od odebrania wyników z tomografii bebechów. I od tamtej pory nie rusza mnie absolutnie nic. Nawet zepsuty komputer (stłuczona matryca) nie zachwiał moim stoicyzmem na zbyt długo. Co do winnych kalejdoskopu zamiast ekranu w moim laptopie - winnych tak de facto brak. W wigilijny wieczór komputer stał jeszcze na szafce, w świąteczny poranek był już na ziemi. W nocy nie odnotowaliśmy żadnych hałasów. Teorie są dwie, łamane przez trzy. Brzmią: Mikołaj wychodzący przez okno lub Gacek/Ciemka konwersujący ze swoim cieniem. Jako, że dowodów winy któregokolwiek z wymienionych brak, postanowiłam nie być Grinchem i uchyliłam się od wymierzenia kary. Po co psuć niemal idealne Święta?

Dlaczego "niemal"? Ech. Sprawa z gatunku "skomplikowane" i "temat tabu". Zdradzę tylko tyle, że pierwszy raz w życiu nie zobaczyłam się w Święta ze swoimi braćmi. A pierwszy raz w życiu Święta w ogóle mnie interesują. Mając bombe zegarową w trzewiach troszkę inaczej się postrzega świat. I kłuje, cholibka...
W okolicy Świąt działo się kilka ciekawych rzeczy.
Jadę z Jeszcze Kawalerem skądśtam dokądśtam, grunt, że jazda w tym momencie polegała na staniu na czerwonym świetle. Drogę przecina nam Aleja Zjednoczonej Europy.
Jeszcze Kawaler - Patrz, jak ten sk*****l dopierd**la!
Rzekł moj luby roździawiając uroczo swój pyszczek.
Ja - Noooo... A tu ograniczenie do pięćdziesięciu!
W tym momencie, jak na złość, światła turn out z czerwieni na soczystą zieleń. I ruszyliśmy z kopyta.
JK - Jak do pięćdziesięciu? Do siedemdziesięciu!
Ja - Nie... Do pięćdziesięciu!
I taka jałowa sprzeczka trwała dobrą minutę (rekordowa długość naszej kłótni - zwykle odpuszczam po trzydziestu sekundach). Wtem...
JK - Widziałaś to?!
I następuje pińcet rzeczy na raz: kawaler zjeżdża na pobocze, samochody dookoła jeżdżą dalej jak opętane, ja się miotam w te i wewte nie wiedząc, czy kogoś przejechaliśmy, czy coś zgubiliśmy, czy odpadła nam jakaś newralgiczna część samochodu, czy może Jeszcze Kawaler musiał bardzo pilnie skoczyć pod krzaczki. Widzę go kątem oka jak przebiega między samochodami niosąc w rękach sporą piłkę. W geście zwycięstwa, z mega bananem na pyszczku, podnosi nad głowę... jeża, który ogarnięty świąteczną gorączką pomylił trawnik ze środkiem ulicy.
Różowy półpłynny jednorożec kontra macho: dwa do jednego.
Jako, że moje oczyska ostatnio stroją fochy i a) ciągle są przesuszone, b) bez przerwy coś w nie wpada, c) ślepnę na potęgę, postanowiono - trzeba odwiedzić okulistę. No to się zebrałam do takowego. Po wstępnych oględzinach oczków przez lornetkę, zostaję zaproszona na krzesełko ustawione przed tabliczkami z literkami i cyferkami. Okulista zasłania mi lewe oczko i jedziem z czytaniem. Trzeci rządek od dołu poszedł nawet sprawnie. Dorzucił mi ze dwa szkiełka i nawet przeczytałam ostatni rządek! No to zmiana oczków.
Okulista - No to proszę czytać.
No to nie było takie proste. Ogniskuję wzrok, skupiam się, namyślam, ustalam największą cyferkę na tablicy.
Ja - No to będzie... Obstawiam siódemkę?
Okulista spojrzał na mnie z ukosa. Dorzucił jakieś szkiełko do metalowych okularów osadzonych na moim nosie.
Ja - O, to jednak dwójka, ale psikus!
Po dłuższej chwili kombinowania (przygody pod tytułem - nie widzę, rozmazuje się, karuuuuuzelaaaa, dlaczego widzę podwójnie) następuje test generalny. Następuje odsłonięcie obu oczek iiii...
Ja - Pan mi coś dolał do wody? Dlaczego widzę trzy tablice?! I czemu wszystko tańczy?
Trzy tablice były od początku, tylko dwóch z nich nawet nie widziałam... Ale efektu tańczenia nie pozbyliśmy się nawet przy czwartej konfiguracji szkiełek. Lewe oczko mam tak słabe, że ostatni rządek mogę wsadzić już tylko w strefę marzeń. Po zaledwie czterech miesiącach chemii...
Ale już jutro odbieram okularki i, uwaga uwaga, będę WIDZIEĆ! :)))
Przez Święta wydarzyło się też parę rzeczy niesamowitych. Dla przykładu - "paczka" od mojej slawistyki kochanej (kilka lat temu, w innym świecie, studiowałam dwa lata czeski ;)), paczka od pracowników przychodni (gdzie zaczęła się moja przygoda z alienem, kiedyś opowiem Wam dokładnie) i... niemal tysiąc złotych uzbieranych na koncie Fundacji. Jak jeszcze powiem Wam, że przyszedł przelew z ZUSu, chociaż nowa opinia orzecznika jeszcze nie jest prawomocna, to... no brak słów. Życie potrafi zaskakiwać :)))
Dziękuję Wam wszystkim bardzo bardzo bardzo!
Staliście się wszyscy mecenasami spokojnych Świąt, podczas których nie musiałam się absolutnie niczym martwić... :)
I będę miała okularki! Będę WIDZIEĆ! :D

wtorek, 23 grudnia 2014



Pierwsze prawdziwe Święta

Właśnie wstawiłam piernik do rozgotowania. Czyli moczka, mój kulinarny debiut, właśnie się tworzy. Zastanawiam się jak przebrnę przez etap "zrobić zasmażkę", bo takowej też jeszcze nigdy nie robiłam, ale jestem dobrej myśli. Pięknie pachnie w domu. Korzennie. Świątecznie.

Pierwsze Święta na swoim już za pasem. Po raz pierwszy w pełni rozumiem ideę Świąt. Nie chodzi tu o prezenty, jedzenie, pokazówkę. Tu chodzi o rodzinę. Pięknie jest świętować kolejny rok w tym samym składzie. Dopiero, gdy człowiek walczy o życie, takie sprawy stają się zupełnie jasne i klarowne. Bo, niestety, nie jest oczywistym to, czy w przyszłym roku znów będziemy wszyscy razem. Życie lubi płatać figle.
Zrobiło się melancholijnie, a zupełnie nie o to mi chodzi. Jest radość, jest pozytywna energia i masa optymizmu. Tylko ciężko się gotuje, gdy miednica strzela, strzyka i napierpapierdziela. Ale grunt, że pachnie w domku. W naszym domku :)

Za chwilę przybędzie mój Jeszcze Kawaler. Wieczorem pichcimy bigos. Kolejny debiut kulinarny. Ciekawe, jak nam się uda... ;) Zresztą - to i tak nieważne. Ważne, że zjemy go razem. Nawet, jeżeli nie wyjdzie ;)

Wam na Święta chcę życzyć dużo ciepła, radości, zażegnania starych sporów i niepojawiania się nowych waśni ;) Spełnienia marzeń, zdrowia, wsparcia, wiary i siły. Pamiętajcie, że każdy dzień jest cudem! A Święta to wyjątkowo magiczny i cudowny czas... :)

piątek, 19 grudnia 2014



Wspaniałe wieści, emisja Interwencji, pochemicznie i przedświątecznie :)

Wróciłam właśnie do domku po chemii. Po raz kolejny zostałam na noc. I tym razem już stres był mniejszy, ale wyspałam się gorzej, chociaż dłuuugo spałam. Do tego pielęgniarka dziwnie wbiła mi wentyla (robocza nazwa wenflonów ;P) i nawet ciężko mi się wyszywało, tak bolał skurczybyk :/ No ale już po. I tylko troszku mi się flaczki przewracają... I jestem baaaaaardzo śpiąca, mimo dwóch wypitych kaw :/



Po prawej na blogu znalazł się namiar na fundację "Gwiazda Nadziei". MOJĄ FUNDACJĘ! Przygarnęli mnie bez zbędnych formalności, super sprawa :) Wcześniej chciałam się zapisać do innej fundacji, ale przeraziła mnie lista koniecznych dokumentów... Nie mam siły na papierologię. A tu poszło bezboleśnie :) Będzie za co się leczyć! Hihihi! :D

Pewnie teraz część, na którą najbardziej czekacie ;P
Odebrałam wczoraj wyniki tomografii bebechów i... pierwszy raz popłakałam się ze szczęścia nad badaniami :D Tomografia mówi, iż:
alieny na wątróbce zmniejszyły się o 20-40% :)
zniknęły zwapnienia na płucach
węzły chłonne śródotrzewnowe zmniejszyły się o ponad połowę (!)
i, najważniejsze,
zniknął guz z trzustki! (był olbrzymi, prawie 3cm) pozostawił po sobie tylko zwapnienia :)))

I teraz zapytam orzecznika z ZUSu - chemia paliatywna, taaaak? :]

Z gorszych wieści - guzy w kręgosłupie dalej siedzą. Ni hu hu, aby chciały zmaleć. A bolą coraz bardziej, więc za tydzień zaczynam brać nową kroplówę, taką typową na kościozjadacze ;) Zostało mi jeszcze 5 chemii. Potem mam zapowiedzianą radioterapię na kręgosłup, a potem chemię albo na wątróbkę, albo na kości. Zależy, jak zareagują na przysmażanie radioterapią ;)

Teraz druga część, na którą pewnie czekacie ;P
"Interwencja" na Polsacie :)

Odczucia? Po pierwsze - super zmontowany :) Rozczuliłam się bardzo widząc płaczącego Tatuśkowatego. Mamuśkowata się trzyma twardooo.
Ale, o dziwo, najbardziej ruszyła mnie część z moją byłą pracodawczynią i kolegą z pracy komentującym w tle. Spędziłam na tej stacji trzy lata życia. Uwielbiałam tą robotę. Wszyscy mnie namawiali, aby zmieniła pracę, bo niebezpieczna, bo nocki, bo płaca nie najlepsza, bo stać mnie na więcej, ale... ale ja zwyczajnie kochałam tą stację. Nową szefową (ona jest na tej stacji krócej ode mnie, pracowałam jeszcze pod poprzednim prowadzącym stację i od sierpnia zeszłego roku byłam pracownikiem z najdłuższym stażem natej konkretnej stacji) bardzo polubiłam. Mamuśka nawet była troszkę zazdrosna, że widzę w szefowej autorytet, widzę w niej siebie - samozaparcie, zmotywowanie, nacisk na osiąganie zamierzonych celów. Na początku choroby bardzo mnie wspierała. A tu słyszę, że zwolniła mnie, bo... bo mogła. Bo jest przepis. A co ze mną? Jestem kolejnym przepisem? Kruczkiem prawnym? Aż kusi mnie, aby skoczyć do sądu pracy z ośmioma miesiącami przepracowanymi na zleceniu. Ale wtedy stałabym się taka jak ona. A chyba już tego nie chcę.

A teraz, dla rozluźnienia atmosfery.
Wpadł dzisiaj rano ksiądz na wizytację na salę. Ja nie biorę udziału w takich minimszach, bo jestem dość mocno antyklerykalna. Ale chciałam się do niego miło uśmiechnąć. Speszył się jakoś, dziwnie na mnie spojrzał i... uciekł. Aż poszłam do łazienki sprawdzić o co chodzi.
Dopiero tam zrozumiałam, że mój miły uśmiech wyglądał raczej jak "zjem cię, dziadu!" :D Po chemii straaaaasznie się puchnie, ledwo oczy można otworzyć. I to własnie tak wyglądało - gremlin skrzyżowany z Gollumem :D



 Może ksiądz uwierzy w elfy? ;)

niedziela, 14 grudnia 2014



Walka z pokusą

Ciasta z kruszonką to bardzo wredne i przebiegłe bestie. Najpierw kuszą owocowym nadzieniem i zapowiedzią raju w pysku, a później atakują układ oddechowy odłamkami kruszonki. I człowiek chodzi po mieszkaniu i dusi się niedoszłą rozkoszą przez, dokładnie, 12 minut i 48 sekund. Nie wspomnę już o tym, że lubią odkładać się w newralgicznych miejscach ciała w postaci tłuszczu. Mam nadzieję, że Mamuśkowata dodała do tego jabłecznika jakiś składnik x, który sprawi, że ciacho osadzi się na klatce piersiowej. I nie mówię tu o brudnej bluzce ;)
Jesteśmy po wizycie ekipy z Polsatu. Jeszcze Kawaler padł mi na kanapie jak mucha złowiona przez Gacka (jeszcze macha łapkami przez sen!), a ja zafiksowałam się na oglądaniu reklam i krzyczeniu "a tu było cięcie!". Oj, aktywny to był dzień, aktywny. Sama padam na pyszczek, ale...
...ale to ciasto dalej mnie wzywa...
I jak tu zasnąć?!
Nie... nie spocznę póki nie zwyciężę nad resztą kruszonki! Nie dam się udusić przez sen!
Zatem?
Om nom nommm!

piątek, 12 grudnia 2014



Świątecznie i rachunkowo

Wczoraj z Jeszcze Kawalerem ubraliśmy choinkę :) Ugina się aż od nadmiaru ozdób, a tu jeszcze trzeba w nią wpleść kilogram cukierków. Nie wiem, jak to zrobię... ale lubię wyzwania! ;P
W domku zrobiło nam się bardzo świątecznie... A jeszcze w środę rano nie było pewności, czy Święta w ogóle w naszym domku zagoszczą. Dzisiaj, po wypłacie Kawalera, już wiem, że by nie zagościły, gdyby nie pomoc Ludzi o wielgachnych sercach.
DZIĘKUJĘ DZIĘKUJĘ DZIĘKUJĘ!

Bez Was nie mielibyśmy za co nawet żarełka kupować, bo... Już wyjaśniam.
Kawaler przyniósł wypłatę. Z zapartym tchem otwieramy kopertę, szczęśliwi jak dzieci. To już u nas rytuał. Przeliczyliśmy kasę i... i szczęście nas opuściło. Liczyłam na co najmniej cztery stówki więcej. Dzisiaj dokonałam kilku przelewów i już wiem, że z wypłaty zostało, UWAGA UWAGA, sto polskich złotych. Dobrze czytacie. STO. Krótki, konkretny wyraz. A już na ZUS w tym miesiącu liczyć nie mogę. Fajnie, nie? ;)


Mam dla Was kilka rad. Posłuchacie albo nie. Ale to płynie prosto z serca i jest przetestowane przez Doświadczaną Przez Los, czyli moją skromną osóbkę.
Jeżeli już bierzecie kredyt to ubezpieczajcie go. Wydaje się, że te dwadzieścia kilka złotych to majątek, ale nigdy nie wiecie, co los przyniesie. Ja też byłam pewna, że nie zachoruję i nie stracę pracy. A jednak. Nieważne, czy masz 20, 30, 40 lat - alieny zawsze mogą czyhać przyczajone w czeluściach Twojego organizmu!
Karty kredytowe to zło. Każdy to wie. Ale... jeżeli mądrze wybierzecie i mądrze będziecie korzystać to, wierzcie mi, może Wam taka karta tyłek na dwa-trzy miesiące uratować. Ja tak miałam. Kredytówka leżała sobie grzecznie nieużywana "na czarną godzinę". Gdybym takowej nie założyła w czasach przedalienowatych to prawdopodobnie parę miesięcy temu bylibyśmy na lodzie, gdy przez miesiąc nie dostałam ani grosza z ZUSu (błędnie wypełnione L4, które latały sobie po świecie celem wyjaśnienia różnicy wizualnej między 4 a 9 - każdy te cyferki pisze inaczej; po co wyjaśniać, że pesel zaczyna się od 880629 a nie 880624, skoro obok widnieje jak byk data urodzenia - 29. czerwca... ZUS rządzi!).
Ubezpieczajcie się. Na różne, różniste okoliczności. Ja byłam głupia i tylko planowałam się ubezpieczyć, a zawsze jakoś brakowało czasu. Żałuję - moja wina, moja wina, moja bardzo wielka wina.
I, najtrudniejsze, oszczędzajcie. Nie muszą to być wielkie sumy, wystarczy jakiś plan oszczędnościowy, który zaokrągla kwoty przy płatności kartą, a różnicę wpłaca na subkonto. Parę razy takie "zaskórniaki" też nam tyłek ratowały. A tego się zupełnie nie odczuwa przy zakupach!

I pamiętajcie - wyprzedaż w obuwniczym przed wypłatą nie jest czarną godziną! ;P

Młoda (czyt. Ciemka, czyli nasza mała kociczka) nauczyła się wchodzić na kaloryfer i parapet. Niestety jeszcze nie opanowała sztuki schodzenia. Właśnie byłam świadkiem, jak "zjechała" po firankach. Dobrze, że Mamuśkowata tego nie widziała, bo kocham Ciemkę i chciałabym, aby żyła ;)

Z wieści medialnych - będziecie mieli nikłą przyjemność ponownego podziwiania mojego napuchniętego pyszczka w telewizji. W niedzielę odwiedza nas ekipa "Interwencji" z Polsatu. Robi się grubo, bo to już telewizja ogólnopolska. Zaczynam bać się tego, co będzie się działo na moim fejsie. Już teraz mam zatrzęsienie. Chyba zmienię ustawienia widoczności profilu w wyszukiwarce. Przynajmniej na jakiś czas. Póki afera z ZUSem i moim alienem w roli głównej troszkę nie ucichnie...

A teraz lecę wyszywać. Zamówienia mnie gonią, Święta coraz bliżej... Udanego weekendu!

środa, 10 grudnia 2014



Jestem gwiazdą! Muahahaha! (ironiczno-sarkastyczny śmiech mode on)


Tak, pojawił się program ze mną w roli głównej... niestety emisja programu w tv mnie ominęła, ale na szczęście, jest już dostępny w internecie. Uwaga uwaga...
...tylko pamiętajcie, że kamera dodaje 5kg, a ja, z nerwów przed nagraniem, zżarłam ich chyba z pięć ;)

Klik!

Odczucia? Źle mi z tym, że wyszłam na marudną, zapłakaną i w ogóle poddaną dziołchę. Wiecie przeca, że tak nie jest. Czasami tylko się podłamuję, ale to są momenty wyjątkowe, które należy wyciąć ;)
Dwa - wkurza mnie lampa odbijająca się od czaszki. Pewnie tego nawet nie zauważyliście, ale ja to WIDZĘ!
Trzy - opowiadałam Wam tyle o kuchni, możecie ją podziwiać w pełni ;)
Ale ale!
 Niedługo remont! Podciągniemy pod remont przedpokoju, którego koszty właściciele mieszkania nam zwrócą :)

Ogólnie jestem raczej zadowolona. Reportaż nie wyjaśnia zawiłości całej sytuacji, ale pokazuje, że coś w systemie jest nie tak. O to chodziło :)

Gorzej mi z tym, że potwierdziło się to, co codziennie zauważałam w lusterku. Choroba zmienia, strasznie. Oczy jakieś takie wyłupiaste, skóra odbijająca kształt oczodołów, cienie pod ślepkami, pucki wypełzły straszne, włosy... no litości. Łapię doła. Gdzie są moje rysy twarzy? Gdzie kości policzkowe, które odziedziczyłam po Mamuśkowatej i które uwielbiałam? Z rozrzewnieniem zaczęłam przeglądać zdjęcia, starsze i nowsze. I coś jest wybitnie nie tak. Ważę dokładnie tyle samo, co przez ostatnie 4 lata... A całe ciało jest jakieś takie... Nalane? Spuchnięte? A na swój pyszczek nie mogę patrzeć :(

Na dowód - zdjęcie sprzed choroby, z moimi ukochanymi warkoczykami. Kiedyś znowu będę mieć takie włosiska... ;)


Do tego dogrzebałam się nawet do zdjęć z wyprawy do Pragi. Ach... Praga! Jeżeli istnieje jakieś miejsce, gdzie czuję się w pełni sobą i w pełni należna do miejsca, w którym się znajduję, to jest to właśnie Praga...


I ja kilka lat temu - szczęśliwa, radosna, nieświadoma tego, że alien już trawi moje trzewia...


I mi się jakoś nostalgiczno-melancholijnie zdobiło :(

wtorek, 9 grudnia 2014



Pierwsze trzydzieści lat dzieciństwa

Bajzel znów z rozmachem wpełzł do naszego mieszkania. Błądzi po kątach, a ja niewidzącym wzorkiem tylko odprowadzam go od ściany do ściany. W dużym pokoju wielki karton na środku, w papierach wszelakich miszmasz (a posprzątać trzeba, bo w czwartek mam wizytę domową orzecznika z ZUSu... yeah, będą drugi raz orzekać o moim stanie zdrowia, chociaż podobno miało wystarczyć pierwsze orzeczenie; wniosek z tego płynie jeden - na rentę sobie jeszcze poczekam, będziemy jeść karton z dużego pokoju - dlatego żal go wyrzucić ;)), suszarka z praniem już nie musi suszyć prania od kilku dni. A pranie rośnie tak, że kosz już ma swoje piętra. I robi się mało stabilna wieża. Kuwety kocie... nie, oszczędzę Wam w tym wypadku szczegółów. Pościel w sypialni do wymiany, a drugi komplet jeszcze niewyprany. Za to w kuchni syntezuje się już nowa generacja transformersów, szczególnie w lodówce. Odstawianie tam wszystkiego "żeby się nie zmarnowało" ma przykre konsekwencje. Ale z drugiej strony - skoro istnieją sery pleśniowe to dlaczego nie ryż tudzież makaron pleśniowy? Hm?
Jestem bardzo złą i bardzo chorą kurą domową. Nie nadaję się do tego. Nie chce mi się łamane przez nie mam siły, bo chyba znowu spadło mi żelazo. W tym momencie łyk łyk łyk multiwitaminę i czekam na natchnienie do ruszenia zada z pseudokanapy (złożonej, jak już wspominałam, z mojego starego łóżka i dwóch metrów bieżących gąbki).

Ale ja nie o tym chciałam.
Podobno pierwsze dziesięć lat dzieciństwa jest dużo łatwiejsze, niż jego kolejne dwadzieścia lat, bo nie trzeba udawać, że jest się dorosłym. Święta za pasem, w telewizji masa reklam zabawek, a ja tylko udaję, że nie kręcą mnie klocki Lego, różowiutkie lalki Barbie i te śliczne zestawy ubranek dla lalek. Ale jedno marzenie dalej tkwi we łbie, odkąd miałam 6-7 lat. Panował wtedy wielki BUM na lalki z porcelany, wszyscy je mieli, niektórzy duuuużo. Pamiętam u jednych znajomych od rodziców - dziewczyna miała ze sto takich miniaturowych laleczek. A mnie zazdrość łapała jak diabli, bo nie pozwalała mi ich nawet dotykać. Od tamtej pory mam awersję do imienia "Gosia". Do dzisiaj pamiętam ten żal i wściekłość, że nawet nie mogę ich dotknąć! Ale za mną chodzi inna lalka. Była do kupienia w sklepie "za balkonami". Miała długie, kręcone, blond włoski, czarny berecik, śliczny pyszczek, do tego granatową sukieneczkę w kratkę, z fartuszkiem, skarpetki do kolan i buciki. I była śliczna! Taka z 40cm, ze stojaczkiem, na którym mogła sobie przycupnąć. A rodziców, no cóż, nie było na nią stać. Bo te laleczki do tanich nie należały... Marzyłam o tym, aby szyć Ali (tak jej dałam na imię) ciuszki i z nią sobie rozmawiać. Godzinami stałam przy gablotce i się na nią gapiłam. I marzenie zostało, po 20 latach nie chce wyblaknąć. Ale to chyba byłoby nienormalne, aby mając 26 lat kupić sobie lalkę? Chłop by mnie zabił śmiechem. Na szczęście nie ma czasu czytać bloga, bo drwiłby ze mnie przez kilka dni ;)

No cóż. Udawanie dorosłej nie wychodzi mi najlepiej. Widać po stanie mieszkania. To może ja jednak wstawie to pranie?

poniedziałek, 8 grudnia 2014



Kryzys

Oj, dawno mnie już tak chemia nie sponiewierała. Cały dzień przeleżałam w łóżku, a i tak zasypiam na kanapie. Nie wspomnę o tym, że zaalienowana wątroba postanowiła przypomnieć mi, że istnieje i że mam się leczyć i o siebie dbać. W gębie powstała znowuż Hiroszima, nogi napuchły jak wielkie golony gotowane w piwie, a prawie ramie daje objawy złamania. Nie lubię sponiewierających chemii!

Wracam do leżakowania. Świat poczeka, aż będę zdatna do użytku. Prawda?

piątek, 5 grudnia 2014



Pierwsza akcja pt. "Szpital Onkologiczny"

Ha! Przeżyłam pierwsze lądowanie na chemii na oddziale onkologicznym. Psychicznie nieco ciężkawo było - no bo to już nie jest leczenie raz dwa i po krzyku, a jednak pełna noc w szpitalu. Ale jestem bardzo zadowolona - chemia skończyła mi się już jak spałam, pielęgniarka mnie obudziła około północy. Później około 3:00 lekkie sensacje żołądkowe pt. "sok bananowy był bardzo złym pomysłem, trzeba się go pozbyć i to szybko", ale jedna strzykawa lekarstwa i byłam jak nowa, spałam aż do 8! Co mi się nie zdarza w szpitalach, zwykle pierwsza na sali wstaję :)

Dzisiaj rano odwiedziła nas dietetyczka (!). Pierwszy raz spotkałam się z dietetykiem, który po prostu chodzi po salach i odpowiada na pytania. Rozmowa dała mi niezłego kopa :) Podobnie książka, którą wysłała mi znajoma jeszcze z czasów liceum... I tak myślę, że to chyba czas najwyższy troszkę o siebie zadbać. Wcinanie samych lodów, czipsów i czekolady zbyt zdrowe nie jest. Aż mam ochotę wtrynić kawałek sałaty z oliwą i pomidorkiem ;P Poza tym, oficjalnie obiecuję, zacząć się troszkę ruszać. Od pół roku niemal ciągle siedzę na tyłku, a to też zbyt fajne nie jest. Ale zmienimy to. Mam idealnego trenera w postaci Jeszcze Kawalera (tudzież jeszcze trenera w postaci idealnego kawalera? ;)). Razem damy radę! :)))


Poza tym ZUS przysłał zapomniane uzasadnienie nieprzyznania świadczeń rehabilitacyjnych. Ponad dwa tygodnie po orzeczeniu lekarskim. Coś czuję, że to telewizja im przypomniała, że coś pominęli...
Mamuśkowata właśnie wraca z ZUSu. Podobno już udało się złożyć wniosek na rentę. Teraz czekać, aż rozpatrzą i aż prześlą jakąś kasę. Podobno czasami trwa to nawet do trzech miesięcy.
No cóż. Pozostaje produkować dużo kolczyków :) Bo budżet znowuż napięty. Zapomniałam, ile kosztuje jeżdżenie samochodem - sześć kursów do Katowic, trzy tankowania i znowu na rezerwie siedzimy. Ale damy radę. Damy. Musimy!

Pozdrawiam cieplutko w ten zimniasty dzień!

wtorek, 2 grudnia 2014



Niedosyt.

Najpiękniej pisze mi się w głowie, gdy jadę gdzieś w dal, a obrazy przemykają za oknami. Już tak kombinuję, że może w celu pisania notek będę robić kursy po mieście naszą darmową komunikacją miejską? Bo tylko wysiadam z samochodu i... następuje pustka we łbie.

Tomograficznie rzecz biorąc odebrałam wyniki zeszłotygodniowych badań. No i... jest lepiej, a na pewno nie jest gorzej ;) Zaginął mi jeden przerzut z ramienia! Malutki był, ale upierdliwy. I dopiero jak przeczytałam (a dokładniej - jak nie przeczytałam o nim ani zdania) zdałam sobie sprawę z tego, że lewe ramie już dawno mnie nie bolało :) Poza tym węzły chłonne okołoprzeponowe dalej powiększone, oba urosły o 2mm. Dalej też posiadam dodatkową śledzionę. Potrzebuje jej ktoś? Oddam, tanio ;)

Dzisiaj ciąg dalszy badań, tym razem bebechy. Pojechaliśmy z Tatuśkowatym i robiliśmy dużo zamieszania. Bo my jesteśmy takie zamieszańce dwa, ciężko nas umiejscowić w jednym miejscu. Szczególnie, gdy w tym miejscu piździ niemiłosiernie! Były się popsuły odrzwia w szpitalu i mięliśmy lekką Syberię na korytarzu. Stópki dalej mi nie odtajały...

Dalej krew mi z nosa ciecze jak z naszego pękniętego węża prysznicowego. I nie wiem, o co mu chodzi. Jakiś okres ma czy co?

Czuję dziwny niedosyt świata. Mam ochotę coś porobić, coś zepsuć, coś... coś... COŚ!

A w ogóle to niedługo Święta. Ciekawe, czy do tego czasu dostanę rentę. Miło by było. Bardzo.
Mamuśkowata dzisiaj wylądowała w ZUSie w Rybniku i... zgadliście, znowu nic nie załatwiła. Ostatnio źle wypełniony był druk RP-7 z ostatniej pracy, teraz błędnie wypełniony jest druk RP-7 od poprzedniego pracodawcy.
Dalej jestem bezrobotna, bezrentowa, bezużyteczna.
I jak tu się cieszyć z nadchodzących Świąt?

piątek, 28 listopada 2014



Chemiczne rewolucje...

Z rzeczy ważnych - właśnie wystawiłam świeżutkie kolczyki na Allegro. Jeszcze chyba są ciepłe od moich palców ;P Cały dzień je produkowałam, mam nadzieję, że się spodobają :)

Odzywają się do mnie starzy znajomi wszelakiego rodzaju. O dziwo zwykle ci, z którymi nie miałam jakoś super zażyłych kontaktów. Niesamowicie mnie to cieszy i równie bardzo zaskakuje! Chciałabym móc poświęcić każdej osobie, która do mnie napisze tyle czasu, na ile zasługuje, ale zwyczajnie go nie mam. Chyba porwałam się na zbyt wiele rzeczy w tym samym momencie. A zdrowie nie pozwala za bardzo szarżować i po 4 godzinach muszę zwyczajnie odpocząć od wszystkiego. Chociaż przez godzinkę.
Ale jest dobrze, coraz lepiej :)

Wczoraj byłam na chemii. Przez to jestem dzisiaj nieco nieobecna i nieco zmalteretowana. Ale jakoś przeżyłam... Zmienili mi sposób podawania platyny - wcześniej miała lecieć około godziny, teraz ma lecieć 6-8h. Przez co cała chemia zamiast trwać 5h będzie trwała przynajmniej 11h... W związku z tym od przyszłego tygodnia prawdopodobnie będę lądowała na chemię na oddziale szpitala. Może to i lepiej? Wyśpię się przynajmniej w wygodnym łóżku, a nie na znienawidzonym czerwonym fotelu :/


Wyglądają na wygodne, ale nie są, oj nie... nie po 11 godzinach ;) Wczoraj skończyłam chemię dopiero po 21, a siedziałam tam od 7 rano. Masakra jakaś. Ten szpital to nie jest taki zły pomysł.

Dodatkowo w czasie chemii odwiedziła mnie Pani Redaktor :) Hehehe, żałujcie, że nie widzieliście tego popłochu na widok kamery! Pielęgniarka nie umiała przepiąć mi sama kroplówki, tak jej się ręce z nerwów trzęsły ;) A sekretarki nazywają mnie teraz ironicznie "gwiazdką". Pfr. Ciekawe, co by same zrobiły, jakby potraciły te cieplutkie posadki i comiesięczne wypłaty. Nie jest łatwo zostać z niczym. Gdy rachunki piętrzą się masakrycznie, coraz wyższe z miesiąca na miesiąc.
Ale już nie narzekam.

A teraz marsz do zamówionych haftów! Trzeba pracować! ;)

Pozdrawiam Was cieplutko :)

* * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * *
SMS na numer 75 165 o treści: POMOC 6742
czyni mój świat lepszym :)

środa, 26 listopada 2014



Kuchenne rewolucje... Czuję się taka, ach, medialna!

Tytuł próbowałam zamknąć w znaczniku html złożonym z <ironia></ironia>, ale nie wyszło. Ostatnimi czasy sporo mi rzeczy nie wychodzi. Za to rewelacyjnie ostatnio mi wchodzą chipsy. W każdej konfiguracji smakowej. Widział ktoś chipsy o smaku śledzi? Czekam na informację, skusiłabym się...
Ekipa z telewizji wpadła i wypadła, jakoś nie czuję się inaczej niż przed owym wywiadem. Tylko mamuśka się biedulka porozklejała jak moje buty po dwóch zimach. Przyznam się, że nawet nie wiedziałam, że ona aż tak to wszystko przeżywa. Dla mnie alien jest tylko przeszkodą, nie wyrokiem. Tego będę się trzymać. Amen. Kiedy materiał będzie emitowany jeszcze nie wiem, ale dam znać w razie czego.

Ale ja dzisiaj chciałam o czymś innym. Mianowicie o tym, że istnieje u nas w mieszkaniu magiczne pomieszczenie, do którego boję się wchodzić. Temat tabu. Gdy tylko tam wchodzę to staram się w miarę nie otwierać oczu. Na szczęście drogę do lodówki znam na pamięć, bo chodzi o kuchnię. Nie ukrywajmy - kucharka ze mnie żadna. W mojej jadłodajni w menu znajduje się jedynie rewelacyjna karpatka i brownie, jakiekolwiek mięso w sosie, pieczone udka z kurczaka i schabowe. Ostatecznie jeszcze krupnik ugotuję. Jednak z krupnikiem nie ryzykuję od momentu, gdy jako dodatek do drugiego dania chciałam ugotować kaszę pęczak. I ugotowałam. Tylko wyglądała dość dziwnie. Wołam Jeszcze Kawalera, pytam: "Eeee... Czy kasza zawsze ma takie czarne cosie?". Po głębszej analizie i dźgnięciu owego czarnego czegoś widelcem odkryliśmy nie tylko odwłok, ale również nóżki i czułki. Stworzenie zostało przeze mnie ugotowane żywcem razem ze stadem swoich pobratymców. I mam wyrzuty sumienia. Od tamtej pory nie gotuję kaszy, bo jeszcze coś przypadkiem zabiję. Zatem krupnik został wykreślony z menu grubą, czerwoną krechą. I oznaczony obok czaszką. Ale wracając do pichcenia - siedzimy na tym mieszkanku już ponad pół roku, a ja dalej nie ogarnęłam szafek w kuchni. Biorąc się do gotowania nigdy nie wiem, co jest w której szafce i czy to coś, co siedzi w lodówce od tygodnia wykształciło już technologię atomową, czy jest może raczej na poziomie piramid i faraonów. Poza tym łyżka nigdy nie chce w misce stać pionowo tylko kąpie się cała w masie do ciasta, noże są zawsze za tępe albo tak ostre, że uciacham sobie kawałek materiału genetycznego. A tarka to już zamach na moje palce. Poza tym mam tendencję do zapominania, że coś akurat stoi na gazie albo tkwi zamknięte w piekarniku. Dopóki właściciele mieszkania nie zmienili nam kuchenki na taką w wersji lux, posiadającą wbudowany minutnik, to o tym, że coś gotuję zwykle przypominał mi swąd palącego się mięsa (tajemnica moich przepysznych sosów ;)) albo Jeszcze Kawaler pytający "Czy ten piekarnik ma być włączony?". Oj, przepraszam. Historia z piekarnikiem była kilka dni temu, gdy zapomniałam włączyć minutnik. W poprzedniej kuchence piekarnik był w stanie mode off. Zwyczajnie nie działał. Tak to bywa, gdy sprzęt domowy mógłby posiadać certyfikat zabytku ;) Za to coraz lepiej idzie mi urozmaicanie obiadów. Wczoraj na obiad były na przykład eklerki zagryzane chipsami. A przedwczoraj paluszki rybne (nawet ich nie przypaliłam, ha!). Za to dzisiaj mam bardziej pracowite plany, gdyż zaplanowałam pierogi. Spokojnie - zamrożone już siedzą w zamrażarce. Chyba nie sądziliście, że porwałabym się na samodzielne lepienie czegokolwiek? ;) Ostatnio jak z Mamuśkowatą robiłyśmy pierogi ruskie to...uh. Ona zlepiła ze sto sztuk, ja może z dwadzieścia. Z czego ponad połowa z mojego dorobku się rozkleiła w gotowaniu. Ale będę się upierać, że Mamuśkowata specjalnie podłożyła mi jakiś felerny kawałek ciasta ;)
Jak widzicie - jestem idealną chorą kurą domową. Ale moja niechęć do kuchni wynika jeszcze ze względów estetycznych. Wspominałam już chyba, że nasze mieszkanie urządzone jest w stylu głębokiego PRLu, a przedpokój, łazienka i kuchnia są kwintesencją tego stylu. Jednak, o dziwo, to kuchnia mnie najbardziej gryzie po oczach. Z blatów roboczych mamy z 60cm, dodatkowo zajęte przez ekspress do kawy. Jest też stolik, oczywiście przykryty ceratą, na którym to głównie pichcę. Już dawno miałam zainwestować w obrus na niego, ale a) trzeba mieć co inwestować, b) obrus + kuchnia + ja = pięć obrusów na zmianę, po jednym na dzień. Lodówka stoi metr od okna, przez co robi się metrowa czasoprzestrzeń zajęta przez... wszystko, co tylko jest nam niepotrzebne. Głównie są to kartony po maślankach, mlekach i sokach. Czasami zabłądzi tam jakaś plastikowa butelka. To tak zwany koci raj. Jak nasze dwie gadziny tam wpadają to mamy je na trzy godziny z głowy. Pozostaje kwestia ścian. Jakieś dziwne ceramiczne kafelki w kfiotki na przemian ze starą, zmywalną tapetą imitującą deski w kolorze rozwolnienia niemowlęcego plus sufit malnięty na dziwny odcień moreli skrzyżowanej ze zgniłą brzoskwinią. Nienawidzę tej cholernej kuchni. Dlatego pozostanę przy zamkniętych oczach. Szczególnie w momencie, gdy w zlewie rośnie wieża Babel złożona ze szklanek i talerzy, a koty własnie skończyły ucztować, roznosząc zawartość misek po całej podłodze ;)
Ale jedno w naszej kuchni kocham - lodówkę po wizycie Mamuśkowatej! :D

* * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * *
SMS na numer 75 165 o treści: POMOC 6742
czyni mój świat lepszym :)

wtorek, 25 listopada 2014



Tyle się dzieje!

Że nawet ja ledwo to ogarniam. Ja. Ja - wszechwiedząca, wszechogarniająca i wszechmogąca JA.


Po pierwsze, najważniejsze. Rodzice w poniedziałek złożyli dokumenty na moją rentę. Musieli jechać do ZUSu dwa razy, bo okazało się, że na stronie internetowej mają... nieaktualne druki. Do tego upoważnienie upoważnieniu nierówne. I dwa razy musiałam wypełniać niemal bliźniaczy zestaw dokumentów. Nie wspomnę już o tym, że jeszcze kilku papierków brakuje i Matkowata będzie je dowozić. Ale dostałam magiczne zaświadczenie, które pozwoliło mi dzisiaj zrobić tomografię klaty, w czwartek wziąć chemię, w następny wtorek trzasnąć sobie tomografię bebechów i w następny czwartek znowuż nafaszerować się platyną i Gemzarem. Radość miesza się z przerażeniem.
Bez pomocy kogokolwiek z zewnątrz nie miałabym szans na jakiekolwiek świadczenia z ZUSu. Nie dałabym rady ani razu pojechać do Rybnika, a co dopiero jeździć tam po kilka razy w tygodniu. Brutalna, polska rzeczywistość. Papierki są ważniejsze od chorego człowieka.

Podobnie było dzisiaj na tomografii. Uwielbiam ten szpital (i to nie jest ironia, mam po prostu bardzo dobre doświadczenia stamtąd), ale dzisiaj już przegięli.
Na miejscu byliśmy przed godziną ósmą. Najpierw (nauczeni doświadczeniem) skoczyliśmy do Poradni Onkologicznej po druczki na skierowanie. Następnie kolejka do sekretariatu złożona z kilkunastu osób (przy pierwszej tomografii nie wiedziałam, że takowe są potrzebne i stałam w tej kolejce dwa razy). Czyli norma ;) Następnie oczekiwanie na moją Panią Doktor. Ha! Dorobiłam się swojej lekarki :) Do tej pory, po tym jak Moja Pierwsza odeszła na jakiś staż, miotali mną od lekarza do lekarza, poznałam tam chyba wszystkich. Ale Już Moja Pani Doktor chyba mnie polubiła, bo trzeci raz z rzędu mnie przygarnęła :) Zdobyłam skierowanie około godziny 9:45. Zaniosłam do sekretariatu a tam... musieli zanieść je do Poradni po podpis innego lekarza. A na 10:30 miałam mieć tomografię. Iryt maksymalny, skręt żołądka z głodu. Przed godziną 12:00 otrzymałam gotowe skierowanie. No to poszukiwanie laboratorium, żeby pobrać krew. Ten szpital jest śmiesznie zbudowany. Pierwsze piętro jest pierwszym piętrem tylko w jednym budynku, po przejściu do innego jest niemal na parterze, za to w jeszcze innym miejscu jest piętrem drugim. Trzeba dobrze wiedzieć, którą windą lub którymi schodami zmieniać piętra, bo czasami można wylądować w dziwnym miejscu. Dzisiaj na przykład przywitała nas witryna "tylko dla personelu" ;) Wyniki z krwi były dopiero po 13:00. Oczekując na nie pojechaliśmy z Jeszcze Kawalerem do pasmanterii mojej blogowej znajomej :) Miło jest poznać osobiście kogoś, kogo czyta się z zapartym tchem :) A pasmanteria cudna! Ariadna, Anchor, DMC! Zestawiki do haftu! Kanwy wszelakiego rodzaju! Taki mój prywatny raj :) Niestety budżet okrojony, skończyło się tylko na mulinie do zamówionych haftów... Ale kiedyś jak tam wpadnę to wykupię wszystko ;P Wróciliśmy o tej 13:00, odebraliśmy wyniki. W okolicy 14:00 wzięli mnie na tomografię. Miało być szybko, a nie wyszło...
W ramach umilenia Jeszcze Kawaler zarzucił mi eklerkiem z taką pyszną, bitą śmietaną. Ach. Raj w gębie.

A teraz news dnia: jutro ma do mnie przyjechać ekipa z TVN na wywiad :) Stresa mam jak diabli, trema zżera. Niby sprawa ubezpieczenia się wyprostowała, ale z drugiej strony... nie może być tak, że chory człowiek, do tego chory dość (niestety dość bardzo) poważnie musi błagać o środki do życia. Z dnia na dzień zostawiają alienoposiadaczy na lodzie. Tak się przecież nie robi. Nie może tak być! Trzeba coś z tym zrobić! Z tą myślą nabieram sił na jutro.

Czas wziąć parę bólouśmierzaczy i obejrzeć w spokoju jakiś film. Odmóżdżyć się. Zapomnieć na chwilę o całym świecie. O tym, co przeszłam i co jeszcze przede mną...

* * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * *
SMS na numer 75 165 o treści: POMOC 6742
czyni mój świat lepszym :)

sobota, 22 listopada 2014



Zasłużony odpoczynek

Dzisiaj o ZUSie będzie tylko akapit - rodzicom udało się "wychodzić" prawo do opieki zdrowotnej :) Zatem, planowo, we wtorek tomografia, a w czwartek chemia! Jeszcze nigdy tak się nie cieszyłam z chemii... Dopiero gdy mogłam ją utracić zrozumiałam, jak bardzo jej potrzebuję!
Sprawa renty czy zasiłku zawieszona do poniedziałku. Nie chcę o tym myśleć, chcę odpocząć, zregenerować siły, nabrać dystansu. Zakaz myślenia o ZUSie :)


Chciałam Wam bardzo podziękować za wsparcie - i te finansowe i te psychiczne! Jestem zaskoczona tym, jak cudownych ludzi spotykam na swojej drodze i tym, jak wiele są w stanie dla mnie zrobić.
Dzięki Wam są już wymierne korzyści dla mojego zdrowia, mianowicie...
Zrobiłam zakupy :)

Poranna kawa z moim Jeszcze Kawalerem.
Ja - Skarbie, ja dzisiaj pojadę z rodzicami na zakupy!
Radość widocznie przebijała się przez mój głos.
K. - O, a po co?
Ja - A kupię sobie leki! No wiesz, przeciwbólowe, witaminki, żelazo!
Kawaler spojrzał na mnie dziwnie.
K. - Przerażasz mnie! Inne dziewczyny to cieszą się na zakup butów, a nie leków!

No cóż, życie mnie przewartościowało :) Nie ukrywam, że do tej pory leki stosowałam oszczędnie, bo są zwyczajnie drogie. Owszem, są darmowe przeciwbólki, ale to mieszanka paracetamolu i tramalu, który uzależnia i ogłupia. Dodatkowo mam wadę genetyczną, która uodparnia mnie na substancje przeciwbólowe już przy trzecim, czwartym dniu stosowania. Dlatego muszę robić rotacje -ibuprofen, paracetamol, tramal, ketonal, bunandol, pyralgina. Nie wspomnę o tym, że mam czynną tylko jedną trzecią wątroby i wypada o nią dbać, a podobno takie leczenie jest dla układu trawiennego najzdrowsze.
No i tu wychodzi paranoja polskiej "darmowej" opieki zdrowotnej - o ile paracetamol z tramalem mam za darmo, a bunandol dostałam w prezencie z hospicjum, o tyle resztę leków... no cóż. Trzeba wykupić samemu. Małe opakowanie pyralginy w czasie ataku bólu mam na maksimum półtora dnia, a kosztuje około 4-5zł. Paracetamol podobnie. Ibuprofen jest droższy. A i tak najlepszy był pierwszy onkolog z którym miałam do czynienia - przypisał mi Efferalgan, 8 tabletek dziennie. Cena? 12zł za JEDEN DZIEŃ kuracji.
Pewnie teraz rozumiecie moją radość z dzisiejszej wizyty w aptece? :) Mam zapas leków przeciwbólowych, skutecznego (ale też drogiego) żelaza na wredną anemię, witamin i wapnia na moje wieczne problemy ze skórą głowy. Zapłaciłam ponad 100zł... ale to dzięki WAM mogłam to wszystko kupić! Dzięki Wam będzie mi łatwiej, przyjemniej, lżej, zdrowiej! :))) Witamin starczy mi spokojnie na dwa miesiące, przeciwbólków jak dobrze pójdzie to na dwa tygodnie, w porywach do trzech :)

W wiadomościach od Was często pada pytanie, czego właściwie mam raka. Spisując z zaświadczenia lekarskiego: "nowotwór złośliwy wewnątrzwątrobowych przewodów żółciowych typ IV z przerzutami do węzłów chłonnych, kości, trzustki i wątroby".
Mówiąc po ludzku - w wątrobie mam około 13 "woreczków" wypełnionych płynem, które zajmują ponad połowę jej objętości, do tego bonus w postaci dwóch guzów w kręgosłupie, jednego koło trzustki i jednego gdzieśtam koło aorty brzusznej, plus dużo zajętych węzłów chłonnych. Mam nadzieję, że we wtorek na tomografii wyjdzie, że coś mi zniknęło z listy alienów :)

Uh, kończę pisać. Włączył mi się tryb studni bez dna - jestem GŁODNA!

Jeszcze raz bardzo Wam wszystkim dziękuję - dzięki Wam od rana uśmiecham się od ucha do ucha :)))

* * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * *
SMS na numer 75 165 o treści: POMOC 6742
czyni mój świat lepszym :)

piątek, 21 listopada 2014



Próba dorobienia plus więcej jajec z ZUSem w roli głównej.

Na początku chciałam Wam bardzo serdecznie podziękować za zaangażowanie w całą sprawę. Podnosi mnie na duchu fakt, że są ludzie, którzy bezinteresownie próbują nam pomóc :)

Z nowości okołopapierologicznych.

Nie będę się odwoływać od orzeczenia, za to składam wniosek o przyznanie renty. Mogą być z tym schody, bo nie mam pełnych 4 lat pracy, ale może się zlitują i doliczą mi okres studiów (których nie skończyłam, w ramach ścisłości).

Pojawiła się pani z MOPSu i może uda się załatwić mi na 3 miesiące ubezpieczenie zdrowotne. Ale dopiero od pierwszego grudnia, bo niby w październiku dostałam za dużo kasy z ZUSu. A dostałam więcej, bo we wrześniu były błędy w L4 - po prostu kasę wrześniową dostałam miesiąc później. I przez to już się nie łapię na MOPS w tym miesiącu. Rodzice właśnie pojechali do NFZu nadpłacić składki. Bo okazało się, że mam nieopłacone ubezpieczenie od 23 października (!!!). Nie sądziłam, że będąc na zasiłku chorobowym można mieć nieopłacone składki zdrowotne! Przecież to się w głowie nie mieści...
Plan na przyszłość jest taki, że skorzystam z tych 3 miesięcy MOPSowego ubezpieczenia i w miarę na spokojnie zorganizujemy ślub. Nie po nosie mi to strasznie, bo... bo jestem kobietą. Miało być wiejskie weselicho, śliczna suknia, dużo wódki i... włosy na głowie. A nie liniejąca trzycentymetrowa warstewka czegoś włosopodobnego. No ale marzenia trzeba schować do szuflady. Tu chodzi o moje zdrowie. O prawdziwym weselu pomyślimy, jak włosy odrosną, teraz musi wystarczyć obiad u rodziców ;)

Rodzice po raz kolejny ratują mi dupę. Nie wiem, co bym bez nich zrobiła. Jesteśmy totalnie bez środków do życia, a co dopiero płacić jakieś składki, opłacać jakieś leczenie...
Paranoja jedna wielka.

Długo biłam się z myślami na temat proszenia kogokolwiek o pomoc finansową. Ale niestety sytuacja pogarsza się faktycznie z dnia na dzień. Nie lubię dostawać coś za nic.
Dlatego wystawiłam na Allegro kilka swoich wytworków.

LINK DO AUKCJI

Taki rodzaj pomocy jestem w stanie jakoś zaakceptować. Chociaż duma i tak boli i skręca się i wije się i nie daje spokojnie oddychać. Ale nie mam wyboru, po prostu.

Dodatkowo: mogę na zamówienie wyszyć metryczki lub pamiątki ślubne. A mój Jeszcze Kawaler jest elektrykiem, więc jeśli macie problem z prądem to służymy usługami. I nie, nie pożyczam go na wieczory panieńskie ;)

Byliśmy w banku po kredyt. Mamy za małe dochody, aby coś nam przyznali. Zabawne. A dla MOPSu jesteśmy zbyt bogaci. Polska paranoja.

I nie. Nie zamierzam już ani się wieszać ani przedawkowywać leków. Trzeba walczyć.
Szkoda tylko, że nie mam na to siły. Od trzech dni ciągle mam krwotoki z nosa, zęby bolą po chemii, żołądek co chwilę fiksuje. Stres mnie zżera. A ja nie mogę sobie teraz pozwolić na chwile słabości.


*EDIT*
Zostałam przekonana większością głosów o składanie odwołania. W poniedziałek zostanie złożone :)

* * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * *
SMS na numer 75 165 o treści: POMOC 6742
czyni mój świat lepszym :)
Etykiety:

czwartek, 20 listopada 2014



Poddaję się


Nie sądziłam, że kiedykolwiek przejdzie mi to przez palce, ale jednak.
Mam dość.

Od samego początku choroby unikałam wiedzy na temat wszelakich rokowań, szans na wyleczenie i takie tam. A tu przychodzi pismo z ZUSu, że nie przyznają mi świadczeń rehabilitacyjnych, gdyż jestem na chemii paliatywnej i nie ma rokowań na wyleczenie. Czuję się... nawet nie wiem, jak to nazwać.

Straciliśmy środki do życia, bo zabrali mi zasiłek chorobowy i nie dali rehabilitacyjnego. Nie wiem, za co opłacimy mieszkanie, za co będziemy żyć. Bo jestem dla ZUSu zbyt chora, aby dać mi pieniądze na przeżycie. Dodatkowo od 8 listopada jestem bez ubezpieczenia zdrowotnego... a 13 miałam chemię. Za którą prawdopodobnie będzie trzeba zapłacić. Tatusiek nie może mnie podciągnąć pod swoje ubezpieczenie, bo jestem za stara. Do Urzędu Pracy nie mogę się zarejestrować, bo orzekli mi niezdolność do pracy na dwa lata.
Jesteśmy w kropce.
Myślałam, że takie rzeczy dzieją się tylko w Uwagach i Superwizjerach.
A jednak nie. ZUS ma czelność dać mi niezdolność do pracy, ale już nie wpadli na to, że za coś żyć trzeba.

I co z tego, że starałam się żyć pełnią życia, cieszyć się i nie poddawać, skoro polska rzeczywistość sprowadza mnie tylko do jednego pytania: powiesić się czy przedawkować leki?

* * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * *
SMS na numer 75 165 o treści: POMOC 6742
czyni mój świat lepszym :)




poniedziałek, 10 listopada 2014



Etapy choroby według HaLucyniastej ;)

Ostatnimi czasy byłam jakoś niekompatybilna literacko, ale spokojnie, moja autoironia wróciła ze zdwojoną siłą i nawet wena się, skubana, pokazała... Zatem macie, moi drodzy, przechlapane ;)

Dzisiaj chciałam Wam opowiedzieć, jak człowiek oswaja się z wizją choroby i diagnozą, która daje Ci pół roku życia. Na szczęście w miarę leczenia i kolejnych badań diagnoza się zmieniła i mam nawet spore szanse na pełne wyleczenie, ale pierwszy szok był ogromny i zatrważający.


Najpierw następuje etap:

1. Im się chyba we łbach poprzewracało.
Leżę w szpitalu, bo niemal zemdlałam w pracy, troszkę cośtam mnie koło wątroby kłuje. Obstawiam pęcherzyk żółciowy - rachu ciachu wytną i po strachu. A oni mnie tu ciągają po onkologach, dermatologach, robią kolejne nudne jak flaki z olejem tomografie... Że niby czerniak jakiś, czy co? O co im wszystkim chodzi?
W końcu zrobili mi biopsje wątroby i wypuścili do domu.

2. To jakiś śmieszny żart.
Dwa tygodnie czekania na wyniki biopsji wątroby upłynęły słodko i błogo, zamierzałam nawet wracać już do pracy, snułam kolejne plany co i jak i gdzie i z kim (oczywiście, że z Moim Moim Moim!). Dostałam wyniki do łapki i nastąpił kolejny etap...

3. To na pewno jest pomyłka.
Etap ten trwał bardzo długo. Knułam, jakby tu drugi raz się na biopsję załapać. I w ogóle przecież markery nowotworowe wychodzą mi ujemnie... No o co im wszystkim chodzi, to tylko durne torbiele na wątrobie!

4. Może jednak to nie pomyłka...?
Załapałam się na wizytę w Gliwicach u onkologa. Nastraszyli mnie, poniżyli, obdarli z godności człowieka, który może jest i chory, ale jest dalej CZŁOWIEKIEM. Po około 8 godzinach w poczekalni doczekałam się wizyty u lekarza, która trwała dokładnie 10 minut. Wyszłam chora bardziej, niż kiedykolwiek...

5. KURWA! MAM RAKA!
Żyłam jak ćma w gównie, za przeproszeniem. Nic mi się nie chciało. Narzekałam na prawo i lewo. Spałam całe dnie. Diagnoza dalej przewidywała pół roku życia. Eutanazja wydawała się taka słodziutka!

6. No to klops. Umieram.
Zaczęłam odzywać się do starych znajomych, aby jakoś załagodzić dawne spory. W większości przypadków zostałam brutalnie olana. Nawet ktoś, kogo uważałam za mega przyjaciela, który będzie ze mną zawsze i wszędzie okazał się, za przeproszeniem, skurwiałym gnojem i olał to, że jestem ciężko chora. Dostałam się do szpitala w Katowicach. Zrobili mi PET/CT. Na którym wykryto przerzuty koło trzustki i dwa w kręgosłupie. Nie wspomnę o masie zajętych węzłów chłonnych. To zaczynam wybierać sobie nagrobek i epitafium.

7. A może jednak jest jakaś nadzieja...?
Trafiam do rewelacyjnej lekarki w Katowicach. Zdobywa moje badanie immunohistochemiczne i... zaczynam na nowo żyć! Jest nadzieja, to wcale nie ten skurwiały groczulakorak tylko jakieś inne paskudztwo, yeah yuhuuu, dawajcie mi tą chemię!

8. Walczę, walczę, nie poddam się!
A zjem cię, gadzie, pochłonę i strawię tak, że sam spieprzysz tam, gdzie raki zimują! Bojowo nastawiona nie tylko do choroby, ale i do całego świata. Z ogromnym bólem przyjmuję słowa pocieszenia od obcych, irytuje mnie wszystko. Chcę, aby świat zapomniał, że jestem chora...

9. Jaki rak, do cholery?!
Aktualny etap mi się najbardziej podoba. W końcu przestałam sama siebie traktować jak ofiarę kiepskiego żartu ;) Trzeba się wyleczyć i wracać do codziennego życia. A najpiękniejsze jest to, że... czasami zapominam, że trzy miesiące temu jeszcze myślałam, że nie dożyję 27. urodzin... ;)

Wstaję rano, żyję, nie przesypiam już całych dni. Słowa współczucia zbywam lekceważącym wzdrygnięciem ramion... Bo nie ma czego współczuć.
Przywykłam już do trzytygodniowych cykli życia. Najpierw chemia, dwa dni spokoju, trzy dni umierania, dzień spokoju, chemia, dwa dni spokoju, trzy dni umierania, ponad tydzień radości i żywotności. Z dużą dawką mojej dawnej arogancji i sarkazmu.

Jestem na etapie trzeciego dnia umierania po pierwszej w cyklu chemii ;) I jest jakoś dziwnie... spokojnie. Piękne to, oj, piękne!

* * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * *
SMS na numer 75 165 o treści: POMOC 6742
czyni mój świat lepszym :)

piątek, 7 listopada 2014



ZDROWIEJĘ!

Z kotami jest tak, że albo się je kocha, albo nienawidzi...
A jak się ma kota, to się go kocha i nienawidzi jednocześnie.
A jak ma się dwa koty, to się je kocha i nienawidzi podwójnie.
Gacek usilnie próbuje zwrócić na siebie uwagę i robi przez to dziwaczne rzeczy. Jakby ktoś mu wsadził w zadek dodatkowy silnik, w ogóle się nie męczy w dręczeniu młodej.
Za to Ciemka pokochała buty tak jak jej pani. Szkoda tylko, że swoją miłość okazuje zostawiając swoje intymne zapachy na nich. Zbieranie kociego nawozu z całego przedpokoju nie należy do rzeczy, które chora kura domowa lubi najbardziej...

Z rzeczy chorobowych - jestem po siódmej chemii... I dobrze mi. Powoli zaczynam wierzyć, że ona na prawdę pomaga i przestaje szkodzić. Poprzednią dawkę też zniosłam całkiem pomyślnie. Podoba mi się to, że w końcu mogę w miarę normalnie żyć :)

Po raz kolejny wczoraj odczułam mały konflikt interesów. Wszyscy po kolei narzekają na polską służbę zdrowia, a ja... Ja, odkąd trafiłam do Katowic na ul. Raciborską to wierzę w polskich lekarzy jak nigdy wcześniej. Wszystkie badania zrobili mi ekspresowo, co dwa miesiące mam robione wszystkie możliwe tomografie, morfologię robią mi przy każdej wizycie. A lekarze są cudowni! Nigdy jeszcze nie mogłam z żadnym tak otwarcie pogadać, pośmiać się, pożartować. No, tylko w żorskim szpitalu z jedną lekarką, ale z nią to typowo połączyła mnie jakaś dziwna nić porozumienia. A w Katowicach każdy lekarz jest wyjątkowy.
Wyjątkowe jest też to, że moja krew wraca do normy, próby wątrobowe baaaardzo się poprawiły, anemia odeszła na dobre. Dzisiaj nie łyknęłam jeszcze ani jednej tabletki przeciwwymiotnej, a apetyt dalej mam wilczy. Gorsze jest tylko to, że waga się zbuntowała i nie mogę już jeść wszystkiego zupełnie bezkarnie bo... tyję ;P Ale pani doktor wczoraj stwierdziła, że to bardzo dobry objaw.

No, robaczki, wygląda na to, że zjadam aliena na dobre! :)))

* * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * *
SMS na numer 75 165 o treści: POMOC 6742
czyni mój świat lepszym :)

wtorek, 28 października 2014



Jak zmienił mnie alien, czyli wszystko ma swoje dobre strony.

Od jakiegoś momentu zastanawiam się, kim jestem i czy w ogóle jeszcze jestem sobą. Patrzę czasem w lusterko i nie widzę siebie. Choroba zmienia. Bardzo. Ale czy na gorsze?


Wiele się nauczyłam w ciągu ostatnich pięciu miesięcy.
Zawsze byłam Zosią Samosią, nienawidziłam samej myśli o pozostawaniu zależnej od kogokolwiek. Przez całe życie chyba nigdy nikogo nawet nie poprosiłam o pomoc. Dodatkowo zawsze MUSIAŁAM być najlepsza. We wszystkim, za co tylko się wzięłam. Nie akceptowałam świadomości, że ktoś może być lepszy. Miałam wrażenie, że stracę wszystkich, gdy tylko pokażę, że mam jakieś słabości. Przez co nie potrafiłam też okazywać uczuć. Zawsze zimna, niezależna, pozostająca gdzieśtam na granicy zaangażowania.
Uważałam się za osobę głęboką, uduchowioną, wiecie, niemal natchnioną. Ale gdy ktoś pytał, co jest dla mnie najważniejsze w życiu... nie wiedziałam. Zwyczajnie nie wiedziałam.
Wszystko było ważne - praca, znajomi, emocje, pasja. Ale czy najważniejsze?

Dzisiaj jest zupełnie na odwrót.
Pierwszy raz w życiu jestem zupełnie zależna. Nie mogę iść sama do sklepu, czasami nie mam siły nawet podnieść się, żeby zrobić sobie herbatę. Musiałam nauczyć się mówić, czego potrzebuję. Prosić o pomoc. I tym samym pokazać, że... że potrzebuję innych.
Wiem też, że nic nie muszę. Mogę cały dzień leżeć w łóżku, a świat się nie zawali. Świat się nie zawali, jeżeli nie ukończę kolejnej szkoły, jeżeli nie wyhaftuję najpiękniejszego na świecie obrazka i nie zaprojektuję najcudowniejszego z cudownych makijaży. A nawet nie zawali się, gdy mój kochany wróci z pracy i nie zastanie zastawionego stołu. Nie muszę się starać, bo... bo wiem, że i tak jestem kochana. Wiem, że są na tym świecie ludzie, którzy nie pozwolą mi za nic w świecie zniknąć, przepaść, poddać się, samej się zniszczyć.

Wiem też w końcu, co jest najważniejsze.
Nie praca. Zawsze można ją stracić.
Nie znajomi. Oni odchodzą i przychodzą, jak w kalejdoskopie.
Nie emocje. One są zupełnie ulotne.
Nie pasja. Ją zawsze można zmienić.

Najważniejsi na świecie są ludzie, których kochamy i którzy kochają nas.
Bez nich bylibyśmy nikim.

Zawsze byłam dobra w życiu chwilą, w czerpaniu radości z prostych rzeczy. Ale teraz jestem mistrzynią.
Uwielbiam herbatki z moją mamuśką. Nawet, gdy mnie wkurza. Uwielbiam nieporadne rozmowy telefoniczne z ojcem (który jak i ja ma problemy z okazywaniem uczuć). Mruczenie kota doprowadza mnie do ekstazy. A najbardziej kocham moment, gdy kładziemy się spać, a ja mogę wtulić się w moje kochanie i po prostu zasnąć kołysana miłością.

Zabawne. Dopiero rak sprawił, że jestem szczęśliwa.
W końcu doceniam to co mam.

* * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * *
SMS na numer 75 165 o treści: POMOC 6742
czyni mój świat lepszym :)

poniedziałek, 27 października 2014



Chyba widziałam kotecka, czyli jak pomnożyć kocią ferajnę razy cztery.

No nie ukrywajmy, że ja i mój Mężny to totalnie ześwirowane kocie wariaty. Tak na amen.

Jednego kocura mamy już od maja (właśnie próbuje mnie zadusić swoją kocią miłością), ale ciągle gdzieśtam przewijał się temat drugiego mruczka. Ale przewijał się, nie było okazji, motywacji, sposobności. Aż do piątku, gdy wylądowaliśmy w sklepie zoologicznym, gdzie były do oddania dwa rude maluszki. Po stertach zachwytów, ochów i achów, mój Mężny zmiękł na dobre i oświadcza pani, że weźmiemy jednego malucha. A tu psikus! "On już zamówiony!". I moje serce pękło na pół.
Czułam się jak nieszczęśliwie zakochana, odrzucona nastolatka. Wiecie, boli i kłuje i pusto w środku jakoś.

Nastała sobota. Mężny wyczaił na fejsie kociaki do oddania. No to wiśta wio, jedziem w świat, na Bzie dokładnie. Całą drogę skakałam w samochodzie jak piłeczka kauczukowa, ping ping ping, kotek kotek kotek!

Na miejscu zobaczyłam trzy maluchy, w wersji "very hard junior". Nosz klopsiki takie, że wszystkie trzy mieściły się na dwóch dłoniach. A dwa na jednej. Ja wiedziałam od razu, którego bobasa chce, mam ogromną słabość do szarych dachowców, uwielbiam skubańce. Drugi mruczek był czarno-biały, trzeci grafitowo-biały ze wspomnieniem prążków.
"Nie chcecie wszystkich?", zapytała dzierżycielka ferajny. My, że nie, nie, mamy już jednego, starczy. A potem wiadomość, że te, które domku nie znajdą polecą do szamba. Uhhhh...

Mój Mężny to bardzo dziwny człowiek. Wiecie, na wierzchu macho i macho tym zadem, a w środku półpłynny, różowy jednorożec. Ale tego dnia zaskoczył nawet mnie. Chociaż myślałam, że znam go już wzdłuż, wszerz, w poprzek i na wylot.

Mój Mężny wziął wszystkie kociaki. Wszystkie. Od razu też jednemu załatwił domek krótkim telefonem do kumpla. Do domu dotarliśmy już tylko z dwoma maluchami, bo czarno-białego podrzuciliśmy owemu kumplowi.

I tu zaczyna się hardkor stosowany.

O ile prążkowana Łapka umiała od początku sama wszamać to, co do miseczki się dało (oczywiście brudząc wszystko dookoła, łącznie z własnym brzuchem, uszami, grzbietem i ogonem - nie wierzcie reklamom Whiskasa, kociaki nie potrafią się nie ufajdać przy jedzeniu...), to Bąbel, grafitowo-biały nadprogramek, nie potrafił pojąć, na czym polega jedzenie. No to, po licznych próbach i błędach, skonstruowaliśmy mu butelkę do ciamkania. Najpierw dostawał samo mleczko, ale ciągle chodził głodny i marudny (trzydzieste ósme "miau" w ciągu dwóch minut potrafi wkurzyć...). No to... zmiksowaliśmy kocią karmę z puszki. I zadziałało :) Dzisiaj rano malucha przekonałam dodatkowo, że z talerzyka też można jeść. I problem z głowy :)

Od początku baliśmy się, jak zachowa się nasz kocurek. Nowe stworki na jego terenie? Oczami wyobraźni widziałam już kocie flaki porozrzucane po pokojach.
A tu psikus!
Gacek tak się wkręcił w maluchy, że wystarczy tylko, że któryś zamiauczy... a on już jest obok i wylizuje mu pyszczek. Rewelacyjnie też układa je do snu. Jestem z niego taka dumna!!!

W sobotę maluchy w sumie tylko spały. Wczoraj już nieco pobrykały. Dzisiaj mam tu Sajgon.
Przed chwilką nakarmiłam znowu bydlaczki, Gacuś je ululał do snu wylizując calutkie. I wylądowaliśmy we dwójkę w łóżku, wymęczona kocia mama i matkujący kocurek. Gacek już zasnął.

A ja?

Nie mam czasu czuć się źle. No nie mam. Chemia była w czwartek, w pysku mam burdel jak po Hiroszimie (zapalenie jamy ustnej), a ja nawet nie mogę położyć się i postękać w spokoju.
Bo trzeba nakarmić maluchy. Trzeba ululać maluchy. Trzeba pobawić się z maluchami...
Nagle ozdrowiałam!

ZAJEBIŚCIE JEST ZAPOMNIEĆ, ŻE JEST SIĘ CHORYM :)))

* * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * *
SMS na numer 75 165 o treści: POMOC 6742
czyni mój świat lepszym :)

wtorek, 21 października 2014



Kto, kogo i dlaczego?

Codziennie słyszę "będzie dobrze", "musisz walczyć", każdego dnia gdzieśtam przewijają się słowa pseudowsparcia (moje ukochane "teraz można się tylko modlić") i ukradkiem uronione łzy.
No jestem chora, nie da się ukryć. Czasami samą mnie to przygniata, ale... ale co mogę zrobić poza grzecznym leżeniem, gdy w żyły wpływa mi życiodajna połówka tablicy Mendelejewa?

W momencie, gdy wszyscy wokół się smucą, żałują, powtarzają "dlaczego ona?" morale spadają gwałtownie. Tak, jakby już nie było ratunku, nie było szans. Ludzie dookoła chcą mnie wesprzeć, a prawda jest taka, że to ja najczęściej mówię "wszystko będzie w porządku".
Jestem oskarżana o zbyt lekkie podchodzenie do aliena, do lekceważenia go... tak. Lekceważę dziada, bo mnie napadł nieproszony. Nie jestem w stanie w tym momencie zrobić nic więcej, niż robię. Więc wrzucam na luz. Śmieję się. Żartuję. Sprawdzam granice własnej autoironii.
Będzie co ma być, życie nie zatrzymało się tylko dlatego, że mam raka.
Trzeba nadążać.

I wiem, że nie mogę się poddać. Ja nawet nie mogę się spokojnie podołować i posmucić jak rozpieszczona nastolatka, chociaż czasami bardzo mam ochotę.
Gdy ja się poddam to poddadzą się moi najbliżsi.
A walczę tylko po to, by przy nich być.

* * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * *
SMS na numer 75 165 o treści: POMOC 6742
czyni mój świat lepszym :)

sobota, 18 października 2014



Nocne mrowiska, czyli mrówki drążące dziury tam, gdzie nie powinny.

No to jestem po kolejnej chemii, rozpoczęłam trzeci z ośmiu planowanych trzytygodniowych cykli. Jak się czuję? Uh, nieco skołowana. Ale na szczęście niemal nic nie boli, tylko świat nieco tancuje przed oczkami. Taki stan jak po trzecim drinku. Albo czwartym piwie. Nie lubię nie nadążać za własnymi myślami... to takie upokarzające.



W chorowaniu na raka jest wiele upokarzających i/lub wkurzających rzeczy.

Lekarze, którzy chcą człowieka przemaglować w każdą stronę. Nie liczę już, ile razy mnie rozbierano, oglądano, przeglądano jak konia na wystawie... albo na końskim targu. Pozbawiają człowieka złudzeń intymności, prywatności, zdzierają resztki dumy i człowieczeństwa. Tak, wiem, to konieczne. Ale mogłoby się odbywać w nieco inny sposób niż w polskich szpitalach...

Znachorzy, którzy raka znają tylko z książek i filmów. Nie wiem, jak ktoś może liczyć na to, że dobrowolnie zrezygnuję z leczenia, które DAJE EFEKTY dla jakiś bałwochwalczych tańców w blasku księżyca. Czy cokolwiek. No dobra, sama kiedyś byłam nieco nawiedzona Sekretami, Czegośtam Podświadomości i takie tam. Ale, wierzcie mi, to wszystko zamienia się w stek bzdur, gdy walczysz o swoje życie. Osobiście chyba wolałabym paść w kościele na kolana i modlić się zacięcie (jestem totalną antykatolicko-antychrześcijańską ateistką), niż zrezygnować z chemii i leków. Wiecie dlaczego? Bo poznałam osobiście osobę, która twierdzi, że to bóg ją wyleczył. A nie poznałam nikogo, kto by się pozbył aliena ziółkami i medytacją.
Dalej jestem pod wpływem nurtu "prawo przyciągania", ale podchodzę już do niego z większą rezerwą. Bo nigdy się o raka nie prosiłam. Wierzę tylko, że moja choroba jest jedynie drogą. A cel jest tym, co sama sobie wymarzyłam. Staram się w to wierzyć jak tylko potrafię.
Ale z natury jestem raczej niedowiarkiem. Wada genetyczna.

Upokarzający jest ZUS (który znowu się odezwał, hehe... wspominałam, że tęsknię za druczkami, czyż nie?). Wypłacają chorym śmieszne pieniądze (spróbuj za to wyżyć, człowieku, no spróbuj), a trzeba się naprosić jak o milion w lotku. Nawet nie wiecie, jak marzę o tym, aby jakoś zdobyć nieco wolnej gotówki. Żeby spokojnie starczało na cały miesiąc. I żebym nie musiała mieć wyrzutów sumienia, że znowu na leki poszło za dużo kasy. Albo na moje wieczne zachcianki. Prawdę powiedziawszy połowę wolnego czasu spędzam na próbach rozmnożenia moich świadczeń zdrowotnych do poziomu mojej dawnej wypłaty. To było ponad dwa razy więcej kasy. I już się boję, bo we wrześniu wylądowałam w szpitalu i znowu mi obetną śmieciowe wypłaty. Na szczęście są osoby, Rodziciele moi kochani, którzy nie szczypią się i kasą rzucają, gdy jest pilna potrzeba. Ale... ale nie o to mi chodziło, gdy wyprowadzałam się w kwietniu z domu. Chciałam być samodzielna. Wreszcie. Dorosła. A w maju zaczął się cyrk z rakiem. I marzenia o samodzielności poszły sobie na zieloną trawkę...

Są znajomi, których tak na prawdę nie ma. I wiem, że to nie ich wina, że ich nie ma. Po prostu choroba zmienia. Nie bawi mnie już imprezowanie, latanie po sklepach, malowanie paznokci czy makijaże (z zawodu jestem wizażystką i BHPowcem, w ramach ścisłości). To wszystko blednie jakoś przy wizji choroby. Brzmi górnolotnie, wiem, ale taka jest prawda. Alien kompletnie przewartościował moje życie. Zawsze chciałam mieć męża, dzieci, to normalne, każda dziewczyna tego chce. Ale dla mnie był to plan drugo, a nawet trzecioplanowy. A teraz... teraz wiem, że może braknąć mi czasu. Tak, wiem, wszyscy teraz odezwą się chórem, że dam radę, że wygram. Chcę w to wierzyć i staram się jak mogę, ale normalnym jest, że pojawiają się chwile zwątpienia. Gdy dowiadujesz się o kolejnych przerzutach. Gdy wszystko boli. Gdy w sumie... w sumie nie możesz zrobić nic, poza leżeniem w łóżku i gapieniem się na sufit. Bo nawet spać nie możesz.

No i najgorsze. Wkurzająca jestem ja.
Wiem, że choroba nie jest moją winą. Ale ciągle mam wyrzuty sumienia, że wszystko się psuje tylko przeze mnie i moje wredne alieny w różnych częściach ciała. Żałuję połowy rzeczy, które się działy i miliona rzeczy, których nie zrobiłam. Ciągle mam jakieś chore wahania nastroju, nie nadążam sama za sobą. Potrafię w sekundę przejść ze skrajnej euforii do stanu granicznej depresji. Nie nadążam za wszystkim. Chociaż wokół mnie nie dzieje się nic. Za to w głowie... W głowie, moi Mili, to ja mam istne mrowisko.

A jest jeszcze tyle rzeczy, które chcę... chciałam... zrobię?

* * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * *
SMS na numer 75 165 o treści: POMOC 6742
czyni mój świat lepszym :)

poniedziałek, 13 października 2014



Chora kura domowa zamierza posprzątać w domu.

Dlaczego bałagan w mieszkaniu rośnie odwrotnie proporcjonalnie do ochoty na sprzątanie?
Jeszcze wczoraj wieczorem oczami wyobraźni widziałam siebie zapierdzielającą ze szmatką po całym mieszkaniu.
Dzisiaj rano wstałam i... i zmieniłam zdanie.



Naczyń do umycia jest o kilka za dużo, prania do wyprania o tonę zbyt wiele, a na ziemi mam piaskownicę zamiast podłogi.
I jak na studiach w okresie sesji zawsze miałam w pokoju idealny porządek, tak teraz marzę o czymś, co mogłoby mnie skutecznie usprawiedliwić od nieposprzątania.
Niestety wiem, że posprzątać trzeba. Nie to, że trzeba. TRZEBA.
Przychodzi dzisiaj właścicielka mieszkania zabrać nam ponad połowę wypłaty Mężnego, czyli pobrać opłaty za wynajem. A łazienka świeżo po remoncie, przedpokój aż krzyczy błagając o odrobinę pędzla z farbą... Może udałoby się wynegocjować jakieś fajne zasady remontu przedpokoju. Gdybym tylko ogarnęła mieszkanie.
Ale ono jest za duże łamane przez za brudne, aby w dwie godziny posprzątać...

Tak. Notka też była wymówką od sprzątania.
Taka ze mnie chora kura domowa.

No to idę. Życzcie mi powodzenia.
Może się nie zgubię w kuchni...

* * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * *
SMS na numer 75 165 o treści: POMOC 6742
czyni mój świat lepszym :)

sobota, 11 października 2014



Mission Impossible, czyli jak samej wyrwać się z domu

Jak się siedzi pięć miesięcy w domu, a opuszcza się go tylko w obstawie to, wierzcie mi, pięknie jest zwyczajnie się wyrwać. Czuję się wtedy jak koń na wybiegu (ten wiatr tańczący w liniejących włosach!), jak kot wypuszczony na noc (ta mnogość doznań zmysłowych!), jak pies puszczony ze smyczy (ta piana cieknąca z ust!).



Do tej pory bez obstawy udało mi się wyrwać z domu dwa razy.

Pierwszy raz prawie się nie liczy, bo byłam jeszcze przed chemią. Wtedy wszyscy jakoś mniej jajkowato mnie traktowali. Mogłam nawet sama wyruszyć do sklepu... Ale jednak - wyrwałam się. Mojego Mężnego wypuściłam na spotkanie z kumplem (taka dobra ze mnie przyszła żona, taka dobra!), a mnie w domu aż roznosiło. No to, jak za starych czasów, włączyłam na głos muzykę i odstawiłam mini teledysk w domu. Opowiadał o tym, jak młoda kobieta szykuje się na mega imprezę. Wybór stroju, butów, no wiecie no przeca, jak to wygląda. No i wyruszyłam.
Zwykle moje spacery oscylowały w dystansie około pięciu kilometrów - słuchawki na uszach i chłonę, chłonę, chłonę świat dookoła!
Tym razem postanowiłam iść trasą standardową. Wyruszyłam! Zejście ze schodów... i odpoczynek na ławce. Dwieście metrów dalej znowu ławeczka. Ufff... Czy ktoś specjalnie aż tak wydłużył odcinek za naszym blokiem? Zlana potem dotarłam do pierwszego skrzyżowania. Serce nakazywało iść prosto, rozsądek i organizm wrócić do domu. Podkuliłam mentalny ogon i wróciłam do siedliszcza zołzy. Cały spacer trwał 10 minut. Przygotowania trzy razy tyle.
Od tej pory odechciało mi się spacerów.

Ale! Ale serce moje dalej jest dzikie i buntownicze, zatem nastał i drugi raz. Tym razem to już był poziom hard, gdyż Matkowata bardzo hermetycznie mnie pilnuje na każdym kroku.
Pewnego dnia zachciało mi się rosołu. Matkowata, aby mieć mnie na oku, przytaszczyła do nas pół swojej lodówki i rozpoczęła w naszej kuchni jakieś tajemnicze procesy alchemiczne. Tak się stało, zupełnie przypadkiem, że dzień wcześniej miałam chemię i dostałam pińcet recept do wykupienia. A recepty z onkologii to wyższy poziom wtajemniczenia, większość aptek w moim mieście bezradnie rozkłada ręce i oznajmia mi "Ni ma na stanie, ni ma!". No to Matkowata czaruje w kuchni, a ja obdzwaniam wszelkie sklepy parające się czarną magią. Znalazłam! Znalazłam! Znalazłam mój bardzo rzadki lek w przybytku urzędującym przy PKSie. Cichutko, bezszelestnie, ubrałam się i lecę do Matkowatej oznajmić, że idę do apteki. Lament, prośby, zapewnienia, że ona zaraz skończy i mi pojedzie po leki. A ja na to: "Spokojnie, zaraz będę spowrotem". Muahaha! Zostawiłam Matkowatą z kilkoma garami na gazie i sama wyrwałam się na przystanek. Trzeba przyznać, że przystanek jest jakieś 100 metrów od naszego domu, więc wyprawa na prawdę była bardzo skomplikowana. Zawierała w sobie: wsiąść do autobusu, wysiąść na PKSie, kupić leki, wsiąść do autobusu, przejść do domu. Ale jaka duma, jaka radość! Oczywiście moja mroczna natura musiała dać sobie upust, gdy jakiś młody i głupi osobnik zaczął obrażać starszych ludzi, że siedzą, a on, biedny, stoi. Pogroziłam mu glanami (wcale nie mam glanów, wcale nie ubieram się na czarno, wcale nie miałam wygolonej połowy głowy, a włosy wcale nie skrzyły się rubinem, wcaaale). Poczułam znowu moc płynącą z dręczenia słabszych i upośledzonych psychicznie. Ach. Ambrozja dla duszy.
Do domu wróciłam zmęczona jak diabli, ale szczęśliwa do granic rozsądku.

Minęło już kilka tygodni od mojej ostatniej wyprawy, po drodze zaliczyłam małą wpadkę pod tytułem: "zaburzenia oddychania i wywożenie karetką do szpitala", zatem nadzór nade mną wzrósł (myślałam, że bardziej się już nie da) i teraz wyrwanie się z domu to już poziom mision impossible. Ale nie byłabym sobą, gdybym nie spróbowała.
Akurat próbowałam skompletować dokumenty do pie(peeeep)onych świadczeń rehabilitacyjnych, więc musiałam stawić się w zakładzie pracy. Dwa dni zapewniałam Matkowatą, że dam radę, że pojadę sama, że to nic specjalnego. W dzień planowanej wyprawy nieopatrznie zadzwoniłam zapytać ją, o której jedzie najbliższy autobus na rynek. Po otrzymaniu informacji rozpoczęłam przygotowania. Jak do wyprawy Drużyny Pierścienia: coś do żarcia, coś przeciwbólowego, coś do słuchania w autobusie, coś jakby było za zimno. Rozumiecie?
Dumna z siebie wychodzę z domu, zamykam przybytek i śmigam na przystanek. W połowie drogi przypomniałam sobie, że mój telefon dalej tkwi przypięty do komputera w akcji kombinowania "czegoś do słuchania". Po drodze mijam klatkę Rodzicieli, więc postanowiłam zajść i zadzwonić domofonem, że nie mam telefonu, coby nikt się o mnie nie martwił. Wychodzę zza winkla bloku i widzę moją Matkowatą. Z uśmiechem rzucam "o, szłam Ci powiedzieć, że zapomniałam telefonu!". Gadka szmatka. Pytam w końcu, gdzie się wybiera. Odpowiedź odebrała mi nadzieję.
"Z tobą".
Oto jak upadła moja trzecia, samodzielna wyprawa.
Mordor zwyciężył, Elfy odeszły na Zachód.
Sauron siedzi na tronie i zaciesza, bo woda chlupocze go w...

* * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * *
SMS na numer 75 165 o treści: POMOC 6742
czyni mój świat lepszym :)