sobota, 28 października 2017



Siła miłości

Kocham Mężnego.
To jest taki oczywisty fakt, nad którym zwykle się nie zastanawiam. I myślę, że on też nad tym specjalnie nie myśli ;)
Jednak jest jeden moment, w którym czuję, że zaraz eksploduję ze szczęścia. A dzisiaj to mój Mężu już w tej kwestii przegiął ;)

Standardowo Krzyś wstaje przede mną. Zawsze wstaje pierwszy (chyba, że mówimy o popołudniowej drzemce - wtedy ja przoduję ;)).
Ma zwyczaj przyjście do mnie do łóżka tuż przed wyjściem z domu i przytulenie moich pleców. Uwielbiam to :D

Dzisiaj jednak zrobił dużo więcej!
Załatwił sobie wolne w pracy, żeby zawieźć MOJEGO Tatuśka do Oświęcimia na badania, wstał z samego rana, wyprowadził piesa, kupił świeże bułeczki.
Przed wyjściem z domu przyszedł mnie przytulić i mi szepcze do ucha:
"Reksio wyprowadzony, kupiłem Ci bułkę na śniadanie i kołaczyka do pracy, w koszyku masz drobne na taksówkę, a teraz jadę."

Nie dość, że nakarmił żonkę, nie dość, że wiezie Teścia na badania, to jeszcze dba, żebym miała jak do pracy dojechać!
Dał mi w ten sposób całą godzinę snu więcej :)
Nawet, gdyby na koniec powiedział, że mam mu kupić Xboxa (o którym mi gada już od dwóch lat ;p) to bym się zgodziła. W ciemno!

Ech. Nie ma to jak wstać z bananem na pysku :)
"Miłość to nie pluszowy miś, ani kwiaty..."
To śniadanie i poczucie bezpieczeństwa <3 p="">
A o Tacie napiszę w kolejnej notce. Muszę ogarnąć wkurwa i nabrać dystansu, żeby móc o tym logicznie napisać. Nie sądziłam, że służba zdrowia jest w tak opłakanym stanie...

wtorek, 24 października 2017



Creepy life

Minęły dwa lata od chemii, rok od radioterapii i pół roku od operacji.
Świeżo po leczeniu miałam zerową pojemność pamięci, normalnie z 256MG RAMu.

Niby wróciłam do siebie, radzę sobie coraz lepiej z codziennością, ale... Są dni, gdy sama siebie przerażam...

Z dwa miesiące temu "zgubiłam" kartę do konta. Zdarza się każdemu, nie?
No ale nie każdy gubi ją przez zostawienie na stole i nagłym odkryciu po paru dniach, że jej tam nie ma.

No bywa. Przekopaliśmy całe mieszkanie, a karta się nie znalazła. Zdarza się, trudno.

Już przebolałam dziwne okoliczności zaginięcia karty, a tu dzisiaj odkryłam, że... Zniknął mój dowód.
Jego stałe miejsce jest w portfelu. I jakby mnie ktoś nagle zapytał, gdzie jest dowód to mówię "W portfelu!". Można by mnie torturować, a byłabym pewna swego.
No ale... We wtorek wypełniałam wnioski do Avalonu o refundację, a tam jest potrzebny nr dowodu. I pamiętam, że go nie schowałam, bo "cośtam". Nie pamiętam, czym było owe "cośtam", ale powód jakiś był. I gitara.
Ale dowód się rozpłynął w powietrzu. Dzisiaj przekopaliśmy całe mieszkanie, łącznie z odsuwaniem mebli (nawet się w duchu śmiałam, że może kartę znajdziemy, ale nie ma tak dobrze).
Wiadomo tylko tyle, że w czwartek dowodu na stole już nie było, bo Krzyś sprzątał i się na niego nie natknął.

Powoli zastanawiam się nad wizytą u psychiatry.
Chyba wstaję po nocach i chowam ważne rzeczy tak, żeby "się nie zgubiły" (jestem niemal pewna, że i dowód i karta zostały tak schowane, mam jakieś takie mgliste wspomnienia).
No i, oczywiście, mam doła, że jestem do niczego i wszystko gubię. I o niczym nie pamiętam, a i wszystko zapominam.
Boję się o siebie.
Albo wariuję, albo mamy duchy.
Lub chochliki (yhm, cztery dokladnie: Gackomira, Ciemomiłę, Ryszarda i Czarosława...).


wtorek, 17 października 2017



Stare dobre metody... :)

Notka w trybie podobnym, co na początku bloga:
Leżę już od godziny w łóżeczku, nie umiem zasnąć, ale stan podgorączkowy mocno trzyma mnie pod kołdrą.
Dzisiaj chyba dosięgłam dna paraboli codzienności, więc powinno być już tylko lepiej.
Wypiłam syropek z kwiatów czarnego bzu, popiłam syropem z młodych pędów sosny i... Trochę lepiej.
Obiecuję sobie, że w maju i czerwcu nazbieram jednego i drugiego i sama zrobię taki syropek - są wyborne, a i podobno mają właściwości magiczne lecznicze.
Włącza mi się tryb wiedźmy. Przypominam sobie czasy, gdy latałam po okolicznych polach i łąkach, lasach i parkach w poszukiwaniu szczawiu na zupę, czy liści orzecha do farbowania włosów. A i rumianek zbierałam, żeby domowy szampon zrobić ;D
Tak, domowa magia to fajna sprawa :)


W pracy jakoś leci, nie czuję się już zupełnie jak "ta nowa" ;) Ba! Wręcz irytuje mnie, gdy ktoś mnie pilnuje i patrzy na ręce. Wolę sama rozwiązywać problemy.
Krzysiek (czyli Już Nie Kawaler) jest ze mnie strasznie dumny. Czasami aż chce mi się płakać z radości, gdy widzę jego szczęście :)
Szczęśliwy Krzyś = spolegliwy Krzyś = szczęśliwa Lucynka ;p
Bez bólu udało mi się go przekonać do zakupu pewnego sprzętu domowego, o którym od lat marzę. Do tego obiecał mi coś, o czym zawsze marzyłam, ale w najśmielszych snach nie przypuszczałam, że te fantazje się spełniają.
Potrzymam Cię trochę w niewiedzy, bo zwykle chwalenie się na wyrost przynosi pecha ;)

Wracając do pracy:
Wiesz, co jest w niej najlepsze? (poza wypłatą, oczywiście ;))
Nikt nie wie, że jestem chora. No dobra, kilku najbliższym znajomym powiedziałam, ale... Ale nie ma u nich litości. Jest podziw, siła, nadzieja.
Wzbudzam nadzieję, czujesz to?!
Osiągnęłam swój cel - jestem taka, jak być chciałam. Wywołuję emocje, jakie pragnęłam wywoływać!
Ale klienci... Oni nie wiedzą. Nic nie wiedzą!
Dla nich jestem po prostu uśmiechniętą i pogodną osóbką po drugiej stronie kasy.
Taka konspiracja! ;)
Nie twierdzę, że zawsze jest lekko. Szczególnie teraz, gdy co kilka dni przypomina mi o sobie przeziębienie. Miewam też czarne myśli, typu "nie przedłużą mi umowy!" albo "nie dam rady, cholera, nie dam!".
Jednak zaciskam mocno zęby, po chwili znów się uśmiecham i... Żyję.
Jak nie będą mnie chcieli tu, to pójdę pracować gdzieś indziej.
Grunt, że jestem, kocham, żyję i... Znowu czuję się potrzebna światu.
Niesamowite uczucie! :)

Zróbisz coś dla mnie?
Uśmiechnij się. A później... Później będzie już łatwiej :)

Migawka z ostatnich dni:



piątek, 6 października 2017



No to jestem (nie)pełnosprytną kasjerką :D

Powiem Ci, że wokół pracy kasjerów obrosło dużo mitów. I pogłosek.
Że dużo niemiłych klientów, że kręgosłup boli, że dużo trzeba dźwigać...

Po trzech dniach siedzenia przy kasie, po jednym dniu pracy samodzielnej (bez kasjerki pilnującej mnie ;)) powiem, że... to jest zajebista praca! Pod warunkiem, że tylko obsługujesz kasę ;)

Czekam sobie na klientów, rozmawiam z okolicznymi kasjerkami, poznaję nowe koleżanki.
Klienci są różni, ale każdego da się rozbroić uśmiechem, szczerością i dowcipem.
"Przepraszam, lekko się zawiesiłam."
"Dziękuję za cierpliwość."
"O, to to sobie pan może sam spakować, proszę - jednorazówka."

Uśmiech, uśmiech, uśmiech. Rozbrajam nim największych gburów. Nawet dziadzio, co się słowem nie odezwał przy całym kasowaniu (i miał minę, jakby coś twardego siedziało mu w zadzie), na odchodne mi podziękował i życzył miłego dnia. Z uśmiechem na twarzy!

A ciężkie towary? Ojtam, mało tego jest. Grunt to dobra pozycja na krześle. I jazda. Kręgosłup jeszcze ani razu mnie nie bolał. Ciężko, żeby bolał, gdy pracuję po 3,5h, a jeszcze po drodze mam 15 minut przerwy ;)

Mam nowe koleżanki. Dużo! I większość świetna :) Z połową mogłabym przegadać całą zmianę.

Powrót do pracy był świetną decyzją! Polecam serdecznie :)
Jeżeli nudzi Ci się w domu, jeżeli czujesz się odcięty od społeczeństwa - Auchan Cię przygarnie, przemieli i... wypuści do domu szczęśliwszego :)


Nawet z rakiem da się pracować! :D