wtorek, 30 stycznia 2018



Broken down

Psuję się. Coraz częściej coś mnie boli. Zwykle wątroba, ale plecy, żołądek, kości wszelakie, nie pozostają w tyle. Oczami wodzę po mieszkaniu: tyle rzeczy bym porobiła!
Malować się chce, posprzątać w małym pokoju, a i szafę ogarnąć. Ale leżę, z kotami i termoforkiem. Wieczorem niby do pracy, ale jak się nie poprawi to urlopik na żądanie. Czyli leżę.
W czwartek do onkologa. Czuję, że tak na 90% znowu wyląduję z chemią. Ale ból powoli robi się tak nieznośny, że nawet średnio mnie to rusza.
Byle, po prostu, przestało boleć...


Nie wiem, czy to kwestia pory roku, bo zawsze zimą czuję się dużo gorzej niż latem, czy to kwestia jebanego raka. Czy też stres daje mi popalić. Nie ukrywajmy, na wieść o kontroli u lekarza raczej nie skaczę z radości ;)

Nic już nie wiem.
I nie wiem, czy chcę wiedzieć.

środa, 24 stycznia 2018



Mięso z bułkami.

Próbuję naginać czasoprzestrzeń. I z bólem odkrywam, że nie da się jednocześnie:
- czytać i wyszywać,
- czytać i malować,
- czytać i pisać,
- czytać i pracować,
- czytać i spać.

Wracam mentalnie do czasów nastoletnich. Bo ja byłam tym dziwnym typem człowieka, który całe dnie siedział z nosem w książkach. I znowu to robię!
Dla jednych książki to tylko zlepek liter, wyrazów, zdań.
Dla mnie to inny, lepszy świat. 
Pełen możliwości.

Jakiś czas temu utknęłam w życiu. Leżę i kwiczę, a gdy nie leżę i kwiczę to leżę i czytam. W książkach mam wybór. Mogę wybierać, co przeczytam, co mi się podoba, w jakim świecie chcę dzisiaj zamieszkać.
Niestety, na co dzień człowiek nie ma wyboru.

Gdzie nie spojrzę, tam ludzie.
Ludzie, pełni swoich pretensji do innych, swoich narzekań i marudzeń.
Ludzi, którzy czują przymus gnębienia innych.
Wiem, że każdy jest inny, że nie mogę wymagać, aby każdy był miły, inteligentny i wrażliwy.
Ale niektórzy czasem po prostu przeginają.

Miałam dzisiaj bardzo zły dzień w pracy. Klienci jakby zmówili się, że będą na każdym kroku uniemilać mi czas. Albo się kłócili o kolejkę (i weź zdecyduj, czy pierwszeństwo ma ciężarna, czy małżeństwo 70+...), albo narzekali na długie kolejki (które dzisiaj były wyjątkowo krótkie), albo pytali mnie o to, gdzie znajdą Świętego Graala i ile on kosztuje.
Albo twierdzili, że kasa źle zsumowała kwoty na paragonie (ke?!).
Oczywiście ośrodkiem całego zła w supermarkecie byłam ja.
Mam wrażenie, że wręcz przyciągałam dziwne elementy.
Jestem ciekawa, ile skarg dzisiaj na mnie poszło, bo po trzech godzinach w ogóle przestałam się kryć z moimi morderczymi zapędami.
Byłam dzisiaj Mistrzynią Ciętej Riposty (co jest dość dziwne, bo ja zwykle szara, miła, grzeczna mysia), Kobiecą Siłą Armagedonu, Zignorowaniem Absolutnym, Enklawą Złowieszczego Śmiechu.

Bo ja jeszcze zrozumiem zwykłą głupotę czy nieuprzejmość, ale jak ktoś mi już podjeżdża z tym, że fajnie było, gdy były darmowe jednorazówki to krew mnie zalewa.
Staram się żyć ekologicznie, od ponad tygodnia używam jednej butelki po wodzie mineralnej (nalewam do niej wody z filtra), żeby tylko jakoś zmniejszyć skalę plastikowej zagłady, a mi tu ludzie wyjeżdżają z tym, że jedna jednorazówka nic nie zmieni, że im się one należą, że przecież to tylko siatki, że one nie zagrażają środowisku.

KURWA.
Ciekawe, czy ryby w oceanie mają takie samo zdanie na ten temat.
Żeby to była JEDNA jednorazówka!
One szły na tysiące. Dosłownie. Niektórzy mieli pretensje, że kurczaka pakuję z wołowiną i one się zjedzą nawzajem. Czasami do jednorazówki wkładało się jedną rzecz, bo klient tak sobie zażyczył.
Teraz, co mnie strasznie bawi, jakoś Domestos może być w jednej torbie z bułkami. Albo z rybą. Albo z żelem pod prysznic. Wcześniej jakoś musiał być sam jeden w torbie.
Wystarczy, że siatki przestały być za darmo, a nagle wszystko się da.
Nawet mięso spakować z chlebem.
Hipokryzja level hard.
A niektórzy dalej twierdzą, że jednorazówka im się NALEŻY.
Uhhh. Szkoda gadać.
Współczesne wygodnictwo i ignorancja mnie przeraża.
Bo tak ciężko samemu spakować zakupy do torby wielokrotnego użycia.
Tak ciężko zrobić COŚ, co może wymaga odrobinę zaangażowania, ale za to jest dobre dla wszystkich.

Dlatego lubię książki. Tam ludzie nie są tacy głupi.
A jeżeli są, to szybko giną. Zwykle krwawo. O!


środa, 3 stycznia 2018



Czysta karta


Wreszcie! Skończył się ten cholerny 2017 rok.
Nie to, żeby był zły. Wydarzyło się w nim wiele fajnych, miłych, ciepłych rzeczy.
Ale też miał tendencję do generowania chaosu i niszczenia spokoju.

Była operacja na początku roku.
Była ciężka rekonwalescencja.
Był urok szarej codzienności.
No i powrót do pracy.
Ale na koniec przywalił chorobą Taty, co go całkowicie dyskryminuje z puli "lat fajnych i wartych zapamiętania".

Przyszedł sobie 2018 i już drugiego dnia pokazał, że będzie dobry.
Odebraliśmy wyniki biopsji Tatuśka i...
NIE MA RAKA!
Nie ma nawet nowotworu!
"Tylko" zapalenie trzustki i marskość wątroby. A to da się leczyć :)))

Mam ochotę udusić lekarzy.
Tego z Oświęcimia za "Ja doskonale znam te objawy, na pewno to rak".
Tego z Tychów za "Módlmy się, aby pacjent doczekał wyników biopsji."
I tego z hospicjum za "Temu panu nic już nie zaszkodzi i nic już nie pomoże".
Pierdolcie się, chuje złamane! 
My jesteśmy z rodu Polaków, nas tak łatwo nie da się zabić.

Odkryłam nagle nowe barwy świata, zauważyłam znowu światło i blask. Uśmiecham się jak idiotka, sama do siebie. Nic już się nie liczy, tylko trwanie w ciszy i harmonii.

Czego oczekuję od 2018?
Harmonii. Spokoju, ciszy, zabawy, ekstazy, równowagi, siły, ciepła i miłości.
Z postanowień noworocznych zostaje tylko garstka:
- pracować,
- ogarniać rzeczywistość,
- dbać o ciałko (co wiąże się też z odchudzaniem ;)),
- nie zwariować,
- być sobą.

Chciałabym w tym roku więcej pisać, czytać i tworzyć.
No i utrzymać się w robocie ;)
Umowę mi już przedłużyli, do końca 2018 :D
Trochę to było dziwne, bo trzy osoby, które już długo pracowały, zwolnili, a mnie zatrudnili.
To właśnie ten słodko-gorzki smak 2017 roku - za jego kadencji nic nie mogło być po prostu zajebiste, fajne i po prostu radosne. Musiał być posmak goryczy.

Za chwilkę zaczynam nowy etap. Właśnie odebrałam płótno i farby, które przyniosła mi listonoszka. Zaczynam przygodę z malowaniem :D
Kiedyś to lubiłam, może znowu polubię :)

Dla Was na 2018 rok życzę...
Harmonii.
Po wielu godzinach rozmyślań, po filozoficznym gapieniu się w sufit i ściany stwierdzam, że to harmonia jest najważniejsza.
Żeby wszystko do siebie pasowało i wszystko cieszyło duszę prostym "jest idealnie".
Trzymajcie się zdrowo! :)