środa, 30 sierpnia 2017



Pyszne śniadanko daje kopa ;)

Nosz muszę się pochwalić!

Od jakiegoś miesiąca, codziennie rano, robię sobie pożywną papkę ;)
Papka okazała się tak smaczna, że nie umiem bez niej żyć. Wieczorami już marzę o poranku, aby znowu sobie trzasnąć takie papu.

Czego potrzebujemy? Blendera, owoców, płatków owsianych (jęczmiennych, orkiszowych, cokolwiek z błonnikiem ;)).

Płatki zalewamy wrzątkiem, aby zmiękły. Preferuję dwie łyżki płatków owsianych i dwie łyżki płatków jęczmiennych.
Ulubione owoce blendujemy na papkę. Moje sprawdzone miksy to:
- jabłko, banan
- jabłko, brzoskwinia
- brzoskwinia, banan,
- jabłko, melon (świetny mix!)
- banan, melon
- nektarynki, śliwki.

Papkę mieszamy z płatkami (lub ugotowaną kaszą, tak z 50g). Dorzucamy garść drobnych owoców (lub większych, ale posiekanych ;)) - borówki, winogrona, jagody, maliny, truskawki.



Na zdjęciu jest owsianka z jabłkiem, bananem i borówkami. Chętnie dorzuciłabym do tego garść orzechów lub słonecznika, ale wyszły wczoraj wieczorem ;)
Uwielbiam jeść ją z kufla Mężnego (ale ciii, nie może o tym wiedzieć ;P). Taka ilość zwykle starcza mi na śniadanie i drugie śniadanie. Ale czasami wchapię od razu ;P

Takie śniadanie ma około 500kcal, masę witamin i błonnika, a do tego świetnie poprawia humor. Dodatkowo łatwo je wpakować do pojemnika i wziąć ze sobą w trasę :)

Musiałam się z Wami podzielić takim odkryciem. Jeszcze miesiąc temu nie uznawałam owsianki bez mleka. Da się? Da się ;)

Jakie są Wasze ulubione pomysły na śniadanie? :)


poniedziałek, 28 sierpnia 2017



Muzyka - znajdziesz ją wszędzie!

Środek nocy.
Cały blok drzemie w ciszy, miasto uśpione dryfuje w snach.
I ja, w łazience. Oparta o umywalkę, patrzę w oczy swojego lustrzanego odbicia.
"Kim jesteś?" - pytam samą siebie. Odbicie nie odpowiada, tylko uśmiecha się do mnie - butnie, dziko, nieco arogancko, ale wciąż życzliwie.
I wtedy to dotarło do moich uszu...
 Zaciekawiona i zaskoczona rozglądam się dookoła, szukając źródła dźwięku.

Melodia. Urocza melodia, wygrywana zapewne na flecie. Niedoskonała, ale cudowna, jak potrafią być tylko melodie wygrywane przez dzieci uczące się muzykować, ale już umiejące komponować ze sobą dźwięki.
"Fis, D, C, Fis...?" - zastanawiam się gorączkowo, próbując zapamiętać układ dźwięków.
Dalej wędruję po malutkiej łazience, staję na palcach, próbując dosięgnąć uchem kratki wentylacyjnej.
Nie.
To nie to. To nie stąd. Melodia się urywa.
Rozglądam się, uśmiechnięta już od ucha do ucha.
I znowu!
Słyszę ją wyraźnie!
Mam ochotę zapląsać wesoło w takt tej lekkiej muzyczki, która musi być wygrywana przez jakiegoś małego elfika! Musi!
Jakie dziecko gra na flecie o drugiej w nocy?!
Zmęczona siadam na klapie muszli klozetowej.
Muzyczka jakby głośniejsza...

I zaśmiałam się, w środku nocy, siedząc na muszli. Trochę upiornie, bo to jednak środek nocy, no ale...
Nie codzień człowiek ma ochotę tańczyć do syczenia powietrza w rurach od spłuczki.

Melodię zapamiętałam. Będę próbować odtworzyć ją na skrzypcach. W środku nocy, w łazience.
Może ktoś jeszcze się dzięki niej uśmiechnie? :)



piątek, 25 sierpnia 2017



Żyć z wizją końca?

Od dłuższego czasu staram się rozwijać. Wiecie, stan rolki papieru toaletowego ;)
Czytuję sobie różne książki, słucham podcastów i audiobooków i jakoś to leci.

Ostatnio trafiłam na książkę Stephana Coveya "7 nawyków skutecznego działania".
Drugi nawyk zatrząsł posadami mojego świata...

Mówi się, że trzeba żyć, jakby jutra miało nie być.
Żyć, jakby to był ostatni dzień Twojego życia.

Rozumiałam to zawsze jako... no... "rzucić wszystko w pizdu i pojechać w Bieszczady... albo na Bora Bora".
Skakać ze spadochronem, latać helikopterem, jeździć szybko samochodem, sprzedać dom, rozpieprzyć całą kasę na przyjemności codzienne.
Nie chciałam tak żyć. Nie chciałabym zostać zapamiętana jako tchórz, który spieprzył, bo bał się śmierci.

Wracając do książki.
Druga zasada brzmi: "Zaczynaj z wizją końca".
Łzy stanęły mi w oczach, gdy to zobaczyłam. Bo... ja nie chcę pamiętać o tym, że mogę umrzeć. Chcę całą sobą zapomnieć o tym raz na zawsze, pożegnać owe widmo ciążące mi każdego dnia.
A jednak okazuje się, że te widmo może być pozytywne.

Co by było, gdyby "żyć, jakby jutro miało nie nadejść" oznaczało "żyć, aby zapamiętano cię tak, jak chcesz być zapamiętany"?
Klepki we łbie się przewracają, otwierają, zatrzaskują z głośnym hukiem, następuje zmiana priorytetów i... zdajesz sobie sprawę, że to ma sens.

Niczego mnie ta rada nie nauczyła. Bo już z niej korzystam.
Wybieranie priorytetów, skupianie się na rzeczach ważnych, wyrzucanie z życia tego, co zbędne.
Dowiedziałam się jednego:
warto żyć tak, jakby jutra miało nie być.

Co do książki - polecam! :)



czwartek, 24 sierpnia 2017



Każdy mądry, kto tego nie przeżyje.

Jakiś czas temu ściągnęłam sobie aplikację na telefon. Taka sobie, ot, zlicza kalorie zjedzone i spalone. Jednak dodatkowym jej atutem (tak myślałam!) była możliwość dzielenia się posiłkami, uzupełniania dziennika diety, dzielenia się przemyśleniami z całą społecznością korzystającą z tej aplikacji.

No to jazda, uwielbiam takie rzeczy! Napaliłam się jak kocur w marcu, grzecznie pisałam, co jem (chociaż nie zawsze jestem taka grzeczna), chwaliłam się zdjęciami z mojej metamorfozy, komentowałam i wspierałam innych.
Do czasu.
W końcu pochwaliłam się moją tabelką dietetyczną (z tej notki). Rozgorzała taka dyskusja, że aż sama nie dowierzałam!

Komentarze typu "no pewnie człowiek pierwotny latał po lesie z notesem i długopisem", albo "jesz, kiedy chcesz, po co to zapisywać" nieco mnie podburzyły, ale nie dawałam się.
Na swoje nieszczęście pochwaliłam się chorobą.
Oj, okazało się, że jest tam tyyyylu lekarzy!
Nagle znaleźli się mędrcy, którzy stwierdzili, że sama sobie tego raka karmię (tymi ogórkami, czy może pomidorami? albo może chlebem pełnoziarnistym?), że powinnam przejść na dietę ketogenną (czyli wchłaniać ogromne ilości tłuszczu i mięsa).
A gdy już napomknęłam, że najchętniej bym przeszła na pełny wegetarianizm, bo nie lubię mięsa to... no nie było już ciekawie.

I tak się zastanawiam, co ludzie mają w głowach.
Dlaczego próbują nakłonić innych do życia według obcych zasad.
Dlaczego są tak zamknięci?
Dlaczego traktują innych jak półmózgie yeti?
Dlaczego reagują agresją na odmienne poglądy?

I tak zrezygnowałam z tej aplikacji. Może głupio się przyznałam do choroby.
Zawsze pomstowałam na innych, czemu nie przyznają się do raka.
Już wiem.
Gdybym wiedziała, jakie reakcje wywoła ta informacja to... też bym się nie przyznawała.

Jestem chora, ale to nie znaczy, że każdy ma prawo dyktować mi drogi leczenia, zachowania, diety, ćwiczeń.
Jestem chora, ale nie jestem przez to gorsza czy słabsza.
Jestem chora, ale żyję, czuję i myślę.
Dalej jestem człowiekiem.

Nie chcę nikomu zawadzać, nie chcę się z nikim kłócić, ale...
Dajcie mi żyć po mojemu.
To moje życie, moje decyzje i nikomu nic do tego.
I tak zrobię, co będę chciała.

A właśnie chcę zjeść frytki. Dużo frytek. Na pocieszenie, o!


wtorek, 22 sierpnia 2017



Wstać i żyć - nie takie proste.

Wiem, że zagląda tu mnóstwo osób chorych na wszelakie paskudztwa. Zdaję sobie też sprawę z tego, jak cierpi psychika, gdy jest się przez kilka(naście) miesięcy przykutym do łóżka.
Opieka medyczna umywa ręce w momencie, gdy przestają leczyć ciało. Możesz latać do psychologa, ale... gdy jest z Tobą źle to zwyczajnie Ci się nie chce. Albo nie masz siły.

Kilka miesięcy spędziłam w stadium półroślinnym.
Spałam, wstawałam, przenosiłam się na rozkładany fotel w dużym pokoju i... spałam dalej.
Podobało mi się to? Nie, absolutnie. Ale nie miałam najmniejszej motywacji do zrobienia czegokolwiek.
Moim wybawieniem okazał się... notes i długopis.
Jak dziś pamiętam pierwszą listę zadań, którą w nim napisałam:
- wstać
- złożyć fotel
- zjeść śniadanie na siedząco
- zadzwonić do Mamy
- zadzwonić do Krzysia.

Dzień później do listy dorzuciłam:
- obejrzeć Shreka.

Kolejny dzień później:
- przeczytać "Małego Księcia".

Po jakimś tygodniu napisałam: "Założyć bloga".

Z dnia na dzień dorzucałam sobie zadań. Nie były ambitne. Były wręcz banalne, ale dzięki temu kładłam się wieczorem do łóżka z myślą, że zrobiłam wszystko, co chciałam.


Od tamtej pory ja i notesik jesteśmy nierozłączni. Nastał już bodajże szósty zastępca pierwszego notatnika, a ja powoli wracam do żywych. Bardzo żywych.

Z czasem zaczęłam rysować tabelki na miesiąc i tydzień, żebym mogła cokolwiek zaplanować. Pojawiły się całe projekty, plany diety i treningów.

Dopiero później, dużo później, dowiedziałam się, że taki system nazywa się Bullet Journal (klik!).
No i bujam się z nim już z trzy lata. Jest moim przyjacielem. Leczy moją wodę w mózgu, powoli zamieniając ją na olej.
Zapisuję wszystko, co wydaje mi się ważne, żeby już o niczym nie zapominać.
Bo powiem Wam, że po chemii to ja czasami nawet zapominałam, jaki mamy nie tylko dzień tygodnia, ale nawet miesiąc czy rok!
Teraz zapisuję, co jem, co piję, ile ćwiczę, do kogo mam się odezwać, kiedy opłacić rachunki, co w domu wymaga zrobienia, kto u mnie coś zamówił, wszelakie terminy. System ciągle doskonalę.
90% notek powstało najpierw w moim plannerku.

Jak wspiszecie w Googlach "bullet journal" to wyskoczą Wam zdjęcia pięknie prowadzonych, kolorowych notatników, gdzie wszystko ma swoją tabelkę, rubryczkę, obrazek.
Mój wygląda raczej jak brudnopis, jest czarno-niebieski, czasami pojawi się w nim jakaś zagubiona naklejka. Ale działa. I o to w tym chodzi :)

Najładniejsza z moich tabelek:


 A to aktualny tracker diety: na fioletowo zaznaczone godziny snu, pionowymi czarnymi kreskami zaznaczam posiłki, wpisuję też ilość wypitej kawy i wody, zjedzone kcal i spalone kcal. Taka tabelka pomaga mi trzymać się w ryzach ;)


Zwykle po prostu piszę, bazgrolę. Raz-dwa razy na tydzień biorę zakreślacz i zaznaczam rzeczy, które rzeczywiście są ważne.

Polecam taki planer z całego serca. Dlaczego?
Bo na pewno masz w domu narzędzia, których potrzebujesz: kawałek kartki i coś do pisania.
Fizycznie potrzebujesz tylko tych dwóch rzeczy, aby wrócić do normalności.
Cała reszta zależy od Ciebie.
Notatnik jest Twoją wędką - co z nią zrobisz, zależy tylko od Ciebie :)


wtorek, 15 sierpnia 2017



...bo ty już jesteś zdrowa.

Niewiele tekstów potrafi mnie wkurzyć tak, jak: "Łatwo ci mówić, bo już zdrowa jesteś!".

Zdrowa? Jeżeli ja jestem zdrowa to w dupie mam takie zdrowie.
W każdej chwili mogę znowu trafić na chemię, ciągle czuję platynę w kościach, szwy nie dają mi normalnie funkcjonować.

Dzień zaczyna się od ostrożnego rozciągania z szybką kalkulacją, co mnie boli, czy jestem w stanie wstać i co mam wziąć. Nawet jeśli rano nic mnie nie boli to wcale nie oznacza, że wieczorem będzie tak samo.
Nie ogarniam czasami, co mogę zjeść, czego nie mogę. Czasami nawet zwykła owsianka czy bułka wywołuje ból. I to niekoniecznie wątroby!
Żołądek mam tak spalony, że na dzień dobry czeka mnie stosik tabletek.
Nerki, zniszczone po chemiach i kontrastach, reagują na każdy przeciąg i każdy niedobór wody. Najgorzej jest w upały - wszystkie wypite płyny wypacam, a niewypłukane nerki bolą przy każdym ruchu.
Zęby dalej mi się łamią z byle powodu. Zmiany pogody owocują kłuciem w klatce piersiowej.

Jest jedna rzecz, która czyni mnie zupełnie zdrową i pełną siły.
Jest to olejek CBD z konopii.
To jest taka śmieszna (i tragiczna) luka: teoretycznie on nie jest nielegalny w Polsce. Nie zawiera THC, więc luz. Ale... Właśnie, ALE. Nie kupisz go w aptece, ani w żadnym innym oficjalnym sklepie. Bo jest z konopii. A konopia jest zła z zasady, nawet, jeżeli nie ma właściwości narkotycznych.
Dwa miesiące łykałam potulnie. I czułam się jak nowonarodzona.
Kropelki są na wyczerpaniu, oszczędzam jak się da. I z dnia na dzień czuję się gorzej.
No ale przecież w Polsce ich nie ma. Bo takie prawo.
Sprowadzane z zagranicy kosztują 500 zł za buteleczkę. Przy pełnej dawce starczą na miesiąc.
Nie stać mnie.
Normalnie w świecie mnie nie stać.
Nawet sumienie nie pozwala mi płacić pięć stów miesięcznie za... Normalność.

Czasami żałuję, że w ogóle się urodziłam. Albo, że rakowi nie udało się mnie zabić w pierwszym starciu.
Jednak zaraz potem daję sobie mentalnego strzała w pysk, poprawiam koronę i zapierniczam. Może ze strachem o jutro, może w niepewności i bólu, ale żyję.
I nie wypominam nikomu, że jest zdrowy.


* * * * * * * * *
Komentarze karmią blogera. Najedzony bloger to szczęśliwy bloger ;)

niedziela, 13 sierpnia 2017



Rok temu o tej porze... :)

Aż ciężko uwierzyć, ale dzisiaj mija już rok od naszego ślubu :)

Chciałam napisać post, co się zmienia po ślubie, ale dochodzę do wniosku, że zmieniła się tylko ilość kwiatków w mieszkaniu (prosiliśmy o rośliny doniczkowe, zamiast standardowych wiązanek), sprzęt domowy i trochę mebli. No i odciski na palcach od obrączek.
Cała reszta jest dokładnie taka, jak była.
No, poza moim podpisem.
Przed ślubem było: Polaków
Pół roku po ślubie było: PolCzabaj
Już jest po prostu: Czabaj ;)

Ślub zorganizowaliśmy w 3 miesiące. Bardzo okrojony budżet też się udało wyminąć. Fajny to był dzień :)

Obiecywałam Wam zdjęcia z imprezy. No to wrzucam ;)
Nie było łatwo wybrać takie, aby nie pokazywać wizerunków osób postronnych, ale jakoś to ogarnęłam. Enjoy! :)))

Mój Pan nawet się ogolił na tę okoliczność... ;)

Makijaż ogarnęłam sama. Z nawet fajnym efektem. Jednak nie zapomniałam fachu w rękach :)

/
To zdjęcie mnie rozwala za każdym razem, gdy je widzę - Kuboty do garniaka? No ba! Nowy krzyk mody :D

Mina zawstydzonego Tofika? Rzadki widok...


Nie wiem, jak to możliwe, ale fajnie tu wyszłam ;)


Ostatni buziak przed uroczystością :)

Wymagało to wiele wysiłku i kombinowania, ale... dał się zaobrączkować!

Pan prezydent... ;)

Są Czabajki, jest moc!

Jaka dumna...


Widać po moim wzroście, że już zmieniłam buty ;)

Córeczka Tatusia :)

I córeczka Mamusi... ;)

I żyli długo i szczęśliwie... :)

* * * * * * * * *
Komentarze karmią blogera. Najedzony bloger to szczęśliwy bloger ;)