piątek, 23 czerwca 2017



Przeterminowana. Dokładnie o dwa i pół roku.

Było to 23 czerwca 2014 roku. Niespełna tydzień przed moimi dwudziestymi piątymi urodzinami.

Od dwóch miesięcy mieszkałam już z Mężnym (wówczas - Jeszcze Kawalerem).
Do szpitala po raz pierwszy trafiłam 26 maja 2014 roku.
Musiałam błagać lekarkę rodzinną o skierowanie na oddział.
Twierdziła, że nie ma przesłanek ku temu.
Sugerowała, że udaję, aby mieć dalej L4.

Przy pierwszym podejściu na Izbę Przyjęć lekarz stwierdził, że mam za dobre wyniki na szpital.
Za drugim, że dobrze działa na mnie Pyralgina i mam ją brać.
Za trzecim zrobili mi USG na miejscu, odkrywając stado guzów na wątrobie. Zatrzymali mnie na oddziale, zostałam tam prawie dwa tygodnie. Zrobili szereg badań, w tym biopsję.
Lekarz, który ją przeprowadzał, uspokoił mnie słowami:
"Widziałem takie coś setki razy, to nic groźnego, proszę się nie martwić!".

Po dwóch tygodniach wróciłam po wyniki.
Nikt ze szpitala nie dzwonił, nikt się nie dobijał, więc sądziłam, że to tylko formalność.
Zdziwiłam się bardzo.

Dostałam kartkę. Szybko szukałam w internecie, co oznacza ten dziwny, łaciński termin.
Poszliśmy do lekarza, który mnie prowadził, gdy leżałam na oddziale.
Zrzedła mu mina.

Chciałabym Wam napisać, jak to wszystko dalej się potoczyło, ale...
niemal nic nie pamiętam.
Wiem, że przyjechał Tata. I na kolanach prosił mnie, żebym nie umierała.
Wiem, że pojechaliśmy do innego onkologa.

Nie wiem, jak powiedziałam to Mężnemu.
Nie wiem, jak dostałam się do domu.
Nie wiem, co robiłam przez kolejne trzy miesiące.
Nic nie pamiętam!
Kolejne wspomnienie mam dopiero z października, gdy zakładałam bloga.

Słyszałam, że mózg się broni przed traumatycznymi wspomnieniami, zupełnie je wypierając.
Pierwszy raz w życiu mam takie coś.
I jestem za to wdzięczna!

Mijają dzisiaj trzy lata. Szmat czasu, którego mi nie dawano.
Żyję pełnią życia.
Jestem szczęśliwa.

Niemożliwe stało się całkiem realne!


* * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * *
Komentarze karmią blogera i czynią go szczęśliwym :)

wtorek, 20 czerwca 2017



To ja poczekam, aż będę idealna... (dużo zdjęć... nieidealnych ;P)

Mam dziwny okres w życiu. Bardzo dziwny.
Znowu łapię się na gonieniu ku perfekcji. Myślałam, że już się z tego wyleczyłam, ale nie. Dalej w głowie siedzą dziwne chochliki, co zawistnie szepczą do ucha teksty typu "jesteś niewystarczająco dobra", albo nawet "lepsi od ciebie nie dawali rady". Muszę dać sobie mentalnego kopa i po prostu robić swoje. Nie jest łatwo, bo wena to taka suka, co raz daje jednemu, raz drugiemu, aby w końcu pójść do trzeciego i zatęsknić za pierwszym.

I tak - kiedy piszę regularnie to nie umiem dziabać biżuterii. Gdy dziabam szaleńczo to nie umiem jednocześnie pisać. A gdy ogarniam już, jako tako, jedno i drugie to nagle stwierdzam, że:
a) trzeba posprzątać,
b) poszyłabym sobie,
c) zamoczyłabym łapki w akwarium,
d) BRZDĘĘĘĘK bzzz BRZDĘK zzziiiiiisiiii BRZDĘĘĘĘK (a to wyjaśnię niżej ;P).

Jako, że biżuteryjnie to ja bardzo płodna, to od ostatniej notki nazbierało się sporo nowości. Wieści. Radości. Dużo, hopsa!

W poprzednią sobotę odbyło się spotkanie pomaturalne. W sensie - dycha po maturze.
Miałam wpaść na chwilkę, a w sumie to wróciłam do domu na tyle późno, że chwilkę to ja spałam ;) 
Nie sądziłam, że jestem w stanie wlać w siebie tyle wódki (WÓDKI, KURWA, WÓDKI! ja tego świństwa nie piłam już od... nie pamiętam kiedy... w każdym bądź razie - daaaawno).
Spotkanie klasowe w końcu przekształciło się w spotkanie miarkowe (chodziłam do liceum imienia Karola Miarki ;)). A tam nawet znalazła się moja jedna fanka (pozdrawiam, pozdrawiam!).

Niby nic, zwykła biba. Ale... jakoś pozmieniała mnie gdzieś tam w środku.
Nagle zrobiłam się gadatliwa, pełna energii, pozytywnie nastawiona do wszystkiego, co tylko isnieje na świecie.
Zwykle jestem raczej pozytywna, ale teraz jestem mega pozytywna i aż pysk mi się śmieje na samą myśl o jutrzejszym dniu. Normalnie sama z sobą już nie wyrabiam!

Nie wiem, czemu, a jakoś mnie wzięło na strzelanie selfie w windzie, chociaż ja selfików nie zwykłam sobie strzelać.
Ale to pewnie dlatego, że na te szóste piętro winda jechała strasznie długo. Najpierw pomyłkowo kliknęłam guziczek z "9" i tego nie zauważyłam na czas... a poźniej, żeby zjechać trzy piętra w dół, kliknęło mi się parter. I byłoby okej, gdybym na parterze nie włączyła wszystkich przycisków. Tak dla pewności, że zatrzyma się na szóstym piętrze... takie tam, ekhem :D

Stan fizyczny?

Stan psychiczny?


Nie pytajcie o szczegóły. Nie chcecie wiedzieć :D

Po paru dniach (które były niekończącym się kacem...) przybył mój prezent urodzinowy od Mężnego. Tadaadadaaa!

 
To są Krzypki.
Krzypki są zajebiste, bo są niebieskie i zajebiste.
Normalnie kocham je całym moim złym i mrocznym serduszkiem!
Brzdękam codziennie (sąsiedzi zapewne są zachwyceni...).
Odpręża mnie to lepiej niż gorąca kąpiel, czy czekolada...
                ...a może nawet bardziej niż kąpiel w czekoladzie ;) 

Na fejsie wrzuciłam filmik z moich zmagań (byłam totalnie nieświadoma bycia nagrywaną - Mężny mnie w konia zrobił udając, że robi zdjęcia kocicy ;P).
Kogo ominęło, to film znajdzie tu -> http://bit.ly/krzypki1.
Radzę wyłączyć dźwięk ;)))

Po krzypkach przyszedł kolejny prezent, tym razem od mojej Anuchny, co ją znam już z... 14 lat?Jesteśmy dowodem na to, że znajomości internetowe mogą być bardzo trwałe. A poznałyśmy się na forum... o robieniu bransoletek z muliny ;)


Coby bylo mało, to jeszcze Purina i Streetcom nam zrobili prezencik, przysyłając Reksiowi jedzonko na próbę ;)


I tak, po serii przesyłek, dochodzę do wniosku, że wyleczyłam się z nielubienia prezentów.
Tak, kiedyś nie lubiłam dostawać prezentów. 
Nie wiem, czemu.
Jakośtakoś.
Teraz uwielbiam ten moment, gdy mogę coś rozpakować (jak dziecko... znowu... ciągle wydaje mi się, że coraz bardziej dziecinnieję na starość).
I mogłabym udawać, że nic mnie nie rusza, że nie jestem materialistką, ble ble ble, że poważna jestem, ble ble ble.
Ale po co? Nie jestem materialistką, ale uwielbiam miłe niespodzianki! Uwielbiam coś dostać, bo uwielbiam być wdzięczną.
Lubię się uśmiechać, lubię być szczęśliwą, normalnie lubię być sobą i lubię kochać życie.
Lubię też szczerość, więc dlaczego mam być nieszczerze nieszczęśliwa w tym momencie?

Niestety, zachorowałam na nową przypadłość - paczkoholizm. Tu już zachowuję się jak kot - wpadam w kartony, że aż wióry lecą.
Och, kartony, kartoniki, paczusie, paczuleńki...

Co do paczek - ostatnio pokazywałam Wam koraliki od Iwony. Oto, co z nich wyczarowałam:

Jestem z siebie tak bardzo dumna, że aż ciężko to opisać słowami. Założyłam nawet konto na Wylęgarni. Trzeba iść z tymi moimi plecionkami w świat, bo, nieskromnie mówiąc, są cudowne. Zdjęcia nie oddadzą ich uroku. Normalnie mogę się godzinami patrzeć, jak te kryształki cudownie odbijają światło :)))

No nic. Na kolejną notkę szykuję Wam niespodziewajkę, która jest mało niespodziewajkowa, bo na fejsie już się zdradziłam.
No dobra, nie wytrzymam nie pisząc o tym ;P

Jakiś czas temu rozpoczęłam współpracę z portalem Faqrak.pl. W dniu dzisiejszym znajdziecie tam już dwa moje twory (w tym jeden wywiad), a to jeszcze nie koniec. Jak tylko oderwę się od Krzypków i Iskrzyków to, zapewniam Was, napiszę tam jeszcze co nieco.
Obiecałam zresztą serię felietonów, więc... no nie mam wyjścia ;)

Linki:
Wywiad jest tu -> http://bit.ly/faqrak-wywiad
Instrukcja obsługi jest tu -> http://bit.ly/faqrak-instrukcja (tak, to dokładnie TA istrukcja ;)).

No. To już wiecie, dlaczego chodzę nakręcona jak mały samochodzik?
Dużo się dzieje, fajnie się dzieje! Nawet Mężny miał cały długi weekend wolny i... no, troszkę się nim nacieszyłam (w końcu!) :)
Dodam jeszcze, że mamy nowe akwarium (trzecie już, kolibka...). Może i malutkie, bo tylko 12l, ale plany mam wobec niego, jakby miało z 2000l :D

Muszę Wam powiedzieć, z pełną odpowiedzialnością, że właśnie zaczął się najlepszy okres w moim życiu. 
Już ja sama o to zadbam, aby był najwspanialszy ze wspaniałych.
No bo KRZYP KRZYP KRZYP KRZYYYYP! ;)

* * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * *
SMS na numer 75 165 o treści: POMOC 6742
czyni mój świat lepszym :)

piątek, 9 czerwca 2017



Wyczekane - wychuchane!

No, miałam stresa przed odebraniem tych wyników. Zwlekałam, jak tylko się dało. Nawet w autobusie nie byłam w stanie audiobooka słuchać, bo co chwilę zatracałam się w myślach i traciłam wątek.
Ale są!


Wszystko jest w porządku, stabilizacja trwa, mogę sobie spokojnie żyć :)))



Wracając ze szpitala zahaczyłam o Galerię Katowicką. Tam jest Świat Książki, a gdzie jest Świat Książki, tam są MemoBooki (zeszyty z kartkami w kropki, dosyć charakterystyczne - używa się ich głównie do prowadzenia planerów, tzw. bullet journali).



Miałam tu pisać o moim mindfucku, gdy okazalo się, że w całym budynku nie ma mapki. Trzeba ściągnąć aplikację, aby odnaleźć jakiś sklep. Albo przejść wszystkie piętra. Wybrałam to pierwsze (po obejściu dwóch pięter, kwa...). Miało być z żółcią i wkurwem, że świat zmierza w bardzo złą stronę. Ale... mam tak dobry humor, że aż sobie daruję :P

Wracałam tak uhahahana, że aż dwie obce osoby się ze mną przywitały. Chyba myślały, że je znam... Bo się uśmiechałam dosłownie do wszystkich!
Dalej mi się pysk cieszy!

A jeszcze dostałam paczkę od Iwonki, duuużo koralików! Normalnie ekstaza!


Jutro mam spotkanie klasowe, pt. "10 lat po maturze". Nie wiem, kto te lata liczył, bo chyba się pomylił. Przecież minęły może z dwa, może trzy, co oni o dyszce gadają?
No. Ale okazja do świętowania będzie!

A świętować będę nieustannie, aż do końca roku. Dopiero wtedy wybieram się na kolejną tomografię... ;) Czujecie to? Pół roku bez myślenia o raku! Kocham moją Onkolożkę, kocham normalnie!

Ale jednak życie kocham bardziej.
Życie, och życie, kocham cię nad życie!

*edit*

"Strabilizacja" nie oznacza "jesteś zdrowa", niestety ;)
To raczej takie "masz spokój, dopóki raczysko się nie obudzi". Kolejna tomografia planowana jest na grudzień/styczeń, więc ten wynik daje mi pół roku laby od chorowania. W dalszym ciągu jestem na lekach i suplementach, ale wizja chemii czy radio się oddaliła o owe pół roku :)
Biorąc pod uwagę fakt, że ponad półtora roku jestem bez leczenia, to jest to MEGA wynik.
Niestety, na fazę "wszystko znikło" jest za wcześnie - wchłanianie się guzów trwa dłuuuugo. Ten z trzustki zniknął mi ponad dwa lata temu, a dalej jest tam zwapnienie. Na wątrobie mam podobnie - i zwapnienia, i nekroza (uśpione guzy), do tego nacieki. Tam jest taki ser szwajcarski, że ciężko się połapać.
Plan na teraz to walka ze stłuszczeniem wątroby. Po ludzku - schudnąć muszę ;P
Tulam Was cieplutko :)))
* * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * *
SMS na numer 75 165 o treści: POMOC 6742
czyni mój świat lepszym :)

wtorek, 6 czerwca 2017



Obserwacje własne

Mężny stwierdził, że to dobry temat do poruszenia na blogu, więc... ruchu-ruch, ruszam!
W weekend spotkaliśmy się z przyjaciółmi.
Jakoś tak temat zszedł na sporty, a później na bieganie.
I tak, na cztery osoby, każdy miał inne podejście i inne nastawienie do biegania!

ja i Agula - czujemy wolność, rozumiemy ją, ćwiczymy dla przyjemności, dla poczucia spełnienia - nie zwracamy uwagi na wyniki;
Agula mogłaby zacząć biegać od razu, ale jest stworzeniem stadnym i chce biegać z kimś;
ja jestem samotnikiem i niestety, no, ważę za dużo, aby od razu wskoczyć w buty i biec w las ;)

Marcinek - rozwala temat biegania na czynniki pierwsze - buty, nawierzchnia, oddech, stawy, technika; cały czas odwleka zrobienie czegoś, perfekcjonista aż do bólu, ma słabą motywację, bo rozpraszają go drobne sprawy, chciałby od razu robić wszystko idealnie;

Krzyś - gotowy był od razu wskoczyć w buty i biec :D ale pod warunkiem, że będzie miał z kim konkurować! zrobi wszystko, aby tylko być najlepszy, aby pokazać, że on może, jednak po osiągnięciu celu opada i musi odpocząć. Zwykle ten odpoczynek trwa kilka lat. Jeżeli nie ma konkurencji, jeżeli nie ma wyzwania - nie robi nic.

Typów osobowości są setki, tysiące, miliony.
Ale tu miałam taką fajną grupę kontrolną ;)

Wyobraźmy sobie teraz, że wszyscy obiecaliśmy sobie za rok przebiec półmaraton.
Powiedzmy, że mamy możliwość biegać razem (już mi się to nie podoba ;P).
Agula wyciąga wszystkich, bo ma wysoką motywację i chce już teraz!
Marcinek nie ma wyjścia, musi wypełznąć z domu, bo ciągnie go Prawie Żona. Dba za to o technikę i zdrowie całej grupy.
Krzyś konkuruje z każdym po kolei. Nie da po sobie poznać, że coś sprawia mu trudność. Może chciałby na raz przebiec 20km, ale stopuje go Marcinek.
Aga dodaje wszystkim motywacji.
Jest równowaga!

I tu dochodzimy do wniosków:
- aby wyzwanie miało sens, musi być wyzwaniem
- aby wyzwanie było zdrowe, musi być hamulec rozsądku,
- aby wyzwanie się realizowało, musi mieć kopa motywacji i dawać PRZYJEMNOŚĆ!

Jeżeli już widzisz, w której dziedzinie przodujesz to... wiesz, co musisz jeszcze rozwinąć. Co w sobie wytrenować. Na czym się skupić.
 PRZYJEMNOŚĆ, ROZWAGA i MOTYWACJA powinny być w idealnej harmonii.
A jeżeli czegoś Ci brakuje to... znajdź kogoś, kto to posiada i ma podobny cel.
Po to mamy bliskich, aby tworzyć z nimi zespół :)

Więcej wniosków wyciągnijcie sami, przecież nie będę Wam podawała wszystkiego na tacy... :D

I jeszcze zdjęcie z owego wieczoru:

Yhym, nowym telefonkiem! Takie zdjęcia robi, takie!
Aż mój Instagram odżył :D

* * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * *
SMS na numer 75 165 o treści: POMOC 6742
czyni mój świat lepszym :)