Non omnis moriar tudzież memento mori

Jest świątecznie. Od śmierci Taty jakiekolwiek święta wywołują u mnie stany głębokiej refleksji. Zwykle o umieraniu. Nie inaczej jest dzisiaj.


Tak sobie, z okazji wolnego, walnęliśmy z Tofikiem wieczór filmowy. Padło na "Bohemian Rhapsody", do którego pochodziłam, jak pies do jeża.
Musicie wiedzieć, że mój Tata miał fizia na punkcie Queena i Freddiego. I mnie tym zaraził już niemal w kolysce - gdy inne dzieci bawiły się w dom i księżniczki, ja z Agą bawiłyśmy się w koncert ;) 
Znam na pamięć całą dyskografię (czym regularnie doprowadzam męża do szału - zwyczajnie nie umiem nie śpiewać, gdy leci Queen). Znam też dobrze biografię Freddiego. I, nie ukrywam, nieco drażni mnie ostatni szał na punkcie zespołu. Nagle JEBUT i nagle wszyscy są fanami Queena. Pfr. 
Czekam na boom na Michaela Jacksona i Elvisa Presleya. Już całkiem kurwica mnie wtedy strzeli.
No ale nie o tym miało być.

Tak sobie obejrzeliśmy film. Fajny, ale bez szału. Jednak... Przeraża mnie to. 
Przeraża mnie, że tak wielu wspaniałych, wielkich ludzi odchodzi z powodu chorób. Wypadków. To jest ogromnie przytłaczające.
Nie to, żeby nie obchodziła mnie śmierć szaraczków. Bardziej myślę o tym, że... Po mnie na świecie nie zostanie absolutnie nic. Zero. Nula. 
Nie będzie nikogo, kto po niemal trzydziestu latach po mojej śmierci powie: "Skubana, na chwilę przed odejściem jeszcze walczyła". Podziwiam Mercurego. 
Podziwiam całym sercem. 
Ja się zamknęłam na świat wraz z uslyszeniem diagnozy. Nie wychylam nosa ze swojej strefy komfortu, nie robię absolutnie nic godnego zapamiętania. Całe moje życie to szarość. Nijakość. Ból. Przemijanie. 
Z moich marzeń i planów na życie nie zostało nic. Zniknęło powołanie, nawet to do pisania. Chociaż jeszcze kilka miesięcy temu wyczuwałam je pod skórą, jak drobne iskry przy zetknięciu z naelektryzowanym kocem. 
Od kilku dni zastanawiam się  co bym robiła, gdybym była bogata. Wiecie, tak obrzydliwie bogata, że nie musiałabym nic robić. Zero sprzątania, pracowania, trzymania się konwenansów. I wiecie co? 
Nie wiem. Nie wiem, co bym robiła! 
Nie wiem, pogubiłam się. W którymś momencie zapomniałam, czego chcę od życia. O czym marzę. Co kocham robić. 
Nie usiedziałabym na tyłku, tyle wiem. Na pewno nie chciałoby mi się szydelkować. Ani użerać z ludźmi. Pewnie zamknęłabym się w jakimś domku w górach, nad stawem czy innym bajorem, hodowałabym sobie konika, kilka kotów. Łaziłabym po lasach. 
Tylko... Ile bym tak wytrzymała? 
Podróżować nie lubię. Imprezować nie lubię. Chodzić na zakupy też nie. 
Nie lubię zajmować się domem. Mam wrażenie, że nic nie lubię. Mam wrażenie, że życie przecieka mi przez palce. 
Że nie tylko nie robię nic ważnego, ale że w ogóle nic nie robię. 
Zastanawiam się, ilu jeszcze ludzi na świecie myśli nad tym, że nic nie znaczy. Że jest zbyt przeciętnym, aby w ogóle zaslugiwać na dar życia. 
Tak wiele mamy w swoich rękach, a tak niewiele z tym robimy. Możemy tyle uratować, ocalić, dać z siebie, a nic nie dajemy. 

Zgubiłam swoją pasję. 
Tkwię w zawieszonym świecie.
Czas mija. 
A ja dalej stoję w miejscu.

Czy znajdę w sobie siłę, aby nadać każdemu kolejnemu dniu jakiś sens?
Żeby odnaleźć w sobie cel.
I zapomnianą magię.
Share:

5 komentarzy:

  1. Lucynko, a myślałaś żeby pójść na terapię? Może pomogłaby uporać się z tymi myślami, bardzo dużo smutku i zagubienia w Tobie jest. Wierzę że możesz to zmienić, a np ja wcale nie uważam, że jesteś przeciętna i nic nie znaczysz. Jesteś bardzo utalentowana manualnie, masz lekkie pióro, jesteś wytrzymała, wytrwała i podziwiam Cię za całokształt twórczości i charakteru :)

    OdpowiedzUsuń
  2. O jaaa... ale się łączę z Tobą w tym poście. Ostatnio też mam takie przemyślenia, że moje życie jest takie gigantycznie proste (wręcz prostackie?), że nie robię w nim nic specjalnego, codziennie to samo, bez jakiegoś większego polotu, bez większej pasji. Czasem się zastanawiam, czy faktycznie jest tak, że każdy powinien robić coś wielkiego? Może niepotrzebnie sobie dokopuję, bo wydaje mi się, że moje życie jest takie sobie, nijakie, blade, a w gruncie rzeczy nie mogłabym na nie narzekać, bo znowuż nie dzieje się nic złego. Nie wiem, mam wrażenie, że wszystko jakoś tak płynie samo, obok mnie, że czas leci, a ja jakby to rzec "taka sama", w tym samym miejscu... Nie wiem, czy to kryzys trzydziestolatki, która nic nie osiągnęła, czy o co chodzi? Jakoś tak, patrzę przez pryzmat różnych znajomych i mi się wydaje, że ich życie jest jakieś takie, sama nie wiem, ciekawsze? intensywniejsze? że więcej osiągnęli? więcej robią? A może to tylko pozory...

    OdpowiedzUsuń
  3. Pięknie piszesz, tak z trzewi, prawdziwie. Mam coś, co mnie uratowało przed zatraceniem się całkowitym w złych myślach, w poczuciu braku sensu.Proszę, podaj mi swego @, z chęcią prześlę Ci książkę w pdf, bardzo doświadczonego przez życie autora, który... znalazł sens! Czekam na @,gorąco pozdrawiam!!! Kasia

    OdpowiedzUsuń
  4. Nie znam Cię a jesteś tak szczerą że z nikim z rodziny tak prawdziwie nie rozmawiam. Wydaje mi się, że rozumiem twój stan. To jest tak, jak życie ogromnie "da w pysk" że już wszystko traci sens. U mnie tak jest odkąd umarł mój mąż. I wiem, że już nigdy nie będę się czuła jak kiedyś, a radość życia odeszła bezpowrotnie.

    OdpowiedzUsuń

Wysoce prawdopodobne, że nie opublikuję komentarzy, które:
- obrażają autorkę bądź czytelników bloga,
- zawierają tylko link,
- mają charakter religijny i nawołują do "nawrócenia",
- nakłaniają do alternatywnych metod leczenia.

Oczywiście od powyższej reguły są wyjątki!
Akceptujmy i darzmy tolerancją siebie nawzajem :)