wtorek, 9 grudnia 2014

Pierwsze trzydzieści lat dzieciństwa

Bajzel znów z rozmachem wpełzł do naszego mieszkania. Błądzi po kątach, a ja niewidzącym wzorkiem tylko odprowadzam go od ściany do ściany. W dużym pokoju wielki karton na środku, w papierach wszelakich miszmasz (a posprzątać trzeba, bo w czwartek mam wizytę domową orzecznika z ZUSu... yeah, będą drugi raz orzekać o moim stanie zdrowia, chociaż podobno miało wystarczyć pierwsze orzeczenie; wniosek z tego płynie jeden - na rentę sobie jeszcze poczekam, będziemy jeść karton z dużego pokoju - dlatego żal go wyrzucić ;)), suszarka z praniem już nie musi suszyć prania od kilku dni. A pranie rośnie tak, że kosz już ma swoje piętra. I robi się mało stabilna wieża. Kuwety kocie... nie, oszczędzę Wam w tym wypadku szczegółów. Pościel w sypialni do wymiany, a drugi komplet jeszcze niewyprany. Za to w kuchni syntezuje się już nowa generacja transformersów, szczególnie w lodówce. Odstawianie tam wszystkiego "żeby się nie zmarnowało" ma przykre konsekwencje. Ale z drugiej strony - skoro istnieją sery pleśniowe to dlaczego nie ryż tudzież makaron pleśniowy? Hm?
Jestem bardzo złą i bardzo chorą kurą domową. Nie nadaję się do tego. Nie chce mi się łamane przez nie mam siły, bo chyba znowu spadło mi żelazo. W tym momencie łyk łyk łyk multiwitaminę i czekam na natchnienie do ruszenia zada z pseudokanapy (złożonej, jak już wspominałam, z mojego starego łóżka i dwóch metrów bieżących gąbki).

Ale ja nie o tym chciałam.
Podobno pierwsze dziesięć lat dzieciństwa jest dużo łatwiejsze, niż jego kolejne dwadzieścia lat, bo nie trzeba udawać, że jest się dorosłym. Święta za pasem, w telewizji masa reklam zabawek, a ja tylko udaję, że nie kręcą mnie klocki Lego, różowiutkie lalki Barbie i te śliczne zestawy ubranek dla lalek. Ale jedno marzenie dalej tkwi we łbie, odkąd miałam 6-7 lat. Panował wtedy wielki BUM na lalki z porcelany, wszyscy je mieli, niektórzy duuuużo. Pamiętam u jednych znajomych od rodziców - dziewczyna miała ze sto takich miniaturowych laleczek. A mnie zazdrość łapała jak diabli, bo nie pozwalała mi ich nawet dotykać. Od tamtej pory mam awersję do imienia "Gosia". Do dzisiaj pamiętam ten żal i wściekłość, że nawet nie mogę ich dotknąć! Ale za mną chodzi inna lalka. Była do kupienia w sklepie "za balkonami". Miała długie, kręcone, blond włoski, czarny berecik, śliczny pyszczek, do tego granatową sukieneczkę w kratkę, z fartuszkiem, skarpetki do kolan i buciki. I była śliczna! Taka z 40cm, ze stojaczkiem, na którym mogła sobie przycupnąć. A rodziców, no cóż, nie było na nią stać. Bo te laleczki do tanich nie należały... Marzyłam o tym, aby szyć Ali (tak jej dałam na imię) ciuszki i z nią sobie rozmawiać. Godzinami stałam przy gablotce i się na nią gapiłam. I marzenie zostało, po 20 latach nie chce wyblaknąć. Ale to chyba byłoby nienormalne, aby mając 26 lat kupić sobie lalkę? Chłop by mnie zabił śmiechem. Na szczęście nie ma czasu czytać bloga, bo drwiłby ze mnie przez kilka dni ;)

No cóż. Udawanie dorosłej nie wychodzi mi najlepiej. Widać po stanie mieszkania. To może ja jednak wstawie to pranie?

6 komentarzy:

  1. Wypisz wymaluj stan mojego domu!Brudne talerze to niedługo schowaja mi sie pod lozkiem i beda mnie straszyc po nocach;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A z szafy wyskoczy zupa sprzed tygodnia? ;)

      Usuń
  2. Żaden człowiek nie jest za stary na marzenia, jakiekolwiek by nie były! Ja kiedyś też miałam marzenie - chciałam zostać krawcową i szyć piękne suknie na bal. Jednak rodzina (!) szybko wybiła mi to z głowy i chcąc nie chcąc poszłam do innej szkoły. Teraz.. no cóż, siedzę w domu i jestem zawodową kurą domową z nikomu niepotrzebnymi papierami :( Także nie daj się, bądź bardziej asertywna niż ja byłam, pozwól sobie marzyć i dąż wytrwale do tego, by marzenia się spełniły :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zabawne, bo ja miałam na odwrót - tata chciał, żebym szła na krawiectwo tudzież inne włokiennictwo. A ja się uparłam na studia. Patrząc na to z perspektywy czasu myślę, że tata miał rację ;) Ale jeszcze nic straconego, mam dwa lata wolnego od pracy... Może rzeczywiście krawiectwo nie jest takim złym pomysłem? Albo weterynaria... zawsze o tym marzyłam... :) Pozdrawiam cieplutko :)

      Usuń
  3. Ale miałaś za to zarąbisty wózek fioletowy w czarne kropki (o ile dobrze pamiętam), którego inni ci zazdrościli [mowa o mnie;)] nie mówiąc o lalce chłopczyku którą miałaś i potraktowałaś dość drastycznie... ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hahaha! Bo Jacuś miał coś za długiego i mnie to przerażało :D Fioletowy w czarne kropki, dokładnie :D

      Usuń

Wysoce prawdopodobne, że nie opublikuję komentarzy, które:
- obrażają autorkę bądź czytelników bloga,
- zawierają tylko link,
- mają charakter religijny i nawołują do "nawrócenia",
- nakłaniają do alternatywnych metod leczenia.

Oczywiście od powyższej reguły są wyjątki!
Akceptujmy i darzmy tolerancją siebie nawzajem :)