niedziela, 28 grudnia 2014



Czwarty dzień Świąt

Tradycyjna już pobudka w środku nocy. Wstać, ogarnąć krwotok z nosa, wypić ze dwa painkillery. To może coś skrobnę, hm?
Dziwnie się w tym roku Święta skonfigurowały... Zamiast Wigilii i dwóch dni, mamy Wigilię i cztery dni Świąt. Zwykle już przy drugim dniu mam absolutnie dość. Ale nie tym razem! Teraz świętować mogę jeszcze i następny tydzień. Dlaczego?

Bo spokojnie jest. Uzyskałam stan absolutnej nirwany. Zaczęło się od odebrania wyników z tomografii bebechów. I od tamtej pory nie rusza mnie absolutnie nic. Nawet zepsuty komputer (stłuczona matryca) nie zachwiał moim stoicyzmem na zbyt długo. Co do winnych kalejdoskopu zamiast ekranu w moim laptopie - winnych tak de facto brak. W wigilijny wieczór komputer stał jeszcze na szafce, w świąteczny poranek był już na ziemi. W nocy nie odnotowaliśmy żadnych hałasów. Teorie są dwie, łamane przez trzy. Brzmią: Mikołaj wychodzący przez okno lub Gacek/Ciemka konwersujący ze swoim cieniem. Jako, że dowodów winy któregokolwiek z wymienionych brak, postanowiłam nie być Grinchem i uchyliłam się od wymierzenia kary. Po co psuć niemal idealne Święta?

Dlaczego "niemal"? Ech. Sprawa z gatunku "skomplikowane" i "temat tabu". Zdradzę tylko tyle, że pierwszy raz w życiu nie zobaczyłam się w Święta ze swoimi braćmi. A pierwszy raz w życiu Święta w ogóle mnie interesują. Mając bombe zegarową w trzewiach troszkę inaczej się postrzega świat. I kłuje, cholibka...
W okolicy Świąt działo się kilka ciekawych rzeczy.
Jadę z Jeszcze Kawalerem skądśtam dokądśtam, grunt, że jazda w tym momencie polegała na staniu na czerwonym świetle. Drogę przecina nam Aleja Zjednoczonej Europy.
Jeszcze Kawaler - Patrz, jak ten sk*****l dopierd**la!
Rzekł moj luby roździawiając uroczo swój pyszczek.
Ja - Noooo... A tu ograniczenie do pięćdziesięciu!
W tym momencie, jak na złość, światła turn out z czerwieni na soczystą zieleń. I ruszyliśmy z kopyta.
JK - Jak do pięćdziesięciu? Do siedemdziesięciu!
Ja - Nie... Do pięćdziesięciu!
I taka jałowa sprzeczka trwała dobrą minutę (rekordowa długość naszej kłótni - zwykle odpuszczam po trzydziestu sekundach). Wtem...
JK - Widziałaś to?!
I następuje pińcet rzeczy na raz: kawaler zjeżdża na pobocze, samochody dookoła jeżdżą dalej jak opętane, ja się miotam w te i wewte nie wiedząc, czy kogoś przejechaliśmy, czy coś zgubiliśmy, czy odpadła nam jakaś newralgiczna część samochodu, czy może Jeszcze Kawaler musiał bardzo pilnie skoczyć pod krzaczki. Widzę go kątem oka jak przebiega między samochodami niosąc w rękach sporą piłkę. W geście zwycięstwa, z mega bananem na pyszczku, podnosi nad głowę... jeża, który ogarnięty świąteczną gorączką pomylił trawnik ze środkiem ulicy.
Różowy półpłynny jednorożec kontra macho: dwa do jednego.
Jako, że moje oczyska ostatnio stroją fochy i a) ciągle są przesuszone, b) bez przerwy coś w nie wpada, c) ślepnę na potęgę, postanowiono - trzeba odwiedzić okulistę. No to się zebrałam do takowego. Po wstępnych oględzinach oczków przez lornetkę, zostaję zaproszona na krzesełko ustawione przed tabliczkami z literkami i cyferkami. Okulista zasłania mi lewe oczko i jedziem z czytaniem. Trzeci rządek od dołu poszedł nawet sprawnie. Dorzucił mi ze dwa szkiełka i nawet przeczytałam ostatni rządek! No to zmiana oczków.
Okulista - No to proszę czytać.
No to nie było takie proste. Ogniskuję wzrok, skupiam się, namyślam, ustalam największą cyferkę na tablicy.
Ja - No to będzie... Obstawiam siódemkę?
Okulista spojrzał na mnie z ukosa. Dorzucił jakieś szkiełko do metalowych okularów osadzonych na moim nosie.
Ja - O, to jednak dwójka, ale psikus!
Po dłuższej chwili kombinowania (przygody pod tytułem - nie widzę, rozmazuje się, karuuuuuzelaaaa, dlaczego widzę podwójnie) następuje test generalny. Następuje odsłonięcie obu oczek iiii...
Ja - Pan mi coś dolał do wody? Dlaczego widzę trzy tablice?! I czemu wszystko tańczy?
Trzy tablice były od początku, tylko dwóch z nich nawet nie widziałam... Ale efektu tańczenia nie pozbyliśmy się nawet przy czwartej konfiguracji szkiełek. Lewe oczko mam tak słabe, że ostatni rządek mogę wsadzić już tylko w strefę marzeń. Po zaledwie czterech miesiącach chemii...
Ale już jutro odbieram okularki i, uwaga uwaga, będę WIDZIEĆ! :)))
Przez Święta wydarzyło się też parę rzeczy niesamowitych. Dla przykładu - "paczka" od mojej slawistyki kochanej (kilka lat temu, w innym świecie, studiowałam dwa lata czeski ;)), paczka od pracowników przychodni (gdzie zaczęła się moja przygoda z alienem, kiedyś opowiem Wam dokładnie) i... niemal tysiąc złotych uzbieranych na koncie Fundacji. Jak jeszcze powiem Wam, że przyszedł przelew z ZUSu, chociaż nowa opinia orzecznika jeszcze nie jest prawomocna, to... no brak słów. Życie potrafi zaskakiwać :)))
Dziękuję Wam wszystkim bardzo bardzo bardzo!
Staliście się wszyscy mecenasami spokojnych Świąt, podczas których nie musiałam się absolutnie niczym martwić... :)
I będę miała okularki! Będę WIDZIEĆ! :D
Udpostępnij:
Lokalizacja: Osiedle Sikorskiego, Żory

4 komentarze:

  1. Tak naprawdę, to nie wiem, co napisać.

    Nie potrafię fałszywie pocieszać. Wiem, co to uśmiech zaprawiony łzami.Po prostu - musisz skorzystać z życia, które masz. Wyrwać to życie zębami i pięściami.

    Wyjąć najostrzejszy nóż i wyorać dla siebie tyle czasu, ile się da.
    Przytulam Cię mocno.
    Marysia

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zamierzam alienowi wyrwać z łap wszystko, co próbuje mi zabrać ;) Pozdrawiam cieplutko :)

      Usuń
  2. dobre rzeczy się zdarzają. przykład moja siostra,przez kilka ostatnich lat stwierdzone SM i pogarszanie się stanu zdrowi, i co w tym roku zmiana diagnozy...no może nie na lepszą ,ale w każdym razie na 98 % to SM i może nie będzie źle. Jak mawia moja siostra "mówi się trudno i żyje się dalej",także będzie dobrze w tym roku !!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To piękne wiesci :) Trzeba się cieszyć nawet z najmniejszych sukcesów! Zycz siostrze ode mnie dużo zdrowka i wytrwalosci. I uśmiechu :) Tulam cieplkutko

      Usuń

Wysoce prawdopodobne, że nie opublikuję komentarzy, które:
- obrażają autorkę bądź czytelników bloga,
- zawierają tylko link,
- mają charakter religijny i nawołują do "nawrócenia",
- nakłaniają do alternatywnych metod leczenia.

Oczywiście od powyższej reguły są wyjątki!
Akceptujmy i darzmy tolerancją siebie nawzajem :)