sobota, 8 kwietnia 2017



I zimno i pada i ciemno i pada i pizga i pada...

Ha! Odzyskałam telefon, muahahaha!
Tak, wróciłam. I znowu będę Was zadręczać swoją nachalną obecnością. I gnębić Was będę, napastować, wkradać się do Waszych oczu każdym jednym środkiem internetowego przekazu..! ;)

No. Tak poza tym to jakiś tydzień temu (z okładem) zawitałam na Raciborskiej, w sensie - u onkologa.
I gówno niczego ciekawego się nie dowiedziałam. Tomografia w połowie maja (z premedytacją tak późno). I w sumie póki nic się natarczywego dziać nie będzie to mam spokój.
Chyba czas dzieci robić trochę poużywać życia :D

Marzy mi się jakaś wyprawa w dzikie ostępy. Problem w tym, że pada.
I pada.
I jak nie pada to piździ.
Jak nie pada i nie piździ to:
a) Mężny pracuje,
b) budżet nie przewiduje zmian, gdyż zaistnienie zmian gwarantuje upadłość majątkową ;)
A tak chociaż weekend nad jakimś bajorkiem, albo w lesie, albo w górach.
Albo w lesie nad bajorkiem i w górach.
Pogapić się. Pooddychać. Zapomnieć się.
Zatańczyć na golasa bosaka na trawie. Zawyć do księżyca. Poparzyć się pieczonym ziemniaczkiem.
Czujecie ten klimat?
Normalnie dżaźni mnie już siedzenie w domu.
Brzuszek niemal zagojony, czasem tylko plunie lekko krwią (wszo pod kontrolą). No i boli, gdy pada.
A pada.
Gdy pizga to też boli.
A że pada i pizga to chodzę podkurwiona podminowana.
Bo to nie jest ten rodzaj bólu, co painkillerek dobije.
Tutaj tylko termofor, likier czekoladowy (lub adwokat ;)) i książka pomaga. Czyli akcja "odciągamy uwagę, bo zaraz odbędzie się harakiri".



O wizycie na Raciborskiej nie pisałam z jeszcze jednego względu.
Na skierowanie na TK czekałam pięć godzin.
PIĘĆ.
Wraz z dojazdem daje to godzin siedem.
Siedem godzin siedzenia z rozpłatanym bebechem.
Nawet Onkolożka przyjęła mnie przed godzinami przyjęć, cobym mogła do domku sobie pojechać... Ale, niestety, Siła Wyższa (czyt. Ordynator) zawsze ma czas. A raczej nigdy go nie ma. A to on wypisuje skierowania.
Okey, rozumiem. Taka służba zdrowia (czy tam opieka medyczna, zwał jak zwał), przywykłam.
Ale wytłumaczcie to bebeszkowi.
Znacie bebeszkowy język? Ja nie. I dlatego bolał. Jak diabli.
Nie obyło się bez łez.
Ale bebeszek był twardy i nieugięty. System również.
Znajdź tu kompromis.
(Kompromis miał na imię Pyralgina. Wystąpił razy trzy. A i tak było kiepsko.)

Przetrawiłam tę wizytę. I patrzcie!
Nawet udało mi się opisać ją bez przekleństw :)

Dobra dobra, kończę. Oczka mi się już mrużą... ;)
Dobranoc! <3

posted from Bloggeroid
Udpostępnij:

6 komentarzy:

  1. No nareszcie :)) Już się zastanawiałam gdzie Cię na tak długo wywiało :P
    Biedny ten Twój brzusio, narażony na beznadziejny system, w którym najmniej ważnym ogniwkiem wydaje się być pacjent :-O
    Mam nadzieję, że nieprędko będziesz musiała zaszczycić swoją i brzusia obecnością ,ten wątpliwie przyjazny chorym ,przybytek . Padać chyba niedługo przestanie. podobno nadchodzą ciepłe i słoneczne dni; przynajmniej u mnie- będzie trzeba przekażę dalej do Ciebie. Póki co gorąco pozdrawiam :)


    OdpowiedzUsuń
  2. Nadal pada i do tego pizga wiatrem :( Flaki się wywracają na myśl op tej pogodzie. Dobra wiadomość jest taka, że trawa rośnie, a to koniki lubią najbardziej, one są z pewnością zadowolone. Mimo, że mają stały dostęp do boksów, nigdy nie schodzą z padoków na czas deszczu. Stoją, śpią i mokną :) Musi ostro lać, żeby szukały schronienia, a i tak wtedy tylko łby chowają pod dach, a zadziska zostawiają na deszczu.
    A Ty jak się masz? Nie stoisz mam nadzieję na deszczu? ;)

    Pozdrawiamy Cię! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja bardzo lubię deszcz, tyle że on generuje przeziębienia :D
      Dawno temu (czyli jakieś 4 lata ;)) codziennie biegałam lub intensywnie spacerowałam. I najbardziej lubiłam robić to w deszczu - cisza na ulicach, pustki... Genialna sprawa :)
      Ale fakt faktem - mogłoby być troszkę cieplej ;p

      Koniki <3

      Tulam :* :)

      Usuń
  3. Strasznie fajne masz te rysuneczki :*

    OdpowiedzUsuń
  4. Ja też już tęskniłam za twoimi wpisami :-) Pozdrawiam, Aga

    OdpowiedzUsuń

Wysoce prawdopodobne, że nie opublikuję komentarzy, które:
- obrażają autorkę bądź czytelników bloga,
- zawierają tylko link,
- mają charakter religijny i nawołują do "nawrócenia",
- nakłaniają do alternatywnych metod leczenia.

Oczywiście od powyższej reguły są wyjątki!
Akceptujmy i darzmy tolerancją siebie nawzajem :)