sobota, 11 października 2014



Mission Impossible, czyli jak samej wyrwać się z domu

Jak się siedzi pięć miesięcy w domu, a opuszcza się go tylko w obstawie to, wierzcie mi, pięknie jest zwyczajnie się wyrwać. Czuję się wtedy jak koń na wybiegu (ten wiatr tańczący w liniejących włosach!), jak kot wypuszczony na noc (ta mnogość doznań zmysłowych!), jak pies puszczony ze smyczy (ta piana cieknąca z ust!).



Do tej pory bez obstawy udało mi się wyrwać z domu dwa razy.

Pierwszy raz prawie się nie liczy, bo byłam jeszcze przed chemią. Wtedy wszyscy jakoś mniej jajkowato mnie traktowali. Mogłam nawet sama wyruszyć do sklepu... Ale jednak - wyrwałam się. Mojego Mężnego wypuściłam na spotkanie z kumplem (taka dobra ze mnie przyszła żona, taka dobra!), a mnie w domu aż roznosiło. No to, jak za starych czasów, włączyłam na głos muzykę i odstawiłam mini teledysk w domu. Opowiadał o tym, jak młoda kobieta szykuje się na mega imprezę. Wybór stroju, butów, no wiecie no przeca, jak to wygląda. No i wyruszyłam.
Zwykle moje spacery oscylowały w dystansie około pięciu kilometrów - słuchawki na uszach i chłonę, chłonę, chłonę świat dookoła!
Tym razem postanowiłam iść trasą standardową. Wyruszyłam! Zejście ze schodów... i odpoczynek na ławce. Dwieście metrów dalej znowu ławeczka. Ufff... Czy ktoś specjalnie aż tak wydłużył odcinek za naszym blokiem? Zlana potem dotarłam do pierwszego skrzyżowania. Serce nakazywało iść prosto, rozsądek i organizm wrócić do domu. Podkuliłam mentalny ogon i wróciłam do siedliszcza zołzy. Cały spacer trwał 10 minut. Przygotowania trzy razy tyle.
Od tej pory odechciało mi się spacerów.

Ale! Ale serce moje dalej jest dzikie i buntownicze, zatem nastał i drugi raz. Tym razem to już był poziom hard, gdyż Matkowata bardzo hermetycznie mnie pilnuje na każdym kroku.
Pewnego dnia zachciało mi się rosołu. Matkowata, aby mieć mnie na oku, przytaszczyła do nas pół swojej lodówki i rozpoczęła w naszej kuchni jakieś tajemnicze procesy alchemiczne. Tak się stało, zupełnie przypadkiem, że dzień wcześniej miałam chemię i dostałam pińcet recept do wykupienia. A recepty z onkologii to wyższy poziom wtajemniczenia, większość aptek w moim mieście bezradnie rozkłada ręce i oznajmia mi "Ni ma na stanie, ni ma!". No to Matkowata czaruje w kuchni, a ja obdzwaniam wszelkie sklepy parające się czarną magią. Znalazłam! Znalazłam! Znalazłam mój bardzo rzadki lek w przybytku urzędującym przy PKSie. Cichutko, bezszelestnie, ubrałam się i lecę do Matkowatej oznajmić, że idę do apteki. Lament, prośby, zapewnienia, że ona zaraz skończy i mi pojedzie po leki. A ja na to: "Spokojnie, zaraz będę spowrotem". Muahaha! Zostawiłam Matkowatą z kilkoma garami na gazie i sama wyrwałam się na przystanek. Trzeba przyznać, że przystanek jest jakieś 100 metrów od naszego domu, więc wyprawa na prawdę była bardzo skomplikowana. Zawierała w sobie: wsiąść do autobusu, wysiąść na PKSie, kupić leki, wsiąść do autobusu, przejść do domu. Ale jaka duma, jaka radość! Oczywiście moja mroczna natura musiała dać sobie upust, gdy jakiś młody i głupi osobnik zaczął obrażać starszych ludzi, że siedzą, a on, biedny, stoi. Pogroziłam mu glanami (wcale nie mam glanów, wcale nie ubieram się na czarno, wcale nie miałam wygolonej połowy głowy, a włosy wcale nie skrzyły się rubinem, wcaaale). Poczułam znowu moc płynącą z dręczenia słabszych i upośledzonych psychicznie. Ach. Ambrozja dla duszy.
Do domu wróciłam zmęczona jak diabli, ale szczęśliwa do granic rozsądku.

Minęło już kilka tygodni od mojej ostatniej wyprawy, po drodze zaliczyłam małą wpadkę pod tytułem: "zaburzenia oddychania i wywożenie karetką do szpitala", zatem nadzór nade mną wzrósł (myślałam, że bardziej się już nie da) i teraz wyrwanie się z domu to już poziom mision impossible. Ale nie byłabym sobą, gdybym nie spróbowała.
Akurat próbowałam skompletować dokumenty do pie(peeeep)onych świadczeń rehabilitacyjnych, więc musiałam stawić się w zakładzie pracy. Dwa dni zapewniałam Matkowatą, że dam radę, że pojadę sama, że to nic specjalnego. W dzień planowanej wyprawy nieopatrznie zadzwoniłam zapytać ją, o której jedzie najbliższy autobus na rynek. Po otrzymaniu informacji rozpoczęłam przygotowania. Jak do wyprawy Drużyny Pierścienia: coś do żarcia, coś przeciwbólowego, coś do słuchania w autobusie, coś jakby było za zimno. Rozumiecie?
Dumna z siebie wychodzę z domu, zamykam przybytek i śmigam na przystanek. W połowie drogi przypomniałam sobie, że mój telefon dalej tkwi przypięty do komputera w akcji kombinowania "czegoś do słuchania". Po drodze mijam klatkę Rodzicieli, więc postanowiłam zajść i zadzwonić domofonem, że nie mam telefonu, coby nikt się o mnie nie martwił. Wychodzę zza winkla bloku i widzę moją Matkowatą. Z uśmiechem rzucam "o, szłam Ci powiedzieć, że zapomniałam telefonu!". Gadka szmatka. Pytam w końcu, gdzie się wybiera. Odpowiedź odebrała mi nadzieję.
"Z tobą".
Oto jak upadła moja trzecia, samodzielna wyprawa.
Mordor zwyciężył, Elfy odeszły na Zachód.
Sauron siedzi na tronie i zaciesza, bo woda chlupocze go w...

* * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * *
SMS na numer 75 165 o treści: POMOC 6742
czyni mój świat lepszym :)
Udpostępnij:

2 komentarze:

Wysoce prawdopodobne, że nie opublikuję komentarzy, które:
- obrażają autorkę bądź czytelników bloga,
- zawierają tylko link,
- mają charakter religijny i nawołują do "nawrócenia",
- nakłaniają do alternatywnych metod leczenia.

Oczywiście od powyższej reguły są wyjątki!
Akceptujmy i darzmy tolerancją siebie nawzajem :)