Pokazywanie postów oznaczonych etykietą chemioterapia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą chemioterapia. Pokaż wszystkie posty

piątek, 10 maja 2019

Pięć lat walki

Została jeszcze jedna chemia, a ja jej już chyba nie podołam. 


Po pierwszych czterech w tej serii strasznie wymiotowałam. Od 5 do 12 w ogóle nie odczuwałam, że jestem na chemii. 
Od 13 to jakieś piekło. 
Boli mnie wszystko, WSZYSTKO, i jest coraz gorzej. Ostatnio dochodziłam do siebie 10 dni. Teraz zapowiada się jeszcze gorsza batalia. 
Nie umiem zapanować nad bólem brzucha i pleców. Jest mi niedobrze. W kościach płynie magma. Nie widzę niemal na oczy. Od środy jedyne, co robię, to gapię się w sufit. 

Jest mi źle. Źle. Kurewsko źle. 
Weźcie ode mnie ten syf. Błagam.

Łatwiej byłoby się sprzatnąć z tego świata. Zawinąć ogonem i, jak kot, bez pytania o zgodę, zasnąć gdzieś w ciemnym kącie. Zapomnieć, odciąć się, mieć w dupie wszystko. 
Tylko wtedy całe pięć lat męki nie miałoby sensu. 

A właśnie wczoraj pyknęło mi pięć lat z rakiem. 

wtorek, 7 maja 2019

Wpis sponsorowany przez nieograniczone pokłady szpitalnej nudy

Statystycznie rzecz biorąc, mam pięć wycieków kroplówek na serię chemii. Czyli, statystycznie, co trzecia kroplówa się wynaczynia. Zwykle, magicznie, jest to Gemzar, chociaż w jednej serii są tylko dwa Gemzary ;)

Statystycznie mieszkaniec naszego domu ma 3 i jedną trzecią nogi. I, statystycznie, każde z nas waży 36,6kg. Czyli mamy koty z mega nadwagą, albo jesteśmy skrajnie niedożywieni.

Statystyka jest jak dobre kłamstwo - zawiera w sobie wyłącznie prawdę, chociaż ani jedno z jej twierdzeń nie jest stricte prawdziwe.

Do czego dążę?
Chciałabym zarabiać średnią krajową. A jakby jeszcze Krzysiek zarabiał średnią krajową to bylibyśmy bogaci. Bardzo obrzydliwie bogaci.

Chcę być obrzydliwie bogata i mieć cudownie obrzydliwie malutki i słodziutki domek w górach. I hodować w ogródku ogórki. I borówki. I czereśnie. I gruszki. I może winogrona?

I hasałabym nago po łące, mając w dupie podglądające mnie zające, hej!

Tak, znowu siedzę w budżecie. Namiętnie układam cyferki w słupki, a i tak mnie nie słuchają.
Brakuje mi różdżki (lub 400zl), żeby domknąć jakoś wydatki. I żeby starczyło na spodnie dla topiszącej napuchniętej chemiołykaczki.


Zawsze czułam, że będę kiedyś bogata.
No i jestem:
Nieskończenie bogata w miłość, wiarę i nadzieję.
I obrzydliwie bogata w wyobraźnię i czarny humor ;)

poniedziałek, 29 kwietnia 2019

Fatality

Przymilkłam na parę dni. Głównie dlatego, że nawet myślenie sprawia mi ból. Fizyczny. Moje neurony są już chyba wypalone do cna.


Wyobraźcie sobie combo złożone ze:
- stanu pochemicznego (nic nie ma smaku, bolą nerki i cebulki włosów, mam mdłości z powodu połowy zapachów);
- sterydów (żołądek pali, w kościach płynie magma, a zjadłabym wszystko, co tylko nie powoduje mdłości);
- grypy (ten stan chyba znacie? kręci mi się w głowie, skóra boli przy każdym dotyku, łupie w kościach, cherlam i smarkam);
- reumatyzmu (na szczęście mija zaraz po przerwie w podawaniu chemii; czuję się, jakbym w każdym paliczku rąk i stóp miała cienką linkę stalową i ktoś złośliwie mi nią piłuje kości od strony szpiku);
- przerzutów na kręgosłupie (są mega upierdliwe przy dłuższym leżeniu... Niby same z siebie mnie nie bolą, ale przy osłabieniu napierdalają jak wściekłe);
- zmiany pogody (czyli wszystko powyższe razy pińć).

Dodajmy do tego ciągły stan podgorączkowy, koszmary senne (zawsze przy grypie takie mnie nawiedzają) i macie obraz nędzy i rozpaczy, czyli mnie.

Jednym słowem - jestem nieprzytomna. Chwilę spokoju, około dwóch godzin, mam tylko zaraz po wzięciu Gripexa. Tylko wtedy stan podgorączkowy na chwilę mija i mogę chociaż pójść się umyć. A śmierdzę jak stary troll. Pot zawsze po chemii śmierdzi, mocz też, a pocę się ogromnie przez ciągłe leżenie pod kocykiem.

Jestem zmęczona chorowaniem. Nie mam siły nawet szydełkować... A to już jest niezły wyczyn. Nawet z bolącą watrobą potrafię siedzieć i dziergać.
Teraz w ogóle nie umiem siedzieć.

A już jutro mieliśmy jechać na majówkę do Wrocławia :(

poniedziałek, 8 kwietnia 2019

Tymczasem w Lucynkowie... ;)

Remont trwa. I to nie taki hop-siup remoncik, ale porządne remoncisko. Sypialnia i duży pokój już prawie prawie gotowe, pozostaje pokój gościnny, przedpokój i... Łazienka.
Z plusów - będzie wanna! Będą dluuuugie kąpiele, notki pisane w wodzie (, czczęsto takie popełniłam ;D), piana i wino sączone w bąbelkach. Z minusów - trzeba będzie ten remont przeżyć. Dwa tygodnie mycia się w misce i załatwiania się do wiadra (tak, serio serio). W akcie desperacji myślę nad ucieczką do szpitala. I to tak z premedytacją. Takie to lekkie oszustwo wobec systemu. No, ewentualnie mogę się kreować w mediach społecznościowych jako biedna chora Lucynka bez łazienki w domu. Może ktoś mi wtedy zasponsoruje jakiś hotel czy inne spa..? (tak, to był sarkazm wymieszany z ironią - nie należy brać tego na serio ;)).

Z rzeczy chorobowych to we wtorek chemia. Chyba dwunasta, ale gdzies przy ósmej zgubiłam rachubę. I nawet nie wiem, jak się doliczyć tych wszystkich chemii, bo brakuje mi w dokumentacji jakichś ośmiu wpisów. Także leżę i kwiczę. Póki jestem w stanie to będę siorbać platynkę. Chyba pomaga, bo ostatnimi czasy czuję się nadwyraz żywa i żwawa. Nawet zaczęłam znowu nadgorliwie szorować okna ;)

A teraz będzie kocio ;)
Znacie naszego Ryśka, nie?



Rysiek jest, przynajmniej był, dla nas totalną, kocią sierotą. Jak wlezie na szafę to trzeba go zdjąć, bo sam nie umie zejść. Ma lęk wysokości,zero koordynacji ruchowej, jest glupiutki i gubi się w mieszkanie średnio 3-4 razy na dobę. Trzeba wtedy głośno go wołać, żeby po głosie wylazł zza mebli ;)
Ryszarda wszystkie koty lubią - każdemu wylize pyska, z każdym zaśnie przytulony. Do michy pcha się pierwszy i nie zwaza na prychanie innych kotów. On w ogóle nie rozumie prychania, jest dosc uposledzony społecznie. A przynajmniej tak sadzilismy...

Od jakiegoś pół roku bacznie studiuję kocią behawiorystykę. Zwyczajnie chcę, żeby koty były szczęśliwe. Owocuje to obficie - nawet nasza poldzika Ciema zaczęła przychodzić się miziac. Głównym celem było zapobieganie bijatykom między Ryskiem a Czarkiem. Uwazalismy, że to Czarek jest agresorem.
Po tym weekendzie świat stanal ba głowie.
Okazuje się, że naszym kocim stadem rządzi największa sierota, jaką w życiu widziałam.
Tak, Ryszard zdominował sprytnego Gacka, zwinną Ciemkę i mega inteligentnego (i ważącego ponad 7kg...) Czarka.
Nasz kochany debilek jest panem i władcą. I to tylko dlatego, że jest na tyle głupi, żeby nie bać się innych kotów. Nie wiem sama, czy smiac się, czy płakać... :D

czwartek, 21 marca 2019

Myśli szpitalne - zbiór vol2

W łazience na korytarzu śmierdzi mordowanymi biedronkami.

* * *
Wsadzenie słuchawek do uszu (nic nie musi z nich lecieć) jest czasami jedyną metodą, aby usłyszeć własne myśli.

* * *
Mamuśka nie jest największą gadułą na świecie. I wiele, oj wiele, jej do tego brakuje.

* * *
Jestem zszokowana. Pierwszy raz w życiu dostałam w szpitalu tabletki, które mam brać w domu. DOSTAŁAM. Nie "kupiłam". Dosłownie DOSTAŁAM. 
Jejuś, jestem zachwycona i czuję się zaopiekowana :) 

* * *
Żarło szpitalne stało się dziwnie zjadliwe. 
Przedwczoraj na kolację był chleb z miodem i jabłko. 
Wczoraj na śniadanie chleb z wedliną i owsianka, na obiad zupa pomidorowa i kawał miecha w sosie z kaszą (plus sałatka!), na kolację chleb, jajecznica i SAŁATA! 
Dzisiaj na śniadanko platki kukurydziane z mlekiem oraz kanapki z twarogiem, do tego gruszka (mniam!), na obiad zupa marchewkowa (nie polecam ;)), kasza z piersią z INDYKA oraz fasolka szparagowa. Na kolację były kanapki z kiełbasą i PAPRYKA. 
Ja nawet w domu nie jem tyłu warzyw ;))) 

* * *
Dowodem na jakość wyżywienia są puste lodówki na oddziale. We wszystkich trzech jest samo mleko. A ja mam całą lodówkę tylko dla siebie - moje jogurty też mają pobyt luksusowy. Ja dzisiaj nocuję sama na sali. Czuję się jak w sanatorium ;) 

* * *
Kawa i książka to połączenie idealne :) 

niedziela, 3 marca 2019

Niedobrze, gdy za dobrze?

Było pięknie i kolorowo, jednorożce hasały po tęczowej polanie mojej ślicznej i uroczej rzeczywistości. I nagle się znowu zjebało.

Boli wątróbka. Zapomniałam, jak to jest!
W sumie to boli mnie chyba wszystko - kręgosłup, żebra, wątroba, czasami głowa, do tego wszystkie paliczki w dłoniach i stopach. Okazuje się też, że bycie własną szefową to chujowa robota - nie mam komu oddać L4. Maskotki leżą i wołają, opóźnienia robią się coraz większe, a ja nie mam siły się wziąć i je nadrobić. A to dosłownie z 4h i będę na bieżąco!
Ale 4h w obecnym stanie to cała wieczność...

Już we wtorek jadę na kolejną chemię. Tym razem zostaję na noc. I będę tam już sobie tak zostawała przy każdej kolejnej chemii. Zmiana przepisów podawania cisplatyny, czy tam gemzaru. Kupiłam sobie już pseudopiżamkę. I jest urocza! Pluszowa koszulka w rozmiarze 58-60, w której tonę i sięga mi do kolan, oraz dresowe spodnie. Jakoś zwykłe piżamy w szpitalu do mnie nie przemawiają ;)
Będę sobie paradowała jak modelka (very)plus size po nowym oddziale. W końcu skończyli (podobno ;)) remont. I dlatego też chcą mnie udupić na całą noc - w końcu mają na to miejsce.
Zastanawiam się tylko, ile włóczki i waty silikonowej (wypełnienie maskotek) uda mi się wepchać do plecaka razem z piżamkopodobieństwem, ręcznikiem, kapciami, kosmetyczką, słoikiem kawy i dwoma kartonami mleka. Mam za mały plecak. Stanowczo.
Widział ktoś gdzieś fajne torby podróżne? Taka na 20-25l mi wystarczy ;)))

Chyba mam stresa.
I chyba przez to się chujowo czuję.
Tylko nie umiem się przestać stresować i lepiej poczuć, ot tak, na zawołanie.
Odwykłam, cholera.

A w ogóle... Odkąd weszło na rynek Storytel jestem wierną subskrybentką. Znaczy się byłam, bo okazało się, że w Empik Go mają całą serię o Mordimerze Madderdinie.
I tak sobie szydełkuję i słucham.
Ostatnio padło na... Anię z Zielonego Wzgórza.
W dzieciństwie nie przypadła mi jakoś do gustu. Pewnie dlatego, że zbyt wiele mamy ze sobą wspólnego ;) Ta jej pogoń za emocjami i pięknem! Absurdalne wpadki!
No cała Lucynka ;)
Później przesłuchałam Anię z Avonlea, teraz jestem z Anią na uniwersytecie.
Cudowne jest to, że książka mająca ponad 100 lat potrafi być dalej tak aktualna.

piątek, 15 lutego 2019

Nie po drodze mi z chemią...

Nienawidzę przeziębień. Nie zrozumcie mnie źle - raka też nienawidzę, ale rak ma jakiś patos w sobie, dozę romantyzmu, każdy też wie, że to przebiegły i chytry ooyek. Walka z nim ma w sobie coś związanego z Xeną, Wonder Woman, Kapitanem Ameryką... Ale, przede wszystkim, ma w sobie coś z bycia Deadpoolem (uwielbiam gościa! :D).
A walka z grypą? To taka walka z wiatrakami. Nawet żal i wstyd się na to żalić. No, kurde, nie. Zero polotu.


I tak na chemii miałam stawić się 5 lutego. Rozłożyła mnie grypa. I to taka z gorączką. Ooy, przełożyłam chemię na 13 lutego. Cały tydzień dodatkowej wolności, a ja sobie zdychałam pod kocykiem. Takie marnotrawstwo! 
Po intensywnej kuracji doszłam do siebie, przychodzi 13 lutego. Budzę się w środku nocy z mega migreną! Wstaję o 6, na dzień dobry padam na kolana przed Panem Klopem. W czaszce buzuje gorączka. Znowu telefon z przełożeniem chemii. Czwartek całkiem znośny, wstaję dzisiaj rano pełna determinacji, żeby do tych Katowic pojechać i wziąć te pół tablicy Mendelejewa. I co zastaję rano w lustrze? Mega spuchnięte oko. Ogromne! Myślałam, że zaraz wypłynie mi z oczodołu. Normalnie powtórka z rozrywki z zeszłego roku. Pamiętacie?
No ale pojechać musiałam. Z pomocą przyszła taksówka, bo ból łba i oka ograniczył mi widoczność do 5cm. Ale jakoś dojechałam, chemią dostałam.
Po tej imprezie pojechaliśmy z Tofikiem na pizzę. Bo wczoraj były niby Walentynki, 9 lutego mieliśmy piątą rocznicę  Randka nam się należała i tyle ;)
Pizza była cudownie pyszna! Wiem, bo przez moje usta przeszła, niestety, dwukrotnie.

Także ten. Jutro poprawka randki, wyciągam Mężnego do kina. Chyba, że pokona mnie chemia. Lub cholerne zapalenie spojówek.

Wiecie co..? Ja już chyba wolę tę nudną grypę ;)

Przed chwilą po raz drugi oddałam cześć Panu K.
I to w momencie, gdy zaczęłam snuć ambitne plany pod tytułem "codziennie odpisuj na wiadomości", "odpisz na maile" (Lenka, pamiętam o Tobie! Odpiszę!), czy też "odpowiedz na komentarze". Był nawet ambitny punkt o 12:00 - pół godziny jogi. Od początku chemii przytyłam 4kg. Nie mogę aż tyle leżeć.
No, jednak moje mdłości mają inne plany na najbliższe kilka dni.

A w ogóle to marzę o komputerku. Już z dwa lata notki piszę na telefonie.
Jak byłoby cudownie znów poczuć pod palcami klawiaturę. Peonowymiarową. Taki mały, lekki notebooczek, tylko do pisania. Na tyle słaby, żeby K. nie chciał mi go nawet dotykać... Chyba musiałby być różowy 😂

Lecę spać. Oczy mi już się same zamykają. No jedno oko. Drugie od rana jeszcze się nie otworzyło ;)
Pamiętam o Was!

poniedziałek, 4 lutego 2019

Początek roku

Od miesiąca się nie odzywam, co? ;)

Styczeń był bardzo aktywny. Miałam komisję ZUS, przedłużyli mi rentę o 2 lata. Niestety samej renty nie dostałam (w lutym nadpłacą), więc trzeba było kombinować.
Wróciłam do robienia maskotek, tak na pełen etat (a dokładniej na pół etatu ;)). I okazuje się, że jestem w stanie zarobić dokładnie tyle samo, ile dostawałam wypłaty.
Ktoś mi tu wyrzucał z półtora roku temu, że powinnam wziąć się do prawdziwej pracy... A tu taki psikus, interes kwitnie, moja działalność nierejestrowana (w pełni legalna, ha!) cudnie się rozwija.
Przez to zostaje mi bardzo mało czasu na pisanie. W sumie nawet nie bardzo mam o czym pisać. Jutro miałam jechać na chemię, ale właśnie próbuję się dodzwonić do szpitala i ją przełożyć. Grypsko mnie rozłożyło, mam stan podgorączkowy od rana i jakoś czarno widzę tułanie się w tym stanie autobusami do Katowic. Wszystko mnie boli. Wszystko, łydki, uda, a najbardziej kręgosłup. I łeb ;)
Ale to znośny ból, taki z kategorii "czuję, że żyję ". Bóle stricte onkologiczne od grudnia trzymają się ode mnie z daleka. Chemia zaczęła działać - nie mam już zimnych potów, nie męczę się tak szybko, zaczynam trochę logiczniej myśleć, wątroba i jajniki siedzą cicho.
Percepcyjnie ujmując - czuję się zdrowa. No. Poza tym cholernym katarem.

A już 15 lutego do kin wchodzi trzecia część "Jsk wytresować smoka"! Nie umiem się doczekać :)))

Tulam Was ciepło i pamiętam :)

czwartek, 3 stycznia 2019

Czy jestem nadwrażliwa?

W tytule notki typowy przykład pytania retorycznego. Znacie mnie już tyle lat, że na pewno to zauważyliście. Jestem nadwrażliwa. I to strasznie.

Od dłuższego czasu praktykuję stoicyzm skrzyżowany z epikureizmem. I staram się być skałą. Silną, dumną, niewzruszoną. Bez emocji na zewnątrz, ale silna swym uporem do trwania. Co nie przeszkadza wygrzewaniu się w słońcu ;)

Ale ja nie jestem jak skała. Jestem cholerną wodą.
Wybucham sztormem w kłótni z kierowcą autobusu, który od pół roku nie potrafi przyjąć do wiadomości, że orzeczenie z ZUSu o niezdolności do samodzielnej egzystencji jest wyżej w hierarchii dokumentów, niż legitymacja z PFRONu. I tłumaczę mu jak dziecku, ale on swoje. I wybucham. Zaczyna się od niewinnych kręgów na wodzie, ledwo uchwytnych. Później są lekkie rozbryzgi, by w kilka sekund być dziewięciometrową falą.
Nie jestem z tego dumna. Ale taka jestem.

Jest jeszcze gorzej, gdy ktoś potraktuje mnie jak głupią, ignorancką gówniarę, a ja... Serio poczuję się głupio. Jakby otoczenie potrafiło mnie kształtować.
Jestem cholerną wodą, w jednej chwili z kałuży staję się dziecięcym wiaderkiem, z butelki przekształcam się w szklankę, z rzeki w morze, z morza w ocean. A jedno spojrzenie i protekcjonalny ton zamienia mnie w ignorancką gówniarę.
I niby powierzchnia jest gładka, niezmącona, cicha i kojąca, ale kilka metrów pod powierzchnią stado piranii właśnie rozrywa noworodka.
Moi lekarze mają ogromny talent do zmieniania mnie w mokrą plamę.
I, zamiast zapomnieć i płynąć dalej, ja ciągnę za sobą ten cholerny wrak, raz po raz rozkładając go na części i rozpamiętując, jak dumny ocean wcisnęli do szklanki.
Woda zawsze pamięta. Nawet, gdy udaje, że jest inaczej.

Nie jestem silna. Jestem tylko uparta.
Umiem trzymać swoje sekrety głęboko na dnie, wśród koników morskich i bajecznie kolorowych rozgwiazd. Umiem ukrywać trupy w piasku, w trzcinach, pod mostami. Ale zawsze pamiętam wszystko to, o czym powinnam jak najszybciej zapomnieć i, po prostu, płynąć dalej.

Często się boję. I to głupot totalnych. Jak, na przykład, zadzwonić do pracy, co dalej ze mną zrobią, bo umowę miałam tylko do końca roku. I boję się, jak przeżyjemy styczeń, bo czekam na termin komisji ZUS. Tak, renta też była tylko do końca roku i w tym miesiącu jej nie dostanę. Nie takie rzeczy się już przeżyło, a jednak się boję.

Paradoksalnie, nie boję się skakać z najwyższych skał, nie boję się, że lecąc w dół jak wodospad, nagle się roztrzaskam. Nie boję się rekinów, meduz, krabów. Raków też nie ;)
Nie wzruszył mnie wynik ostatniej tomografii.
Swoją drogą, nie wiedziałam, że we wnioskach badania może znaleźć się coś innego, niż regresja, stabilizacja lub progresja. Może być, na przykład jak u mnie, powiększenie węzłów chłonnych i lekkie powiększenie przerzutów. O dziwo, to nie jest progresja. Bo mało urosły. Na pocieszenie dodam, że kości i wątroba siedzą cicho. Jajnik trochę szaleje. No i te węzły chłonne.
Ale po mnie to spływa. Czuję, że będzie dobrze, układam się leniwym strumykiem w promieniach słońca. Szemrzę cicho do każdego, kto zechce posłuchać: "Jestem.".
Powoli dochodzę do wniosku, że zawsze będę, obojętnie, czy rzeczywiście będę, czy nie.
Jestem tak zdradliwie spokojna.
Jednak nie zawaham się ani sekundy przed utopieniem każdego, kto będzie się przechwalał, że doskonale pływa. A dla tych, co nastają na moich najbliższych mam spacjalnie zaprojektowane bagno.
Rak nie będzie rządził wodą. Szczególnie taką, w której właśnie płynie jakieś dwa litry cisplatyny z gemzarem.
Powodzenia.
Nie jestem skałą. Jestem wodą.
I utopię skurwysyna, jednego po drugim.
Bo jestem uparta. O.



czwartek, 13 grudnia 2018

Sekretarka pilnie potrzebna

Z góry przepraszam za wszystkie błędy i literówki, ale jestem świeżo po chemii, co skutkuje nieco rozmazanym obrazem ;)

Stwierdzam, że zaraz po podaniu pierwszej chemii powinni pacjentowi "z urzędu" przydzielać sekretarkę. Taką, co by pamiętała, kiedy i ile tabletek brać, kiedy masz znów przyjechać, co musisz jeszcze załatwić, i że w ogóle przydało by się kwiatki podlać.

Piątek, 7 grudnia. Wstałam sobie o 6 i szykuję się do wyjazdu na chemię. Jeszcze w ostatnim sprawdzeniu "czy wszystko mam" zerkam na skierowanie. A tam jak byk, że mam się stawić 6 grudnia. W czwartek. Nie wiem, czemu w czwartek, skoro ostatnio jeżdziłam w piątki. Czarna dziura w głowie. W każdym kalendarzu zapisane, że mam jechać siódmego. Dzwonię do szpitala i rzeczywiście, miałam być jednak szóstego. Na szczęście udało się przełożyć imprezę na poniedziałek, ale trochę się od lekarki nasłuchałam.


Jak widać na powyższym przykładzie - nie sprawdza się kalendarz mobilny, ścienny ani książkowy. Nie sprawdzają się ani notes, ani treningi pamięciowe. Ja po prostu nie mam żadnej wolnej pamięci operacyjnej, normalnie nula totalna.

W ostatnim momencie wysłałam papiery do ZUSu o przedłużenie renty (i to tylko dlatego, że Mamuśka mi o tym przypominała średnio trzy razy na dzień). Już dwa razy zapomniałam zgłosić w robocie L4. Kwiaty mi usychają na parapecie. Kotów na szczęście nie zagłodzę, bo same się o papu upominają. Co nie zmienia faktu, że jestem przerażona i zagubiona.
W każdej chwili zza rogu może mi wyskoczyć jakiś temat, o którym zapomniałam. Nie bawię się już nawet w robienie czegokolwiek na zamówienie, bo zwyczajnie o tym zapominam. I później muszę się tłumaczyć.

Moje życie składa się w tej chwili ze stresu, obawy przed terminami, dużej dawki przeciwbólków i przeciwymiotków. Cała reszta codzienności to ukrywanie się przed tym, o czym gdzieś po drodze zapomniałam.

Tylko szydełka się nie boję. Ono zawsze zrozumie. A jak zapomnę gdzieś o oczku czy słupku, to zawsze mogę spruć poprzedni rząd. Albo improwizować ;)

środa, 19 września 2018

Przepis na przetrwanie chemii

Trzy tygodnie temu miałam pierwszy wlew Gemzaru z cisplatyną. Zniosłam go bardzo, bardzo ciężko.
W piątek dostałam drugim i... Jest o niebo lepiej!

Jedyną różnicą jest to, że wtedy nie umiałam nic zjeść, a teraz szamam jak szalona. Zdaje się, że motto Taty się sprawdza - "Zjedz coś". Jedzenie było dla Tatuśka antidotum na każdą dolegliwość ;)


I jak dwa tygodnie temu wmuszałam w siebie przeciery warzywo-owocowe, tak teraz pochłaniam głównie białko. I trochę warzyw ;)
Hiroszima w gębie dalej szaleje, ale przez powłoczkę pleśni wyczuwam smak ogórków korniszonych i łososia wędzonego. Gdy tylko łapie mnie brak apetytu wystarczy, że powącham rybkę (śledzia lub łososia), a ślinianki już mi szaleją. Mam wyrzuty sumienia jak cholera, że paczka mojej radości kosztuje około dychy (kurwa, kiedy ryby tak podrożały?!), ale to działa. Nie będę marudzić, bo dzięki temu jestem na chodzie. Nawet mój półwegetarianizm poszedł w odstawkę, bo z dziką radością pochłaniam schabowe, wędliny, a nawet kiełbasy. Coś mi się wydaje, że jest to jakoś sprzężone ze sterydami (pobudzają odnowę tkanek, a tkanki potrzebują białka do regeneracji).
Jeszcze nie tyję, trochę nawet chudnę, ale miewam napady ADHD (co mnie strasznie cieszy po tym zdychaniu przez 10 dni po poprzednim wlewie). Jedynie wczoraj miałam lekkie zachwianie samopoczucia, ale jajecznica z czterech wiejskich jajek mnie otrzeźwiła tak, że nawet drugi raz z psem wyszłam.
A wychodzenie z Reksem to wyższa szkoła jazdy, bo biedaczysko już prawie nie chodzi i cały czas trzeba go prowadzić w nosidełku. Boję się o niego. Chudnie w oczach, przestaje kontrolować pęcherz i jelita. Dwa tygodnie temu odeszła Nusia, która mieszkała z Rodzicami. Tata nawet nie wiedział, że Zołzik poszła na drugą stronę Teczowego Mostu, bo nie chcieliśmy go martwić. Pięć dni później Tata poszedł za nią.
I tak patrzę na Reksia, który jest coraz mniej Reksiem i boję się, że lada chwila będę zmuszona ulżyć mu w cierpieniu.
Trochę tego za dużo jak na mnie jedną...

Ale, póki co, nie myślę. Jem i jestem. A zaraz może jeszcze trochę chatę posprzątam. Byle tylko nie mieć czasu na gdybanie :)

poniedziałek, 3 września 2018

Hello, my old friend

Znam ból. Poznaliśmy się dogłębnie jakieś cztery lata temu.
Jest jak stary kochanek, który nieproszony wraca tylko po to, aby zapytać nonszalancko "No hej, co tam?". Wcale go nie lubię, mam dość jego buciorów na czyściutkiej podłodze mojego słodkiego domku, ale on ma to w dupie. Wraca, żeby coś jeszcze zepsuć. Zdeptać. Zniszczyć.
Włazi do małżeńskiego łóżka, rozkłada się arogancko na kanapie w dużym pokoju.
I tak trwa, chociaż nikt go nie zapraszał.

Znam go. I wcale nie chcę. Lepiej mi bez niego.
Ale jednak jest. I ciężko go zignorować, gdy szczelnie otula sobą każdą jedną cząstkę mojego ciała.


Przeżyłam kolejną noc, a wcale nie jestem z tego powodu szczęśliwsza.
Magma płynie mi w żyłach, a ogień trawi kości.
To nie jest życie.
To wojna. A ja trafiłam na pierwszy front.
Kurwa. Znowu.

piątek, 31 sierpnia 2018

Migawki - sierpień 2018

Obiecałam tajemniczą serię postów ;)
I oto, co wymyśliłam! Nie robię zbyt wielu zdjęć, ale jednak trochę ich robię, więc chciałabym je jakoś wykorzystać ;)

Lecimy z koksem? :)

Gacuś po stylizacji uszu na Curla. Chyba mu się nie spodobało ;p

Paczka z włóczki. Uwielbiam!

Czarek z ozorem na wierzchu ;) 

I "zachwycona" sesją Ciemka :D

 Robię syrop i dżemik z wiśni! 🍒 
Nie dotrwają do zimy, za dobre wyszły 😂 

Baza zaraz po zabazowaniu :) 

Peppa i George. Najtrudniejsze zamówienie ever. 
Nie dość, że nie lubię tej bajki, to jeszcze strasznie nie podobają mi się te świnki. 
Ale Mała zadowolona, więc chyba się udało :) 

A tu Czarek zepsuł mi bazę... 

...i za karę musiał pozować do zdjęcia ;p

Nowa profilówka ;) 

Szkodniczek aka Anabel, godzinkę po zakupie :)

Ciema padła na pysk. 

A Czarek zawładnął MOJĄ, kurna, bazą. 

Nowy termofor, bo stary pękł mi pod tyłkiem. 
I to jeszcze dzień po naświetlaniu, kiedy bardzo go potrzebowałam...

Nowe zioła posiane :) 

Wracamy z chemii naszą Anabelką :) 

Ostatnia maskotka - króliczynka. 
Wyszła nie dość, że urocza, to jeszcze ogromna :D

Nowy plecaczek. A co ja się będę bawić w "jestem dorosła"? ;) 
A do zestawu... 

...futerkowy notes z kucykami! 
Pielęgnuję dziecko w mojej duszy ;) 

Opisane przyprawy... 

...i nasiona na kiełki. 
Powód, dla którego aż tak długo zajęły mi porządki w szafce w kuchni ;) 



Co sądzicie o takim miesięcznym sprawozdaniu fotograficznym? :) 

Z aktualności:
We wtorek dostałam chemię. Noc po niej była straszna, bo żarcie z całego dnia nie chciało mi się utrzymać w żołądku. Na szczęście w środę już się unormowało. 
Od wczoraj za to prawie nic nie jem, bo mam jakąś dziwną gulę w gardle. Podejrzewam, że to na tle nerwowym, bo z Tatą dalej kiepsko. Nie widziałam się z nim od poniedziałku i strasznie tęsknię. Krzysiek w pracy po 16h dziennie, wraca o 22, a ja autobusem nie dojadę do Jastrzębia do szpitala. Ledwo umiem z psem wyjść. Nasze spacery z resztą wyglądają dość tragikomicznie - testujemy każdą ławkę po drodze ;) Ale jakoś dajemy radę. 
W ustach mam znowu Hiroszimę, nic mi nie smakuje. I od wtorku zjechałam 3kg. Trochę mnie to martwi. A trochę nie - mogę wcinać moje ukochane batoniki muesli ;p
Troszkę energii dają... A ile radości! 😂 


czwartek, 2 sierpnia 2018

Zwiałam ze szpitala 😉

No. To dzisiaj byłam na oddziale onkologicznym w Katowicach.
Już mi nawet od strzału chcieli chemię dawać, ale Lucynka się nie dała.
Wybłagałam jeszcze ponad dwa tygodnie wolnego. Wracam tam dopiero 20 sierpnia.
I ni chu chu, chyba się już nie wywinę ;)
I będzie najgorszy kombos wszechczasów - gemzar z cisplatyną. Już nawet na samą myśl swędzą
mnie cebulki włosów, no ale muszę i to przetrwać.

Grunt, że dzisiaj udało się wszystko załatwić ekspresowo - o 7:40 byliśmy w Katowicach, o 8:15 pobrali mi krew, o 9:00 miałam EKG, a po 10 już byłam u lekarza, ha!
W Żorach jeszcze przed południem. Nowy rekord!
Poprzedni brzmiał "O 14:00 w domku" ;)
To aż dwie godziny różnicy.
Widać, że coś kombinują nad efektywnością przyjmowania pacjentów :)

Przedwczoraj wróciliśmy z urlopu. Byliśmy u Siostry we Wrocławiu. Nie widziałam się z nimi już ponad rok! W tym czasie przeprowadzili się do nowego mieszkania, gdzie mają aż DWA tarasy!
I jak zwykle krążyliśmy po całym mieście w poszukiwaniu wrażeń, tak tym razem siedzieliśmy na tyłkach, na zielonej trawce, i łapaliśmy zen.
Tylko jednego dnia zrobiliśmy objazdówkę. I tu wyszła na wierzch moja małomiasteczkowa dupa dusza grubaski.
No, nie ukrywajmy, zad mam zacny. W sensie - na bogato. W Żorach nie mam żadnego wyboru w kwestii ubierania - albo kupuję co jest i płacę (umiarkowanie) mało, albo wybrzydzam i mam zapłacić (bardzo) dużo monet.
Wpadam do Wroclavii, pierwszy odwiedzony sklep, i co? Wyprzedaż wszystkiego w rozmiarach "plus"! Wybór niesamowity! A wszystko po 20-30zł!
Normalnie myślałam, że zostawię tam całą wypłatę. I to nie były ciuchy w sensie "znalezione na strychu u babci Brunhildy", ale normalne, współczesne ubranka. I nabyłam sobie trzy pary spodni. I bluzkę. I dwie sukienki. Muahaha!
Czabajek doznał podobnej mentalnej szajby - Reserved i wyprzedaż T-shirtów. W markecie zwykle płacimy po 10-20zł za sztukę. A one i tak się kurczą po pierwszym praniu. A we Wrocku wyprzedaż, kuźwa. 15zł koszulka. Kurwa mać! Żyć, nie umierać!

Dodatkowa wizyta w Ikei sprawiła, że bardzo mi tęskno do nowej kuchni. Wiecie, takiej klimatycznej, ładnej, nowoczesnej. Problem w tym, że te "klimatyczne: kuchnie mają wyjątkowo mało miejsca do przechowywania. Ale trudno. Ma być mrok, industrial. Mogę nawet w tym celu poświęcić część mojej kolekcji kubków i garnków (wszystko bezkompletowe ;p).

Rozpisałam się, a tu mnie Czabajek już do sypialni woła. Żeby mu pomóc w reperowaniu łóżka, zboczuchy!
Bo podobno mój tłusty zadek co chwile deski załamuje... A co w tym najśmieszniejsze, trzy z czterech połamanych desek są po stronie Krzyśka.
No ale niech będzie, że to ja łamię dechy ;P

Trzymajcie się cieplutko. Albo chłodniutko. W zależności od upodobań ;)
Ja idę szydełkować.

Btw. Dalej marzę o krześle brazylijskim na balonie. A jakoś nie chcą produkować takich, żeby utrzymały te moje 110kg w powietrzu ;P

piątek, 9 lutego 2018

Alien: dogrywka?

Pierwszego lutego byłam na kontroli u onkologa. Wizyta trwała trzy minuty (po zaokrągleniu, w górę). Dostałam skierowanie na TK.

Terminy na tomografię w Katowickim Centrum Onkologii są długaśne. Do tego sam proces jest skomplikowany:
pierwszego dnia przyjeżdżasz, masz tomografię klatki,
siódmego dnia powtórka - przyjeżdżasz, cztery godziny pijesz kontrast (który jest obrzydliwy i chce się od niego rzygać), masz TK brzucha i miednicy.
Jak nie ma obsuwy to fajnie. Gorzej, jak jest - cały dzień w dupie. Po dwóch tygodniach przyjeżdżasz po wyniki.
Czyli jakieś dwa tygodnie na L4, żeby dojść do siebie po każdym badaniu. Bo im więcej masz tomografii, tym gorzej znosisz każdą kolejną.

No to ja wykombiniłam, że zrobię sobie tomografię prywatnie, na Fundację. Jeszcze tego samego dnia obdzwoniłam wszystkie zainteresowane instytucje. Na infolinii Helimedu powiedzieli, że oczywiście, robią tomografię na faktury proforma, tylko trzeba to zgłosić przed badaniem.

Dobra, następuje poniedziałek, robię kreatyninę.
Wtorek - odbieram wyniki kreatyniny, załatwiam u rodzinnego L4 na trzy dni (mam tak ułożone zmiany, że trzy dni zwolnienia robiły pięć dni wolnego). No i już we wtorek (!) tomografia - wszystkie trzy za jednym razem. Wszystko przebiega całkiem sprytnie, dwie godzinki piję kontrast (który jest bez smaku! normalnie jak woda!). Po dwóch godzinach jestem po badaniu.
Tu zaczynają się schody. Przy rejestracji mówiłam, że badanie ma być na fakturę proforma, ale babka w rejestracji stwierdziła, że to dopiero po badaniu będziemy załatwiać.
No to idę. Po badaniu. Rozmowa:
Ja - Będzie na fakturę proforma.
Rejestratorka - Dobrze. Płatność kartą czy gotówką?
Ja - No... przelewem? Faktura proforma.
R - Ale co to znaczy to proforma? Przecież do faktury potrzebuję paragonu.

No i pizda blada, zjebało się, za dobrze żarło. Kobieta nigdzie nie zadzwoniła. Nic nie załatwiła. Czułam się jak złodziejka i oszustka. Po półtorej godziny udało mi się załatwić z Panią Basią z Fundacji "Gwiazda Nadziei" zwrot "od ręki".
Mamuśka zapłaciła ze swojej karty, jeszcze tego samego dnia dostała zwrot z Fundacji.
No ale... Półtora godziny siedziałam jak idiotka w poczekalni, czekając sama nie wiem na co. Głodna, zmęczona, słaba.
A ta *peeeeep* nie wykonała nawet jednego telefonu, żeby to załatwić. Nic. Zero.
Jestem w trakcie konstruowania oficjalnej skargi. Nie wiem dokładanie, czy na kobietę z infolinii, za wprowadzenie mnie w błąd, czy rejestratorkę, która nie umiała wystawić faktury proforma.
Ale skarga będzie. Nie po to idę prywatnie, żeby czuć się jak śmieć. I oszustka.

No ale mniejsza. Dzień później (!) już były wyniki.
I znowu kaplica. Progresja.
Jeden węzeł chłonny urósł z 6mm na 19mm. Jakiś pod krtanią. Nie wiem, co się tak wysforował. I czego ode mnie chce. Reszta węzłów chłonnych też poszła po 2-4mm do góry. Wątroba i kości bez większych zmian.
No ale we wnioskach i tak jak byk pisze, że "progresja poniżej 20%".

No to jazda, rejestruję się do onkologa. Udało się wepchać na piątek, czyli dzisiaj.
Jechałam z rodzicami (bo Tatusiek też próbuje się do onkologa załapać), na miejscu byliśmy o 8:45.
Podchodzę do rejestracji, a tam... już lekarz chce wychodzić. A ja miałam na 8:50!
No i się wkurzył. Miły nie był.
Zobaczył wyniki. Stwierdził, że brzydkie przyniosłam. I dał skierowanie na chemioterapię.

Zapisałam się do mojej ulubionej onkolożki, na poniedziałek. Zobaczymy, co ona powie.

Powinnam być smutna, zdruzgotana, załamana.
Ponad pół roku cieszyłam się codziennością, odzyskałam swoje normalne życie, wróciłam do pracy, odbudowałam zwykły świat szarodzienności.
A tu zonk. Powrót do leczenia.


A ja nie czuję nic. Tylko pustka, spokój. Lekkość bytu. Patrzę na słońce za oknem, uśmiecham się. Zapominam zupełnie, że cały mój świat ma zaraz na nowo runąć.
Mam to w dupie.
Czuję się dobrze. Miałam w grudniu chwilowy spadek formy, ale już jest ok.
A oni chcą mnie wypchać znowu na chemię.
I znowu mam patrzeć na napis w dokumentach: "Chemia paliatywna"?

Życie jest cholernie niesprawiedliwe.
Jeszcze zjebał mi się blender. To już całkiem katastrofa. Czym zrobię sobie mus jabłuszkowy? ;(
Ech... Zgiń, przepadnij, siło nieczysta!

poniedziałek, 5 stycznia 2015

Wspomnień czar...

Nie wiem, czy się ze mną zgodzicie, ale koty mają w sobie dziwną magię. Nie zauważa się tego na codzień, nie widzi się tego u osobników, z którymi się nie stworzyło specyficznej nici porozumienia. Ale ta magia wypływa, gdy się patrzy w te szczwane slepia, gdy tulą się i mruczą. Gdy w jakiś niepojęty sposób rozumieją, że dzisiaj nie jesteś w formie i, o dziwo, tylko siedzą i patrzą. I mruczą. Psy też mają talent do wyczuwania samopoczucia, ale nie są nawet w połowie tak czułe, delikatne i... taktowane. Magia. Właśnie mam kocią łapkę na nosie. Ciemka w swój niemy sposób mówi "nie martw się, jutro będzie lepiej".

Minęła kolejna noc, która wiele mnie nauczyła. Myslałam, że o bólu wiem już wszystko, że absolutnie nic już nie jest w stanie mnie zaskoczyć. Myliłam się.
Poznaję dogłębnie kolejne stadia i rodzaje bólu. W nocy poznałam ten rozrywajacy. I nie chcę go więcej.
Po każdej kolejnej chemii jest go coraz więcej. Mam już opracowane strategie działania na wszelakie rodzaje bólu wątroby i kości. No to alien dał mi wyzwanie. Siadł mi żołądek. Hordy dzikich bestii rozrywają go na strzępy.

No to leże plackiem w łóżku juz trzeci dzień z rzędu. I myślę. Wspominam.
Za oknem wyrasta mi górka, calutka pokryta śniegiem. Jak byłam dzieckiem to nie dość, że była ona większa to jeszcze nam, dzieciakom, wydawała się być wręcz ogromna! Pamiętam jak na sankach porwałam nową kurtkę, była taka śliczna, fioletowo-turkusowa. Tata mi później musiał ją pozszywać :) Albo jak Gzybolec uczyła, a raczej próbowała mnie uczyć jazdy na nartach. Były krociutkie, z trzydzieści centymetrów, ale i tak nie podołałam. Jakoś mój rozsądek zawsze był silniejszy niż dziecięcy pęd za rozrywką i wrażeniami ;) Nawet jak pojechaliśmy na działkę dziadków Grzyba to bałam się wleźć na dach altanki. Ziemia zawsze była moim ulubionym podłożem. W piaskownicy budowałyśmy dom, a w ogródku pod klatką zrobilysmy... Ogródek, tylko, że z warzywami. Z patyków nawet skonstruowalysmy ogrodzenie... Które następnego dnia rano sprzątaczka nam sprzatnela. Nawet próby sadzenia drzew czy słoneczników (specjalnie z garaży opony targałysmy!) spełzły na niczym, bo france albo za daleko zajechały kosiarką, albo złośliwie wyrwały z korzeniami naszą wiśnię. Była też baza pod balkonami, gdzie znosilysmy tonę ślimaków z okolic. Poryczałam się jak dzidzi, gdy przypadkiem jednego rozdeptałam ;) I pamiętam kąpanie lalek Barbie w kałużach po ledwie stopniałym śniegu. I kursy z wózkami dookoła bloku.
Patrzę za okno. Na górce zaledwie trójka saneczkowców. Co współczesne dzieci będą wspominać, gdy choroba przyszpili ich do łóżek?

sobota, 3 stycznia 2015

Kac morderca.

Trzeci dzień spędzony w większej części w łóżku. Kac pochemiczny sponiewieral mną aż (nie)miło. Do tego w najgorszej z możliwych konstelacji - przeziębienie plus chemia. Nie wiem, czemu ten zestaw jest aż tak brutalny, dlaczego aż tak niszczy zakończenia nerwowe... Nie wiem.
Zaczyna się w nocy, od bólu stóp. Wykręca kostki, przechodzi ścięgiem prostym na łydki i uda. Ale najgorsza jest miednica. Dosłownie czuję jak małe wredne alienki rozrywają mi kości na strzępy, śmiejąc się przy tym opętańczo. W wyniku braku kodeiny w domu ląduje w wannie pełnej gorącej wody. Kręgosłup odpuszcza... Ale oskrzela się buntują. Zaczynam się podduszać. Cherlam jak starowinka, fragmenty wydzieliny z oskrzeli katują podniebienie. W końcu mdłości zwyciężają. Ląduje przed Panem Tronem, oddając mu głęboki pokłon. Jednocześnie żołądek zauważa, że stał się chorobliwie pusty. I zaczyna zawodzic - "jeść, jeść, jeść!". Głód na sterydach jest okropny, działa niemal jak ból. Dosłownie wykręca trzewia. Po kilkudziesieciu minutach męki zasypiam. Wstaje rano. Szukam wzrokiem czegoś mokrego i kwaśnego. Na podniebieniu Hiroszima, kości dalej łupią. Ale jest lepiej, bo... Bo wiem, że jutro będzie lepiej. Musi być.
Małymi kroczkami przed siebie...
A tak chciałam w ten weekend skoczyć na basen. Albo do kina chociaż.
Ale łóżko mnie wzywa. Zniewala. Pozbawia złudzeń.

wtorek, 30 grudnia 2014

HATE!!!

Czasami mam ochotę załatwić sobie jakiąś siekiere, maczugę, karabin... tasak chociaż i zapierdolić każdego w tym jebanym szpitalu. Sił brak, witki opadają. Sama nie wiem, co jeszcze. Przyjeżdżam z samego rana, tylko po to, aby ignorować mnie aż do godziny 12. Lekarz mówi, że platyny dzisiaj nie będzie. A jednak wypisuje na nią zlecenie. I marzenie o trzygodzinnej chemii poszło się paść na zieloną łąkę. Chemię podłączyli około 14. Skończy się po 22... Ale nie dam się tu zamknąć na noc. Tylko ścieknie mi tabliczka Mendelejewa to śmigam do domciu. Nawet, jeżeli mam wrócić o północy. Nie chcę tu dzisiaj zostawać...
W słuchawkach napierpapierdziela Korn. Wysysam życie z woreczków.
Ssssssss....
Odnalazłam w sobie młodzieńczy bunt, nastoletnią nienawiść.
Więcej Korna.
To gdzie mój tasak?

poniedziałek, 8 grudnia 2014

Kryzys

Oj, dawno mnie już tak chemia nie sponiewierała. Cały dzień przeleżałam w łóżku, a i tak zasypiam na kanapie. Nie wspomnę o tym, że zaalienowana wątroba postanowiła przypomnieć mi, że istnieje i że mam się leczyć i o siebie dbać. W gębie powstała znowuż Hiroszima, nogi napuchły jak wielkie golony gotowane w piwie, a prawie ramie daje objawy złamania. Nie lubię sponiewierających chemii!

Wracam do leżakowania. Świat poczeka, aż będę zdatna do użytku. Prawda?

piątek, 5 grudnia 2014

Pierwsza akcja pt. "Szpital Onkologiczny"

Ha! Przeżyłam pierwsze lądowanie na chemii na oddziale onkologicznym. Psychicznie nieco ciężkawo było - no bo to już nie jest leczenie raz dwa i po krzyku, a jednak pełna noc w szpitalu. Ale jestem bardzo zadowolona - chemia skończyła mi się już jak spałam, pielęgniarka mnie obudziła około północy. Później około 3:00 lekkie sensacje żołądkowe pt. "sok bananowy był bardzo złym pomysłem, trzeba się go pozbyć i to szybko", ale jedna strzykawa lekarstwa i byłam jak nowa, spałam aż do 8! Co mi się nie zdarza w szpitalach, zwykle pierwsza na sali wstaję :)

Dzisiaj rano odwiedziła nas dietetyczka (!). Pierwszy raz spotkałam się z dietetykiem, który po prostu chodzi po salach i odpowiada na pytania. Rozmowa dała mi niezłego kopa :) Podobnie książka, którą wysłała mi znajoma jeszcze z czasów liceum... I tak myślę, że to chyba czas najwyższy troszkę o siebie zadbać. Wcinanie samych lodów, czipsów i czekolady zbyt zdrowe nie jest. Aż mam ochotę wtrynić kawałek sałaty z oliwą i pomidorkiem ;P Poza tym, oficjalnie obiecuję, zacząć się troszkę ruszać. Od pół roku niemal ciągle siedzę na tyłku, a to też zbyt fajne nie jest. Ale zmienimy to. Mam idealnego trenera w postaci Jeszcze Kawalera (tudzież jeszcze trenera w postaci idealnego kawalera? ;)). Razem damy radę! :)))


Poza tym ZUS przysłał zapomniane uzasadnienie nieprzyznania świadczeń rehabilitacyjnych. Ponad dwa tygodnie po orzeczeniu lekarskim. Coś czuję, że to telewizja im przypomniała, że coś pominęli...
Mamuśkowata właśnie wraca z ZUSu. Podobno już udało się złożyć wniosek na rentę. Teraz czekać, aż rozpatrzą i aż prześlą jakąś kasę. Podobno czasami trwa to nawet do trzech miesięcy.
No cóż. Pozostaje produkować dużo kolczyków :) Bo budżet znowuż napięty. Zapomniałam, ile kosztuje jeżdżenie samochodem - sześć kursów do Katowic, trzy tankowania i znowu na rezerwie siedzimy. Ale damy radę. Damy. Musimy!

Pozdrawiam cieplutko w ten zimniasty dzień!