Pokazywanie postów oznaczonych etykietą żyj bardziej. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą żyj bardziej. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 4 lutego 2019

Początek roku

Od miesiąca się nie odzywam, co? ;)

Styczeń był bardzo aktywny. Miałam komisję ZUS, przedłużyli mi rentę o 2 lata. Niestety samej renty nie dostałam (w lutym nadpłacą), więc trzeba było kombinować.
Wróciłam do robienia maskotek, tak na pełen etat (a dokładniej na pół etatu ;)). I okazuje się, że jestem w stanie zarobić dokładnie tyle samo, ile dostawałam wypłaty.
Ktoś mi tu wyrzucał z półtora roku temu, że powinnam wziąć się do prawdziwej pracy... A tu taki psikus, interes kwitnie, moja działalność nierejestrowana (w pełni legalna, ha!) cudnie się rozwija.
Przez to zostaje mi bardzo mało czasu na pisanie. W sumie nawet nie bardzo mam o czym pisać. Jutro miałam jechać na chemię, ale właśnie próbuję się dodzwonić do szpitala i ją przełożyć. Grypsko mnie rozłożyło, mam stan podgorączkowy od rana i jakoś czarno widzę tułanie się w tym stanie autobusami do Katowic. Wszystko mnie boli. Wszystko, łydki, uda, a najbardziej kręgosłup. I łeb ;)
Ale to znośny ból, taki z kategorii "czuję, że żyję ". Bóle stricte onkologiczne od grudnia trzymają się ode mnie z daleka. Chemia zaczęła działać - nie mam już zimnych potów, nie męczę się tak szybko, zaczynam trochę logiczniej myśleć, wątroba i jajniki siedzą cicho.
Percepcyjnie ujmując - czuję się zdrowa. No. Poza tym cholernym katarem.

A już 15 lutego do kin wchodzi trzecia część "Jsk wytresować smoka"! Nie umiem się doczekać :)))

Tulam Was ciepło i pamiętam :)

wtorek, 17 października 2017

Stare dobre metody... :)

Notka w trybie podobnym, co na początku bloga:
Leżę już od godziny w łóżeczku, nie umiem zasnąć, ale stan podgorączkowy mocno trzyma mnie pod kołdrą.
Dzisiaj chyba dosięgłam dna paraboli codzienności, więc powinno być już tylko lepiej.
Wypiłam syropek z kwiatów czarnego bzu, popiłam syropem z młodych pędów sosny i... Trochę lepiej.
Obiecuję sobie, że w maju i czerwcu nazbieram jednego i drugiego i sama zrobię taki syropek - są wyborne, a i podobno mają właściwości magiczne lecznicze.
Włącza mi się tryb wiedźmy. Przypominam sobie czasy, gdy latałam po okolicznych polach i łąkach, lasach i parkach w poszukiwaniu szczawiu na zupę, czy liści orzecha do farbowania włosów. A i rumianek zbierałam, żeby domowy szampon zrobić ;D
Tak, domowa magia to fajna sprawa :)


W pracy jakoś leci, nie czuję się już zupełnie jak "ta nowa" ;) Ba! Wręcz irytuje mnie, gdy ktoś mnie pilnuje i patrzy na ręce. Wolę sama rozwiązywać problemy.
Krzysiek (czyli Już Nie Kawaler) jest ze mnie strasznie dumny. Czasami aż chce mi się płakać z radości, gdy widzę jego szczęście :)
Szczęśliwy Krzyś = spolegliwy Krzyś = szczęśliwa Lucynka ;p
Bez bólu udało mi się go przekonać do zakupu pewnego sprzętu domowego, o którym od lat marzę. Do tego obiecał mi coś, o czym zawsze marzyłam, ale w najśmielszych snach nie przypuszczałam, że te fantazje się spełniają.
Potrzymam Cię trochę w niewiedzy, bo zwykle chwalenie się na wyrost przynosi pecha ;)

Wracając do pracy:
Wiesz, co jest w niej najlepsze? (poza wypłatą, oczywiście ;))
Nikt nie wie, że jestem chora. No dobra, kilku najbliższym znajomym powiedziałam, ale... Ale nie ma u nich litości. Jest podziw, siła, nadzieja.
Wzbudzam nadzieję, czujesz to?!
Osiągnęłam swój cel - jestem taka, jak być chciałam. Wywołuję emocje, jakie pragnęłam wywoływać!
Ale klienci... Oni nie wiedzą. Nic nie wiedzą!
Dla nich jestem po prostu uśmiechniętą i pogodną osóbką po drugiej stronie kasy.
Taka konspiracja! ;)
Nie twierdzę, że zawsze jest lekko. Szczególnie teraz, gdy co kilka dni przypomina mi o sobie przeziębienie. Miewam też czarne myśli, typu "nie przedłużą mi umowy!" albo "nie dam rady, cholera, nie dam!".
Jednak zaciskam mocno zęby, po chwili znów się uśmiecham i... Żyję.
Jak nie będą mnie chcieli tu, to pójdę pracować gdzieś indziej.
Grunt, że jestem, kocham, żyję i... Znowu czuję się potrzebna światu.
Niesamowite uczucie! :)

Zróbisz coś dla mnie?
Uśmiechnij się. A później... Później będzie już łatwiej :)

Migawka z ostatnich dni:



czwartek, 14 września 2017

Prysznic, remedium na zło całego świata ;)

Woda to magia. Taka płynna magia, która może leczyć i ciało, i duszę.
Pewnie myślisz, co znowu ta Lucyriatka (Lucyna + wariatka ;)) wymyśliła, ale rozczaruję Cię - nie ja to wymyśliłam. Chociaż praktykuję. Namiętnie i z pasją!


Nie od dzisiaj wiadomo, że woda rozluźnia mięśnie.
Ludzkie ciało składa się w około 60% z wody, ale nasz mózg ma jej aż 80%!
Warto ten fakt wykorzystać, masując nie tylko powłokę zewnętrzną, ale i umysł :)

Przy wszelakich bólach mięśniowych, kostnych, reumatycznych (yhy, nie mam jeszcze 30 lat, a już początki reumatyzmu - wiwat chemioterapia!) preferuję gorący prysznic.
No, niezbyt gorący, żeby pikawa mi nie stanęła. Albo nie wybuchła.
Za to na urazy polecam chłodny prysznic.
Na brak energii? Prysznic.
Na zły humor? Prysznic.
Wolałabym kąpiel, ale nie posiadamy wanny (jeśli ją masz to zazdraszam!). Pozostają mi tylko różne konfiguracje prysznicowe.
Mogę sobie usiąść. Mogę stać. Mogę się oprzeć o ścianę.
Przy epizodach bólowych biorę nawet dziesięć pryszniców dziennie!
No, nie liczyłam, ale średnio co 40 minut moczę tyłek. I to działa :)

Moim sprawdzonym patentem jest łyknięcie przeciwbólków, skoczenie do gorącej wody, ubranie się w cieplutką piżamkę i zakopanie się w łóżku.
Lekkie bóle, którym bliżej do dyskomfortu, traktuję samym gorącym prysznicem.

Innym atutem tej metody jest możliwość połączenia hydroterapii z aromaterapią. I strukturoterapią (nie wiem, czy takie coś zostało kiedykolwiek nazwane i czy istnieje na to jakaś naukowa nazwa ;)).
Moim hitem ostatnimi czasy jest balsam pod prysznic Palmolive - jeden o zapachu mięty, a drugi czekolady.
Już pal licho zapachy - one mają... konsystencję budyniu!
Kto nigdy nie marzył o kąpieli w budyniu?!
W czekoladowym budyniu...
Do tego pieni się jak szalony. I pachnie. Długo. Mocno.
Aż pyszczek mi się śmieje na samą myśl :)
(dla formalności - żel kupiłam sama i nikt nie płaci mi za reklamę, on po protu jest fantastyczny!)

Łazienka jest dla mnie azylem spokoju.
Zamykając za sobą drzwi kabiny, zamykam się przed całym światem. 
Mam gdzieś wojny, głód, cierpienie, chorobę, wrednych ludzi, sytuację gospodarczą, problemy finansowe.
Jestem tylko ja i woda.
Jej szum, ciepło, zapach kosmetyków, miękkość gąbki...
Nie liczy się nic więcej.

Spróbuj. Warto :)
A już w poniedziałek zapraszam na nową notkę :)

poniedziałek, 11 września 2017

Stres = ból

Pisałam Wam o wpływie stresu na ból. Zaczęłam tworzyć kolejne notki o odstresowaniu, ale za każdym razem zbaczam na temat bólu. Metody relaksacji to też metody walki z bólem.
Bo, w sumie, oba tematy są tożsame.
Żeby to przyznać potrzebna jest odwaga i wzięcie odpowiedzialności za swoje życie.
Wiem, że łatwiej i szybciej byłoby żyć na haju, brać przeciwbólki, dryfować w nurcie codzienności.
Jednak ja chcę być sobą, a nie przećpaną wersją siebie.


Nie będę ukrywać, że ograniczam spożycie leków do minimum.
Lepiej się czuję.
Żyję z czystym, niezaćmionym lekami, umysłem. 
Jestem w pełni poczytalna i w pełni jestem sobą.

Bo leki jednak robią dziwne kuku - nawet ich niewielkie ilości mają ogromny wpływ na układ pokarmowy, nerwowy, a nawet pokuszę się o stwierdzenie, że zaburzają osobowość.
No i uzależnić się jest dużo łatwiej, niż można by przypuszczać.
I niech lekarze mówią, że to nieprawda, ble ble ble, sprawdziłam na swoim własnym, udręczonym ciałku.
Już trzeci dzień na lekach sprawia, że jestem apatyczna, nerwowa, do tego odczuwam silną potrzebę sięgnięcia po kolejną dawkę, nawet jeśli nic mnie nie boli.
Dlatego szukam alternatyw w leczeniu bólu. Wiem już, że stres = ból. Pewnie sprawia to napięcie mięśniowe.
Walka ze stresem jest jednocześnie walką z bólem.
Walka z bólem jest też walką ze stresem.
Nie da się wykluczyć jednego, bez ingerencji w drugie.
To zamknięty krąg.
Choroby nowotworowe są źródłem OGROMNEGO stresu. I źródłem bólu.
Śmieszy mnie czasami to, że dopóki nie wiedziałam o przerzutach na kręgosłup to on mnie nie bolał.
Dowiedziałam się o nich i DUP - bolał co chwilę.
Im bardziej zagłębiałam się w metody relaksacyjne, tym mniej leków musiałam łykać.
Teraz jedynie największe ataki bólu traktuję lekarstwami.
Dopóki jestem w stanie myśleć to kombinuję, jak pozbyć się problemu w naturalny sposób.

Dlatego też seria o walce ze stresem będzie też serią o walce z bólem.
Jedno i drugie jest ze sobą splecione niewiarygodnie skomplikowanym węzłem - łatwiej jest pozbyć się obu, niż walczyć z każdym z osobna ;)

W czwartek o 18:00 zapraszam Cię na wpis o wodzie, a dokładniej o prysznicach i kąpielach.
Coś, co uwielbiam! :)

czwartek, 7 września 2017

Antystresant - akwarium :)

W poprzednim poście obiecałam Wam napisać kilka metod na walkę ze stresem.
Planowałam jedną notkę zbiorczą, ale okazało się, że mam tego tyle w zapasie, iż spokojnie mogę stworzyć cały cykl.


Miało być dzisiaj coś innego, ale... No właśnie :D

Od poniedziałku Krzyś miał wolne w pracy.
No i stało się to, co planowaliśmy już niemal od trzech lat.
Zupełnie zmieniliśmy biotop w naszym akwarium. I wystrój. I obsadę. I wszystko!
Wyglądało to tak:



Wstyd się przyznać, ale zrobiła się nam straszna "zupa rybna".
Mieliśmy tam wszystko, od skalarów, przez gurami, po pielęgniczki.
No tragedyja na kółkach (a raczej "w szkle").
Zakasaliśmy rękawy, odłowiliśmy rybki. W sumie na trzy raty, bo dużo ich było.
Wymieniliśmy starą obsadę na nową. No i... jazda!






Po dwóch dniach pracy mamy to:









Wieczorami, zmienia się to na:


Na zdjęciach tego aż tak nie widać, ale...
mamy mały, prywatny kawałek jeziora u siebie w domu :)

Jak działa na człowieka akwarium?
Jeżeli podejdziesz do tego z głową i wiedzą to masz pełen relaks. Patrzysz i czujesz dumę. Odpływasz przy szumie wody i tańczących rybkach...
Szybko doczekasz się małych rybek, a wtedy duma rośnie razy pięć.
Młode rybki możesz w sklepie zoologicznym wymienić na lepszy sprzęt czy jedzenie. W ten sposób właśnie udało się nam bardzo niskim kosztem stworzyć Malawi :)
Wiele osób (szczególnie tych, które akwarium w życiu nie miały) twierdzą, że akwarystyka jest nudna. Nie jest :)
Jest relaksująca i masująca umysł bąbelkami z pompek :D

Wczoraj byliśmy w hurtowni elektrycznej.
Okazało się, że ponad połowa jej pracowników ma w domu akwaria!
Wpadliśmy tam dosłownie na chwilkę (po zasilacz do LEDów ;)), a siedzieliśmy ponad pół godziny, bo rozgorzała dyskusja o naszych szkiełkach!
Wiedziałam, że psiarze dogadują się z psiarzami, kociarze z kociarzami, ale nie wiedziałam, że tak samo działa to w przypadku akwariów.
Dodatkowo na Facebooku jest mnóstwo grup o akwarystyce, gdzie w każdej chwili można poprosić o pomoc, lub po prostu pochwalić się rybkami.
Lubię się chwalić rybkami.
Szczególnie tym, że pamiętam ich łacińskie nazwy ;P
(Aulonocara Fire Fish, Cynotilapia zebroides Likoma Red Top, Labidochromis caeruleus Lion’s Cove ;))

Zaczynając zabawę w "akwarystykę na swoim" nie sądziłam, że stanie się to naszym wspólnym hobby. Pół naszego życia kręci się wokół akwariów, drugie pół wokół kotów i psa. Świetny sposób na to, żeby zapomnieć o całym świecie (nie tylko o stresie).

Chcecie zacząć zabawę w akwarium?
Polecam zacząć od akwarium 30-40l z bojownikiem. Bojowniki są piękne i mało wymagające.
Potrzebujesz na start tylko akwarium, grzałki, filtra, opakowania żwirku i z dwóch roślinek. No i bojownika ;)
Inną obsadą na start są gupiki. Mnożą się jak szalone, do tego są żwawe, kolorowe i przeżyją nawet w kałuży.

Nie będę pisać o tym, jak zakładać akwarium, bo o tym jest mnóstwo stron w internecie (tylko pamiętajcie: nie słuchajcie sprzedawców w sklepach zoologicznych - 90% z nich nie ma zielonego pojęcia o tym, co sprzedaje; pozostałe 10% wie, co sprzedaje, ale chce sprzedać wszystko, jak leci).
Zarzucę tylko linkiem - klik!
Tam dowiecie się wszystkiego, co jest konieczne przy starcie akwarium.
Nie bójcie się ilości tekstu - w praktyce wszystko jest dużo prostsze :)

Tak oto udało mi się odhaczyć post o odstresowaniu i aktualizację stanu akwariów za jednym razem, taka zdolna jestem! :D

Widzimy się ponownie w poniedziałek o 18:00! :)

piątek, 25 sierpnia 2017

Żyć z wizją końca?

Od dłuższego czasu staram się rozwijać. Wiecie, stan rolki papieru toaletowego ;)
Czytuję sobie różne książki, słucham podcastów i audiobooków i jakoś to leci.

Ostatnio trafiłam na książkę Stephana Coveya "7 nawyków skutecznego działania".
Drugi nawyk zatrząsł posadami mojego świata...

Mówi się, że trzeba żyć, jakby jutra miało nie być.
Żyć, jakby to był ostatni dzień Twojego życia.

Rozumiałam to zawsze jako... no... "rzucić wszystko w pizdu i pojechać w Bieszczady... albo na Bora Bora".
Skakać ze spadochronem, latać helikopterem, jeździć szybko samochodem, sprzedać dom, rozpieprzyć całą kasę na przyjemności codzienne.
Nie chciałam tak żyć. Nie chciałabym zostać zapamiętana jako tchórz, który spieprzył, bo bał się śmierci.

Wracając do książki.
Druga zasada brzmi: "Zaczynaj z wizją końca".
Łzy stanęły mi w oczach, gdy to zobaczyłam. Bo... ja nie chcę pamiętać o tym, że mogę umrzeć. Chcę całą sobą zapomnieć o tym raz na zawsze, pożegnać owe widmo ciążące mi każdego dnia.
A jednak okazuje się, że te widmo może być pozytywne.

Co by było, gdyby "żyć, jakby jutro miało nie nadejść" oznaczało "żyć, aby zapamiętano cię tak, jak chcesz być zapamiętany"?
Klepki we łbie się przewracają, otwierają, zatrzaskują z głośnym hukiem, następuje zmiana priorytetów i... zdajesz sobie sprawę, że to ma sens.

Niczego mnie ta rada nie nauczyła. Bo już z niej korzystam.
Wybieranie priorytetów, skupianie się na rzeczach ważnych, wyrzucanie z życia tego, co zbędne.
Dowiedziałam się jednego:
warto żyć tak, jakby jutra miało nie być.

Co do książki - polecam! :)



czwartek, 24 sierpnia 2017

Każdy mądry, kto tego nie przeżyje.

Jakiś czas temu ściągnęłam sobie aplikację na telefon. Taka sobie, ot, zlicza kalorie zjedzone i spalone. Jednak dodatkowym jej atutem (tak myślałam!) była możliwość dzielenia się posiłkami, uzupełniania dziennika diety, dzielenia się przemyśleniami z całą społecznością korzystającą z tej aplikacji.

No to jazda, uwielbiam takie rzeczy! Napaliłam się jak kocur w marcu, grzecznie pisałam, co jem (chociaż nie zawsze jestem taka grzeczna), chwaliłam się zdjęciami z mojej metamorfozy, komentowałam i wspierałam innych.
Do czasu.
W końcu pochwaliłam się moją tabelką dietetyczną (z tej notki). Rozgorzała taka dyskusja, że aż sama nie dowierzałam!

Komentarze typu "no pewnie człowiek pierwotny latał po lesie z notesem i długopisem", albo "jesz, kiedy chcesz, po co to zapisywać" nieco mnie podburzyły, ale nie dawałam się.
Na swoje nieszczęście pochwaliłam się chorobą.
Oj, okazało się, że jest tam tyyyylu lekarzy!
Nagle znaleźli się mędrcy, którzy stwierdzili, że sama sobie tego raka karmię (tymi ogórkami, czy może pomidorami? albo może chlebem pełnoziarnistym?), że powinnam przejść na dietę ketogenną (czyli wchłaniać ogromne ilości tłuszczu i mięsa).
A gdy już napomknęłam, że najchętniej bym przeszła na pełny wegetarianizm, bo nie lubię mięsa to... no nie było już ciekawie.

I tak się zastanawiam, co ludzie mają w głowach.
Dlaczego próbują nakłonić innych do życia według obcych zasad.
Dlaczego są tak zamknięci?
Dlaczego traktują innych jak półmózgie yeti?
Dlaczego reagują agresją na odmienne poglądy?

I tak zrezygnowałam z tej aplikacji. Może głupio się przyznałam do choroby.
Zawsze pomstowałam na innych, czemu nie przyznają się do raka.
Już wiem.
Gdybym wiedziała, jakie reakcje wywoła ta informacja to... też bym się nie przyznawała.

Jestem chora, ale to nie znaczy, że każdy ma prawo dyktować mi drogi leczenia, zachowania, diety, ćwiczeń.
Jestem chora, ale nie jestem przez to gorsza czy słabsza.
Jestem chora, ale żyję, czuję i myślę.
Dalej jestem człowiekiem.

Nie chcę nikomu zawadzać, nie chcę się z nikim kłócić, ale...
Dajcie mi żyć po mojemu.
To moje życie, moje decyzje i nikomu nic do tego.
I tak zrobię, co będę chciała.

A właśnie chcę zjeść frytki. Dużo frytek. Na pocieszenie, o!


wtorek, 22 sierpnia 2017

Wstać i żyć - nie takie proste.

Wiem, że zagląda tu mnóstwo osób chorych na wszelakie paskudztwa. Zdaję sobie też sprawę z tego, jak cierpi psychika, gdy jest się przez kilka(naście) miesięcy przykutym do łóżka.
Opieka medyczna umywa ręce w momencie, gdy przestają leczyć ciało. Możesz latać do psychologa, ale... gdy jest z Tobą źle to zwyczajnie Ci się nie chce. Albo nie masz siły.

Kilka miesięcy spędziłam w stadium półroślinnym.
Spałam, wstawałam, przenosiłam się na rozkładany fotel w dużym pokoju i... spałam dalej.
Podobało mi się to? Nie, absolutnie. Ale nie miałam najmniejszej motywacji do zrobienia czegokolwiek.
Moim wybawieniem okazał się... notes i długopis.
Jak dziś pamiętam pierwszą listę zadań, którą w nim napisałam:
- wstać
- złożyć fotel
- zjeść śniadanie na siedząco
- zadzwonić do Mamy
- zadzwonić do Krzysia.

Dzień później do listy dorzuciłam:
- obejrzeć Shreka.

Kolejny dzień później:
- przeczytać "Małego Księcia".

Po jakimś tygodniu napisałam: "Założyć bloga".

Z dnia na dzień dorzucałam sobie zadań. Nie były ambitne. Były wręcz banalne, ale dzięki temu kładłam się wieczorem do łóżka z myślą, że zrobiłam wszystko, co chciałam.


Od tamtej pory ja i notesik jesteśmy nierozłączni. Nastał już bodajże szósty zastępca pierwszego notatnika, a ja powoli wracam do żywych. Bardzo żywych.

Z czasem zaczęłam rysować tabelki na miesiąc i tydzień, żebym mogła cokolwiek zaplanować. Pojawiły się całe projekty, plany diety i treningów.

Dopiero później, dużo później, dowiedziałam się, że taki system nazywa się Bullet Journal (klik!).
No i bujam się z nim już z trzy lata. Jest moim przyjacielem. Leczy moją wodę w mózgu, powoli zamieniając ją na olej.
Zapisuję wszystko, co wydaje mi się ważne, żeby już o niczym nie zapominać.
Bo powiem Wam, że po chemii to ja czasami nawet zapominałam, jaki mamy nie tylko dzień tygodnia, ale nawet miesiąc czy rok!
Teraz zapisuję, co jem, co piję, ile ćwiczę, do kogo mam się odezwać, kiedy opłacić rachunki, co w domu wymaga zrobienia, kto u mnie coś zamówił, wszelakie terminy. System ciągle doskonalę.
90% notek powstało najpierw w moim plannerku.

Jak wspiszecie w Googlach "bullet journal" to wyskoczą Wam zdjęcia pięknie prowadzonych, kolorowych notatników, gdzie wszystko ma swoją tabelkę, rubryczkę, obrazek.
Mój wygląda raczej jak brudnopis, jest czarno-niebieski, czasami pojawi się w nim jakaś zagubiona naklejka. Ale działa. I o to w tym chodzi :)

Najładniejsza z moich tabelek:


 A to aktualny tracker diety: na fioletowo zaznaczone godziny snu, pionowymi czarnymi kreskami zaznaczam posiłki, wpisuję też ilość wypitej kawy i wody, zjedzone kcal i spalone kcal. Taka tabelka pomaga mi trzymać się w ryzach ;)


Zwykle po prostu piszę, bazgrolę. Raz-dwa razy na tydzień biorę zakreślacz i zaznaczam rzeczy, które rzeczywiście są ważne.

Polecam taki planer z całego serca. Dlaczego?
Bo na pewno masz w domu narzędzia, których potrzebujesz: kawałek kartki i coś do pisania.
Fizycznie potrzebujesz tylko tych dwóch rzeczy, aby wrócić do normalności.
Cała reszta zależy od Ciebie.
Notatnik jest Twoją wędką - co z nią zrobisz, zależy tylko od Ciebie :)


wtorek, 6 czerwca 2017

Obserwacje własne

Mężny stwierdził, że to dobry temat do poruszenia na blogu, więc... ruchu-ruch, ruszam!
W weekend spotkaliśmy się z przyjaciółmi.
Jakoś tak temat zszedł na sporty, a później na bieganie.
I tak, na cztery osoby, każdy miał inne podejście i inne nastawienie do biegania!

ja i Agula - czujemy wolność, rozumiemy ją, ćwiczymy dla przyjemności, dla poczucia spełnienia - nie zwracamy uwagi na wyniki;
Agula mogłaby zacząć biegać od razu, ale jest stworzeniem stadnym i chce biegać z kimś;
ja jestem samotnikiem i niestety, no, ważę za dużo, aby od razu wskoczyć w buty i biec w las ;)

Marcinek - rozwala temat biegania na czynniki pierwsze - buty, nawierzchnia, oddech, stawy, technika; cały czas odwleka zrobienie czegoś, perfekcjonista aż do bólu, ma słabą motywację, bo rozpraszają go drobne sprawy, chciałby od razu robić wszystko idealnie;

Krzyś - gotowy był od razu wskoczyć w buty i biec :D ale pod warunkiem, że będzie miał z kim konkurować! zrobi wszystko, aby tylko być najlepszy, aby pokazać, że on może, jednak po osiągnięciu celu opada i musi odpocząć. Zwykle ten odpoczynek trwa kilka lat. Jeżeli nie ma konkurencji, jeżeli nie ma wyzwania - nie robi nic.

Typów osobowości są setki, tysiące, miliony.
Ale tu miałam taką fajną grupę kontrolną ;)

Wyobraźmy sobie teraz, że wszyscy obiecaliśmy sobie za rok przebiec półmaraton.
Powiedzmy, że mamy możliwość biegać razem (już mi się to nie podoba ;P).
Agula wyciąga wszystkich, bo ma wysoką motywację i chce już teraz!
Marcinek nie ma wyjścia, musi wypełznąć z domu, bo ciągnie go Prawie Żona. Dba za to o technikę i zdrowie całej grupy.
Krzyś konkuruje z każdym po kolei. Nie da po sobie poznać, że coś sprawia mu trudność. Może chciałby na raz przebiec 20km, ale stopuje go Marcinek.
Aga dodaje wszystkim motywacji.
Jest równowaga!

I tu dochodzimy do wniosków:
- aby wyzwanie miało sens, musi być wyzwaniem
- aby wyzwanie było zdrowe, musi być hamulec rozsądku,
- aby wyzwanie się realizowało, musi mieć kopa motywacji i dawać PRZYJEMNOŚĆ!

Jeżeli już widzisz, w której dziedzinie przodujesz to... wiesz, co musisz jeszcze rozwinąć. Co w sobie wytrenować. Na czym się skupić.
 PRZYJEMNOŚĆ, ROZWAGA i MOTYWACJA powinny być w idealnej harmonii.
A jeżeli czegoś Ci brakuje to... znajdź kogoś, kto to posiada i ma podobny cel.
Po to mamy bliskich, aby tworzyć z nimi zespół :)

Więcej wniosków wyciągnijcie sami, przecież nie będę Wam podawała wszystkiego na tacy... :D

I jeszcze zdjęcie z owego wieczoru:

Yhym, nowym telefonkiem! Takie zdjęcia robi, takie!
Aż mój Instagram odżył :D

* * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * *
SMS na numer 75 165 o treści: POMOC 6742
czyni mój świat lepszym :)

wtorek, 23 maja 2017

Jak się widzisz, tak się piszesz - o diecie i zdrowiu, cz. 2

Zauważyłam dziwną tendencję u ludzi (w tym, oczywiście u siebie - też jestem człowiekiem ;)): degradujemy własną wartość.

W naszej kulturze przyjęło się, że trzeba być skromnym, nie można dbać o wygląd (bo to pod narcyzm podpada), nie można lubić siebie. Trzeba ciągle umniejszać własną osobę, swoje osiągnięcia i umiejętności, inaczej jesteś postrzegany jako arogancki i zadufany w sobie.

Na szczycie swoich wartości postawiłam zdrowie. (tutaj sposób na wybieranie wartości)
Ale czasem zapominam o jednym:
Zdrowie to nie tylko bebechy. 
Na zdrowie składają się owe flaczki, ale także skóra, włosy, paznokcie, umysł, dusza, emocje. Wszystko.

I mimo tego, że to zdrowie jest dla mnie najważniejsze to... dzień zaczynałam od sprzątania.
Tak, od sprzątania.
Nie od śniadania, nie spaceru, nie prysznica. Od sprzątania.

Tu się kłania egoizm. Taki zdrowy, perfidny egoizm. Ćwiczę go i trenuję, jak mięsień.
Żeby nie siedzieć po nocach, wyszywając (sen jest zdrowy!).
Żeby smarować się kremami (skóra to też organ!).
Żeby dopieścić zmysły (przeca i nos i oczy i skóra i wszo inne to też organy - zaliczają się do zdrowia!).
Uczę się odpuszczać (psychika mi dziękuje, niemal na kolanach).

Mimo, że na drugim miejscu, zaraz po zdrowiu, wrzuciłam miłość to... zajeżdżałam się sprzątaniem tak, że gdy Tofik wracał z pracy to nawet nie miałam siły, żeby wyjść z nim na spacer.
Ba! Nawet gadać nie miałam siły!

Umiem już odpuszczać. Ale to nie tak, że umiem i koniec, kropka, jestem zajebista.
Ta umiejętność ma kolejne poziomy.
Czasami trzeba zrezygnować z czegoś, aby mieć coś innego.
I tak zrezygnowałam z usilnego rozwijania bloga... Bo przypomniałam sobie, po co go zakładałam.
Nie po to, aby mieć siedem tysięcy obserwatorów. Nie po to, aby mieć setki komentarzy i tysiące wejść dziennie.
Zakładałam go, bo kocham pisać. Lubię dzielić się szczęściem. Uczyć szczęścia.
Nie chcę być zmuszana do pisania. Chcę być wolna. 
Bo... to wolność dałam na trzecie miejsce.
Na czwartym jest harmonia.
Na piątym radość.
Dopiero na szóstym tkwi sobie pasja.

Powiem Wam, że takie postępowanie według ustalonych wartości ma głęboki sens. I daje poczucie spełnienia.
Nie musisz sobie niczego wypominać, niczego tłumaczyć. Wytłumaczyłeś sobie już dawno, tworząc hierarchię swoich wartości. Teraz tylko wcielasz to w życie.

I tak zabijam poczucie winy, gdy po raz kolejny nasmarowałam się toną kremów i balsamów (a pranie dalej nie powieszone). Zdrowie, radość. Harmonia ciała i duszy.
Nawet w planerze (a dokładniej - bullet journalu ;)) każdego dnia wpisuję trzy przyjemności, które MUSZĘ sobie danego dnia sprawić.
Po co żyć, kiedy życie nie daje szczęścia i radości?
A i jedno i drugie to NASZE emocje, więc to MY musimy sobie o nie zadbać.

Spróbujcie, warto :)
Co ma ten wpis wspólnego z odchudzaniem?
Jeżeli gdzieś na przedzie Twoich wartości stoi zdrowie to... przecież wiesz. Frytki nie są zdrowe.
Nienawiść do swojego ciała nie jest zdrowa.
Smutek, przymus, ostry krytycyzm wobec siebie - nie są zdrowe.
Jeśli na dietę spojrzysz jak na dążenie ku zdrowemu ciału to... łatwiej będzie Ci przejść obojętnie obok czekolady.
Ale nie przesadzaj! Równowaga i przyjemności w życiu też są ważne :)
Grunt to... harmonia? :D

PS. Rzuciłam fejsbooka. Jestem tam tylko raz-dwa razy dziennie. (nie scrolluję tablicy, mam wyłączone powiadomienia, a ikonkę skrótu schowaną na samym końcu listy aplikacji - coby mi czasem nie wpadł w ręce, gdy mam fazę bezmyślnego działania ;)).
Zamiast tysiąca krzyżyków tygodniowo teraz stawiam... trzy i pół tysiąca.
Obiad mam gotowy o 14:00.
I chodzę spać przed północą. Wstaję o ósmej.

Dobrze mi z tym poczuciem wolności.
Odświeżające uczucie! :)))
* * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * *
SMS na numer 75 165 o treści: POMOC 6742
czyni mój świat lepszym :)

wtorek, 16 maja 2017

Odpuść sobie.

Znacie mnie, jedni lepiej, inni gorzej. Ale każdy z Was zdaje sobie sprawę z tego, że jestem zorganizowana aż do bólu. Przynajmniej się staram. Najchętniej rozplanowałabym sobie cały rok z góry ;)

Jednak nie zawsze da się podążać za planem.
Zwyczajnie buntuje się umysł, ciało, ego, wszystko. Czasem nawet i pogoda.
Co robić?
To, co ja teraz: odpuść sobie. Daj sobie dzień, dwa, trzy urlopu. Nie organizuj się przez ten czas, nie trzymaj się planów. Odpocznij (ale świadomie!), zbierz siły. Płyń z prądem.
A wyrzuty sumienia kopnij w tyłek.
Nie zawsze musisz się starać, nie zawsze musisz nadążać.


Właśnie jestem na etapie "odpuszczania". Robię dużo, owszem. Ale tylko to, co mam akurat ochotę zrobić. W piątek rozpoczęłam serię tomografii - należy mi się oddech i czas, aby zebrać znów siły.


I tak, jem teraz słodycze. I chrupki. I nawet piję Colę. Mam urlop. Do poniedziałku.
Wycisnę go jak cytrynkę ;)

* * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * *
SMS na numer 75 165 o treści: POMOC 6742
czyni mój świat lepszym :)

środa, 10 maja 2017

Czasokradzieje

Jakiś czas temu pisałam Wam, że jestem uzależniona i od anonimowe.pl i od Facebooka.
Nie zważałam na to, ile czasu tam spędzam, dopóki nie zaczęłam szczegółowo prowadzić planner (a dokładniej Bullet Journal, ale o tym też kiedyś napiszę ;)).
I ciągle ramy czasowe mi się nie domykały. Jakoś doba była krótka.
Nie miałam kiedy się ponudzić. A kiedy się nudzę, zwykle mam najbogatszą wyobraźnię ;)
Trzeba było odzyskać swoje "nudzimisię" i coś zrobić z nadmiarem czasopochłaniaczy.
Przeraziłam się.
Nawet próba kontrolowania czasu spędzanego w mediach społecznościowych spełzała na niczym. Miałam zajrzeć "tylko na chwilkę", a znikałam na dwie godziny.
Powiedziałam sobie dość. I znalazłam narzędzia do pomocy ;)
Oczywiście aplikacje, bo ja polegam w życiu na trzech rzeczach: notatkach, aplikacjach i wyobraźni ;)

AppBlock

Jak nazwa wskazuje - w wybranych godzinach blokuje wybrane aplikacje ;P
Parę razy się wkurzałam, próbując Messengera odpalić. Ale dałam za wygraną i poszłam pranie wstawić ;)
Teraz służy mi głównie do "wyciszania się" przed snem. Od 23 zablokowane jest wszystko, co mnie kusi. Tylko budziki odpalone (tia, do spania i budzenia mam w sumie 3 aplikacje... ale ciii... w końcu wstaję przed 12, więc działają ;)).


SleepTown

No skoro już o spaniu mowa... ;) To jest aplikacja, która, gdy śpisz i nie ruszasz telefonu, buduje miasto. Miasto się rozwala, jeśli nie wstaniesz w wybranych godzinach, albo nie prześpisz pełnych 8h. Przyznaję się - od trzech dni nie udało mi się nawet jednego domku postawić. Ale próbuję! :D


Forest: Stay Focused

Słodka aplikacja, w której sadzimy drzewko. Czas rośnięcia to od 1 minuty do dwóch godzin. Myk w tym, że jak uruchomisz zakazaną aplikację to drzewko umiera. I później w widoku dnia mamy takiego suchego badylka. Brzydkiego.
Ważne, aby w ustawieniach włączyć "whitelist" i wybrać aplikacje, z których można korzystać. Początkowo nawet odebranie telefonu zżerało mi roślinkę ;)


Tak ładnie wczoraj pracowałam... ;P

Co do roślinek - przędziorki wygenerowały inwazję na jednego z moich ulubionych kwiatków. Umyłam go w alkoholu i mydle... Mam nadzieję, że przeżyje.
Trzymajcie za niego kciuki!

Aaaa... I czekam na polecenie nowych aplikacji do testów. Tylko, błagam, nie dawajcie linków do gierek. Ja tu próbuję czas oszczędzać... A fajne gry zawsze kuszą ;P

PS. Wróciłam na dietkę, ale ciiii ;)

* * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * *
SMS na numer 75 165 o treści: POMOC 6742
czyni mój świat lepszym :)

sobota, 6 maja 2017

Nie jestem tolerancyjna

Uważam, że tolerancja jest przereklamowana. Każdy definiuje siebie jako osobę tolerancyjną (a potem, jakimś cudem, czuję na swoim wielorybim zadku zniesmaczone spojrzenia).
Wyobraź sobie, że rozmawiasz z przyjacielem, który ma wyraźny problem.
Na pocieszenie mówisz: "Toleruję cię".

Czy od "Toleruję cię" mu się poprawi?
Czy będzie czuł wsparcie?
Wątpię.

Mówiąc, że jesteś tolerancyjny mówisz, że wszystkich tolerujesz.
TOLERUJESZ.
Tolerować to można (albo i nie) gluten lub laktozę, a nie ludzi.

Ludzie potrzebują ZROZUMIENIA i AKCEPTACJI.
Kluczem do zdrowych relacji nie jest tolerancja, a empatia i wyrozumiałość.

Nie, nie zawsze byłam empatyczna. Teraz jestem aż za bardzo.
Jest jedna rzecz na świecie, którą możesz zmienić: samego siebie.
Możesz wytrenować w sobie empatię. Wystarczy chcieć.
Jeśli nie chcesz to przynajmniej nie oczerniaj siebie, mówiąc, że jesteś tolerancyjny.
Żle jest mówić o sobie źle. Żle jest myśleć o sobie źle.

Jestem bardzo nietolerancyjna.
Nie toleruję przemocy, głupoty, bezmyślności, niechęci do rozwoju.
Toleruję i gluten, i laktozę.
Akceptuję cały świat, jakim jest.
Nie twierdzę, że mi się podoba, nie mówię, że nie chciałabym go zmienić.
Owszem, chciałabym.
Chciałabym żyć w świecie pełnym miłości, w którym choroby występują tylko w bajkach dla dzieci.
Ale żyję tu i teraz. Mogę to tylko zaakceptować i robić dalej swoje.

Zawiało egocentryzmem?
Yhym. Egocentryczką też jestem. Straszną.
I przyznaję się do tego z dumą.
Dlaczego?
Kiedyś napiszę...
Póki co mój Tofik (w sensie - Monsz), zaraz wróci z Zarazem (Reksiem ;)) ze spaceru. A mój egocentryzm bardzo skłania mnie w stronę przytulenia się do Mężczyzny Mojego Życia i powiedzeniu mu, jak bardzo go kocham :)

W kwestii wpisu o trickach dietetycznych - głupio pisać mi o diecie, kiedy moja ma urlop ;) Czułabym się nie fair wobec Was. Waga leży głęboko pod łóżkiem, nie ruszam jej od prawie miesiąca. Robię swoje, zwyczajnie.
A że akceptuję swoje słabości to pozwoliłam sobie samej na troszkę luzu :)

* * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * *
SMS na numer 75 165 o treści: POMOC 6742
czyni mój świat lepszym :)

środa, 3 maja 2017

Ryzyk fizyk

Miało być o czymś innym dzisiaj. Miało być o trickach dietetycznych lub zarządzaniu budżetem, ale jestem tak nabuzowana emocjami, że aż mnie coś zaraz trafi.

Od dłuższego czasu kombinujemy nad założeniem swojej działalności gospodarczej. Jesteśmy już na etapie wymyślania nazwy.
Naiwnie sądziłam, że wszyscy znajomi będą nas wspierać, kibicować, podżegać do dalszego szaleństwa...

A wychodzi na to, że każdy nas stopuje.
"Po co wam działalność, skoro możecie to robić na czarno?"
"Po co to ryzyko?"
"Przecież oboje macie dochody, czemu kombinujecie?"
"Ja bym tam się nie wychylała."
"Zadzwoń do MOPSu, może dadzą wam zapomogę."



Czytam o przepisach już ponad pół roku.
Wszystko robi się powoli jasne i klarowne, wcale nie skomplikowane.
Plan przemyślany, logiczny i spólny. Rynek przebadany.
Nie rozumiem, czemu miałabym nie ryzykować.

Może i mamy swoją strefę komfortu, tyle, że przestała ona być komfortowa. Mam dość liczenia każdej złotówki, poczucia własnej beznadziejności i nieprzydatności.
Nie ma nic gorszego, niż poczucie, że cały obowiązek utrzymania domu spada na partnera.
Nie chcę tak żyć, nie podoba mi się to.
Mogłabym w tym miejscu zacząć narzekać na rząd, ustrój, wsparcie socjalne, ale... narzekanie do niczego nie prowadzi.
Chcę zmiany.

Może się nie udać, owszem. Ale co mnie nie zabije to mnie wzmocni. Gorzej i tak już nie będzie.
A jak się uda to... odskoczę. Pofrunę! Będzie tak, jak chcę. Jak zawsze chciałam.
To dodaje mi siły w walce z hejtem, który ostatnio się mi wylewa na głowę. Wiadrami.
"Chora i chce firmę zakładać! Nienormalna!"
No i co z tego, że mam raka? Czy przez to nie mogę marzyć, nie mogę być ambitna, nie mogę być przedsiębiorcza i sięgać po to, czego chcę?
Mam leżeć i zdychać, bo tak nakazuje opinia publiczna?
No chyba ktoś tu upadł na głowę. I to nie jestem ja.

"Jeżeli sądzisz, że coś jest niemożliwe 
to nie przeszkadzaj osobie, która właśnie to robi."

Nie będę siedzieć na dupie i nic nie robić, kiedy sytuacja robi się dość ciężka.
Znajdę wyjście w tym labiryncie.
Jeśli ktokolwiek sądzi, że siądę w jakimś kącie i zacznę płakać to... grubo się myli.

Ciekawa jestem tylko, czy to zniechęcanie do własnej działalności to wynik tego, że każdy boi się nieznanego czy może tego, że jestem chora i ludzie myślą, że nie dam rady.
Że, kurwa, JA nie dam rady.
To brzmi jak oksymoron.

* * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * *
SMS na numer 75 165 o treści: POMOC 6742
czyni mój świat lepszym :)

niedziela, 30 kwietnia 2017

Jak dobrze, że mam dużą dupę... :)

Dobrze, że mam dużą dupę, bo mieszczą się w niej wszystkie oceny i opinie społeczeństwa.

Niedawna sytuacja:
W ciastoramie wybieram farby.
Ja - Nie, skarbie, jesteś za ciemna, nie pasujesz. Ooo... Ty jesteś śliczna! Ale błyszczysz, Krzyś by mnie ukatrupił spojrzeniem za chromowane ściany... A ty, złociutka, ty poczekasz, aż sypialnię będę robić. Nie wiem, do czego cię użyję, ale chcę cię w całej twojej zajebistości...
Znienacka nadchodzi pan z obsługi.
Pan - Ekhem, czy mogę pani w czymś pomóc...?
Ja - Nie, nie, dziękuję. Ja tylko rozmawiam z kolorami.
Kilka osób w alejce się obejrzało. Wszyscy mieli niesmak wypisany na twarzy. No i fajnie. Niesmak idealnie pasuje do mojej dupy (akurat miałam niewygodną lukę pomiędzy pogardą i niedowierzaniem).

Tak się reaguje na osoby takie jak ja. Nie jestem wariatką. Chyba... (jeszcze!)
Zwyczajnie nie lubię okowów przyzwoitości.
Nie rób tego, nie rób tamtego, bo przyjdzie brzydka pani i cię zje.
Przepraszam bardzo, ale to ja tu jestem brzydką panią od zjadania (szczególnie Cheetosów serowych, gwoli ścisłości).

Mało osób reaguje pozytywnie na uśmiech, na dozę szaleństwa w tych moich cudnych, zielonych oczętach (no co? Lubię swoje oczy! I będę je zachwalać, bo śliczne, skubane, są - czasami sama sobie ich zazdraszczam.)
No i jak teraz? Jak reagujesz na szczere powiedzenie, że coś u siebie lubię?
Jest już niesmak, czy może, jak ja, próbujesz zerwać się z łańcucha opinii publicznej?

Mówmy otwarcie. Przeżywajmy życie otwarcie.
Bądźmy otwarci, do diaska.
Życie jest za krótkie, aby się przejmować tym, co ktoś sobie pomyśli.
Życie jest za krótkie na strach i udawanie.

Płakać mi się chce, gdy snuję się pomiędzy półkami w marketach, gdzie NIKT się nie uśmiecha. Czasami dobiega do mnie śmiech dziecka gdzieś z oddali, ale w takiej sytuacji brzmi raczej złowieszczo. Jak z horroru.
A ludzie się snują, żywe trupy, pomiędzy alejkami.
Może wśród drzew by się uśmiechali?
Oj, chyba nie.
Ostatnio usłyszałam od babki "Wariatka!" gdy skomplementowałam kwiatki na gałązkach. Drzewo wydawało się zadowolone i docenione. No bo kto mi zabroni pogadać sobie z drzewem?
Kto się odważy mi CZEGOKOLWIEK zabronić?

Konwenanse i gra, zmiany masek na scenie życia.
Jakby tak trudno było być po prostu sobą.

* * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * *
SMS na numer 75 165 o treści: POMOC 6742
czyni mój świat lepszym :)

środa, 26 kwietnia 2017

Kolejny rozdział

Pewnie zauważyliście, że ostatnio nieco zmienia się tematyka bloga. Przyszła taka konieczność.
Gdybym miała pisać tylko o moim chorowaniu to w tym momencie, aż do połowy maja, blog świeciłby pustkami.

Kilka dni temu stwierdziłam, że w tej mojej chorobie musi być jakaś misja.
Przecież ten cały rak i historia z nim związana to jedna wielka Mission Impossible.

Rak dróg żółciowych u dwudziestopięciolatki? Niemożliwe!
Przerzut na trzustkę, który znika? Niemożliwe!
Przerzuty na kręgosłup i nie jeździ na wózku? Niemożliwe!
Przeżyła magiczną granicę dwóch lat od diagnozy? NIEMOŻLIWE!

Niemożliwe jest też to, że nie leżę teraz w łóżku.
Siedzę na ziemi, wciśnięta między drabinę a kartony. Zalatuje mi tu lekko farbą. Kieckę zresztą też mam całą umorusaną.
A przecież jestem sama w domu, bo Mężny na delegację pojechał.
Nie leżę, nie kwiękam, chodzę sama z piesem, latam na zakupy, gotuję sobie jedzonko i jeszcze rewolucjonizuję mieszkanko (bo ciężko to nazwać remontem, ot, drobne, kosmetyczne zmiany tu i ówdzie ;)). No i codziennie joguję.
Jestem od jakiegoś czasu bez leków przeciwbólowych. Jedynie szwy pooperacyjne jeszcze potrafią mi porządnie dokopać.
Nie zwijam się z bólu.
No dobra. Zwijam się dzisiaj. Chyba coś sobie zrobiłam z nóżką, bo boli jak trzaśnięta. Drabiny to złooo!

No więc tych "niemożliwe" jest strasznie dużo w moim życiu.
Dla innych to niemożliwe, dla mnie to zwykła, ukochana codzienność.
Chciałabym przekazać całą swoją wiedzę światu.
Nauczyć ludzi cieszyć się, kochać, śmiać, radować, wariować, popadać w szaleństwo.

Bo to nie jest tak, że ja się taka urodziłam.
Byłam dość depresyjną nastolatką. Może nawet nieco agresywną. Później byłam arogancką młodą dorosłą.
W 2009 roku postanowiłam, że się zmienię. Tak w myśl cytatu:
"Zmień się, zanim będziesz musiał."

Nie spodobał mi się ten cytat. Nie znosiłam go.
Dręczył mnie, siedział za oczami, brzęczał w uchach jak komar, którego nie da się zabić.

Podsumowałam swoje życie.
Podstawówka? Zbyt inteligentna i poważna, aby mieć przyjaciół.
Gimnazjum? Zbyt inteligentna i agresywna, aby mieć przyjaciół.
Liceum? Zbyt wystaszona, aby przejawiać przebłyski intelektu.
Studia? Zbyt głupia i beznadziejna, aby przetrwać.

Potrzebowałam zmiany.
No i czytałam te wszystkie ebooki, książki, gazety, artykuły, blogi, serwisy. Wszystko. W każdej wolnej chwili, a miałam tych chwil sporo, bo studia odpuściłam.
Jednak dalej sądziłam, że zmiana mi jest niepotrzebna.

Wyczytane literki z czasem się uaktywniły. Zaczęły pulsować w moim mózgu, nabierać kształtów. Nie chciały już siedzieć cicho. Ale je wytłumiałam.

Aż dostałam diagnozę. Trzy miesiące leżałam plackiem.
Może to była depresja?
A może potrzebowałam dużo czasu, aby myśleć? Najlepiej nieruchomo, gapiąc się w sufit.

I nagle wybuchło.

Stałam się. Narodziłam się.
Jestem.
Ja, pewna siebie, zadziorna, szczera do bólu i niemal niezniszczalna.
Nigdy nie byłam tak odporna na czynniki zewnętrzne, a zarazem nigdy nie byłam tak otwarta na świat.

I tutaj pojawia się moje poczucie misji.
Może nie potrzebujesz zmiany już, teraz, natychmiast.
Ale musi być taki moment, kiedy ktoś lub coś zasieje Ci w głowie takiego malutkiego, wrednego komara. Małe ziarenko, które kiedyś wykiełkuje.
Chciałabym rozsiewać właśnie te ziarenka.

"Niemożliwe" to moje drugie imię.
Chciałabym, aby łechtało moje ego tak, jak kiedyś wszelakie przejawy wyjątkowości, które gdzieśtam w życiu mi się pojawiały.
Ale to "niemożliwe" jest takie trochę smutne, trochę tragiczne. Ale dalej jest niemożliwym.
Od niemożliwego do cudu już tylko jeden, malutki kroczek...

"Gdy wszyscy wiedzą, że coś jest niemożliwe, przychodzi ktoś, kto o tym nie wie, i on to robi."
Albert Einstein

Jak widać, niewiedza czasem popłaca... ;)


* * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * *
SMS na numer 75 165 o treści: POMOC 6742
czyni mój świat lepszym :)

poniedziałek, 24 kwietnia 2017

Joga dla duszy

Dzisiaj spróbuję pokazać Wam, jak kupić sobie szczęście (da się!).


Idziecie do sklepu, nic Wam się nie podoba. Na pocieszenie kupujecie apaszkę, która i tak ląduje na dnie szafy, nigdy nie używana. Za każdym razem, gdy sprzątacie szafę, oglądacie tę apaszkę piętnaście razy z każdej strony. Co czujecie? Żal, że wydaliście kasę na darmo? Poczucie winy, że tej apaszki nigdy nie nosicie? No właśnie. Ale żal wyrzucić, bo przecież sztuka funkiel nówka nieśmigana.
Już nie wspomnę tu o kupowaniu za małych ubrań ("kiedyś w to wejdę!"), albo kolejnej czerwonej szminki do kolekcji ("kiedyś będę malować usta tylko na czerwono!"). Zasada jest taka sama.
Poczucie winy i wytykanie sobie błędów, które unicestwiają możliwość używania tego przedmiotu.

No dobra, ale mamy tu problem pt. "gdy już będę doskonały".

Muszę Cię zmartwić: 
już jesteś doskonały, tylko sam tego nie widzisz.
To stos niedopasowanych przedmiotów przysłania Ci widok na samego siebie.

Czyli co zrobić?
Pozbądź się wszystkiego, co Ci się nie podoba.
Pozbądź się wszystkiego, co na Ciebie nie pasuje.
Pozbądź się wszystkiego, co wywołuje u Ciebie poczucie winy.
Rzeczy odłożone na "kiedyśtam" zacznij używać już teraz.

Bo czy "kiedyśtam" nadejdzie?

Przed chorobą miałam bardzo szczegółową wizję siebie latającej w sukienkach. Kolekcję kiecek powiększałam metodycznie... ale nigdy ich nie nosiłam.
Ta czerwona była na specjalne okazje, ta niebieska zbyt zwracała na siebie uwagę, żółta jest zbyt wyzywająca, a czarna jest za ładna i szkoda ją zniszczyć.
Pochorowało mi się. Gdy tylko wypełzłam z marazmu... Zaczęłam w TYCH SAMYCH SUKIENKACH latać po domu.
Poprawiam sobie humor swoim odbiciem w lustrze.
Uśmiecham się sama do siebie, gdy widzę majtki przebijające przez żółty materiał.
Czarna kiecka ma już wypalone Domestosem dziury (właśnie w niej teraz siedzę!).

No, zniszczyły się. No i co z tego? 
Kupię nowe. Na pewno kupię, bo sukienki uwielbiam!
Lepiej je zanosić na śmierć, czy skazać na dożywocie na dnie szafy? :)

Jest jeszcze jedna sprawa.
Sybstytuty.
Często, gdy czegoś pragniemy nabywamy wszystko, co nam chociaż odrobinkę przypomina nasze marzenie.
Są takie perfumy Thierrego Muglera, co się zwą "Alien".
Chorowałam na nie latami. A że diabelstwo drogie, bo prawie cztery stówki, to kupowałam wszystko, co mi je przypominało.
Aż w pewnym momencie odkryłam, że mam 25 buteleczek pseudoperfum. Każde po minimum 20zł... No, już miałabym ukochanego Alienka!
Metodycznie odkładałam po 50zł. Po pół roku miałam Muglera na swojej półeczce :)

Było to cztery lata temu. Od tamtej pory nie kupuję już perfum na oślep. Mam ulubione trzy-cztery zapachy, a nad nimi góruje Alien, którego jeszcze mam :)

Inną sprawą był tatuaż.
Od szesnastego roku życia marzyłam o tatuażu, ale... wiedziałam, że nigdy się na niego nie odważę.
Bardzo chciałam zadowolić mojego Tatę. A on, odkąd tylko pamiętam, nienawidzi tatuaży.
Nie zniosłabym jego dezaprobaty, zawsze chciałam widzieć ten błysk dumy i zadowolenia w jego oczach. 
No to zrobiłam sobie kolczyk w nosie. W uchu - pierwszy, drugi, trzeci, kolejne dwa... Dużo w każdym bądź razie. I ciągle to nie było to. Czułam się niekompletna.
Aż nadszedł wrzesień 2013 roku.
Zapisałam się na termin. Pojechałam. Zrobiłam.
I przez kolejne pół roku chowałam mojego feniksa pod koszulkami, żeby Tatko tylko nie widział ;) Przestałam się kryć dopiero, gdy się wyprowadziłam. I to też nie tak od razu, bo z 3-4 miesiące minęły.
W sumie Tata prawie rok żył w nieświadomości ;)

Jak się dowiedział to prawie płakał. Był załamany.
Ale... minął rok, drugi. Historia z chorobą i zakażonym portem dożylnym, który musieli mi usunąć. Teraz symetrycznie do feniksa (który jest pod lewym obojczykiem) mam bliznę pod prawym obojczykiem.
Tata siadł naprzeciwko mnie. Popatrzył.
"Ładnego masz tego feniksa."
Dalej patrzył:
"Na tej bliźnie musisz sobie jakiegoś kwiatka wytatuować.".
Myślałam, że zemdleję z wrażenia :D

Jeżeli więc boicie się reakcji otoczenia na spełnianie Waszych marzeń to powiem Wam tak:
osoby, które Was kochają i akceptują, zaakceptują każdą Waszą decyzję.
A zdaniem kogokolwiek innego nie ma sensu się przejmować :)

Zostawiam Was sam na sam z przemyśleniami.
To jak z tą czerwoną szminką? Malujemy? :)

* * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * *
SMS na numer 75 165 o treści: POMOC 6742
czyni mój świat lepszym :)

sobota, 22 kwietnia 2017

O słoniu, który uczy się latać - I - schudnij!

Kilka dni temu na FB wrzuciłam swoje zdjęcie w starych spodniach. Zaraz wrzucę je i tutaj, ale najpierw kilka faktów.

Schudłam ponad 30kg. Brzmi imponująco, nieprawdaż?
Ciekawa jestem, o ile zmienicie zdanie po przeczytaniu tego wpisu ;)
Dzisiaj będzie wstęp do całego procesu odchudzania. Bo to jest proces. Nie da się schudnąć szybko i skutecznie, a do tego przyjemnie. Kiedyś wymyśliłam taki schemat:
SZYBKO i SKUTECZNIE nie będzie PRZYJEMNIE
SZYBKO i PRZYJEMNIE nie będzie SKUTECZNIE
PRZYJEMNIE i SKUTECZNIE nie będzie SZYBKO

Od Was zależy, jaką drogę wybieracie.

Decyzję o odchudzaniu podjęłam w styczniu 2016 roku. Daje to jakieś 2kg na miesiąc. Powoli, ale nawet nie czuję, że jestem na diecie ;)

Na początek mam dla Was zadanie. Przez tydzień zapisujcie, co jecie. Obok tego, co jecie napiszcie, jak jecie - w pośpiechu, w poczuciu winy, w złości, czy może po prostu jecie? Może z przyjemnością?
Koniecznie też piszcie, jak się czujecie po posiłku.

Z moich obserwacji wynika, że poczucie winy niweczy wszelakie próby schudnięcia.
To takie "ale", które neguje wszystko, co pojawiło się przed przecinkiem.

Prawda objawiona numer jeden:
Wszyscy muszą jeść!

Nie możesz się obwiniać o kostkę czekolady. Czy nawet tabliczkę czekolady.
No co? Stało się. Wyciągnij wnioski, podciągnij spodnie i biegnij dalej.
Jeżeli często Ci się zdarzają takie wpadki to... rozważ kwestię tego, czy na pewno chcesz schudnąć. Brzmi trochę jak profanacja, jednak każdy słonik czy hipcio wie, że bycie grubym ma swoje plusy. Np. zwykle jesteśmy pozytywnie odbierani w społeczeństwie, grubaska każdy lubi, bo niby jesteśmy zabawni i sympatyczni.
Może zwyczajnie to lubisz, a decyzja o zbiciu wagi jest pochodną opinii społeczeństwa?

Decyzja musi być tylko i wyłącznie Twoja. Inaczej nie ma sensu nawet zaczynać.

Prawda objawiona numer dwa:
Odchudzanie polega na jedzeniu, nie głodowaniu!

Dobrze czytacie. Stosując głodówkę wysyłasz ciału wiadomość: "Mamy głód, kiepsko z żarciem, trzeba magazynować". Jedząc mniej niż 2000 kcal dziennie sam sobie zakładasz pętlę na szyję.
Podobną bzdurą jest omijanie kolacji, czy jedzenie 5 posiłków na dzień.
Ciężko banana czy pomarańczę nazwać posiłkiem ;)
Umówmy się: mamy trzy posiłki i w pizduuu przegryzek.
Idealne jest szamanie co trzy godziny.
Śniadanie do godziny po obudzeniu, kolacja na godzinę lub dwie przed zaśnięciem.

I tak, jak wstaję o ósmej rano to mam taki rozkład:
8:00 śniadanie
11:00 drugie śniadanie
14:00 przekąska
17:00 obiad
20:00 kolacja
23:00 szamunek nasenny

Chodzę spać o północy (zwykle). Co ma na celu ten szamunek? Żeby nie wstać z zasuszonym żołądkiem ;)

Idealnie byłoby zamienić przekąskę z obiadem, ale niestety chłop mi późno z pracy wraca, a ja wolę jeść razem z nim ;)
Prawdziwymi posiłkami tutaj są, uwaga uwaga, śniadanie, drugie śniadanie i obiad.

Na śniadanie mamy coś rozkurczającego żołądek. Dajmy na to owsianka z owocami.

Drugie śniadanie to kanapka. Albo sałatka owocowa.

Przekąska to zwykle owoc, aby odzyskać trochę energii przed wieczorem.

Obiad to obiad ;)

Kolacja. Ciężki temat ;) Najlepsza jest sałatka warzywna. Albo surówka. W sezonie potrafię opierniczyć wielką michę sałaty z jogurtem. Albo pół ugotowanego kalafiora. Ogólnie stawiamy tu na warzywa.

Szamunek to plaster twarogu, serek wiejski, jogurt naturalny, szklanka kefiru bądź maślanki.

No i o co chodzi z tym ciągłym jedzeniem?

Chodzi o to, aby nie czuć głodu.
Głód naszym wrogiem jest!

Początkowo trzeba się pilnować, żeby się nie nażerać, nie napychać, nie objadać. Ciężko mi powiedzieć, ile masz jeść, bo to kwestia indywidualna. Sam musisz ustalać sobie limity i je zmieniać wraz ze spadającą wagą.

Trzydzieści kilogramów temu moje śniadanie było pół litrem gęstej owsianki. Dzisiaj to szklanka owsianki dosyć luźnej.
Wtedy na drugie zżerałam trzy kanapki, teraz jedną.

Taki tryb jedzenia ma jeszcze jedną zaletę - nie czujesz osłabienia. Wręcz przeciwnie!
Energia człowieka rozpiera, do tego nie odczuwa ciężkości typowej dla przejedzenia.

Zostawiam Was w tym miejscu. Macie czas na przeanalizowanie, ile na prawdę jecie, kiedy jecie i DLACZEGO jecie.
Wbrew pozorom szamanie ma zwykle podłoże emocjonalne.
Po jedzeniu czujemy się szczęśliwsi.

Odchudzanie polega na znalezieniu szczęścia w czymś innym, niż jedzenie!

W następnej części napiszę Wam o trickach, które skutecznie stosuję od dłuższego czasu. Coś w stylu "jak odchudzić jedzonko bez uszczerbku na smaku" ;)

Ach, obiecane zdjęcie!


Proszę. Lucyniasta w jednej nogawce swoich starych spodni.
Ktoś jeszcze we mnie wątpi? :)

PS. Kolejna część tu :)

* * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * *
SMS na numer 75 165 o treści: POMOC 6742
czyni mój świat lepszym :)

czwartek, 20 kwietnia 2017

Znowu od nowa, i znowu i znowu i znowu... Powtórz ponownie.

Był taki czas, gdy byłam sobie zorganizowana. Owy czas trwał jakieś cztery miesiące. Po czym nastąpiło DUP i JEBOOOOT (czyli operacja), miesiąc laby, a nawet półtora miesiąca.
Teraz nie poznaję ani mieszkania, ani bloga, ani lodówki, ani nawet swojego umysłu.

O czym mówię?
O tym, że marnuję strasznie dużo czasu. Weźmy, dla przykładu, dzień dzisiejszy.
Jestem okropnie zmęczona robieniem niczego. No bo, bądźmy szczerzy, skoczenie na pocztę (20 metrów?), zrobienie po drodze zakupów, następnie ugotowanie mrożonych pierogów, zbyt wymagające nie było.
A ja jestem wykończona. Głównie myśleniem. Planowaniem.
Zmarnowałam cały dzień na robieniu niczego.

Nie byłoby w tym nic złego, gdybym rzeczywiście odpoczęła. Ale nie!
Jestem wyczerpana.

Obserwacja samej siebie doprowadza mnie do niemiłych wniosków:
- znów za długo siedzę na FB,
- za dużo klikam w linki odsyłające do stron o wszystkim i niczym (tzw. skarbnice wiedzy zbędnej),
- za długo myślę, zanim coś zrobię (no dobra, jeszcze wstawiłam zmywarkę, wyczyściłam kotom kuwetę, odkurzyłam i umyłam zęby - nawet na długi, relaksujący prysznic "nie znalazłam czasu"...)
- ściągam jakieś dziwne aplikacje, które zaraz odinstalowuje,
- jestem uzależniona od anonimowe.pl - stanowczo.

Nie lubię tracić czasu. Nie w sposób, który nie generuje mi poczucia spokoju i odpoczynku.
Nicnierobienie ma być świadome i odprężające, koniec kropka.

No to zbieram się znowu do kupy, ściągam z niebałaganki planer żywieniowy (polecam! cały tydzień niemyślenia o obiadach!), wracam do trybu sprzątania "pół godziny dziennie", a (niby wisienka na torcie) wracam na poważnie do pisania.
I nie chodzi tu tylko o bloga. Szykuje się fajny projekt poboczny (podkręcam napięcie, podkręcam ;)). Taki, w którym mam sporo do powiedzenia. I dla sporej ilości osób moje słowa mogą być pomocne.
Czemu by nie?

Plan był taki, aby położyć się o jedenastej spać, wstać o ósmej i wziąć się hardo do roboty.
Ehem. Dochodzi północ.

Oj... Przede mną dłuuuuga droga...
Mam cichą nadzieję, że nie tylko moja organizacja czasu leży i kwiczy. Przyjemniej kwiczeć w stadzie, nieprawdaż?

* * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * *
SMS na numer 75 165 o treści: POMOC 6742
czyni mój świat lepszym :)