Nigdy nie śpię na brzuchu. Za to w szpitalu na brzuchu śpię nagminnie.
Po pierwsze - jest to jedyne praktyczne wykorzystanie mojego tłustego bebeszka - świetnie izoluje resztę ciała od kontaktu z mega twardym materacem.
Po drugie - nienawidzę szpitalnych sufitów. Są obrzydliwe. I wszędzie takie same. Obojętnie, czy leżysz w Żorach Katowicach czy na Ligocie - wszędzie są te same kasetony. Nawet w robocie takie były.
Po trzecie - w końcu czuję się jak kobieta posiadająca piersi. Jestem prawie płaska, a twardy materac udowadnia, że jednak nie ;)
* * * * * * * * *
Osoby starsze rzeczywiście gorzej radzą sobie psychicznie podczas choroby. Od jakichś 30h słucham historii raka jednej ze współlokatorek. Wiem nawet, jak miała na imię jej koleżanka z sali sprzed 3 lat. Serio.
A najgorsze jest to, że mam świetną pamięć i będę te wszystkie opowieści pamiętać jeszcze przez kilka lat. Szczególnie biorąc pod uwagę fakt, że każda z tych historii została przytoczona już przynajmniej pięć razy.
Dobra, gorsze jest to, że mam kolejną przyszywaną babcię. To już siódma.
A ja akceptowałam jako Panią Babcię tylko Marysieńkę.
* * * * * * * * *
Atmosfera na onkologii jest ciężka nie od chorób i nieszczęścia. Jest ciężka od bolesnych wspomnień.
Do dzisiaj pamiętam jak płakałam w szpitalnym parku na ławce, gdy Pani Marysia zmarła. Tuż obok mnie na sali. A chwilę później Gosia dobiła mnie informacją, że Beatka też nie żyje. I Krysia też.
* * * * * * * * *
Chyba jestem za twarda. Czasami odnoszę wrażenie, że nie ma we mnie już współczucia.
Czytam żale matek dzieci z autyzmem czy zespołem Downa i mam ochotę nimi wstrząsnąć. To, że są inne nie znaczy, że są gorsze. Przynajmniej będą żyły.
* * * * * * * * *
Często w myślach obliczam, ile jeszcze dany pensjonariusz szpitalny pociągnie. Ile jeszcze zniesie.
Jeszcze nigdy nie pomyliłam się w swoich kalkulacjach.
Ale ciągle mylę się w kwestii osób "niesmiertelnych". Zmarły wszystkie moje koleżanki. I wszyscy koledzy. A wszyscy mieliśmy żyć jeszcze długo, długo, długo. Wiecie, amerykański happy end.
Dalej trzymam się teorii, że to przyjaźń ze mną wszystkich zabija.
Jestem wampirem. Wysysam życia innych, aby samej jeszcze trochę przetrwać.
* * * * * * * * *
Odremontowali fontannę w parku. Anioł, który na niej siedzi, wygląda teraz na jeszcze bardziej przygnębionego.
* * * * * * * * *
Za każdym razem, gdy mój lekarz ląduje na L4, mnie udupiają w szpitalu. Widać tylko moi lekarze są odporni na ciężkochorobowość lucyniastą.
* * * * * * * * *
Gdy tylko spojrzę na fasadę szpitala, na okna oddziału, na przejście między budynkami, widzę ogień. Mam dziwne przeczucie, że ten budynek kiedyś spłonie. Nie pytajcie. Czasami mam takie dziwne przeczucia.
* * * * * * * * *
Oddział onkologiczny jest przerażający. Ale nie aż tak bardzo, jak fakt, że wszyscy mnie tu znają. Nawet na badania wypuszczają mnie samą.
* * * * * * * * *
Nasz salowy też szydełkuje!
* * * * * * * * *
Dostałam nowe przeciwbólki. Są tak zajebiste, że działają nawet na to, czego nie przyjmowałam do wiadomości. Okazalo sie mianowicie, że plecy bolą mnie przez 90% czasu. No, już nie. Bo antybólek ubija nawet ten ból nieuświadomiony.
Po pierwszej kroplówce z nim poszłam na spacer. Zauważyłam nawet, że krzaki puściły już pączki. Jakoś w ataku wątroby mi to umknęło.
* * * * * * * * *
Spać. O 22 tu jest już głęboka noc ;)
I wkurwia mnie wstawanie o 5 rano.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Migawki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Migawki. Pokaż wszystkie posty
środa, 20 marca 2019
środa, 3 października 2018
Uuuch... Migawki z września.
Ostatnio brakuje mi samozaparcia do prowadzenia bloga. Wiecie, cały świat runął mi na łeb, a ja tylko niemrawo próbuję się wygrzebać spod gruzów.
W piątek byłam w Katowicach, chemii nie dostałam. Było to do przewidzenia, bo w oskrzelach siedziały mi małe świerszczyki i wygrywały serenady. Oddelegowali mnie na jutro.
Co (mało) zabawne, antybiotyk gówno dał i dalej cherlam jak stary gruźlik. A chemią już muszą mnie pizdnąć, bo przerwa od poprzedniej się niebezpiecznie rozciąga. Zobaczymy.
Czas na migawki z września Mało ich, bo... Wiecie zresztą. Ale te troszkę Wam pokażę :)
W piątek byłam w Katowicach, chemii nie dostałam. Było to do przewidzenia, bo w oskrzelach siedziały mi małe świerszczyki i wygrywały serenady. Oddelegowali mnie na jutro.
Co (mało) zabawne, antybiotyk gówno dał i dalej cherlam jak stary gruźlik. A chemią już muszą mnie pizdnąć, bo przerwa od poprzedniej się niebezpiecznie rozciąga. Zobaczymy.
Czas na migawki z września Mało ich, bo... Wiecie zresztą. Ale te troszkę Wam pokażę :)
Pogodziłam się z koralikami Na chwilę ;)
Wydziergałam sobie koronkową czapeczkę :) Nie, jeszcze nie wyłysiałam ;p
W drodze do Żywca. Uwielbiam widoki za oknem podczas podróży. W ogóle uwielbiam podróże naszą Anabellką :)
Rozpiździaj w dużym pokoju, czyli... Stawiamy większe akwarium ;D
Muszę Wam powiedzieć, że Czabajek jest mistrzem odciągania uwagi. W dzień śmierci Taty przywiózł mi to bydle do domu. Wyhaczył je za 250zł, z szafką i pokrywą.
Dla niewtajemniczonych - takie zestawy używane kosztują zwykle około tysiąca, nowe około czterech tysięcy.
Myślałam, że takie okazje to tylko w Wojnach Garażowych ;)
Baniaczek ma półtora metra długości i 450l pojemności. To daje bardzo dużo radosnych uśmiechów Lucynki ;)
I zamiast siedzieć i płakać, płukałam piasek, myłam kamienie, łapałam rybki.
Dobrze mieć takiego męża :)
...który zawiesza się, gapiąc na puste jeszcze akwarium ;p
Na koniec - modelka! Ciemka w pełnej krasie :)
No i to by było na tyle. Reszty września nie chcę pamiętać.
piątek, 31 sierpnia 2018
Migawki - sierpień 2018
Obiecałam tajemniczą serię postów ;)
I oto, co wymyśliłam! Nie robię zbyt wielu zdjęć, ale jednak trochę ich robię, więc chciałabym je jakoś wykorzystać ;)
Lecimy z koksem? :)
I oto, co wymyśliłam! Nie robię zbyt wielu zdjęć, ale jednak trochę ich robię, więc chciałabym je jakoś wykorzystać ;)
Lecimy z koksem? :)
Gacuś po stylizacji uszu na Curla. Chyba mu się nie spodobało ;p
Paczka z włóczki. Uwielbiam!
Czarek z ozorem na wierzchu ;)
I "zachwycona" sesją Ciemka :D
Robię syrop i dżemik z wiśni! 🍒
Nie dotrwają do zimy, za dobre wyszły 😂
Baza zaraz po zabazowaniu :)
Peppa i George. Najtrudniejsze zamówienie ever.
Nie dość, że nie lubię tej bajki, to jeszcze strasznie nie podobają mi się te świnki.
Ale Mała zadowolona, więc chyba się udało :)
A tu Czarek zepsuł mi bazę...
...i za karę musiał pozować do zdjęcia ;p
Nowa profilówka ;)
Szkodniczek aka Anabel, godzinkę po zakupie :)
Ciema padła na pysk.
A Czarek zawładnął MOJĄ, kurna, bazą.
Nowy termofor, bo stary pękł mi pod tyłkiem.
I to jeszcze dzień po naświetlaniu, kiedy bardzo go potrzebowałam...
Nowe zioła posiane :)
Wracamy z chemii naszą Anabelką :)
Ostatnia maskotka - króliczynka.
Wyszła nie dość, że urocza, to jeszcze ogromna :D
Nowy plecaczek. A co ja się będę bawić w "jestem dorosła"? ;)
A do zestawu...
...futerkowy notes z kucykami!
Pielęgnuję dziecko w mojej duszy ;)
Opisane przyprawy...
...i nasiona na kiełki.
Powód, dla którego aż tak długo zajęły mi porządki w szafce w kuchni ;)
Co sądzicie o takim miesięcznym sprawozdaniu fotograficznym? :)
Z aktualności:
We wtorek dostałam chemię. Noc po niej była straszna, bo żarcie z całego dnia nie chciało mi się utrzymać w żołądku. Na szczęście w środę już się unormowało.
Od wczoraj za to prawie nic nie jem, bo mam jakąś dziwną gulę w gardle. Podejrzewam, że to na tle nerwowym, bo z Tatą dalej kiepsko. Nie widziałam się z nim od poniedziałku i strasznie tęsknię. Krzysiek w pracy po 16h dziennie, wraca o 22, a ja autobusem nie dojadę do Jastrzębia do szpitala. Ledwo umiem z psem wyjść. Nasze spacery z resztą wyglądają dość tragikomicznie - testujemy każdą ławkę po drodze ;) Ale jakoś dajemy radę.
W ustach mam znowu Hiroszimę, nic mi nie smakuje. I od wtorku zjechałam 3kg. Trochę mnie to martwi. A trochę nie - mogę wcinać moje ukochane batoniki muesli ;p
Troszkę energii dają... A ile radości! 😂
Subskrybuj:
Posty (Atom)






















