Pokazywanie postów oznaczonych etykietą slider. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą slider. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 3 stycznia 2019

Czy jestem nadwrażliwa?

W tytule notki typowy przykład pytania retorycznego. Znacie mnie już tyle lat, że na pewno to zauważyliście. Jestem nadwrażliwa. I to strasznie.

Od dłuższego czasu praktykuję stoicyzm skrzyżowany z epikureizmem. I staram się być skałą. Silną, dumną, niewzruszoną. Bez emocji na zewnątrz, ale silna swym uporem do trwania. Co nie przeszkadza wygrzewaniu się w słońcu ;)

Ale ja nie jestem jak skała. Jestem cholerną wodą.
Wybucham sztormem w kłótni z kierowcą autobusu, który od pół roku nie potrafi przyjąć do wiadomości, że orzeczenie z ZUSu o niezdolności do samodzielnej egzystencji jest wyżej w hierarchii dokumentów, niż legitymacja z PFRONu. I tłumaczę mu jak dziecku, ale on swoje. I wybucham. Zaczyna się od niewinnych kręgów na wodzie, ledwo uchwytnych. Później są lekkie rozbryzgi, by w kilka sekund być dziewięciometrową falą.
Nie jestem z tego dumna. Ale taka jestem.

Jest jeszcze gorzej, gdy ktoś potraktuje mnie jak głupią, ignorancką gówniarę, a ja... Serio poczuję się głupio. Jakby otoczenie potrafiło mnie kształtować.
Jestem cholerną wodą, w jednej chwili z kałuży staję się dziecięcym wiaderkiem, z butelki przekształcam się w szklankę, z rzeki w morze, z morza w ocean. A jedno spojrzenie i protekcjonalny ton zamienia mnie w ignorancką gówniarę.
I niby powierzchnia jest gładka, niezmącona, cicha i kojąca, ale kilka metrów pod powierzchnią stado piranii właśnie rozrywa noworodka.
Moi lekarze mają ogromny talent do zmieniania mnie w mokrą plamę.
I, zamiast zapomnieć i płynąć dalej, ja ciągnę za sobą ten cholerny wrak, raz po raz rozkładając go na części i rozpamiętując, jak dumny ocean wcisnęli do szklanki.
Woda zawsze pamięta. Nawet, gdy udaje, że jest inaczej.

Nie jestem silna. Jestem tylko uparta.
Umiem trzymać swoje sekrety głęboko na dnie, wśród koników morskich i bajecznie kolorowych rozgwiazd. Umiem ukrywać trupy w piasku, w trzcinach, pod mostami. Ale zawsze pamiętam wszystko to, o czym powinnam jak najszybciej zapomnieć i, po prostu, płynąć dalej.

Często się boję. I to głupot totalnych. Jak, na przykład, zadzwonić do pracy, co dalej ze mną zrobią, bo umowę miałam tylko do końca roku. I boję się, jak przeżyjemy styczeń, bo czekam na termin komisji ZUS. Tak, renta też była tylko do końca roku i w tym miesiącu jej nie dostanę. Nie takie rzeczy się już przeżyło, a jednak się boję.

Paradoksalnie, nie boję się skakać z najwyższych skał, nie boję się, że lecąc w dół jak wodospad, nagle się roztrzaskam. Nie boję się rekinów, meduz, krabów. Raków też nie ;)
Nie wzruszył mnie wynik ostatniej tomografii.
Swoją drogą, nie wiedziałam, że we wnioskach badania może znaleźć się coś innego, niż regresja, stabilizacja lub progresja. Może być, na przykład jak u mnie, powiększenie węzłów chłonnych i lekkie powiększenie przerzutów. O dziwo, to nie jest progresja. Bo mało urosły. Na pocieszenie dodam, że kości i wątroba siedzą cicho. Jajnik trochę szaleje. No i te węzły chłonne.
Ale po mnie to spływa. Czuję, że będzie dobrze, układam się leniwym strumykiem w promieniach słońca. Szemrzę cicho do każdego, kto zechce posłuchać: "Jestem.".
Powoli dochodzę do wniosku, że zawsze będę, obojętnie, czy rzeczywiście będę, czy nie.
Jestem tak zdradliwie spokojna.
Jednak nie zawaham się ani sekundy przed utopieniem każdego, kto będzie się przechwalał, że doskonale pływa. A dla tych, co nastają na moich najbliższych mam spacjalnie zaprojektowane bagno.
Rak nie będzie rządził wodą. Szczególnie taką, w której właśnie płynie jakieś dwa litry cisplatyny z gemzarem.
Powodzenia.
Nie jestem skałą. Jestem wodą.
I utopię skurwysyna, jednego po drugim.
Bo jestem uparta. O.



poniedziałek, 3 września 2018

Hello, my old friend

Znam ból. Poznaliśmy się dogłębnie jakieś cztery lata temu.
Jest jak stary kochanek, który nieproszony wraca tylko po to, aby zapytać nonszalancko "No hej, co tam?". Wcale go nie lubię, mam dość jego buciorów na czyściutkiej podłodze mojego słodkiego domku, ale on ma to w dupie. Wraca, żeby coś jeszcze zepsuć. Zdeptać. Zniszczyć.
Włazi do małżeńskiego łóżka, rozkłada się arogancko na kanapie w dużym pokoju.
I tak trwa, chociaż nikt go nie zapraszał.

Znam go. I wcale nie chcę. Lepiej mi bez niego.
Ale jednak jest. I ciężko go zignorować, gdy szczelnie otula sobą każdą jedną cząstkę mojego ciała.


Przeżyłam kolejną noc, a wcale nie jestem z tego powodu szczęśliwsza.
Magma płynie mi w żyłach, a ogień trawi kości.
To nie jest życie.
To wojna. A ja trafiłam na pierwszy front.
Kurwa. Znowu.

piątek, 4 maja 2018

Myśl.

Mało ostatnio piszę, za to bardzo dużo myślę i dumam. Dochodzę też powoli do wniosku, że albo jestem zbyt naiwna, albo ludzkość zżerana jest robalem wzajemnego skurwysyństwa.

Zaczyna się niewinnie - papierek rzucony na ziemię, guma do żucia przyklejona pod stołem.
Rysunki na ścianach. Urwane oparcie z ławki.

Wchodzę ostatnio do windy. Ładną mamy windę, nową, nowoczesną. I co widzę?
Jakaś Weronika postanowiła podpisać się na lustrze. Kluczem? Scyzorykiem?

Powiedzcie mi: po co?
Jakieś zwierzęce instynkty każą ludziom zaznaczać teren dewastacją, czy co?

Naszej ulubionej ławce na skwerze urwano deskę z oparcia. I już nie jest ulubiona.
Reksio wbił sobie w łapę szkło z rozbitej butelki.
Malują szczyt bloku, bo ktoś strzelił koślawy podpis sprayem.
Świeżo zasiana trawa jest już cała zdeptana.

Jedni naciągają drugich. Kłamią, oszukują, okradają.
Dlaczego?

Jeszcze rozumiem chęć zysku. Bo ja dużo rozumiem.
Ale nigdy nie ogarnę prostej głupoty i braku wyobraźni.
Parkowanie na środku skrzyżowania na osiedlu. Wymuszanie pierwszeństwa.
Puszczanie psa luzem przy ulicy. Rozmawianie przez telefon przy przechodzeniu przez pasy. Albo za kierownicą.
Brak odblasków, gdy idziesz ciemną drogą.

Glupota otacza nas wszędzie. Pleni się i mnoży.

Może i jestem naiwna, ale mam za to wyobraźnię.
Marzę, aby każdy ją miał...


piątek, 23 czerwca 2017

Przeterminowana. Dokładnie o dwa i pół roku.


Było to 23 czerwca 2014 roku. Niespełna tydzień przed moimi dwudziestymi piątymi urodzinami.

Od dwóch miesięcy mieszkałam już z Mężnym (wówczas - Jeszcze Kawalerem).
Do szpitala po raz pierwszy trafiłam 26 maja 2014 roku.
Musiałam błagać lekarkę rodzinną o skierowanie na oddział.
Twierdziła, że nie ma przesłanek ku temu.
Sugerowała, że udaję, aby mieć dalej L4.

Przy pierwszym podejściu na Izbę Przyjęć lekarz stwierdził, że mam za dobre wyniki na szpital.
Za drugim, że dobrze działa na mnie Pyralgina i mam ją brać.
Za trzecim zrobili mi USG na miejscu, odkrywając stado guzów na wątrobie. Zatrzymali mnie na oddziale, zostałam tam prawie dwa tygodnie. Zrobili szereg badań, w tym biopsję.
Lekarz, który ją przeprowadzał, uspokoił mnie słowami:
"Widziałem takie coś setki razy, to nic groźnego, proszę się nie martwić!".

Po dwóch tygodniach wróciłam po wyniki.
Nikt ze szpitala nie dzwonił, nikt się nie dobijał, więc sądziłam, że to tylko formalność.
Zdziwiłam się bardzo.

Dostałam kartkę. Szybko szukałam w internecie, co oznacza ten dziwny, łaciński termin.
Poszliśmy do lekarza, który mnie prowadził, gdy leżałam na oddziale.
Zrzedła mu mina.

Chciałabym Wam napisać, jak to wszystko dalej się potoczyło, ale...
niemal nic nie pamiętam.
Wiem, że przyjechał Tata. I na kolanach prosił mnie, żebym nie umierała.
Wiem, że pojechaliśmy do innego onkologa.

Nie wiem, jak powiedziałam to Mężnemu.
Nie wiem, jak dostałam się do domu.
Nie wiem, co robiłam przez kolejne trzy miesiące.
Nic nie pamiętam!
Kolejne wspomnienie mam dopiero z października, gdy zakładałam bloga.

Słyszałam, że mózg się broni przed traumatycznymi wspomnieniami, zupełnie je wypierając.
Pierwszy raz w życiu mam takie coś.
I jestem za to wdzięczna!

Mijają dzisiaj trzy lata. Szmat czasu, którego mi nie dawano.
Żyję pełnią życia.
Jestem szczęśliwa.

Niemożliwe stało się całkiem realne!



* * * * * * * * *

Komentarze karmią blogera. Najedzony bloger to szczęśliwy bloger ;)

czwartek, 25 maja 2017

Historia z żyć wyjęta

Dawno dawno temu, zapewne wczoraj, była sobie kraina. Mlekiem nie płynęła, ale miodu w niej było, ile dusza tylko może zapragnąć. Jak okiem sięgnąć rozciągały się pola i łąki, pełne barwnych plam. Kwiaty kołysały się na wietrze, pięły się dumnie do nieba, rozgrzewając swoje płatki w ciepłych promieniach słońca.

W krainie tej mieszkały owady. Wszelkie rodzaje i gatunki, jakie tylko kiedykolwiek świat widział.

W owej Kwiecistej Krainie żył sobie Pędraczek. Pędraczek był nikim, szarym robakiem w tłumie owadów. Od innych odróżniało go tylko jedno - jego marzenie.
Marzenie narodziło się, gdy Pędraczek ledwo wypełzł ze swojego jaja. Do gniazda przyleciał Pan Motyl. Był piękny! Skrzydła mu skrzyły przy każdym ruchu, czułki miał długie, zaś odnóża pełne gracji i powabu. Pędraczek zamarzył, aby być taki jak on! Jak Pan Motyl!

Czas mijał, Pędraczek zajmował się codziennymi obowiązkami, ale... każdego dnia wdrapywał się na sam czubek najwyższej trawy i marzył. Marzył o lataniu, o kolorowych skrzydłach, marzył o byciu motylem.
Parę razy próbował latać, skacząc z samego czubka trawy. Oczywiście, nigdy mu się to nie udawało. Jednak zauważył, że gdy spada, powstaje za nim nić. Śliczna nić, niby pajęczyna. Pędraczek postanowił zatrzymywać te nitki, jako pamiątki po ułamkach sekund, kiedy był w powietrzu i wydawało mu się, że jeszcze troszeczkę, jeszcze odrobinka, i poleci. Ten cenny moment tuż przed uderzeniem w ziemię, gdy czuł się wolny i spełniony.

Codziennie, wracając z pracy, wdrapywał się na swoje ulubione, najwyższe źdźbło i śnił. A później próbował latać. Po kilku sekundach leżenia na ziemi, z boleśnie poobijanym odwłoczkiem, zbierał się i wracał na swój spód listka. Z każdym dniem przybywało niteczek. Zwisały smętnie z brzegu liścia, iskrząc i powiewając na wietrze.

Któregoś dnia jego próbę lotu widziała Pani Pszczoła. Podleciała do leżącego Pędraczka, pomogła mu wstać. Po czym stwierdziła, że jest głupi i powinien wziąć się do pracy. Porządnej pracy, takiej jak w ulu, gdzie każdy doskonale wie, co ma robić.
Pędraczek nic nie odpowiedział, skulił się w sobie. Może jego praca w Przeżuwalni nie była szczytem możliwości i osiągnięć, ale nie wadziła mu. Najważniejsze, że nie przeszkadzała mu w marzeniu o byciu motylem!

Jednak po krainie szybko rozeszła się wieść, że Pędraczek próbuje latać. Był wytykany odnóżami, nachodzony przez handlarzy sztucznymi skrzydłami (które, jak każdy z nas wie, do niczego się nie nadają). Znalazł się nawet handlarz techniką IT, który zaproponował mu udział w badaniach klinicznych nad najnowocześniejszą technologią tworzenia skrzydeł.
Pędraczek czuł się samotny. Bolało go ciało, od ciągłego zderzania się z ziemią. Ale jeszcze bardziej bolała go dusza, kiedy nikt nie potrafił zrozumieć jego marzeń.

Pędraczkowa kolekcja nitek rosła w zastraszająco szybkim tempie. Pan Pająk postanowił osobiście ją obejrzeć!
Przybył, owiany aurą tajemniczości i grozy. Najpierw zaproponował, że kupi wszystkie nitki Pędraczka. Kiedy ten się nie zgodził, spróbował sprzedać mu schemat na, rzekomo, najwytrzymalszą z sieci, w którą można łapać słabsze robaczki i je sprzedawać na czarnym rynku.
Pędraczek znowu się nie zgodził, ale Pająk nie ustępował. Obiecał, że sam splecie pajęczynę z tych niteczek, ale Pędraczek będzie musiał mu oddawać część ofiar.
Pędraczek podziękował Pająkowi za wizytę i go wyprosił.

Mijał czas, niby szykany się uspokoiły, ale... Pędraczek dalej czuł na sobie spojrzenia tysięcy robaczków.

Pewnego razu spotkał na szczycie swojej ulubionej trawki Motylicę. Spojrzała na niego swoim zwierciadlanym wzorkiem i powiedziała mu tylko jedno, jedyne słowo: "Próbuj!", po czym poleciała w stronę słońca. Wiadomo przeca, że motyle to płochliwe stworzenia.

Więc Pędraczek dalej zbierał swoje niteczki, układał kolorami, pieścił je, czyścił, rozmawiał z nimi w tylko im znanym języku. Czasami wyplatał z nich jakieś meble czy ozdoby - miał już miękkie łózko, z puchatą poduszeczką i ciepłą kołderką, wygodny fotel, gustowny dywanik. Mimo to - nie miał dość. Nitek ciągle było mu za mało!

Nadszedł dzień, którego obawiała się cała Kwiecista Kraina. Już od rana się chmurzyło, słońce nawet przez chwilkę się nie pojawiło na niebie. Zaczęło wiać.
Pędraczek szybko, w panice, powiązał swoje niteczki tak, aby go ochroniły przed zimnem. Ułożył się w łóżeczku. I zapadł w sen.

Burza zabiła wiele owadów. Jeszcze więcej z nich zostało rannych lub trwale okaleczonych.
Pędraczek nie pojawił się w pracy. Codziennie pod jego kokonem stawały zaciekawione robaczki, ale nic nie widziały przez szczelną ścianę z niteczek.

A Pędraczek zapomniał, że istnieje świat zewnętrzny. Zjadał powoli liść, który był mu wcześniej domem. Każdą chwilę wolną od odpoczynku czy jedzenia, plótł. Bo gdy zasnął w swoim tkanym łóżku, miał sen. Sen o skrzydłach wyplecionych z nici, która błyszczała w słońcu niby tęcza.

Czas mijał, Pędraczek pracował. Nikt mu nie przeszkadzał. Nikt go już nie próbował zniechęcić.
Może był samotny, może nie widywał słońca, ale robił to, co kochał.

Gdy już skończył swoją pracę, otworzył kokon. Wyszedł.
Przywitał go chóralny śmiech.
Bo jego skrzydła... No cóż, nie były idealne - poskręcane, pozlepiane. W kokonie nie miał więcej miejsca, aby zrobić je ładniejsze.
Jednak Pędraczek wiedział, że nitka potrzebuje blasku słońca. Wtedy lśni najpiękniej! Wtedy jest najtwardsza! Zauważył to podczas skoków z trawy. Robił to tyle razy... Wiedział, jak zachowuje się nić w deszczu, w słońcu, w nocy, w cieple i na zimnie.
Teraz potrzebował słońca...
Odpełzł, odprowadzany pogardliwym spojrzeniem tłumu.
Wpełzł na swoje źdźbło i zasnął.

Obudził go hałas. Owady przekrzykiwały się wzajemnie, prawiły coraz bardziej wymyślne komplementy na temat skrzydeł Pędraczka.
Pędraczek, który już pędrakiem nie był, wzruszył ramionami i odleciał.
Zrozumiał, dlaczego motyle są płochliwe. I dlaczego wolą samotność.


czwartek, 9 marca 2017

Instrukcja obsługi osoby chorej na raka (remake)

Dawno temu, na samym początku istnienia bloga, napisałam Instrukcję dla osób niewprawionych i niedoświadczonych.
Po dwóch latach chorowania nastąpił czas na aktualizację owego tekstu, bo doszłam do wielu nowych wniosków :)


INSTRUKCJA OBSŁUGI CZŁEKA Z RAKIEM

1) Chory człowiek dalej jest człowiekiem.
Wbrew pozorom, nie rozmawiamy tylko o chemiach i naświetleniach, nie dyskutujemy o modelach chustek, czapek i peruk.
Jestem tym samym człowiekiem, którego znałeś. Tylko troszkę mądrzejszym.

2) Odciągnij uwagę.
Postaraj się nie pytać, jak wyniki, jak się czuje, jak postępy leczenia. Rozumiem, że się martwisz i chcesz wiedzieć, ale zwykle mamy dość tematyki rakowej.
W wolnej chwili od chorowania chcemy... być zdrowi.

3) Nie gadaj o alternatywnych sposobach leczenia.
99,9% moich zaraczonych znajomych nienawidzi tematyki pestek moreli, odkwaszania organizmu, oleju z konopii i tym podobnych. Jeżeli ktoś już podjął leczenie standardowe to, wierz mi, raczej nie skusi się na czary-mary hokus-pokus.
Co więcej - takim gadaniem możesz nawet zaszkodzić.

4) Nie traktuj mnie jak dziecko.
Umiem sama wstać, przejść, nawet zakupy zrobię.
Jeśli sobie nie radzę - delikatnie zaproponuj pomoc. Ale nie wyręczaj.

5) Daj się ponieść marzeniom.
Lubimy planować. Lubimy marzyć o dniu, gdy już będziemy zdrowi. Daj nam ten luksus. Pozwól czekać, niecierpliwić się.
Nie planuj rzeczy zbyt odległych. Ale spokojnie możesz zaplanować coś miesiąc naprzód.
Dasz siłę do przetrwania. I nowy punkt odniesienia.

6) Zainteresuj się budżetem.
Kwestia finansowa to zwykle temat tabu. Jednak pewnie wyczujesz, że coś jest nie tak.
Nie proponuj wspólnego wyjazdu na wakacje, gdy koszt to pińć milionów dwieście. Przy raku pieniądze topią się jak lód na wiosnę.
Ileż razy musiałam mówić "nie chcę", bo wstyd było mi powiedzieć "nie stać mnie"...
To boli. I wywołuje poczucie winy.

7) Najważniejsze:   NIE LITUJ SIĘ!
Litość to paskudna rzecz.
Wyważone współczucie - owszem, mile widziane.
Ale litość?
Nie potrzebujemy jej.
Jedyne czego potrzebujemy to komunikatu: 
Jestem. I będę, obojętnie, czy będzie dobrze czy źle. 
Nigdy nie zostawię Cię z tym samego.

Pozdrawiam cieplutko!
Ja dalej leżę i nic nie robię. Uh...
Do tego dzisiaj brzuszek boli jakoś bardziej... :(


* * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * *
SMS na numer 75 165 o treści: POMOC 6742
czyni mój świat lepszym :)

piątek, 24 lutego 2017

Alegoria życia z rakiem


Znalazłam idealne porównanie życia z rakiem.
Jak ktoś mnie znowu zapyta, jak to jest codziennie zmagać się z gadem to już wiem, co mu odpowiem.
A nigdy nie wiedziałam, co w takiej sytuacji mówić.
Wiecie, dla mnie to codzienność. Niemal już nie pamiętam, jak to było być zdrową.
A więc...

Życie z rakiem to jak mieszkanie na wulkanie.



Każdy rozsądny człek powie, że nie chciałby mieszkać na wulkanie. Szczególnie czynnym.
A gdy nie masz wyjścia?
To nie jest tak, że siedzisz na walizkach, czekając na erupcję.
Nie.
Żyjesz sobie normalnie, uprawiasz ziemię, hodujesz zwierzęta, gotujesz obiady i sprzątasz. Z wulkanu czasem zadymi, czasem nieco ziemią wstrząśnie, ale zazwyczaj życie toczy się jak w każdym innym miejscu. Tylko widoki są ładniejsze, ziemia żyźniejsza. Słońce jest bliżej.
Niekiedy się boisz, że zaraz lawa pokryje cały Twój świat. Ale zwykle wolisz o tym zwyczajnie nie myśleć.

Z rakiem jest identycznie!
To nie jest tak, że siedzisz na walizkach, czekając na hospicjum.
Nie.
Żyjesz sobie normalnie, podlewasz kwiatki, dopieszczasz swoje czworonogi, gotujesz obiadki i sprzątasz. Czasami musisz pojechać do onkologa lub na tomografię, ale zazwyczaj życie toczy się jak życie kogokolwiek innego. Tylko wszystko wyraźniejsze jest. Świat ma więcej barw, a i słońce jaśniej świeci. Bardziej doceniasz to, co masz.
Bo się boisz, że to wszystko zaraz może zniknąć. Ale zwykle wolisz o tym zwyczajnie nie myśleć... ;)

Wieści?
A są i one.
Znowu trochę czasu mi zleciało, zanim poukładałam sobie wszystko we łbie.
W poniedziałek wylądowaliśmy w Szpitalu z Horroru. W godzinę załatwiłam wszystko.
Niestety, laparoskopia nie wchodzi w rachubę, bo guzisko za duże było urosło. Trzeba mnie ciachnąć całą w poprzek. No i już po weekendzie melduję się na oddziale, we wtorek mnie ciachną.

Nie będę zgrywać chojraka.
Boję się jak jasny skurwysyn.
Nie samej operacji, nie szpitala.
Boję się bólu.
Leżenia w łóżku.
Patrzenia na kłęby sierści ewoluujące w kątach mieszkania, bez możliwości wstania i odkurzenia.
Boję się Gacka skaczącego na mój rozharatany bebech.
Boję się bolącego kręgosłupa od spania na wznak.
Boję się też, że coś może pójść nie tak (ale akurat to jest ten racjonalny lęk, zupełnie normalny... ale sierści się bać?).
Boję się, że jak już wydobrzeję i wejdę do kuchni to miski znajdę na patelniach, a patelnie między piekarnikiem a ścianą.
Nie jestem typem, który potrafi leżeć i patrzeć. Na trzeci dzień leżakowania już mnie kurwica strzela i mam ochotę iść coś porobić.
A nie będę mogła. Zero robienia czegokolwiek.
Cały miesiąc robienia niczego.
Jak ja to wytrzymam?!

A w ogóle muszę sobie kupić jakieś koszule nocne. Cholera.
Rok bez szpitala i arsenał szpitalny się wykruszył :/

* * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * *
SMS na numer 75 165 o treści: POMOC 6742
czyni mój świat lepszym :)

sobota, 18 lutego 2017

Przebudzenie.

Światło.
Pierwsza rzecz, którą zobaczyłam, wchodząc o siódmej rano do dużego pokoju.
Blask.
Onieśmiela mnie, dawno nie widziałam tej dzikiej feerii barw, tego tańca kolorów. Czuję się, jakbym pierwszy raz w życiu zobaczyła słońce.
Razi. Ale nie boleśnie. Napełnia serce szczęściem, dumą.
Oddycham światłem.
Wnika w pory mojej bladej, zmatowiałej od siedzenia w domu, skóry.
Ciężko nabrać powietrza w płuca.
Wszechobecna doskonałość zapiera dech w piersi.
Opadłabym na kolana, dziękując za życie i szczęście. Ale nie jestem w stanie zrobić nawet kroku. Zamarłam w pół ruchu, zapominając o przeszłości i przyszłości.

Widzę.

Teraz to widzę.
Widzę, ile przyjemności zabrał mi strach. Widzę, jak gęstą i mroczną mgłę rozpostarła w mojej duszy niepewność.
Widzę to. Dopiero teraz, kiedy zniknął mrok.
Otworzyłam oczy. Uszy. Umysł.
Moje zmysły chłoną świat zupełnie inaczej, niż jeszcze kilka dni temu.
Zapach kawy upaja, bardziej

nawet niż smak.
Kolory rybek porażają. Koty są delikatniejsze. I mruczą jakoś głośniej.

Cały świat odetchnął. A ja razem z nim.
Oddycham.
Żyję.
Mam ochotę płakać nad swoim szczęściem.
Chcę wyć z poczucia ulgi.

Ja żyję.
Dalej żyję.
I widzę. Czuję.
Kocham.

Jak pięknie jest być.
Napełnić się światłem. Uwięzić je w dłoniach.
Chłonąć. Chłonąć. Chłonąć.


sobota, 28 maja 2016

Życie

Chciałabym nauczyć ludzi patrzeć na świat moimi oczami.
I widzieć to, co ja widzę.
Bo ja chyba nie dorosłam, patrzę na świat oczami dziecka.
I po dziecięcemu potrafię się nim zachwycić.


Nie widzę lasu, lecz setki drzew z milionami listków, które szumią i skrzą się na wietrze.
Nie widzę rzeki czy jeziora, a miliardy kropli, które błyszczą w słońcu.
Nie widzę słońca, a jego promienie igrające na każdym załamaniu powierzchni, podkreślające kształty i kolory.

Na ulicach nie widzę tłumu, a dziesiątki ludzi, z których każdy jest osobnym bytem i ma w sobie skryty cud życia.
Nie widzę korka, a dziesiątki ludzi zamkniętych we własnych samochodach, w których unoszą się myśli, uczucia i plany podróżujących.
W sklepie nie widzę motłochu ludzi, a pojedyncze osoby kupujące to, czego potrzebują (albo i nie). Lubię patrzeć na ukryte pod maską uśmiechy. Widać je nawet, gdy próbują być poważni i nieodgadnięci.
Patrząc na starszyznę nie widzę zmarszczek i niedowładów, a ludzką historię: historię miłości, szczęścia, nieraz bólu czy niedocenienia.

Nie znam ich, a świat dookoła nie należy do mnie. Jednak nie zmienia to faktu, że potrafię się do głębi zachwycić i, niby bez powodu, wzruszyć.
Tak mnie skonstruowano.

Chciałabym, aby każdy umiał się zatrzymać w jakimkolwiek miejscu czy momencie i go docenić. Wczuć się, odkryć drzemiące w nim piękno, docenić kunszt natury i ludzi.
Niestety, większość patrzy na mnie jak na wariatkę, gdy z oczami wielkimi jak spodki przyklejam się do szyby w autobusie i chłonę. Chłonę świat takim, jakim jest.
Bo jest piękny. A piękno to jest niezależne od ludzkich fanaberii.

czwartek, 29 października 2015

Niech wszystko spłonie!


Miałam wizję.
Moje oczy oglądały, jak cudownie ten szpital płonie, jak wybucha każdy pokój z osobna.
Karmiłam swoje zachłanne oczęta tym widokiem.
I rozkwitł mój złowieszczy śmiech.
A płomienie, jak wielkie czerwone kwiaty, rozkładały swe płatki w oknach, dokonując aktu zniszczenia.
Czułam powiew gorąca na twarzy.
Czułam zapach zgliszczy.
Wszystko rozmyło się w trzy sekundy.
Kiedyś zapomnę, jak wygląda onkologia od środka.
Ale nigdy nie zapomnę o tym, że chciałam zapomnieć.