Pokazywanie postów oznaczonych etykietą z życia wzięte. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą z życia wzięte. Pokaż wszystkie posty

piątek, 17 maja 2019

O tym, jak sprzeniewierzyłam się własnym ideałom

Dzisiaj będzie spowiedź. Tak, żeby Was uświadomić, że każdy ma prawo pobłądzić.
Nawet, rzekomo idealna, Lucynka.

Od pięciu lat powtarzam, że najważniejsze jest żyć powoli, uważnie i całym sobą. Być obecnym we własnym życiu. 

Aż przyszedł maj. Dokładnie rok temu zaczęłam szydełkować. I to mnie zgubiło.
Same robótki ręczne nie są złe, wręcz przeciwnie, ale podeszłam do tego zbyt ambitnie i zbyt całościowo. 

Przez ostatni rok dałam radę:
- zaniedbać przyjaźnie (przyznać się, kto jeszcze czeka na maila ode mnie?);
- zaniedbać dom, 
- zniszczyć swoje ciało, 
- porzucić wszystko, co sprawia, że czuję się żywa. 

W ciągu roku nie przeczytałam żadnej książki. Nie napisałam nawet pół rozdziału swojej książki. Nie byłam na "shopingu" z Mamuśką. Nie poszłam na basen. Nie obejrzałam spokojnie filmu. Ani razu nie poszłam sama z siebie na spacer. Chociaż kocham spacerować bez celu i powodu! 

Dlaczego? 
Bo szydełkowałam. Cały czas, po 16h dziennie. Grafik zamówień szybko się zapełnił, a ja byłam dumna, że dokładam się w liczącym się stopniu do budżetu. 
Pieniądze szczęścia nie dają, ale każdy, komu kiedykolwiek ich brakowało potwierdzi, że ich niedobór skutecznie unieszczęśliwia.

W niedzielę przejrzałam na oczy. 
Pomogła mi książka mojej dawnej przyjaciółki. Wiecie, nic tak skutecznie nie otwiera oczu jak fakt, że ktoś spełnił marzenie, które było również twoim marzeniem. Swego czasu ciągle gadałyśmy o pisaniu. Snułyśmy plany. Gdybałyśmy. 
A Anka, zamiast kombinować, po prostu to zrobiła. Napisała książkę. W rok. Skubana! 
Zmotywowała mnie strasznie. I w pięknym stylu. 

I tak od niedzieli żyję inaczej. Wolniej. 
Cała niedziela była dniem SPA. Nawet nogi ogoliłam. Z własnej, nieprzymuszonej woli. Poniedziałek calutki spędziłam z Mamą. Był ciąg dalszy SPA ;)
We wtorek i środę robiłam chustę, ale też ogarnęłam całe mieszkanie, łącznie z podlewaniem kwiatków. 
W czwartek robiłam wszystko. 
Dzisiaj kolejny raz spędziłam cały dzień z Mamą. Obrabowałyśmy pół lumpeksu ;) 
Dorwałam nawet czarną, bawełnianą spódnicę do kostek. Marzyłam o takiej od lat. I to wszystko za 6zł za kilogram szczęścia, ha! 

Czas jakby zwolnił. Jestem w stanie doliczyć się każdego dnia tygodnia.

Od niedzieli codziennie chodzę posmarowana balsamem, z umytymi włosami, nasmarowanym kremem pyskiem, uczesana i pachnąca perfumami. To nie jest takie oczywiste - nie raz i nie dwa odwlekałam prysznic, żeby dłużej popracować...
Czuję się zadbana. Nawet paznokcie mam pomalowane (dzisiaj rządzi mięta ;)). 
Codziennie czytam. Przełożyło się to na pięć (!!!) przeczytanych książek. Po jednej dziennie, chociaż nie zalegam z książką na kanapie na dłużej, niż pół godziny na raz. 

Może i zarobię mniej, może i przez to będzie trzeba zrezygnować z kilku rzeczy, ale... 
Nie chcę być pracoholikiem. 
Chcę żyć.
Powoli, cicho i nieustępliwie. 

Uczcie się na moim błędzie. Szkoda czasu na tracenie go. 

Co do książki - powstaje. Zbieram materiały. Lada dzień otworzę edytor tekstu i powstanie pierwszy rozdział.

A póki co - powoli kończę chustę ;) 

wtorek, 7 maja 2019

Wpis sponsorowany przez nieograniczone pokłady szpitalnej nudy

Statystycznie rzecz biorąc, mam pięć wycieków kroplówek na serię chemii. Czyli, statystycznie, co trzecia kroplówa się wynaczynia. Zwykle, magicznie, jest to Gemzar, chociaż w jednej serii są tylko dwa Gemzary ;)

Statystycznie mieszkaniec naszego domu ma 3 i jedną trzecią nogi. I, statystycznie, każde z nas waży 36,6kg. Czyli mamy koty z mega nadwagą, albo jesteśmy skrajnie niedożywieni.

Statystyka jest jak dobre kłamstwo - zawiera w sobie wyłącznie prawdę, chociaż ani jedno z jej twierdzeń nie jest stricte prawdziwe.

Do czego dążę?
Chciałabym zarabiać średnią krajową. A jakby jeszcze Krzysiek zarabiał średnią krajową to bylibyśmy bogaci. Bardzo obrzydliwie bogaci.

Chcę być obrzydliwie bogata i mieć cudownie obrzydliwie malutki i słodziutki domek w górach. I hodować w ogródku ogórki. I borówki. I czereśnie. I gruszki. I może winogrona?

I hasałabym nago po łące, mając w dupie podglądające mnie zające, hej!

Tak, znowu siedzę w budżecie. Namiętnie układam cyferki w słupki, a i tak mnie nie słuchają.
Brakuje mi różdżki (lub 400zl), żeby domknąć jakoś wydatki. I żeby starczyło na spodnie dla topiszącej napuchniętej chemiołykaczki.


Zawsze czułam, że będę kiedyś bogata.
No i jestem:
Nieskończenie bogata w miłość, wiarę i nadzieję.
I obrzydliwie bogata w wyobraźnię i czarny humor ;)

piątek, 15 lutego 2019

Nie po drodze mi z chemią...

Nienawidzę przeziębień. Nie zrozumcie mnie źle - raka też nienawidzę, ale rak ma jakiś patos w sobie, dozę romantyzmu, każdy też wie, że to przebiegły i chytry ooyek. Walka z nim ma w sobie coś związanego z Xeną, Wonder Woman, Kapitanem Ameryką... Ale, przede wszystkim, ma w sobie coś z bycia Deadpoolem (uwielbiam gościa! :D).
A walka z grypą? To taka walka z wiatrakami. Nawet żal i wstyd się na to żalić. No, kurde, nie. Zero polotu.


I tak na chemii miałam stawić się 5 lutego. Rozłożyła mnie grypa. I to taka z gorączką. Ooy, przełożyłam chemię na 13 lutego. Cały tydzień dodatkowej wolności, a ja sobie zdychałam pod kocykiem. Takie marnotrawstwo! 
Po intensywnej kuracji doszłam do siebie, przychodzi 13 lutego. Budzę się w środku nocy z mega migreną! Wstaję o 6, na dzień dobry padam na kolana przed Panem Klopem. W czaszce buzuje gorączka. Znowu telefon z przełożeniem chemii. Czwartek całkiem znośny, wstaję dzisiaj rano pełna determinacji, żeby do tych Katowic pojechać i wziąć te pół tablicy Mendelejewa. I co zastaję rano w lustrze? Mega spuchnięte oko. Ogromne! Myślałam, że zaraz wypłynie mi z oczodołu. Normalnie powtórka z rozrywki z zeszłego roku. Pamiętacie?
No ale pojechać musiałam. Z pomocą przyszła taksówka, bo ból łba i oka ograniczył mi widoczność do 5cm. Ale jakoś dojechałam, chemią dostałam.
Po tej imprezie pojechaliśmy z Tofikiem na pizzę. Bo wczoraj były niby Walentynki, 9 lutego mieliśmy piątą rocznicę  Randka nam się należała i tyle ;)
Pizza była cudownie pyszna! Wiem, bo przez moje usta przeszła, niestety, dwukrotnie.

Także ten. Jutro poprawka randki, wyciągam Mężnego do kina. Chyba, że pokona mnie chemia. Lub cholerne zapalenie spojówek.

Wiecie co..? Ja już chyba wolę tę nudną grypę ;)

Przed chwilą po raz drugi oddałam cześć Panu K.
I to w momencie, gdy zaczęłam snuć ambitne plany pod tytułem "codziennie odpisuj na wiadomości", "odpisz na maile" (Lenka, pamiętam o Tobie! Odpiszę!), czy też "odpowiedz na komentarze". Był nawet ambitny punkt o 12:00 - pół godziny jogi. Od początku chemii przytyłam 4kg. Nie mogę aż tyle leżeć.
No, jednak moje mdłości mają inne plany na najbliższe kilka dni.

A w ogóle to marzę o komputerku. Już z dwa lata notki piszę na telefonie.
Jak byłoby cudownie znów poczuć pod palcami klawiaturę. Peonowymiarową. Taki mały, lekki notebooczek, tylko do pisania. Na tyle słaby, żeby K. nie chciał mi go nawet dotykać... Chyba musiałby być różowy 😂

Lecę spać. Oczy mi już się same zamykają. No jedno oko. Drugie od rana jeszcze się nie otworzyło ;)
Pamiętam o Was!

czwartek, 3 stycznia 2019

Czy jestem nadwrażliwa?

W tytule notki typowy przykład pytania retorycznego. Znacie mnie już tyle lat, że na pewno to zauważyliście. Jestem nadwrażliwa. I to strasznie.

Od dłuższego czasu praktykuję stoicyzm skrzyżowany z epikureizmem. I staram się być skałą. Silną, dumną, niewzruszoną. Bez emocji na zewnątrz, ale silna swym uporem do trwania. Co nie przeszkadza wygrzewaniu się w słońcu ;)

Ale ja nie jestem jak skała. Jestem cholerną wodą.
Wybucham sztormem w kłótni z kierowcą autobusu, który od pół roku nie potrafi przyjąć do wiadomości, że orzeczenie z ZUSu o niezdolności do samodzielnej egzystencji jest wyżej w hierarchii dokumentów, niż legitymacja z PFRONu. I tłumaczę mu jak dziecku, ale on swoje. I wybucham. Zaczyna się od niewinnych kręgów na wodzie, ledwo uchwytnych. Później są lekkie rozbryzgi, by w kilka sekund być dziewięciometrową falą.
Nie jestem z tego dumna. Ale taka jestem.

Jest jeszcze gorzej, gdy ktoś potraktuje mnie jak głupią, ignorancką gówniarę, a ja... Serio poczuję się głupio. Jakby otoczenie potrafiło mnie kształtować.
Jestem cholerną wodą, w jednej chwili z kałuży staję się dziecięcym wiaderkiem, z butelki przekształcam się w szklankę, z rzeki w morze, z morza w ocean. A jedno spojrzenie i protekcjonalny ton zamienia mnie w ignorancką gówniarę.
I niby powierzchnia jest gładka, niezmącona, cicha i kojąca, ale kilka metrów pod powierzchnią stado piranii właśnie rozrywa noworodka.
Moi lekarze mają ogromny talent do zmieniania mnie w mokrą plamę.
I, zamiast zapomnieć i płynąć dalej, ja ciągnę za sobą ten cholerny wrak, raz po raz rozkładając go na części i rozpamiętując, jak dumny ocean wcisnęli do szklanki.
Woda zawsze pamięta. Nawet, gdy udaje, że jest inaczej.

Nie jestem silna. Jestem tylko uparta.
Umiem trzymać swoje sekrety głęboko na dnie, wśród koników morskich i bajecznie kolorowych rozgwiazd. Umiem ukrywać trupy w piasku, w trzcinach, pod mostami. Ale zawsze pamiętam wszystko to, o czym powinnam jak najszybciej zapomnieć i, po prostu, płynąć dalej.

Często się boję. I to głupot totalnych. Jak, na przykład, zadzwonić do pracy, co dalej ze mną zrobią, bo umowę miałam tylko do końca roku. I boję się, jak przeżyjemy styczeń, bo czekam na termin komisji ZUS. Tak, renta też była tylko do końca roku i w tym miesiącu jej nie dostanę. Nie takie rzeczy się już przeżyło, a jednak się boję.

Paradoksalnie, nie boję się skakać z najwyższych skał, nie boję się, że lecąc w dół jak wodospad, nagle się roztrzaskam. Nie boję się rekinów, meduz, krabów. Raków też nie ;)
Nie wzruszył mnie wynik ostatniej tomografii.
Swoją drogą, nie wiedziałam, że we wnioskach badania może znaleźć się coś innego, niż regresja, stabilizacja lub progresja. Może być, na przykład jak u mnie, powiększenie węzłów chłonnych i lekkie powiększenie przerzutów. O dziwo, to nie jest progresja. Bo mało urosły. Na pocieszenie dodam, że kości i wątroba siedzą cicho. Jajnik trochę szaleje. No i te węzły chłonne.
Ale po mnie to spływa. Czuję, że będzie dobrze, układam się leniwym strumykiem w promieniach słońca. Szemrzę cicho do każdego, kto zechce posłuchać: "Jestem.".
Powoli dochodzę do wniosku, że zawsze będę, obojętnie, czy rzeczywiście będę, czy nie.
Jestem tak zdradliwie spokojna.
Jednak nie zawaham się ani sekundy przed utopieniem każdego, kto będzie się przechwalał, że doskonale pływa. A dla tych, co nastają na moich najbliższych mam spacjalnie zaprojektowane bagno.
Rak nie będzie rządził wodą. Szczególnie taką, w której właśnie płynie jakieś dwa litry cisplatyny z gemzarem.
Powodzenia.
Nie jestem skałą. Jestem wodą.
I utopię skurwysyna, jednego po drugim.
Bo jestem uparta. O.



wtorek, 9 października 2018

Karaluchy pod poduchy!

Gdy człowiek mieszka z rodzicami to mu się wydaje, że wszystko jest takie oczywiste. Łóżko, na przykład.

Jakiś czas temu z Czabajkiem postanowiliśmy przestać się kłócić o kołdrę. I kupiliśmy dwie osobne.
Polecam każdemu takie rozwiązanie: wierzcie mi, że noce bez awantur o to, kto tym razem zacharypcił nakrycie, jest warte tłumaczenia się przed ludźmi z tego, że tak, mamy dwie kołdry ;)
I tu historia mogła by się skończyć, ale nie ;p
Po pół roku męki z pościelą, która była w domu "na stanie" (większość jeszcze zabrana z domu rodziców :D) w końcu kupiliśmy sobie dwa TAKIE SAME i pasujące do siebie komplety poszew i poszewek. Czyli jedno ubranko dla łóżka było.
Może prześcieradło w kolorze mydlano-kawowym średnio pasowało do różowo-niebieskich poszewek, a każdy jasiek miał inny kolor, ale dało się żyć. Tylko zmiana pościeli wymagała nieco zachodu - rano zdjąć, wyprać, wysuszyć, wieczorem ubrać. Nie zawsze człowiek się z tym wyrobił i nie raz (i nie dwa... trzy też nie) spaliśmy pod gołymi kołderkami i na gołych podusiach. Już nie wspomnę o tym, jak ten komplet wygląda po pół roku ciągłej wachty ;)

Az nadszedł ten dzień. Dzisiaj!
Kupiliśmy komplet pościeli. Komplet. Idealnie do siebie pasujący.
Bordowo-szare poszwy, czerwono-szare poszewki na jaśki i, na okrasę, piękne, grafitowe prześcieradło.
I aż zachciało mi się płakać z radości, że w końcu, po czterech latach razem, po prawie roku spania pod dwoma kołderkami, mamy komplet. Idealny komplet. Wszystko w końcu do siebie pasuje.
Rzecz tak oczywista, a tak druzgocąco ciężka do wykonania.

No ale znowu mamy tylko jeden zestaw. Przy zdejmowaniu brudnej pościeli w poszwie padł zamek. Kierwa.
Ale teraz nie odpuszczę! Za miesiąc (lub dwa, zależy, kiedy w Lidlu tańszą pościel rzucą ;)) kupuję kolejny zestaw.
Koniec z praniem na akord i basta.

A teraz idę spać. W mojej nowej, slicznej i gustownej pościeli :)
Dobranoc! Doceńcie swoje łóżeczka :)

poniedziałek, 25 czerwca 2018

Zwycięstwo! Kolejne do kolekcji :)

Tak na fali mundialowych niepowodzeń, które dość mocno kładą się cieniem na nastrojach Polaków, polecę, na przekór, sukcesem.

Pierwszy raz od 4 lat poczułam, że Cherry Coke jest wiśniowa!
Tak mocno, dogłębnie, poczułam jej smak! Słodkość. Lepkość. Soczyste nuty czerwieni!
I, o dziwo!, dopiero po tym doznaniu zdałam sobie sprawę z tego, że przez ostatnich kilka lat ten narząd mocno u mnie szwankował.
Nie odczuwałam słodyczy. Owszem, wiedziałam, że coś jest słodkie, ale tylko dlatego, że zaczynało mnie mdlić ;) Teraz nawet w wodzie czuję posmak słodyczy! Nawet marchewka jest słodka!

Do tego podejrzewam, że mój węch też szwankował. Bo nigdy wcześniej wytwory kocich zadków nie cuchnęły aż tak okropnie...
I teraz nie wiem, czy mam się cieszyć, czy nie ;)

Czy Was też już zmęczył Mudial?
Lubię piłkę nożną. Z przyjemnością oglądam mecze, gdy tylko mogę (żeby nie było zbyt fanatycznie - zwykle z szydelkiem w rękach ;)). Jednak te reklamy... Mam wrażenie, że lada chwila z lodówki wyleci piłka i pierdyknie mnie centralnie w nos.
Futbol jest teraz wszędzie! Nawet w automacie z kawą są kubki z piłką do nogi. Lekka przesada.
Wszędzie dookoła krzyki. W radiu mecze. I te cholerne reklamy. Jak ja nie znoszę reklam!
Wgryzają się w mózg jak kleszcze w skórę niemowlaka. I potem chodzisz cały dzień i nucisz pod nosem "Polska biało-czerw, biało - czerwoni!". Wrrr.
Plusem powrotu naszych z Rosji jest... Rychły koniec tych mózgożernych reklam, banerów, gadżetów i rozmów.
Wierzcie mi, że od kilku dni nie rozmawiam z klientami o niczym innym, niż piłka nożna.
Już nawet wiem, co to ten legendarny "spalony" ;)
Cieszę się na mecz z Japonią. Podejrzewam, że zgodnie z tradycją, biało-czerwoni nieźle skopią tyłki tym drugim biało-czerwonym. Którzy którym to już zagadka ;)

Abstrahując od tematu - ostatnio zastanawiałam się, czy isteje jakiś kraj z różową lub fioletową flagą. Takie niedoceniane kolory!
Informuję Was oficjalnie, że Lucynkowe Imperium Szczęścia I Czułości (w skrócie - L. I. S. I. C. ;)) posiada flagę zielono-fioletową, a jego herbem jest jednorożec w szmaragdowym polu :D



Hej ho! Trzymajta się ciepło! :)

wtorek, 29 maja 2018

Bezradność zabija

Nienawidzę swojego ciała.
Nie chodzi mi o wygląd, otyłość, blizny czy inne kwestie zewnętrzne.
Nienawidzę tego, że nie mogę na nim polegać  bo buntuje się przeciwko mnie.
Ból atakuje znienacka, jak złośliwy kociak kłębek włóczki - tu pacnie łapą, tam ugryzie, tu szarpnie pazurami...


Chciałabym żyć normalnie, bez obawy, że nagle mogę oberwać skurczami w brzuchu, mdłościami, biegunką. Lub zwyczajnie zalać się potem, zupełnie bez przyczyny.
Wstawać rano bez oceniania, czy coś mnie boli, co boli i w jakim natężeniu. Czy dam radę wstać i iść do pracy.
Mam dość budzenia się dwie godziny przed wyjściem z domu tylko po to, aby zdążyć w razie czego łyknąć garść przeciwbólków. Żeby zdążyły zadziałać przed pracą.

I nie boli mnie tylko wątroba. W sumie, wątroba boli mnie bardzo rzadko.
Częściej wysiadają plecy. Albo rwą mnie szwy w bebechach. Albo nieokreślone bliżej skurcze w jelitach.

Dzisiaj wstałam, ale nie dałam rady zebrać się do pracy. Jutro lekarz. Kolejne trzydniowe L4.
Za dwa tygodnie tomografia. Kontrola.
Jak zawsze drżę z obawy, że pryśnie ta moja krucha, delikatna codzienność.
Bo może i nienawidzę swojego ciała, ale tak bardzo kocham udawać, że jestem zdrowa.
Udawać, że raka nie ma i nigdy nie było...
Tak fajnie jest po prostu żyć, jak miliony innych ludzi. Zdrowych ludzi.

wtorek, 13 marca 2018

Irryt!

Dużo rzeczy mnie ostatnio irytuje. I odzywa się żądza mordu...

Na szczycie listy jest internet. Fb przewodzi.
Kilka dni temu zostałam zaproszona do grupy o storczykach. Lubię takowe, więc wlazlam. Piszę pierwszy post z pytaniem (którego nie było w ciągu ostatnich kilku miesięcy - sprawdziłam). Nikt nie odpisywał na temat. Spam totalny. Zostałam zrównana z ziemią za używanie słowa "podlewać" zamiast "namaczać". Post zablokowano. Uciekłam z grupy.
I walić to, że ja rzeczywiście storczyki namaczam ;p

Mam wrażenie, że jak już ktoś w dużej grupie dorwie się do miana moderatora, to zaczyna zachowywać się jak strażnik w więzieniu. On ma rację, jest bogiem, wie wszystko. A kto nie liże dupy, ten jest dupa.

Znacie mnie. Nie jestem trollem, trochę oleju we łbie mam, staram się być miła i użyteczna. Dlatego WKURWIA mnie, gdy ktoś po mnie jedzie.
Normalnie lawina hejtu. Za chuj wi co.

Druga sprawa, która mnie irytuje, to temat wolnych niedziel.
Kilku klientów już mi zalazlo za skórę swoimi "a po co to" i "a dlaczego".
Dzisiaj było combo nawet: "Wczoraj było zamknięte. Nie pakujecie zakupów. Cofamy się do epoki kamienia łupanego.". Co, kurwa?
Pamiętam, jak za dzieciaka wszystkie sklepy w niedzielę były zamknięte. I wszyscy żyli.
Pół świata ma zamknięte w niedzielę. Drugie pół nie ma sklepów. My, z handlowymi niedzielami, jesteśmy tylko błędem statystycznym.
Jak dla mnie mogli by zamknąć wszystko. Na amen. No, poza służbami ratunkowymi.
Też widzieliście, ilu ludzi wyszło w niedzielę z domów?! Przecież to było piękne.
Powinni jeszcze obcinać transfer danych w sieci. To by dopiero było :D

Nie powiem, fajnie jest mieć wolne.
I mieć świadomość, że na pewno będę mieć jeszcze wtedy i wtedy wolne. I Krzysiek też będzie miał wolne. I będziemy mogli razem się poczabajkować :)

Z okazji 18 stopni i pierwszej niedzieli niehandlowej zrobiliśmy ognisko. Spędziłam trochę czasu z Mężem i znajomymi. Bajka!

Tylko szkoda, że wcześniej, w piątek i sobotę, przerzucilam z pięć ton towaru.
No jakby szedł armagedon czy inna wojna.
Tak wyglądały moje ręce w sobotę wieczorem:


No bywa. Praca jak praca.
Ale potem przychodzi do ciebie taki chuj zjebany i gada do kolegi:
"Popatrz się na ochroniarza, jaki kutas, stoi sobie cały dzień i nic nie robi. To jest praca! A ta pani (wskazuje na mnie) też fajnie, niedziela wolna, całą zmianę siedzi na dupie i jeszcze jej płacą. A i tak narzekają."
Spokojnie odpowiedziałam, że mamy wolne miejsca i w ochronie, i na kasach - zapraszamy.
Zarechotał i sobie poszedł. A ja zostałam z wkurwem.

Irytuje mnie też bałagan w domu. Od niedzieli wyrzucilismy chyba 8 worków śmieci. W tym trzy były z moimi ubraniami. Tak, w końcu pozbyłam się WSZYSTKIEGO, co jest za duże lub za małe. Teraz już każde moje ubranie na mnie pasuje :)
Gonię za minimalizmem. Jutro zaczynam zabawę z dokumentami. Będzie wesoło, uh...

A najbardziej irytuje mnie PMS.
Bo przez niego wszystko mnie irytuje.
Gdzie moja czekolada?

czwartek, 1 marca 2018

Chora Kura Domowa kontratakuje

Gdyby "stara" Mamuśka (czyli ta z dzieciństwa, która spędzała pół dnia w kuchni i codziennie gotowała inny obiad) zobaczyła, jak dzisiaj robiłam kotlety mielone, to chyba zdzieliłaby mnie szmatą przez łeb ;)

Na początek przyniosłam sobie krzesło do kuchni. Później nałożyłam rękawiczki. Nienawidzę surowego mięsa (gotowanego czy smażonego po prostu nie lubię, jedynie pieczone zasługuje na moje uznanie ;)), babranie się w nim gołymi łapami powoduje u mnie mdłości.
Do robota kuchennego z końcówką zagniatającą ciasto wrzuciłam kilogram mielonej szynki, kilka łyżek przypraw, mąki, bułki tartej, cztery jajka. I włączyłam robota. W tym czasie nagrzała mi się patelnia ;)
Później kuleczki i smażymy.
W 25 minut zrobiłam cztery obiady!
Dzisiaj Mamuśka nie zdzieliłaby mnie już szmatą. Przyniosłaby sobie drugie krzesło, pogratulowałaby mi sprytu i zrobiła kawę :)
A mówią, że ludzie się nie zmieniają.

Nie mogę wyjść z szoku, jak wiele zmieniają pieniądze w życiu.
Pojechaliśmy z Już Mężem na zakupy. I był tam ON.
Płaszczyk wiosenny, beżowy, z paskiem. Cudo.
Taki, o jakim marzyłam od trzech lat.
I Krzysiek... Kazał mi go sobie kupić. Normalnie.
Bez oszczędzania trzy miesiące, bez kombinowania, po prostu go kupiliśmy!

Inna sprawa, że trzy lata temu ważyłam jakieś 150kg i w markecie nie udałoby mi się kupić zupełnie nic.
A dzisiaj... Wzięłam XXL (a było jeszcze XXXL), chociaż spokojnie wlazłabym w zwykle XL.
Normalnie... Nie dość, że płaszczyk w markecie, to jeszcze w rozmiarze, który nie był największym z dostępnych!

piątek, 9 lutego 2018

Alien: dogrywka?

Pierwszego lutego byłam na kontroli u onkologa. Wizyta trwała trzy minuty (po zaokrągleniu, w górę). Dostałam skierowanie na TK.

Terminy na tomografię w Katowickim Centrum Onkologii są długaśne. Do tego sam proces jest skomplikowany:
pierwszego dnia przyjeżdżasz, masz tomografię klatki,
siódmego dnia powtórka - przyjeżdżasz, cztery godziny pijesz kontrast (który jest obrzydliwy i chce się od niego rzygać), masz TK brzucha i miednicy.
Jak nie ma obsuwy to fajnie. Gorzej, jak jest - cały dzień w dupie. Po dwóch tygodniach przyjeżdżasz po wyniki.
Czyli jakieś dwa tygodnie na L4, żeby dojść do siebie po każdym badaniu. Bo im więcej masz tomografii, tym gorzej znosisz każdą kolejną.

No to ja wykombiniłam, że zrobię sobie tomografię prywatnie, na Fundację. Jeszcze tego samego dnia obdzwoniłam wszystkie zainteresowane instytucje. Na infolinii Helimedu powiedzieli, że oczywiście, robią tomografię na faktury proforma, tylko trzeba to zgłosić przed badaniem.

Dobra, następuje poniedziałek, robię kreatyninę.
Wtorek - odbieram wyniki kreatyniny, załatwiam u rodzinnego L4 na trzy dni (mam tak ułożone zmiany, że trzy dni zwolnienia robiły pięć dni wolnego). No i już we wtorek (!) tomografia - wszystkie trzy za jednym razem. Wszystko przebiega całkiem sprytnie, dwie godzinki piję kontrast (który jest bez smaku! normalnie jak woda!). Po dwóch godzinach jestem po badaniu.
Tu zaczynają się schody. Przy rejestracji mówiłam, że badanie ma być na fakturę proforma, ale babka w rejestracji stwierdziła, że to dopiero po badaniu będziemy załatwiać.
No to idę. Po badaniu. Rozmowa:
Ja - Będzie na fakturę proforma.
Rejestratorka - Dobrze. Płatność kartą czy gotówką?
Ja - No... przelewem? Faktura proforma.
R - Ale co to znaczy to proforma? Przecież do faktury potrzebuję paragonu.

No i pizda blada, zjebało się, za dobrze żarło. Kobieta nigdzie nie zadzwoniła. Nic nie załatwiła. Czułam się jak złodziejka i oszustka. Po półtorej godziny udało mi się załatwić z Panią Basią z Fundacji "Gwiazda Nadziei" zwrot "od ręki".
Mamuśka zapłaciła ze swojej karty, jeszcze tego samego dnia dostała zwrot z Fundacji.
No ale... Półtora godziny siedziałam jak idiotka w poczekalni, czekając sama nie wiem na co. Głodna, zmęczona, słaba.
A ta *peeeeep* nie wykonała nawet jednego telefonu, żeby to załatwić. Nic. Zero.
Jestem w trakcie konstruowania oficjalnej skargi. Nie wiem dokładanie, czy na kobietę z infolinii, za wprowadzenie mnie w błąd, czy rejestratorkę, która nie umiała wystawić faktury proforma.
Ale skarga będzie. Nie po to idę prywatnie, żeby czuć się jak śmieć. I oszustka.

No ale mniejsza. Dzień później (!) już były wyniki.
I znowu kaplica. Progresja.
Jeden węzeł chłonny urósł z 6mm na 19mm. Jakiś pod krtanią. Nie wiem, co się tak wysforował. I czego ode mnie chce. Reszta węzłów chłonnych też poszła po 2-4mm do góry. Wątroba i kości bez większych zmian.
No ale we wnioskach i tak jak byk pisze, że "progresja poniżej 20%".

No to jazda, rejestruję się do onkologa. Udało się wepchać na piątek, czyli dzisiaj.
Jechałam z rodzicami (bo Tatusiek też próbuje się do onkologa załapać), na miejscu byliśmy o 8:45.
Podchodzę do rejestracji, a tam... już lekarz chce wychodzić. A ja miałam na 8:50!
No i się wkurzył. Miły nie był.
Zobaczył wyniki. Stwierdził, że brzydkie przyniosłam. I dał skierowanie na chemioterapię.

Zapisałam się do mojej ulubionej onkolożki, na poniedziałek. Zobaczymy, co ona powie.

Powinnam być smutna, zdruzgotana, załamana.
Ponad pół roku cieszyłam się codziennością, odzyskałam swoje normalne życie, wróciłam do pracy, odbudowałam zwykły świat szarodzienności.
A tu zonk. Powrót do leczenia.


A ja nie czuję nic. Tylko pustka, spokój. Lekkość bytu. Patrzę na słońce za oknem, uśmiecham się. Zapominam zupełnie, że cały mój świat ma zaraz na nowo runąć.
Mam to w dupie.
Czuję się dobrze. Miałam w grudniu chwilowy spadek formy, ale już jest ok.
A oni chcą mnie wypchać znowu na chemię.
I znowu mam patrzeć na napis w dokumentach: "Chemia paliatywna"?

Życie jest cholernie niesprawiedliwe.
Jeszcze zjebał mi się blender. To już całkiem katastrofa. Czym zrobię sobie mus jabłuszkowy? ;(
Ech... Zgiń, przepadnij, siło nieczysta!

środa, 3 stycznia 2018

Czysta karta


Wreszcie! Skończył się ten cholerny 2017 rok.
Nie to, żeby był zły. Wydarzyło się w nim wiele fajnych, miłych, ciepłych rzeczy.
Ale też miał tendencję do generowania chaosu i niszczenia spokoju.

Była operacja na początku roku.
Była ciężka rekonwalescencja.
Był urok szarej codzienności.
No i powrót do pracy.
Ale na koniec przywalił chorobą Taty, co go całkowicie dyskryminuje z puli "lat fajnych i wartych zapamiętania".

Przyszedł sobie 2018 i już drugiego dnia pokazał, że będzie dobry.
Odebraliśmy wyniki biopsji Tatuśka i...
NIE MA RAKA!
Nie ma nawet nowotworu!
"Tylko" zapalenie trzustki i marskość wątroby. A to da się leczyć :)))

Mam ochotę udusić lekarzy.
Tego z Oświęcimia za "Ja doskonale znam te objawy, na pewno to rak".
Tego z Tychów za "Módlmy się, aby pacjent doczekał wyników biopsji."
I tego z hospicjum za "Temu panu nic już nie zaszkodzi i nic już nie pomoże".
Pierdolcie się, chuje złamane! 
My jesteśmy z rodu Polaków, nas tak łatwo nie da się zabić.

Odkryłam nagle nowe barwy świata, zauważyłam znowu światło i blask. Uśmiecham się jak idiotka, sama do siebie. Nic już się nie liczy, tylko trwanie w ciszy i harmonii.

Czego oczekuję od 2018?
Harmonii. Spokoju, ciszy, zabawy, ekstazy, równowagi, siły, ciepła i miłości.
Z postanowień noworocznych zostaje tylko garstka:
- pracować,
- ogarniać rzeczywistość,
- dbać o ciałko (co wiąże się też z odchudzaniem ;)),
- nie zwariować,
- być sobą.

Chciałabym w tym roku więcej pisać, czytać i tworzyć.
No i utrzymać się w robocie ;)
Umowę mi już przedłużyli, do końca 2018 :D
Trochę to było dziwne, bo trzy osoby, które już długo pracowały, zwolnili, a mnie zatrudnili.
To właśnie ten słodko-gorzki smak 2017 roku - za jego kadencji nic nie mogło być po prostu zajebiste, fajne i po prostu radosne. Musiał być posmak goryczy.

Za chwilkę zaczynam nowy etap. Właśnie odebrałam płótno i farby, które przyniosła mi listonoszka. Zaczynam przygodę z malowaniem :D
Kiedyś to lubiłam, może znowu polubię :)

Dla Was na 2018 rok życzę...
Harmonii.
Po wielu godzinach rozmyślań, po filozoficznym gapieniu się w sufit i ściany stwierdzam, że to harmonia jest najważniejsza.
Żeby wszystko do siebie pasowało i wszystko cieszyło duszę prostym "jest idealnie".
Trzymajcie się zdrowo! :)

środa, 13 grudnia 2017

Coby nie było za wesoło.

Tata po operacji, wyszedł już do domu. Mama ściągała dzisiaj lekarza do mieszkania, bo Tatusiek nie dostał nawet żadnych przeciwbólowych na odchodne.

Wieści niezbyt wesołe.
W trakcie operacji stwierdzono zaawansowaną marskość wątroby, guz na trzustce okazał się nieoperacyjny. Tylko porobili jakieś przewody omijające trzustkę i tyle.
Czekamy na wyniki biopsji z wątroby, trzustki i czegośtamjeszcze.

Wszyscy staramy się myśleć pozytywnie, plusy są takie, że nie znaleziono żadnych przerzutów, a nasza rodzinka jest raczej uparta, upierdliwa i żywotna.

Szczerze? Boję się nawet odbierać telefony od Mamy... :(

Święta zapowiadają się chujowo.
Chyba zaczną się i skończą na bigosie. Bo Krzysiek ugotuje.
Ja nie mam do tego głowy...

Marzę o chwili pełnego relaksu. Chciałbym umieć się "wyłączyć".
Nie myśleć.
Nie martwić się o moich Staruszków, dać im piękne Święta, wręcz niezapomniane.
No ale nie mogę.
Bo sama jestem w rozsypce.
Chociaż i tak trzymam się lepiej, niż chyba powinnam. Nie panikuję.
Tylko mi smutno. I źle.
I wątroba boli.
A jak na złość w całych Żorach nie ma mojej ukochanej Pyralginy Sprint. Ech.

Chciałabym też się w końcu wyspać.

czwartek, 16 listopada 2017

Marzenie o normalności

Już od ponad trzech lat marzę o tym, aby było normalnie. Wiecie, bez zmartwień i kłopotów, bez odliczania "do dziesiątego", bez kalkulowania, sprawdzania, wiecznego liczenia.

Jakiś czas temu dostałam książkę "Finansowy Ninja" Michała Szafrańskiego. Była dla mnie jak plaskacz prosto w pysk. I staram się jeszcze bardziej, chociaż efekty i tak są niewielkie.

Dzisiaj wpadłam na artykuł "Czy ubóstwo czyni ludzi głupszymi?".
I powiem Wam, że... czyni.

Gdy zachorowałam, nasz budżet i plan finansowy totalnie wziął w łeb. Nie byłam w stanie niczego kontrolować, tylko zaciągaliśmy kolejne długi.
I niby nic nie kupowaliśmy, ale... kupowaliśmy. Tofik, żeby poprawić mi humor, co chwilę przynosił mi jakieś drobiazgi - a to lody, czekolada, kwiatki, kubeczki, podusie, kocyki, termoforki.
Nie były to duże kwoty, ale w obliczu braku zarobków z mojej strony, zrobiło się całkiem nieciekawie.
Mam do siebie ogromne pretensje, że tak pozwoliłam kasie wyciekać bokiem.
Ja, osoba diabli zorganizowana, skrupulatna i kalkulująca wszystko, co się nadaje do policzenia, miałam kompletnie w nosie to, co się dzieje. Goniłam tylko za chwilowymi przyjemnościami, za każdym uśmiechem na ustach i każdą chwilą wytchnienia.
W sumie nie ma się co dziwić, bo moja kondycja psychiczna leżała i kwiczała.
Jednak... nie umiem sobie tego wybaczyć.
Zwłaszcza, gdy patrzę na konsekwencje.

Dostałam w tym miesiącu pełną wypłatę, a już... zostało nam 400zł na koncie. Starczy na życie, ale tylko na życie.
Ktoś może mi powiedzieć "sprzedajcie samochód!", jednak samochód jest nietykalny. Zresztą, 500zł w jednym miesiącu bonusu za naszego zajechanego staruszka, niewiele zmieni.
Przez 4 lata był nienaprawiany. I teraz staramy się nieco go odrestaurować, ale starania i tak spełzają na niczym.
Cały dzień dzisiaj latam po mieszkaniu i pstrykam fotki, żeby tylko coś sprzedać.
Patrzę nawet na książki, kalkulując ich wartość.
Na książki, które do tej pory były dla mnie bezcenne.

Ciężko wypełznąć z długów. To jest jak wir, który ciągnie za sobą dalej i dalej i dalej.
O tym się nie mówi. W Polsce panuje przeświadczenie, że pieniądze to temat tabu.
Dlaczego? Bo wstyd?
Nie sądzę, abym miała się czego wstydzić. Szczególnie teraz, gdy staję wręcz na głowie, aby pozbyć się wszystkich kredytów i zadłużeń.

Dostałam kilka rad od osób nieznających sytuacji.
Zwykle brzmią:
"Jadajcie tylko w domu."
"Zrezygnujcie z wyjść na miasto.".
"Gotuj sama."
Buehehe.
Wiecie, kiedy ostatnio byłam z Krzyśkiem na randce?
Będzie z dwa lata temu. Poszliśmy do kina.
Od tamtej pory jedynie... tęsknię za chwilami beztroski.

Nie chcę być odebrana jako maruda i bolidupa.
Ja tylko Was ostrzegam - nie dajcie się wciągnąć w wir codziennych przyjemności.
To człowieka kosztuje, nie tylko pieniądze, ale również spokój ducha i równowagę.
Bądźcie mądrzejsi, niż ja byłam.

piątek, 10 listopada 2017

Nuda się nie uda

Co może zdarzyć się na trasie Żory-Oświęcim?
Dużo.
Na przykład:
- zatrzaśnięcie kluczyków w samochodzie (włamywanie się do Lanosa na stacji benzynowej? proszę bardzo!),
- wypadek na drodze, kilkadziesiąt metrów przed naszym autem (dużo błyskających światełek, środek Chujwigdzie Zdroju, deszcz, zimno, pizga złem... na szczęście wypadek bez ofiar, więc można było się bezczelnie cieszyć światełkami)
- wycieczka krajoznawcza ze ślimakami w torbie termicznej (ślimaki do akwarium ;)).

Ale udało się odwiedzić Tatę w szpitalu, gdzie trafił wczoraj. Nabawił się zakażenia protezki brodawki Vatera, żółtaczka się zaostrzyła, ale, na szczęście, jest w dobrych rękach i już da się z nim rozmawiać, bo znowu kontaktuje. Wczoraj było dużo, dużo gorzej. Dosłownie kilka godzin zwłoki i byłyby zwłoki, nie Tatusiek.
Grunt, że jest lepiej, bo wczoraj nas nieźle nastraszył :)

A teraz leniwy wieczór z muliną między palcami :)))

sobota, 4 listopada 2017

To se popracowałam...

Szósty dzień w domu.
Ręka jak bolała, tak boli. Chirurg stwierdził, że to naderwanie mięśni obręczy barkowej i czeka mnie minimum dwa tygodnie siedzenia w domu.
Jestem wkurwiona, L4 na okresie próbnym?
Praktycznie mogę już pożegnać wizję przedłużenia umowy.

Moje ADHD cierpi niemiłosiernie: miotam się po domu z usztywnioną łapą na temblaku.
Nawet nie zdawałam sobie sprawy z tego, że 95% czynności wymaga używania obu rąk.
Dzisiaj udało mi się jakoś wstawić pranie i zmywanie, ale zajęło mi to prawie godzinę.
Zastanawiam się, jak umyć włosy (słuchawkę prysznicową mamy na dziwnej wysokości, przez co trzeba ją trzymać w ręce).
Pięć dni w domu i wariuję. Chcę iść do pracy, pogadać z ludźmi, cokolwiek.
Nawet spacer z psem jest wyzwaniem.
Teoretycznie mogę w tej usztywnionej ręce coś przytrzymać, ale odkryłam, że im mniej nią ruszam, tym mniej boli.
Co 4 godziny biorę Dexaka, inaczej odchodzę od zmysłów z bólu, a dłoń mi się trzęsie jak u paralityka.
Dzisiaj w ogóle, nic, nada, rączką nie robię i jakoś się trzymam bez tabletek ;)

Tata się pochorował. Poważnie.
Podejrzewają mu raka trzustki lub dróg żółciowych (co w rodzinie to, kurwa, nie zginie).
Staram się ograniczać myślenie o przyszłości i nie martwić się na zapas, ale... To jednak siedzi w głowie.
Póki co, trzeba czekać na wyniki.

Zabawne odkrycie:
Do pisania notek też przydają się dwie ręce.
No nic.
Idę nadrabiać seriale. Na szczęście to nie wymaga używania witek... ani mózgu.

wtorek, 17 października 2017

Stare dobre metody... :)

Notka w trybie podobnym, co na początku bloga:
Leżę już od godziny w łóżeczku, nie umiem zasnąć, ale stan podgorączkowy mocno trzyma mnie pod kołdrą.
Dzisiaj chyba dosięgłam dna paraboli codzienności, więc powinno być już tylko lepiej.
Wypiłam syropek z kwiatów czarnego bzu, popiłam syropem z młodych pędów sosny i... Trochę lepiej.
Obiecuję sobie, że w maju i czerwcu nazbieram jednego i drugiego i sama zrobię taki syropek - są wyborne, a i podobno mają właściwości magiczne lecznicze.
Włącza mi się tryb wiedźmy. Przypominam sobie czasy, gdy latałam po okolicznych polach i łąkach, lasach i parkach w poszukiwaniu szczawiu na zupę, czy liści orzecha do farbowania włosów. A i rumianek zbierałam, żeby domowy szampon zrobić ;D
Tak, domowa magia to fajna sprawa :)


W pracy jakoś leci, nie czuję się już zupełnie jak "ta nowa" ;) Ba! Wręcz irytuje mnie, gdy ktoś mnie pilnuje i patrzy na ręce. Wolę sama rozwiązywać problemy.
Krzysiek (czyli Już Nie Kawaler) jest ze mnie strasznie dumny. Czasami aż chce mi się płakać z radości, gdy widzę jego szczęście :)
Szczęśliwy Krzyś = spolegliwy Krzyś = szczęśliwa Lucynka ;p
Bez bólu udało mi się go przekonać do zakupu pewnego sprzętu domowego, o którym od lat marzę. Do tego obiecał mi coś, o czym zawsze marzyłam, ale w najśmielszych snach nie przypuszczałam, że te fantazje się spełniają.
Potrzymam Cię trochę w niewiedzy, bo zwykle chwalenie się na wyrost przynosi pecha ;)

Wracając do pracy:
Wiesz, co jest w niej najlepsze? (poza wypłatą, oczywiście ;))
Nikt nie wie, że jestem chora. No dobra, kilku najbliższym znajomym powiedziałam, ale... Ale nie ma u nich litości. Jest podziw, siła, nadzieja.
Wzbudzam nadzieję, czujesz to?!
Osiągnęłam swój cel - jestem taka, jak być chciałam. Wywołuję emocje, jakie pragnęłam wywoływać!
Ale klienci... Oni nie wiedzą. Nic nie wiedzą!
Dla nich jestem po prostu uśmiechniętą i pogodną osóbką po drugiej stronie kasy.
Taka konspiracja! ;)
Nie twierdzę, że zawsze jest lekko. Szczególnie teraz, gdy co kilka dni przypomina mi o sobie przeziębienie. Miewam też czarne myśli, typu "nie przedłużą mi umowy!" albo "nie dam rady, cholera, nie dam!".
Jednak zaciskam mocno zęby, po chwili znów się uśmiecham i... Żyję.
Jak nie będą mnie chcieli tu, to pójdę pracować gdzieś indziej.
Grunt, że jestem, kocham, żyję i... Znowu czuję się potrzebna światu.
Niesamowite uczucie! :)

Zróbisz coś dla mnie?
Uśmiechnij się. A później... Później będzie już łatwiej :)

Migawka z ostatnich dni:



czwartek, 21 września 2017

...będą kołacze? ;)

Ostatnio na fejsie pokazywałam mój "look" na rozmowę kwalifikacyjną.
Byłam na niej we wtorek.
Dzisiaj byłam na ponownej rozmowie w tym samym miejscu.
Jutro czeka mnie lekarz Medycyny Pracy (i, podejrzewam, twarde negocjacje ;))...
I jak się uda to od poniedziałku będę Kobietą Pracującą. Oby się udało!!!
Nie potrafię już usiedzieć na tyłku, chcę do ludzi.
Chcę... chcę być częścią życia, a nie tylko fragmentem na jego marginesie.


Jestem tak pełna nadziei i euforii, że aż brakło mi sił na pisanie notki ;P
Trzymajcie za mnie kciuki jutro! :)))

Pomyśleć tylko, że mój szał na pracę jest owocem złapania siebie samej na skrajnym pedantyzmie ;)

poniedziałek, 18 września 2017

Bez pracy nie ma kołaczy?

Jakiś czas temu postanowiłam uparcie, że wrócę do pracy.
Nie słuchając w ogóle głosu rozsądku, ani przestrachu w słowach najbliższych, szukam.
No bo ileż można żyć na skraju ubóstwa, prosząc wszystkich dookoła o pomoc?


Ale znalezienie pracy okazało się nie być takie proste.
Inna sprawa, gdy jest się wybrednym, bo się chce wykonywać jakiś konkretny zawód, a miejsce pracy to raczej wskazówka, niż rzeczywista przeszkoda. Wybredna (raczej) nie jestem, biorę tylko pod uwagę swoje rzeczywiste fizyczne możliwości, ale za to dojazdy mnie zajadą na amen. A prawa jazdy nie posiadam. No i samochód mamy tylko jeden, a Mężny czymś dojeżdżać musi.

Więc szukam tylko w Żorach.
Praca tu jest, a ludzi z orzeczeniem o niepełnosprawności (jeszcze znacznym!) szukają jak koloniści złota w nowo odkrytej Ameryce. Szkoda, że ta praca dzieli się na trzy rodzaje:
a) ochroniarz
b) sprzątanie
c) opieka nad starszymi.

Ochrona i ja? Super. Tylko problem w tym, że 12h nie wysiedzę, a tam nawet i po 16h pracować trzeba.
Sprzątanie? Kiedy ja ledwo potrafię pójść na zakupy i z nich wrócić (w jednym kawałku)...
Opieka nad innymi? Kiedy sama ledwo ogarniam siebie?

Bez orzeczenia szukają tylko do marketów, banków i na produkcję. Wybór niesamowity, no nie?
Noszenie towaru na półki z przerzutami na kręgosłupie? Uhm.
Do banku to tylko z wyższym wykształceniem.
A produkcja? Cały dzień stania na nogach. No tak, na pewno dam radę, kurwa.

Drugi myk to przestrach u pracodawców, gdy tylko wspominasz "rak". No co? Zdarza się. Każdemu.
Chcę pracować. To nie wystarczy?

Jakiś złośliwy głosik z tyłu głowy wrzeszczy mi nieustannie do ucha, że nie dam rady. Jednak chcę sama spróbować. Przekonać się.
Nie chcę już dłużej wegetować.

Jutro rano mam pierwszą rozmowę kwalifikacyjną. Trzymajcie kciuki, aby zechcieli zaraczoną bestyjkę :) I żeby lekarz dał mi pozwolenie na pracę.

Pierwsze, co kupię z wypłaty to... spodnie. Nierozsądnie schudłam kolejne 5kg. Nie wpadłam na to, że wszystkie moje spodnie mają rozmiar 48/50, a nie 46/48. I troszkę mi wiszą. Tu i tam.
Nie mogę się już doczekać zakupów! :D

Kolejna notka w czwartek o 18, ciekawa sama jestem, co Wam napiszę :)

czwartek, 14 września 2017

Prysznic, remedium na zło całego świata ;)

Woda to magia. Taka płynna magia, która może leczyć i ciało, i duszę.
Pewnie myślisz, co znowu ta Lucyriatka (Lucyna + wariatka ;)) wymyśliła, ale rozczaruję Cię - nie ja to wymyśliłam. Chociaż praktykuję. Namiętnie i z pasją!


Nie od dzisiaj wiadomo, że woda rozluźnia mięśnie.
Ludzkie ciało składa się w około 60% z wody, ale nasz mózg ma jej aż 80%!
Warto ten fakt wykorzystać, masując nie tylko powłokę zewnętrzną, ale i umysł :)

Przy wszelakich bólach mięśniowych, kostnych, reumatycznych (yhy, nie mam jeszcze 30 lat, a już początki reumatyzmu - wiwat chemioterapia!) preferuję gorący prysznic.
No, niezbyt gorący, żeby pikawa mi nie stanęła. Albo nie wybuchła.
Za to na urazy polecam chłodny prysznic.
Na brak energii? Prysznic.
Na zły humor? Prysznic.
Wolałabym kąpiel, ale nie posiadamy wanny (jeśli ją masz to zazdraszam!). Pozostają mi tylko różne konfiguracje prysznicowe.
Mogę sobie usiąść. Mogę stać. Mogę się oprzeć o ścianę.
Przy epizodach bólowych biorę nawet dziesięć pryszniców dziennie!
No, nie liczyłam, ale średnio co 40 minut moczę tyłek. I to działa :)

Moim sprawdzonym patentem jest łyknięcie przeciwbólków, skoczenie do gorącej wody, ubranie się w cieplutką piżamkę i zakopanie się w łóżku.
Lekkie bóle, którym bliżej do dyskomfortu, traktuję samym gorącym prysznicem.

Innym atutem tej metody jest możliwość połączenia hydroterapii z aromaterapią. I strukturoterapią (nie wiem, czy takie coś zostało kiedykolwiek nazwane i czy istnieje na to jakaś naukowa nazwa ;)).
Moim hitem ostatnimi czasy jest balsam pod prysznic Palmolive - jeden o zapachu mięty, a drugi czekolady.
Już pal licho zapachy - one mają... konsystencję budyniu!
Kto nigdy nie marzył o kąpieli w budyniu?!
W czekoladowym budyniu...
Do tego pieni się jak szalony. I pachnie. Długo. Mocno.
Aż pyszczek mi się śmieje na samą myśl :)
(dla formalności - żel kupiłam sama i nikt nie płaci mi za reklamę, on po protu jest fantastyczny!)

Łazienka jest dla mnie azylem spokoju.
Zamykając za sobą drzwi kabiny, zamykam się przed całym światem. 
Mam gdzieś wojny, głód, cierpienie, chorobę, wrednych ludzi, sytuację gospodarczą, problemy finansowe.
Jestem tylko ja i woda.
Jej szum, ciepło, zapach kosmetyków, miękkość gąbki...
Nie liczy się nic więcej.

Spróbuj. Warto :)
A już w poniedziałek zapraszam na nową notkę :)

poniedziałek, 11 września 2017

Stres = ból

Pisałam Wam o wpływie stresu na ból. Zaczęłam tworzyć kolejne notki o odstresowaniu, ale za każdym razem zbaczam na temat bólu. Metody relaksacji to też metody walki z bólem.
Bo, w sumie, oba tematy są tożsame.
Żeby to przyznać potrzebna jest odwaga i wzięcie odpowiedzialności za swoje życie.
Wiem, że łatwiej i szybciej byłoby żyć na haju, brać przeciwbólki, dryfować w nurcie codzienności.
Jednak ja chcę być sobą, a nie przećpaną wersją siebie.


Nie będę ukrywać, że ograniczam spożycie leków do minimum.
Lepiej się czuję.
Żyję z czystym, niezaćmionym lekami, umysłem. 
Jestem w pełni poczytalna i w pełni jestem sobą.

Bo leki jednak robią dziwne kuku - nawet ich niewielkie ilości mają ogromny wpływ na układ pokarmowy, nerwowy, a nawet pokuszę się o stwierdzenie, że zaburzają osobowość.
No i uzależnić się jest dużo łatwiej, niż można by przypuszczać.
I niech lekarze mówią, że to nieprawda, ble ble ble, sprawdziłam na swoim własnym, udręczonym ciałku.
Już trzeci dzień na lekach sprawia, że jestem apatyczna, nerwowa, do tego odczuwam silną potrzebę sięgnięcia po kolejną dawkę, nawet jeśli nic mnie nie boli.
Dlatego szukam alternatyw w leczeniu bólu. Wiem już, że stres = ból. Pewnie sprawia to napięcie mięśniowe.
Walka ze stresem jest jednocześnie walką z bólem.
Walka z bólem jest też walką ze stresem.
Nie da się wykluczyć jednego, bez ingerencji w drugie.
To zamknięty krąg.
Choroby nowotworowe są źródłem OGROMNEGO stresu. I źródłem bólu.
Śmieszy mnie czasami to, że dopóki nie wiedziałam o przerzutach na kręgosłup to on mnie nie bolał.
Dowiedziałam się o nich i DUP - bolał co chwilę.
Im bardziej zagłębiałam się w metody relaksacyjne, tym mniej leków musiałam łykać.
Teraz jedynie największe ataki bólu traktuję lekarstwami.
Dopóki jestem w stanie myśleć to kombinuję, jak pozbyć się problemu w naturalny sposób.

Dlatego też seria o walce ze stresem będzie też serią o walce z bólem.
Jedno i drugie jest ze sobą splecione niewiarygodnie skomplikowanym węzłem - łatwiej jest pozbyć się obu, niż walczyć z każdym z osobna ;)

W czwartek o 18:00 zapraszam Cię na wpis o wodzie, a dokładniej o prysznicach i kąpielach.
Coś, co uwielbiam! :)