Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przemyślenia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przemyślenia. Pokaż wszystkie posty

środa, 12 czerwca 2019

Tęsknię za kształtem słów

Brakuje mi klawiatury. Ale nie takiej od laptopa, czy bluetoothowej do telefonu. Prawdziwej klawiatury, jaka była przy każdym szanującym się stacjonarnym pececie. Z wysokim skokiem klawiszy, gdzie po godzinie intensywnego pisania miało się zakwasy w palcach. Brakuje mi tego, że ta klawiatura, a nawet i cały komputer, zawsze stał w jednym miejscu. Wystarczyło odpalić i mogłam do woli galopować myślami po literach.

Teraz komputer (o ile się go ma) można zabrać wszędzie. Nasz zwykle stał złożony na półce pod telewizorem. Bateria padła mu już dawno i wymagał ciągłego podłączenia do prądu. Prawie jak stacjonarny, ale... Bez biurka to się nie liczy. 
Biurko musi być. W jednym miejscu, z tablicą inspiracji nad nim. I mapą myśli dotyczącą realizowanego właśnie przedsięwzięcia. 

Brakuje mi mojego pokoju. Mojego. Z MOIM komputerem, który nie wędrował po całym mieszkaniu, tylko stał grzecznie w kącie, na biurku, pod tablicą inspiracji. 
Takiego mojego miejsca, które byloby różowo-białe z retro meblami i mnóstwem regałów na książki. I byłaby kanapa do rozciągniecia się z lekturą, i fotel do szydełkowania, i wygodne krzesło przy cholernym BIURKU. 

Pisanie straciło swoją magię wzraz z momentem, gdy zaczęło być mizianiem telefonu po szybce. Teksty pisane bez zakwasów w palcach mają mniejszą moc. Mózg działa wolniej, gdy muszę patrzeć na klawiaturę. Przy sprzętowej nigdy nie musiałam zerkać na ręce. Tekst magicznie pojawiał się na ekranie, bez najmniejszego sprzężenia na linii dłonie-oczy. Myśli były w głowie i nagle materializowały się w pliku txt. Dodatkowo nic mi nie wciskało cholernej autokorekty. Mogłam radośnie słowotworzyć.

Chyba się starzeję.
Nie nadążam już za nowinkami technicznymi, nie chce mi się biegać za postępem. Nie lubię biegać. Nie no, kiedyś lubiłam biegać, ale nie teraz, nie w tym momencie. Chciałabym móc znowu dać moim palcom pomyśleć za mnie. 
Nie zastanawiać się, nie kombinować. 
Po prostu pisać.

Już nawet ten przeklęty laptop był lepszy od miziania szkiełka.
Czasami mam wrażenie, że jak się wystarczająco skupię to wyczuję kształt tych liter uwięzionych za szkłem.
Podobnie jak słów, które śpią zaklęte w moich dłoniach.

Kiedyś znowu ich dotknę. 

piątek, 17 maja 2019

O tym, jak sprzeniewierzyłam się własnym ideałom

Dzisiaj będzie spowiedź. Tak, żeby Was uświadomić, że każdy ma prawo pobłądzić.
Nawet, rzekomo idealna, Lucynka.

Od pięciu lat powtarzam, że najważniejsze jest żyć powoli, uważnie i całym sobą. Być obecnym we własnym życiu. 

Aż przyszedł maj. Dokładnie rok temu zaczęłam szydełkować. I to mnie zgubiło.
Same robótki ręczne nie są złe, wręcz przeciwnie, ale podeszłam do tego zbyt ambitnie i zbyt całościowo. 

Przez ostatni rok dałam radę:
- zaniedbać przyjaźnie (przyznać się, kto jeszcze czeka na maila ode mnie?);
- zaniedbać dom, 
- zniszczyć swoje ciało, 
- porzucić wszystko, co sprawia, że czuję się żywa. 

W ciągu roku nie przeczytałam żadnej książki. Nie napisałam nawet pół rozdziału swojej książki. Nie byłam na "shopingu" z Mamuśką. Nie poszłam na basen. Nie obejrzałam spokojnie filmu. Ani razu nie poszłam sama z siebie na spacer. Chociaż kocham spacerować bez celu i powodu! 

Dlaczego? 
Bo szydełkowałam. Cały czas, po 16h dziennie. Grafik zamówień szybko się zapełnił, a ja byłam dumna, że dokładam się w liczącym się stopniu do budżetu. 
Pieniądze szczęścia nie dają, ale każdy, komu kiedykolwiek ich brakowało potwierdzi, że ich niedobór skutecznie unieszczęśliwia.

W niedzielę przejrzałam na oczy. 
Pomogła mi książka mojej dawnej przyjaciółki. Wiecie, nic tak skutecznie nie otwiera oczu jak fakt, że ktoś spełnił marzenie, które było również twoim marzeniem. Swego czasu ciągle gadałyśmy o pisaniu. Snułyśmy plany. Gdybałyśmy. 
A Anka, zamiast kombinować, po prostu to zrobiła. Napisała książkę. W rok. Skubana! 
Zmotywowała mnie strasznie. I w pięknym stylu. 

I tak od niedzieli żyję inaczej. Wolniej. 
Cała niedziela była dniem SPA. Nawet nogi ogoliłam. Z własnej, nieprzymuszonej woli. Poniedziałek calutki spędziłam z Mamą. Był ciąg dalszy SPA ;)
We wtorek i środę robiłam chustę, ale też ogarnęłam całe mieszkanie, łącznie z podlewaniem kwiatków. 
W czwartek robiłam wszystko. 
Dzisiaj kolejny raz spędziłam cały dzień z Mamą. Obrabowałyśmy pół lumpeksu ;) 
Dorwałam nawet czarną, bawełnianą spódnicę do kostek. Marzyłam o takiej od lat. I to wszystko za 6zł za kilogram szczęścia, ha! 

Czas jakby zwolnił. Jestem w stanie doliczyć się każdego dnia tygodnia.

Od niedzieli codziennie chodzę posmarowana balsamem, z umytymi włosami, nasmarowanym kremem pyskiem, uczesana i pachnąca perfumami. To nie jest takie oczywiste - nie raz i nie dwa odwlekałam prysznic, żeby dłużej popracować...
Czuję się zadbana. Nawet paznokcie mam pomalowane (dzisiaj rządzi mięta ;)). 
Codziennie czytam. Przełożyło się to na pięć (!!!) przeczytanych książek. Po jednej dziennie, chociaż nie zalegam z książką na kanapie na dłużej, niż pół godziny na raz. 

Może i zarobię mniej, może i przez to będzie trzeba zrezygnować z kilku rzeczy, ale... 
Nie chcę być pracoholikiem. 
Chcę żyć.
Powoli, cicho i nieustępliwie. 

Uczcie się na moim błędzie. Szkoda czasu na tracenie go. 

Co do książki - powstaje. Zbieram materiały. Lada dzień otworzę edytor tekstu i powstanie pierwszy rozdział.

A póki co - powoli kończę chustę ;) 

środa, 15 maja 2019

Nie lubię swojego kota

Uwielbiam naszego Czarka. Jest piękny, mądry i silny. Dziki. Straszliwie i porażająco inteligentny. 
Kocham Ryśka - głupiutkiego, naiwnego i przytulaśnego. 
Czczę Ciemę, bo jest dzika, nietykalska, a przy tym miziasta i gadatliwa. I przepiękna. 
Nie lubię za to Gacka. Stanowczo jest najbrzydszym z naszych kotów. Nie jest specjalnie inteligentny, nie ma żadnych supermocy. Jest po prostu kotem. 


Paradoksalnie - to właśnie z Gackiem wiąże mnie najsilniejsza więź. 
Każdego dnia towarzyszy mi na każdym kroku. Jest przy mnie zawsze i wszędzie. 
W jego oczach odbijają się słowa, które próbuje mi przekazać. Jego ruchy są pełne spokoju i opanowania. To mi przynosi jakieś resztki zabawek do łóżka, żeby mi się "wygodniej" spało.
Tego naszego porozumienia nie da się opisać słowami. 
Widzę, gdy coś go śmieszy. Widzę, gdy się niepokoi. Widzę, gdy się nudzi. 
Widzę, jak jest głodny. 
A gdy mam zły humor to zaczyna przeraźliwie miauczeć. I przynosi mi zabawki. 
Gdy mnie boli brzuch - on na nim leży. 
Czytamy sobie w myślach. 

Krzysiek mówi, że Gacek jest wredny. Że ma humorki. Że lubi pokazywać pazurki. 
Czasami zastanawiam się, czy nie mamy w domu czasem dwóch Gacków, bo ten mój jest oazą nieskończonego opanowania. 

Nie lubię Gacka. Tak samo, jak nie lubię pewnych cech swojego charakteru. 
Ale one są, on też. 
Taka część mnie, która ma osobne ciało, cztery łapy, ogon, wąsy i ciapate futro. I jest Gackiem - kotem o najbardziej ironicznym spojrzeniu na świecie. 


A w ogóle to on powinien mieć na imię Geralt. 

wtorek, 7 maja 2019

Wpis sponsorowany przez nieograniczone pokłady szpitalnej nudy

Statystycznie rzecz biorąc, mam pięć wycieków kroplówek na serię chemii. Czyli, statystycznie, co trzecia kroplówa się wynaczynia. Zwykle, magicznie, jest to Gemzar, chociaż w jednej serii są tylko dwa Gemzary ;)

Statystycznie mieszkaniec naszego domu ma 3 i jedną trzecią nogi. I, statystycznie, każde z nas waży 36,6kg. Czyli mamy koty z mega nadwagą, albo jesteśmy skrajnie niedożywieni.

Statystyka jest jak dobre kłamstwo - zawiera w sobie wyłącznie prawdę, chociaż ani jedno z jej twierdzeń nie jest stricte prawdziwe.

Do czego dążę?
Chciałabym zarabiać średnią krajową. A jakby jeszcze Krzysiek zarabiał średnią krajową to bylibyśmy bogaci. Bardzo obrzydliwie bogaci.

Chcę być obrzydliwie bogata i mieć cudownie obrzydliwie malutki i słodziutki domek w górach. I hodować w ogródku ogórki. I borówki. I czereśnie. I gruszki. I może winogrona?

I hasałabym nago po łące, mając w dupie podglądające mnie zające, hej!

Tak, znowu siedzę w budżecie. Namiętnie układam cyferki w słupki, a i tak mnie nie słuchają.
Brakuje mi różdżki (lub 400zl), żeby domknąć jakoś wydatki. I żeby starczyło na spodnie dla topiszącej napuchniętej chemiołykaczki.


Zawsze czułam, że będę kiedyś bogata.
No i jestem:
Nieskończenie bogata w miłość, wiarę i nadzieję.
I obrzydliwie bogata w wyobraźnię i czarny humor ;)

środa, 24 kwietnia 2019

Cogito ergo sum

Często, gęsto mam do czynienia z atakami na moją wiarę (lub domyślny brak takowej). Nie wiem, czemu uznaje się, że jak ktoś nie jest katolikiem (lub chociażby chrześcijaninem) to jest ateistą.
Powiem to raz - nie jestem ateistką.
Jestem agnostyczką.
Dla niewtajemniczonych - agnostyzm przyznaje, że Bóg (czy Bogowie) mogą istnieć, mogą też nie istnieć, ale nie ma wystarczających dowodów na poparcie żadnej z tych stron sporu.

Homo sapiens ma około 315 tysięcy lat. Jakiekolwiek przejawy rozwiniętej kultury pochodzą sprzed 25 tysięcy lat. Daje to nam jakieś 290 tysięcy lat niewyjaśnionej historii. Czarna dziura w dziejach ludzkości.
Nie wiem, czy ogarniacie ten przedział czasowy. 
Dla nakreślenia - jeszcze 20 lat temu świat wyglądał zupełnie inaczej. Komórki dopiero wchodziły na rynek, nikt nawet nie marzył o kolorowym ekranie (a co dopiero dotykowym!). Smartfony z dostępem do internetu były czystą fantastyką.
50 lat temu na ulicach roiło się od koni i wozów, nie samochodów.
Żarówka nie ma jeszcze nawet 150 lat. 
A pierwszy parowóz powstał niespełna 200 lat temu.

A teraz porównajcie 200 lat do 315000 lat.

Do czego dążę? Mamy ogromną lukę w historii. Nie wiemy nic o kulturach sprzed Sumerów. Zastanawiam się, czy ludzkość nie była już kiedyś w tym samym momencie, co my teraz. Mogła w nim być jakieś 10 razy. 
10 razy mogliśmy wysadzić pół planety bombą atomową. 
10 razy świat mogło opanować ogromne tsunami. 
10 razy Bóg (Bogowie?) mógł zetrzeć całą kulturę w pył.

Opowiadają nam o dinozaurach sprzed milionów lat. 
Opowiadają nam o ludziach jaskiniowych sprzed tysięcy lat.
Opowiadają nam o Jezusie sprzed dwóch tysięcy lat. 
Są pewni wszystkiego, co jest odległe i niesprawdzalne. Są w stanie obrażać, nienawidzić, a nawet zabijać w imię wiary. Wiary, czysto teoretycznej. Wiary, która jest osobistą wolnością każdego człowieka. 

Nie wiemy, co się działo wczoraj, między ósmą i dziewiątą. Ani nie pamiętamy, co działo się dokładnie rok temu.
A jesteśmy w stanie ranić i walczyć w imię tego, co było sto, dwieście, tysiąc lat temu.
I to bez litości. 
Bez pewności. 
Bez dowodów. 

Niczego nie można być pewnym.
Dlatego też wolę nie zakładać, że Bóg istnieje. Albo, że nie istnieje.
Nie chcę mieć pretekstu do nienawiści. 
Nie chcę być zwolniona z obowiązku szanowania innych ludzi. 
Nie chcę być zmuszona do bycia dobrą. 
Chcę, sama z siebie, być dobrą. 
Dla każdego, kto nie zabija w imię ideałów. 

Żyję, aby nie krzywdzić innych.
A nawet, jeżeli po śmierci ktoś mnie z życia będzie rozliczał to... Zrobię wszystko, aby nie musieć się wstydzić.
Tu nie chodzi o wiarę, doktrynę ani filozofię - dobro jest ponad tym wszystkim. 
Jest uniwersalne. 

Polecam bycie dobrym człowiekiem każdemu - i chrześcijanom, i ateistom, i nawet satanistom.
Szanujcie się nawzajem, ludzie.
Szkoda byłoby oberwać bombą atomową po raz jedenasty.


Kto wątpi, ten myśli.
Kto myśli, ten jest. 

niedziela, 21 kwietnia 2019

Non omnis moriar tudzież memento mori

Jest świątecznie. Od śmierci Taty jakiekolwiek święta wywołują u mnie stany głębokiej refleksji. Zwykle o umieraniu. Nie inaczej jest dzisiaj.


Tak sobie, z okazji wolnego, walnęliśmy z Tofikiem wieczór filmowy. Padło na "Bohemian Rhapsody", do którego pochodziłam, jak pies do jeża.
Musicie wiedzieć, że mój Tata miał fizia na punkcie Queena i Freddiego. I mnie tym zaraził już niemal w kolysce - gdy inne dzieci bawiły się w dom i księżniczki, ja z Agą bawiłyśmy się w koncert ;) 
Znam na pamięć całą dyskografię (czym regularnie doprowadzam męża do szału - zwyczajnie nie umiem nie śpiewać, gdy leci Queen). Znam też dobrze biografię Freddiego. I, nie ukrywam, nieco drażni mnie ostatni szał na punkcie zespołu. Nagle JEBUT i nagle wszyscy są fanami Queena. Pfr. 
Czekam na boom na Michaela Jacksona i Elvisa Presleya. Już całkiem kurwica mnie wtedy strzeli.
No ale nie o tym miało być.

Tak sobie obejrzeliśmy film. Fajny, ale bez szału. Jednak... Przeraża mnie to. 
Przeraża mnie, że tak wielu wspaniałych, wielkich ludzi odchodzi z powodu chorób. Wypadków. To jest ogromnie przytłaczające.
Nie to, żeby nie obchodziła mnie śmierć szaraczków. Bardziej myślę o tym, że... Po mnie na świecie nie zostanie absolutnie nic. Zero. Nula. 
Nie będzie nikogo, kto po niemal trzydziestu latach po mojej śmierci powie: "Skubana, na chwilę przed odejściem jeszcze walczyła". Podziwiam Mercurego. 
Podziwiam całym sercem. 
Ja się zamknęłam na świat wraz z uslyszeniem diagnozy. Nie wychylam nosa ze swojej strefy komfortu, nie robię absolutnie nic godnego zapamiętania. Całe moje życie to szarość. Nijakość. Ból. Przemijanie. 
Z moich marzeń i planów na życie nie zostało nic. Zniknęło powołanie, nawet to do pisania. Chociaż jeszcze kilka miesięcy temu wyczuwałam je pod skórą, jak drobne iskry przy zetknięciu z naelektryzowanym kocem. 
Od kilku dni zastanawiam się  co bym robiła, gdybym była bogata. Wiecie, tak obrzydliwie bogata, że nie musiałabym nic robić. Zero sprzątania, pracowania, trzymania się konwenansów. I wiecie co? 
Nie wiem. Nie wiem, co bym robiła! 
Nie wiem, pogubiłam się. W którymś momencie zapomniałam, czego chcę od życia. O czym marzę. Co kocham robić. 
Nie usiedziałabym na tyłku, tyle wiem. Na pewno nie chciałoby mi się szydelkować. Ani użerać z ludźmi. Pewnie zamknęłabym się w jakimś domku w górach, nad stawem czy innym bajorem, hodowałabym sobie konika, kilka kotów. Łaziłabym po lasach. 
Tylko... Ile bym tak wytrzymała? 
Podróżować nie lubię. Imprezować nie lubię. Chodzić na zakupy też nie. 
Nie lubię zajmować się domem. Mam wrażenie, że nic nie lubię. Mam wrażenie, że życie przecieka mi przez palce. 
Że nie tylko nie robię nic ważnego, ale że w ogóle nic nie robię. 
Zastanawiam się, ilu jeszcze ludzi na świecie myśli nad tym, że nic nie znaczy. Że jest zbyt przeciętnym, aby w ogóle zaslugiwać na dar życia. 
Tak wiele mamy w swoich rękach, a tak niewiele z tym robimy. Możemy tyle uratować, ocalić, dać z siebie, a nic nie dajemy. 

Zgubiłam swoją pasję. 
Tkwię w zawieszonym świecie.
Czas mija. 
A ja dalej stoję w miejscu.

Czy znajdę w sobie siłę, aby nadać każdemu kolejnemu dniu jakiś sens?
Żeby odnaleźć w sobie cel.
I zapomnianą magię.

piątek, 24 sierpnia 2018

Peszek. Pech. Peszysko.

Czasami sama jestem w szoku, w jaki magiczny sposób jeszcze się jako tako trzymam. Jak ja to robię, że nie płaczę, nie panikuję, nie zalamuję się.

Odnoszę niekiedy wrażenie, że ostatnie 4-5 lat mojego życia to wielki test piekła na miarę XXI wieku  Kotły są przestarzałe.
Teraz mają tam bardziej wysublimowane metody tortur - bezsilność, wściekłość, ból i strach.
Rok 2018, podobnie jak 2014, okazuje się brutalną koniunkcją ciał złośliwych.
W tym roku miały miejsce tylko trzy jasne, piękne i warte zapamiętania wydarzenia. Cała reszta to błoto, szlam i trzy kilometry mułu.
Zwykle nie piszę o problemach, bo jestem zdania, że mogę pisać tylko o tym, co dotyczy wyłącznie mnie.
Nie wspominałam o chorobie Tatuśka, który od miesiąca jest w stanie bardzo ciężkim. Mama nie wytrzymuje psychicznie i fizycznie. Czabajek próbuje utrzymywać resztki optymizmu.
Każde ogniwko naszego małego kółeczka wzajemnej bezinteresowności zaczyna niebezpiecznie pękać.

Nie mam się komu wypłakać. Pewnie dlatego nie płaczę.
Tata w kolejnym szpitalu, przerzucają go z jednego do drugiego, pozbywając się problemu i odpowiedzialności. Mama zajechana do granic możliwości. Od kilku tygodni opiekuje się Tatuśkiem. Niby mają pomoc Hospicjum Domowego, ale oni nie siedzą w domu podopiecznych przez 24h na dobę. Krzysiek od pół roku boi się iść do lekarza, coby nie wyszło, że więcej elementów rodzinnych jest w stanie chorobowym. Czasami poważnie się o niego martwię, od dłuższego czasu chodzi ze stłuczoną nogą i wybitym barkiem. Maści przeciwbólowe idą u nas na kilogramy.
A ja?
Walić mnie. Nawet psa nam sparaliżowało od pasa w tył. I tak z tym moim rozwalonym kręgosłupem wnoszę i znoszę go po schodach raz lub dwa razy na dzień. Przecież nie uśpię Reksia tylko dlatego, że jest chory. Mnie też trzeba by uśpić z tego powodu. Najgorsze jest to, że on dalej ma mentalność szczeniaka. Pies jedenastoletni, a brykałby jak dzieciak. Gdyby mógł chodzić.

Zostały jeszcze cztery miesiące tego przeklętego roku. I normalnie się boję, jaki rodzaj rozrywek piekielnych będziemy jeszcze doświadczać.
A w 2019 może być jeszcze mniej wesoło - w grudniu mam komisję o przedłużenie renty, a do tego kończy mi się umowa w pracy. Od kilku tygodni zaciskamy pasa, coby spłacić jak najwięcej kredytów, zostać w miarę z czystym kontem i przywyc znowu do planu minimum - 200zł na tydzień i koniec kropka.
Krzysio zajeżdża się w pracy jak konie na krakowskim rynku, żeby ustukać jeszcze jakiś zapas, kupić co trzeba kupić, naprawić to, co jeszcze wymaga naprawy. Mam wrażenie, że mieszkam sama, bo Mężny codziennie wstaje o 4:15, żeby wrócić w okolicach 17-18 (o ile szczęście dopisze). To jest jakieś durne nieporozumienie.

Próbuję dojść w tej mojej pisaninie do jakichś wniosków, ale żadne mi się nie nasuwają.
Poza jednym:
Muszę być silna. Nikt inny za mnie nie będzie.
Tylko dlaczego nie mam już tego wewnętrznego uporu?
Dlaczego jestem tak cholernie wkurwiona, że pech rozpełz się na całą rodzinę?
Mam wrażenie, że ten cholerny rak serio jest zarażliwy.
Raz kąsa ciałko. Raz zeżre duszę.
A jeszcze innym razem wpierdoli całe szczęście.

I cały misterny plan poszedł w pizdu.

czwartek, 2 sierpnia 2018

Zwiałam ze szpitala 😉

No. To dzisiaj byłam na oddziale onkologicznym w Katowicach.
Już mi nawet od strzału chcieli chemię dawać, ale Lucynka się nie dała.
Wybłagałam jeszcze ponad dwa tygodnie wolnego. Wracam tam dopiero 20 sierpnia.
I ni chu chu, chyba się już nie wywinę ;)
I będzie najgorszy kombos wszechczasów - gemzar z cisplatyną. Już nawet na samą myśl swędzą
mnie cebulki włosów, no ale muszę i to przetrwać.

Grunt, że dzisiaj udało się wszystko załatwić ekspresowo - o 7:40 byliśmy w Katowicach, o 8:15 pobrali mi krew, o 9:00 miałam EKG, a po 10 już byłam u lekarza, ha!
W Żorach jeszcze przed południem. Nowy rekord!
Poprzedni brzmiał "O 14:00 w domku" ;)
To aż dwie godziny różnicy.
Widać, że coś kombinują nad efektywnością przyjmowania pacjentów :)

Przedwczoraj wróciliśmy z urlopu. Byliśmy u Siostry we Wrocławiu. Nie widziałam się z nimi już ponad rok! W tym czasie przeprowadzili się do nowego mieszkania, gdzie mają aż DWA tarasy!
I jak zwykle krążyliśmy po całym mieście w poszukiwaniu wrażeń, tak tym razem siedzieliśmy na tyłkach, na zielonej trawce, i łapaliśmy zen.
Tylko jednego dnia zrobiliśmy objazdówkę. I tu wyszła na wierzch moja małomiasteczkowa dupa dusza grubaski.
No, nie ukrywajmy, zad mam zacny. W sensie - na bogato. W Żorach nie mam żadnego wyboru w kwestii ubierania - albo kupuję co jest i płacę (umiarkowanie) mało, albo wybrzydzam i mam zapłacić (bardzo) dużo monet.
Wpadam do Wroclavii, pierwszy odwiedzony sklep, i co? Wyprzedaż wszystkiego w rozmiarach "plus"! Wybór niesamowity! A wszystko po 20-30zł!
Normalnie myślałam, że zostawię tam całą wypłatę. I to nie były ciuchy w sensie "znalezione na strychu u babci Brunhildy", ale normalne, współczesne ubranka. I nabyłam sobie trzy pary spodni. I bluzkę. I dwie sukienki. Muahaha!
Czabajek doznał podobnej mentalnej szajby - Reserved i wyprzedaż T-shirtów. W markecie zwykle płacimy po 10-20zł za sztukę. A one i tak się kurczą po pierwszym praniu. A we Wrocku wyprzedaż, kuźwa. 15zł koszulka. Kurwa mać! Żyć, nie umierać!

Dodatkowa wizyta w Ikei sprawiła, że bardzo mi tęskno do nowej kuchni. Wiecie, takiej klimatycznej, ładnej, nowoczesnej. Problem w tym, że te "klimatyczne: kuchnie mają wyjątkowo mało miejsca do przechowywania. Ale trudno. Ma być mrok, industrial. Mogę nawet w tym celu poświęcić część mojej kolekcji kubków i garnków (wszystko bezkompletowe ;p).

Rozpisałam się, a tu mnie Czabajek już do sypialni woła. Żeby mu pomóc w reperowaniu łóżka, zboczuchy!
Bo podobno mój tłusty zadek co chwile deski załamuje... A co w tym najśmieszniejsze, trzy z czterech połamanych desek są po stronie Krzyśka.
No ale niech będzie, że to ja łamię dechy ;P

Trzymajcie się cieplutko. Albo chłodniutko. W zależności od upodobań ;)
Ja idę szydełkować.

Btw. Dalej marzę o krześle brazylijskim na balonie. A jakoś nie chcą produkować takich, żeby utrzymały te moje 110kg w powietrzu ;P

piątek, 4 maja 2018

Myśl.

Mało ostatnio piszę, za to bardzo dużo myślę i dumam. Dochodzę też powoli do wniosku, że albo jestem zbyt naiwna, albo ludzkość zżerana jest robalem wzajemnego skurwysyństwa.

Zaczyna się niewinnie - papierek rzucony na ziemię, guma do żucia przyklejona pod stołem.
Rysunki na ścianach. Urwane oparcie z ławki.

Wchodzę ostatnio do windy. Ładną mamy windę, nową, nowoczesną. I co widzę?
Jakaś Weronika postanowiła podpisać się na lustrze. Kluczem? Scyzorykiem?

Powiedzcie mi: po co?
Jakieś zwierzęce instynkty każą ludziom zaznaczać teren dewastacją, czy co?

Naszej ulubionej ławce na skwerze urwano deskę z oparcia. I już nie jest ulubiona.
Reksio wbił sobie w łapę szkło z rozbitej butelki.
Malują szczyt bloku, bo ktoś strzelił koślawy podpis sprayem.
Świeżo zasiana trawa jest już cała zdeptana.

Jedni naciągają drugich. Kłamią, oszukują, okradają.
Dlaczego?

Jeszcze rozumiem chęć zysku. Bo ja dużo rozumiem.
Ale nigdy nie ogarnę prostej głupoty i braku wyobraźni.
Parkowanie na środku skrzyżowania na osiedlu. Wymuszanie pierwszeństwa.
Puszczanie psa luzem przy ulicy. Rozmawianie przez telefon przy przechodzeniu przez pasy. Albo za kierownicą.
Brak odblasków, gdy idziesz ciemną drogą.

Glupota otacza nas wszędzie. Pleni się i mnoży.

Może i jestem naiwna, ale mam za to wyobraźnię.
Marzę, aby każdy ją miał...


poniedziałek, 19 marca 2018

Lucynki się nudzą

Ostatnio cierpię na straszną nudę.
O dziwo, energii mam mnóstwo (wczoraj przekonał się o tym Kawalerowaty, gdy niedopatrzenie włączył mi "She Bangs" Rickiego Martina... I zobaczył prawdziwy szał sadełka :D). Tylko nie umiem zupełnie jej ukierunkować!

Posprzątałam już w ubraniach i dokumentach. Od przyszłego tygodnia biorę się za drobnicę. Zaliczyłam nawet kolejne L4 (grypa żołądkowa, poczułam się znowu jak podczas chemii :/), podczas którego pracowicie układałam papiery w zgrabne kupki, a później wkładałam je do segregatorów.
Powoli czaję się na kuchnię... Ale po drodze, czyli dzisiaj, wyszorowałam nawet filtry w akwarium.

Leżę teraz na kanapie, obok leży wyszywanka, a mi... Się nie chce wyszywać!
Mi się chce coś robić. Coś!
Coś dużego, wyzwaniowatego, trudnego i... I fajnego.
A tu zaraz trzeba iść spać, bo rano do pracy. Uh.

Nie wiem, może pozamiatam pustynię?
Jakby chociaż pogoda była lepsza... Wtedy zawsze mogę liczyć na niezawodne okna - zawsze wymagają umycia. A to nie lada wyzwanie! ;)

A to jest post numer 400 :D


środa, 7 marca 2018

Starość nie radość, kierwa.

Zestarzałam się. I to nawet nie wiem, kiedy.

W którymś momencie zdjęcia długowłosych przystojniaków na instagramie przestały mnie cieszyć, a zaczęły irytować.
Nie to, żeby przystojni panowie byli źli. Gdzie tam, fajnie na jakimś bloomopodobnym oko zawiesić. Tylko przeraża mnie zawartość ich głów - trzeba mieć cholernie nudne życie, żeby wrzucać dziesięć selfików dziennie. I całkowicie nie mieć pomysłu na siebie.

Jedni zazdroszczą insta-celebrytom, a ja im współczuję. Kijowo tak codziennie musieć udowadniać, że jest się kimś. Codziennie musieć przypominać, że się istnieje.
Fajnie jest móc zniknąć na dłuższy czas z neta i wiedzieć, że obserwujący o tobie nie zapomną. A nawet się upomną ;)

Dlatego Was uwielbiam. I tego bloga.
I swoje życie.
Chociaż czasami go nienawidzę, to jednak stanowczo je kocham.
(czyli jak w każdym małżeństwie - miłości i nienawiści po równo ;p)

niedziela, 4 marca 2018

Kwestia trzech minut

Tak przeglądałam przed chwilą godziny wschodów i zachodów słońca. I już za trzy tygodnie zachód nastąpi dopiero o 19:00! Dokładnie 25 marca ;)
Ale nie to mnie zaskoczyło.
Dzień wydłuża się średnio o 3 minuty dziennie.
Trzy minuty.
Tyle zajmuje umycie zębów czy sprawdzenie rozkładu jazdy autobusów. Bo kawę już robi się dłużej.
Kwestia trzech minut dziennie, a zmienia zupełnie tryb życia.
I tak myślę...
Gdyby te nieistotne trzy minuty dziennie poświęcić na coś, czego nienawidzę, ale, w sumie, to przecież tylko trzy minuty.
Trzy minuty brzuszków. Albo na skakance (o ile strop to wytrzyma).
Te trzy minuty zmieniają noc w dzień. I to dosłownie :)
I w tydzień dadzą 21 minut. A w miesiącu już półtora godziny.
Za miesiąc mogłabym się pochwalić, że przez półtora godziny wytrwale ćwiczyłam.
Hm.
Chyba mam pomysł na wyzwanie. Kto w to wchodzi? ;D

Chyba jeszcze nigdy tak nie wyglądałam wiosny, jak w tym roku. Tęsknię do słońca (serio! Ja tęsknię do słońca! Ja! Zatwardziały wampir sowowaty!), do ciepła, do trawy i liści.
I do owoców. Warzyw.

Truskawki. Młoda marchewka. Koperek i pietruszka.
Zupa koperkowa! Fasolka szparagowa.
Pomidorki. Ogórki gruntowe.
Och...

piątek, 23 lutego 2018

Bułka z masłem..?

O. Ściągnęłam nową aplikację do pisania postów. Jest nadzieja, że teraz będzie mi łatwiej wrzucać aktualizacje ;)
Niestety, Bitmoji wymusiło zmianę awatarów na tę nową, "lepszą" wersję. Średnio mi się podobają :/ Teraz już nie wyglądam na nich, jak ja ;(

Sprawa z tomografią się naprostowała - moja ulubiona Onkolożka zaleciła kontrolę za trzy miesiące, spokój ducha i chillout. Podobno takie niewielkie wahania to nic specjalnego.
A, że moja morfologia jest perfekcyjna (!!!), to nie ma co się martwić na zapas. Nawet próby wątrobowe w normie. A marker niziutki, jak nigdy przedtem! Normalnie wahał się gdzieś między 40 a 80, teraz siedzi sobie na poziomie... 8. Cud, miód, malina :)

No, ale było za wesoło. Właśnie dostałam trzecie L4 w tym roku (pierwsze było po TK, drugie na wizytę u onkologa). Bo mi się przyplątało zapalenie spojówek. Kurwa.
Zaczęło się od ostrej migreny. Dzień później całe prawe oko wyglądało już jak dorodna śliwka. Na pogotowiu okulistycznym dostałam antybiotyk ze sterydem ("ukochanym" deksametazonem, rwa). Dzisiaj byłam na kontroli i podobno ładnie się goi. Jest nadzieja, że w ciągu tygodnia wyzdrowieję.

Dzisiaj rano wyglądałam tak:

I to już jest stadium "lepiej". W środę było dużo, dużo gorzej.
Jako, że światło mnie niesamowicie razi to popierniczam w okularach przeciwsłonecznych. Wyglądam jak jakaś gwiazda, czy inna agentka (chyba specjalnej troski ;)).


Mam nadzieję, że nie wyrzucą mnie z pracy przez to ciągłe chorowanie. Nie moja wina, że mam niską odporność. Ponad trzy lata spędziłam w domu, dokładniej w łóżku lub na kanapie, potrzebuję czasu, aby się uodpornić na te wszystkie zarazki i wirusy.
Staram się jak mogę!

Wszystko to jakieś pokićkane. Czy życie nie może być proste?
Ja rozumiem, że jestem chora, że słaba, że trochę za wcześnie wyrwałam się do powrotu do pracy, ale... No, Losie brutalny, ja chcę normalnie żyć!

Kilka dni temu popłakałam się nad śniadaniem. Jadłam bułkę z masłem.
Bułkę. Z masłem.
Długi, długi czas nie stać nas było ani na bułki, ani, tym bardziej, na masło.
To była tak prosta rzecz, kilka lat temu tak codzienna, a mi się zdała luksusem i szczytem szczęścia.
Nie chcę znowu ledwo wiązać końca z końcem.
Chcę pracować. Czy to tak dużo?
Zdrowie, opanuj się. Proszę.

środa, 3 stycznia 2018

Czysta karta


Wreszcie! Skończył się ten cholerny 2017 rok.
Nie to, żeby był zły. Wydarzyło się w nim wiele fajnych, miłych, ciepłych rzeczy.
Ale też miał tendencję do generowania chaosu i niszczenia spokoju.

Była operacja na początku roku.
Była ciężka rekonwalescencja.
Był urok szarej codzienności.
No i powrót do pracy.
Ale na koniec przywalił chorobą Taty, co go całkowicie dyskryminuje z puli "lat fajnych i wartych zapamiętania".

Przyszedł sobie 2018 i już drugiego dnia pokazał, że będzie dobry.
Odebraliśmy wyniki biopsji Tatuśka i...
NIE MA RAKA!
Nie ma nawet nowotworu!
"Tylko" zapalenie trzustki i marskość wątroby. A to da się leczyć :)))

Mam ochotę udusić lekarzy.
Tego z Oświęcimia za "Ja doskonale znam te objawy, na pewno to rak".
Tego z Tychów za "Módlmy się, aby pacjent doczekał wyników biopsji."
I tego z hospicjum za "Temu panu nic już nie zaszkodzi i nic już nie pomoże".
Pierdolcie się, chuje złamane! 
My jesteśmy z rodu Polaków, nas tak łatwo nie da się zabić.

Odkryłam nagle nowe barwy świata, zauważyłam znowu światło i blask. Uśmiecham się jak idiotka, sama do siebie. Nic już się nie liczy, tylko trwanie w ciszy i harmonii.

Czego oczekuję od 2018?
Harmonii. Spokoju, ciszy, zabawy, ekstazy, równowagi, siły, ciepła i miłości.
Z postanowień noworocznych zostaje tylko garstka:
- pracować,
- ogarniać rzeczywistość,
- dbać o ciałko (co wiąże się też z odchudzaniem ;)),
- nie zwariować,
- być sobą.

Chciałabym w tym roku więcej pisać, czytać i tworzyć.
No i utrzymać się w robocie ;)
Umowę mi już przedłużyli, do końca 2018 :D
Trochę to było dziwne, bo trzy osoby, które już długo pracowały, zwolnili, a mnie zatrudnili.
To właśnie ten słodko-gorzki smak 2017 roku - za jego kadencji nic nie mogło być po prostu zajebiste, fajne i po prostu radosne. Musiał być posmak goryczy.

Za chwilkę zaczynam nowy etap. Właśnie odebrałam płótno i farby, które przyniosła mi listonoszka. Zaczynam przygodę z malowaniem :D
Kiedyś to lubiłam, może znowu polubię :)

Dla Was na 2018 rok życzę...
Harmonii.
Po wielu godzinach rozmyślań, po filozoficznym gapieniu się w sufit i ściany stwierdzam, że to harmonia jest najważniejsza.
Żeby wszystko do siebie pasowało i wszystko cieszyło duszę prostym "jest idealnie".
Trzymajcie się zdrowo! :)

wtorek, 17 października 2017

Stare dobre metody... :)

Notka w trybie podobnym, co na początku bloga:
Leżę już od godziny w łóżeczku, nie umiem zasnąć, ale stan podgorączkowy mocno trzyma mnie pod kołdrą.
Dzisiaj chyba dosięgłam dna paraboli codzienności, więc powinno być już tylko lepiej.
Wypiłam syropek z kwiatów czarnego bzu, popiłam syropem z młodych pędów sosny i... Trochę lepiej.
Obiecuję sobie, że w maju i czerwcu nazbieram jednego i drugiego i sama zrobię taki syropek - są wyborne, a i podobno mają właściwości magiczne lecznicze.
Włącza mi się tryb wiedźmy. Przypominam sobie czasy, gdy latałam po okolicznych polach i łąkach, lasach i parkach w poszukiwaniu szczawiu na zupę, czy liści orzecha do farbowania włosów. A i rumianek zbierałam, żeby domowy szampon zrobić ;D
Tak, domowa magia to fajna sprawa :)


W pracy jakoś leci, nie czuję się już zupełnie jak "ta nowa" ;) Ba! Wręcz irytuje mnie, gdy ktoś mnie pilnuje i patrzy na ręce. Wolę sama rozwiązywać problemy.
Krzysiek (czyli Już Nie Kawaler) jest ze mnie strasznie dumny. Czasami aż chce mi się płakać z radości, gdy widzę jego szczęście :)
Szczęśliwy Krzyś = spolegliwy Krzyś = szczęśliwa Lucynka ;p
Bez bólu udało mi się go przekonać do zakupu pewnego sprzętu domowego, o którym od lat marzę. Do tego obiecał mi coś, o czym zawsze marzyłam, ale w najśmielszych snach nie przypuszczałam, że te fantazje się spełniają.
Potrzymam Cię trochę w niewiedzy, bo zwykle chwalenie się na wyrost przynosi pecha ;)

Wracając do pracy:
Wiesz, co jest w niej najlepsze? (poza wypłatą, oczywiście ;))
Nikt nie wie, że jestem chora. No dobra, kilku najbliższym znajomym powiedziałam, ale... Ale nie ma u nich litości. Jest podziw, siła, nadzieja.
Wzbudzam nadzieję, czujesz to?!
Osiągnęłam swój cel - jestem taka, jak być chciałam. Wywołuję emocje, jakie pragnęłam wywoływać!
Ale klienci... Oni nie wiedzą. Nic nie wiedzą!
Dla nich jestem po prostu uśmiechniętą i pogodną osóbką po drugiej stronie kasy.
Taka konspiracja! ;)
Nie twierdzę, że zawsze jest lekko. Szczególnie teraz, gdy co kilka dni przypomina mi o sobie przeziębienie. Miewam też czarne myśli, typu "nie przedłużą mi umowy!" albo "nie dam rady, cholera, nie dam!".
Jednak zaciskam mocno zęby, po chwili znów się uśmiecham i... Żyję.
Jak nie będą mnie chcieli tu, to pójdę pracować gdzieś indziej.
Grunt, że jestem, kocham, żyję i... Znowu czuję się potrzebna światu.
Niesamowite uczucie! :)

Zróbisz coś dla mnie?
Uśmiechnij się. A później... Później będzie już łatwiej :)

Migawka z ostatnich dni:



poniedziałek, 4 września 2017

Bo to zły zębolog był - czyli o wpływie stresu na samopoczucie

Ogólnie, na co dzień, to ja jestem całkiem sprytna foczka:
biegam, latam, gadam - pełny serwis!
Jednak czasami coś mnie rozłoży. I nie byłabym sobą, gdybym nie odkryła przyczyny owego rozkładania.

I tak znalazłam w moim notesiku dziwne ciągi przyczynowo-skutkowe:
Tomografia? Dzień później boli wątroba.
Onkolog? Dzień później boli wątroba.
Brak kasy? Patrz wyżej.

Tak się złożyło, że w zeszłym tygodniu Krzyś spadł z jebanej drabiny
(albo raczej: "Jebany Krzyś spadł z pierdolonej drabiny").
A jeszcze dzień później byłam u zębologa.

Nie to, żebym miała coś do zebologów - ja ich lubię i szanuję.
Jednak sądzę, że coś musi być nie tak z człowiekiem, który zawodowo para się trzymaniem wiertarki w paszczy innych ludzi.

To trochę jak z pająkami:
fascynujące stworzenia, piękne i majestatyczne.
No ale trochę niepokojące jest to, że mają aż osiem nóg, kilka kompletów oczu, a do tego są włochate i plotą pajęczyny (swoją drogą: jako dziecko sądziłam, że pajęczyna to samica pająka :D).

Mogę lubić jakiegoś pająka, nawet go dokarmiać i doglądać. 
Mogę podziwiać ich zdjęcia, szczególnie macro - genialna sprawa.
Ale niech tylko to ośmionożne bydle się do mnie zbliży, to ja od razu mam minizawał.
Mimo całego opanowania i podziwu dla tych potworków, dzięki którym przez trzy lata ukrywałam swoją arachnofobię przed Mężnym, mówię im po prostu:
"Trzymaj się z daleka! 
Zbliżanie grozi spotkaniem z kapciem (lub odkurzaczem)."


I tak samo mam z zębologami.
Mój dentysta to zdolny i empatyczny facet, ale... No kwa, jest zębologiem.
Póki jest daleko to go uwielbiam.
Jednak gdy tylko wchodzę do jego pajęczyny gabinetu to serducho chce mi gardłem wyleźć.
Ale go szanuję (i nienawidzę, kwa).

Wracając do tematu:
Krzyś spadł z drabiny, ja byłam u zębologa, a dzień później:
A P O K A L I P S A

Brzuch napierdala, plecy łamią, łeb pęka.
I na nic przeciwbólki, bo po nich ból mnoży się razy pińć.
Pomaga tylko gorący prysznic.
Pewnie dlatego, że wodę kocham wprost proporcjonalnie do tego, jak nienawidzę pająków i dentystów (razem wziętych!).
Woda jest moim najlepszym lekarstwem.
Nawet zrezygnowałam z abonamentu w Storytel, żeby mieć kasę kilka razy w miesiącu wyskoczyć na basen :)

Meritum tudzież apel?

Stres to zło.
Unikajcie stresu, a będzie dobrze.
No. Może w następnej notce podzielę się kilkoma metodami na odstresowanie?

Widzimy się w czwartek o 18:00! :

czwartek, 24 sierpnia 2017

Każdy mądry, kto tego nie przeżyje.

Jakiś czas temu ściągnęłam sobie aplikację na telefon. Taka sobie, ot, zlicza kalorie zjedzone i spalone. Jednak dodatkowym jej atutem (tak myślałam!) była możliwość dzielenia się posiłkami, uzupełniania dziennika diety, dzielenia się przemyśleniami z całą społecznością korzystającą z tej aplikacji.

No to jazda, uwielbiam takie rzeczy! Napaliłam się jak kocur w marcu, grzecznie pisałam, co jem (chociaż nie zawsze jestem taka grzeczna), chwaliłam się zdjęciami z mojej metamorfozy, komentowałam i wspierałam innych.
Do czasu.
W końcu pochwaliłam się moją tabelką dietetyczną (z tej notki). Rozgorzała taka dyskusja, że aż sama nie dowierzałam!

Komentarze typu "no pewnie człowiek pierwotny latał po lesie z notesem i długopisem", albo "jesz, kiedy chcesz, po co to zapisywać" nieco mnie podburzyły, ale nie dawałam się.
Na swoje nieszczęście pochwaliłam się chorobą.
Oj, okazało się, że jest tam tyyyylu lekarzy!
Nagle znaleźli się mędrcy, którzy stwierdzili, że sama sobie tego raka karmię (tymi ogórkami, czy może pomidorami? albo może chlebem pełnoziarnistym?), że powinnam przejść na dietę ketogenną (czyli wchłaniać ogromne ilości tłuszczu i mięsa).
A gdy już napomknęłam, że najchętniej bym przeszła na pełny wegetarianizm, bo nie lubię mięsa to... no nie było już ciekawie.

I tak się zastanawiam, co ludzie mają w głowach.
Dlaczego próbują nakłonić innych do życia według obcych zasad.
Dlaczego są tak zamknięci?
Dlaczego traktują innych jak półmózgie yeti?
Dlaczego reagują agresją na odmienne poglądy?

I tak zrezygnowałam z tej aplikacji. Może głupio się przyznałam do choroby.
Zawsze pomstowałam na innych, czemu nie przyznają się do raka.
Już wiem.
Gdybym wiedziała, jakie reakcje wywoła ta informacja to... też bym się nie przyznawała.

Jestem chora, ale to nie znaczy, że każdy ma prawo dyktować mi drogi leczenia, zachowania, diety, ćwiczeń.
Jestem chora, ale nie jestem przez to gorsza czy słabsza.
Jestem chora, ale żyję, czuję i myślę.
Dalej jestem człowiekiem.

Nie chcę nikomu zawadzać, nie chcę się z nikim kłócić, ale...
Dajcie mi żyć po mojemu.
To moje życie, moje decyzje i nikomu nic do tego.
I tak zrobię, co będę chciała.

A właśnie chcę zjeść frytki. Dużo frytek. Na pocieszenie, o!


wtorek, 22 sierpnia 2017

Wstać i żyć - nie takie proste.

Wiem, że zagląda tu mnóstwo osób chorych na wszelakie paskudztwa. Zdaję sobie też sprawę z tego, jak cierpi psychika, gdy jest się przez kilka(naście) miesięcy przykutym do łóżka.
Opieka medyczna umywa ręce w momencie, gdy przestają leczyć ciało. Możesz latać do psychologa, ale... gdy jest z Tobą źle to zwyczajnie Ci się nie chce. Albo nie masz siły.

Kilka miesięcy spędziłam w stadium półroślinnym.
Spałam, wstawałam, przenosiłam się na rozkładany fotel w dużym pokoju i... spałam dalej.
Podobało mi się to? Nie, absolutnie. Ale nie miałam najmniejszej motywacji do zrobienia czegokolwiek.
Moim wybawieniem okazał się... notes i długopis.
Jak dziś pamiętam pierwszą listę zadań, którą w nim napisałam:
- wstać
- złożyć fotel
- zjeść śniadanie na siedząco
- zadzwonić do Mamy
- zadzwonić do Krzysia.

Dzień później do listy dorzuciłam:
- obejrzeć Shreka.

Kolejny dzień później:
- przeczytać "Małego Księcia".

Po jakimś tygodniu napisałam: "Założyć bloga".

Z dnia na dzień dorzucałam sobie zadań. Nie były ambitne. Były wręcz banalne, ale dzięki temu kładłam się wieczorem do łóżka z myślą, że zrobiłam wszystko, co chciałam.


Od tamtej pory ja i notesik jesteśmy nierozłączni. Nastał już bodajże szósty zastępca pierwszego notatnika, a ja powoli wracam do żywych. Bardzo żywych.

Z czasem zaczęłam rysować tabelki na miesiąc i tydzień, żebym mogła cokolwiek zaplanować. Pojawiły się całe projekty, plany diety i treningów.

Dopiero później, dużo później, dowiedziałam się, że taki system nazywa się Bullet Journal (klik!).
No i bujam się z nim już z trzy lata. Jest moim przyjacielem. Leczy moją wodę w mózgu, powoli zamieniając ją na olej.
Zapisuję wszystko, co wydaje mi się ważne, żeby już o niczym nie zapominać.
Bo powiem Wam, że po chemii to ja czasami nawet zapominałam, jaki mamy nie tylko dzień tygodnia, ale nawet miesiąc czy rok!
Teraz zapisuję, co jem, co piję, ile ćwiczę, do kogo mam się odezwać, kiedy opłacić rachunki, co w domu wymaga zrobienia, kto u mnie coś zamówił, wszelakie terminy. System ciągle doskonalę.
90% notek powstało najpierw w moim plannerku.

Jak wspiszecie w Googlach "bullet journal" to wyskoczą Wam zdjęcia pięknie prowadzonych, kolorowych notatników, gdzie wszystko ma swoją tabelkę, rubryczkę, obrazek.
Mój wygląda raczej jak brudnopis, jest czarno-niebieski, czasami pojawi się w nim jakaś zagubiona naklejka. Ale działa. I o to w tym chodzi :)

Najładniejsza z moich tabelek:


 A to aktualny tracker diety: na fioletowo zaznaczone godziny snu, pionowymi czarnymi kreskami zaznaczam posiłki, wpisuję też ilość wypitej kawy i wody, zjedzone kcal i spalone kcal. Taka tabelka pomaga mi trzymać się w ryzach ;)


Zwykle po prostu piszę, bazgrolę. Raz-dwa razy na tydzień biorę zakreślacz i zaznaczam rzeczy, które rzeczywiście są ważne.

Polecam taki planer z całego serca. Dlaczego?
Bo na pewno masz w domu narzędzia, których potrzebujesz: kawałek kartki i coś do pisania.
Fizycznie potrzebujesz tylko tych dwóch rzeczy, aby wrócić do normalności.
Cała reszta zależy od Ciebie.
Notatnik jest Twoją wędką - co z nią zrobisz, zależy tylko od Ciebie :)


poniedziałek, 24 kwietnia 2017

Joga dla duszy

Dzisiaj spróbuję pokazać Wam, jak kupić sobie szczęście (da się!).


Idziecie do sklepu, nic Wam się nie podoba. Na pocieszenie kupujecie apaszkę, która i tak ląduje na dnie szafy, nigdy nie używana. Za każdym razem, gdy sprzątacie szafę, oglądacie tę apaszkę piętnaście razy z każdej strony. Co czujecie? Żal, że wydaliście kasę na darmo? Poczucie winy, że tej apaszki nigdy nie nosicie? No właśnie. Ale żal wyrzucić, bo przecież sztuka funkiel nówka nieśmigana.
Już nie wspomnę tu o kupowaniu za małych ubrań ("kiedyś w to wejdę!"), albo kolejnej czerwonej szminki do kolekcji ("kiedyś będę malować usta tylko na czerwono!"). Zasada jest taka sama.
Poczucie winy i wytykanie sobie błędów, które unicestwiają możliwość używania tego przedmiotu.

No dobra, ale mamy tu problem pt. "gdy już będę doskonały".

Muszę Cię zmartwić: 
już jesteś doskonały, tylko sam tego nie widzisz.
To stos niedopasowanych przedmiotów przysłania Ci widok na samego siebie.

Czyli co zrobić?
Pozbądź się wszystkiego, co Ci się nie podoba.
Pozbądź się wszystkiego, co na Ciebie nie pasuje.
Pozbądź się wszystkiego, co wywołuje u Ciebie poczucie winy.
Rzeczy odłożone na "kiedyśtam" zacznij używać już teraz.

Bo czy "kiedyśtam" nadejdzie?

Przed chorobą miałam bardzo szczegółową wizję siebie latającej w sukienkach. Kolekcję kiecek powiększałam metodycznie... ale nigdy ich nie nosiłam.
Ta czerwona była na specjalne okazje, ta niebieska zbyt zwracała na siebie uwagę, żółta jest zbyt wyzywająca, a czarna jest za ładna i szkoda ją zniszczyć.
Pochorowało mi się. Gdy tylko wypełzłam z marazmu... Zaczęłam w TYCH SAMYCH SUKIENKACH latać po domu.
Poprawiam sobie humor swoim odbiciem w lustrze.
Uśmiecham się sama do siebie, gdy widzę majtki przebijające przez żółty materiał.
Czarna kiecka ma już wypalone Domestosem dziury (właśnie w niej teraz siedzę!).

No, zniszczyły się. No i co z tego? 
Kupię nowe. Na pewno kupię, bo sukienki uwielbiam!
Lepiej je zanosić na śmierć, czy skazać na dożywocie na dnie szafy? :)

Jest jeszcze jedna sprawa.
Sybstytuty.
Często, gdy czegoś pragniemy nabywamy wszystko, co nam chociaż odrobinkę przypomina nasze marzenie.
Są takie perfumy Thierrego Muglera, co się zwą "Alien".
Chorowałam na nie latami. A że diabelstwo drogie, bo prawie cztery stówki, to kupowałam wszystko, co mi je przypominało.
Aż w pewnym momencie odkryłam, że mam 25 buteleczek pseudoperfum. Każde po minimum 20zł... No, już miałabym ukochanego Alienka!
Metodycznie odkładałam po 50zł. Po pół roku miałam Muglera na swojej półeczce :)

Było to cztery lata temu. Od tamtej pory nie kupuję już perfum na oślep. Mam ulubione trzy-cztery zapachy, a nad nimi góruje Alien, którego jeszcze mam :)

Inną sprawą był tatuaż.
Od szesnastego roku życia marzyłam o tatuażu, ale... wiedziałam, że nigdy się na niego nie odważę.
Bardzo chciałam zadowolić mojego Tatę. A on, odkąd tylko pamiętam, nienawidzi tatuaży.
Nie zniosłabym jego dezaprobaty, zawsze chciałam widzieć ten błysk dumy i zadowolenia w jego oczach. 
No to zrobiłam sobie kolczyk w nosie. W uchu - pierwszy, drugi, trzeci, kolejne dwa... Dużo w każdym bądź razie. I ciągle to nie było to. Czułam się niekompletna.
Aż nadszedł wrzesień 2013 roku.
Zapisałam się na termin. Pojechałam. Zrobiłam.
I przez kolejne pół roku chowałam mojego feniksa pod koszulkami, żeby Tatko tylko nie widział ;) Przestałam się kryć dopiero, gdy się wyprowadziłam. I to też nie tak od razu, bo z 3-4 miesiące minęły.
W sumie Tata prawie rok żył w nieświadomości ;)

Jak się dowiedział to prawie płakał. Był załamany.
Ale... minął rok, drugi. Historia z chorobą i zakażonym portem dożylnym, który musieli mi usunąć. Teraz symetrycznie do feniksa (który jest pod lewym obojczykiem) mam bliznę pod prawym obojczykiem.
Tata siadł naprzeciwko mnie. Popatrzył.
"Ładnego masz tego feniksa."
Dalej patrzył:
"Na tej bliźnie musisz sobie jakiegoś kwiatka wytatuować.".
Myślałam, że zemdleję z wrażenia :D

Jeżeli więc boicie się reakcji otoczenia na spełnianie Waszych marzeń to powiem Wam tak:
osoby, które Was kochają i akceptują, zaakceptują każdą Waszą decyzję.
A zdaniem kogokolwiek innego nie ma sensu się przejmować :)

Zostawiam Was sam na sam z przemyśleniami.
To jak z tą czerwoną szminką? Malujemy? :)

* * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * *
SMS na numer 75 165 o treści: POMOC 6742
czyni mój świat lepszym :)