poniedziałek, 31 sierpnia 2015



Wyzwolonam (a raczej odroczonam do środy)

No. Wyssałąm swoją dawkę tej niedobrej, paskudnej, okropnej i dającej tak cholernie dużo nadziei, chemii.
W środę dostałam gemzar i fluorouracyl.
W czwartek fluorouracyl.
W piątek fluorouracyl.
W sobotę fluorouracyl.
I w niedzielę też fluorouracyl.
Obyło się bez niespodzianków. Jedynie w czwartek rano obudziłam się z myślą "kaj jo je i czemu mnie się tak rzygać chce".
Ale było, przeminęło.
W środę znowu jadę, tym razem tylko na chwilkę, łyknąć gemzara w godzinkę i dalej wegetować sobie w domku, gdzie zza okna szumią drzewka i hałasuje śmieciarka pod blokiem.


Ależ ja się zsuczyłam.
Mówię Wam.
Okropnie mi z tym momentami.
Na sali miałam przez trzy dni nową panią. Drugą chemię wsysała.
I szczytem jej boleści było to, że dwa razy zwróciła jedzenie.
Dwa razy.
Rwwwwa.
Po morfinie przez trzy godziny potrafiłam rzygać, bez przerwy.
Nie żaląc się, nie skamląc, nie pomstując na swój okropny, niedobry los.
Wraz z drugą panią na sali podśmiechiwałyśmy się z nowej.
Bo druga pani już weteranka, trzy lata się leczy.
I spotkały się dwie takie bezlitosne suki, które uparcie słuchały za głośno muzyki (przez słuchawki), że aż nową panią mdliło.
Nasza wina, nasza wina, nasza bardzo wielka wina.
I śmieję się w duchu.
Byłam miła, byłam uprzejma, byłam do rany przyłóż.
I się wkurzałam. Współlokatorki z sal szpitalnych tylko mnie wykorzystywały do "przynieś, wynieś, pozamiataj i najlepiej wytrzyj mi dupę".
Zsuczyłam się, zbuntowałam.
I od razu spotkałam bratnią duszę.
Niesamowite :)

Wracając ze szpitala po raz pierwszy od dłuższego czasu zrobiłam samodzielnie zakupy.
Lista - dwa mleka, kawa, chleb, dwa twarożki (które są podstawą mojej pochemicznej diety).
Zapłaciłam trzydzieści złotych.
Za co, kurwa, ja się pytam?! Za co?!?!?!
Sądzę, że coś jest wybitnie nie tak w naszym systemie finansowym.
Człowiek nie powinien oszczędzać na jedzeniu. Na jedzenie powinno starczać, normalnie, bez spiny. Podobnie na opłaty za mieszkanie.
To luksusy powinno się ograniczać.
A prawda jest taka, że z odrobiną szczęścia zapłaciłabym mniej za dwie bluzki, niż za mleko, chleb, kawę i cholerny twaróg.
Ludzie, w jakim kraju my żyjemy?
MA - SA - KRA.

Za długo jestem już odizolowana od świata zewnętrznego.
Muszę się znowu w niego wkręcić.
Opanować znów promocje do poziomu "perfect".
Może wtedy nie zbankrutuję chcąc zjeść coś pełnowartościowego.

Swoją drogą - kawę też można rzucić, nie?
(jakby mało było tego, że rzuciłam czekoladę, alkohol, zamawianie pizzy, smażone potrawy, frytki, chipsy, kebaby, lody, imprezy, kosmetyki, kino, basen, buty, torebki, ciuchy... i masę pomniejszych przyjemności.)
Rzućmy wszystko, zostańmy mnichami, i ha ha!
Pfr.
Dobrze, że chociaż internet mam w abonamencie i (tymczasowo) nie muszę myśleć o jego rzucaniu.
Dobra nasza!
Udpostępnij:

3 komentarze:

  1. no nie frytki odstawilas :/foch!
    Lucy wiem jak jest ciezko i im sie jest bardziej milutkim to niestety ludzie kopajom w tylek
    a pokaz tylko pazurki lo! jednak zlo ma wieksza moc niestety.
    Szybko wracaj do normalosci do tej domowej Lucyneczki !
    i nie bojaj sie ;-)
    troll

    OdpowiedzUsuń
  2. Przeczytalam niedawno caly twoj blog......jestes wspaniala kobieta i podziwiam Ciebie za caloksztalt

    OdpowiedzUsuń
  3. Ja jeszcze fajki rzuciłam, ale za to książki kupuję na potęgę i bilans wyszedł na minus zapewne. Pozdrawiam i życzę najlepszego.

    OdpowiedzUsuń

Wysoce prawdopodobne, że nie opublikuję komentarzy, które:
- obrażają autorkę bądź czytelników bloga,
- zawierają tylko link,
- mają charakter religijny i nawołują do "nawrócenia",
- nakłaniają do alternatywnych metod leczenia.

Oczywiście od powyższej reguły są wyjątki!
Akceptujmy i darzmy tolerancją siebie nawzajem :)