piątek, 27 lutego 2015



Kolizja kontra objawy deprechy okołowiosennej

Niby wszystko jest u mnie ok. Niby. Ale coś mi się nie zgadza. Siedzę całe dnie gapiąc się w tv. Internet leży odłogiem, zaniedbuję znajomych. Niby wszystko ok... Ale nie jest, kurwa, ok.


Tęsknię za latem. Za wiatrem igrającym we włosach (których niemal nie mam). Za nocnymi spacerami, wędrówkami bez ładu i składu.
Tęsknię za brakiem czasu.
Łapię się na totalnej bezmyślności.
Od kilku tygodni nie ruszyłam igły ani kanwy. Z dwa tygodnie nie przeczytałam nic dłuższego niż wpisy na blogu Illumineuse. Nic mnie nie boli, tylko słabowato troszkę. Ale... ale to nie jestem ja.
Z obrzydzeniem patrzę w lustro. Ginę we własnej wyobraźni. Tylko tam jest dobrze, jest ciepło, jest bezpiecznie. Nie ma raka, nie ma chemii, nie ma nadmiaru czasu wolnego i nie ma wrednej kostuchy, która ścina ledwo rozkwitnięte kwiatuszki. Chuj wi po co.
 Śmierć koleżanki wywarła na mnie większy wpływ niż chcę przyznać, większy, niż sama sobie zdaję z tego sprawę.
Ale i tak mi się nie chce.
Nie chce mi się wstawać, miotać bez ładu i składu po domu, wciskać się w za małe ubrania, gdybać nad sensem czegokolwiek. Mechanicznie wstawię kolejne pranie, umyję gary...
Mam ochotę powyszywać. Ale co z tego, skoro mój palec wskazujący wykazuje tendencję do bycia dwukrotnie większym niż zwykle, do tego chyba wredny planuje zrzucić paznokieć. Takie są konsekwencje mojego wiecznego zamyślenia i bezmyślnej próby zatrzymania zamykających się drzwi samochodu jednym palcem. Jeden zero dla samochodu.

Wróciłam wczoraj z przedostatniej chemii. Chociaż raz trafiłam na zajebiste kobietki na sali! Śmiałyśmy się do rozpuku, wkręcałyśmy lekarkę w rakowe mity i ciągle gadałyśmy o alkoholu, imprezach i kosmetyczkach ;) Żyły mam już tak rozjechane, że chemia kapała sobie całe osiemnaście godzin. Chociaż na początku zajmowało jej to maksymalnie do sześciu godzin. Lekarze i pielęgniarki grożą mi portem. To taki welfrom, ino, że na stałe. Ja nie chcę, nie zgadzam się, protestuję i mówię "chuj wam w dupę". Nie ma nic bardziej rakowego niż port. Jeszcze tego mi brakuje, aby codziennie rano widzieć ten wentyl obok obojczyka i przypominać sobie, że jestem chora. Nie dam się zaportować!

Jeszcze tylko tydzień. Za tydzień wypuszczą mnie z domu. Będę mogła się przeziębiać do woli, biegać do woli, skakać, śmiać się i chłonąc całą sobą nadchodzącą wiosnę.
Tęsknię za słońcem!
Udpostępnij:

3 komentarze:

  1. Droga Lucynko
    wydaje sie, ze masz straszna depresje.
    Pomysl o konsultacji z psychologiem
    to bardzo pomaga ;) takie gadanie z nim
    moze Cie troche uspokoi i doda otuchy.
    W chorobie mimo, ze ludzie sa otoczeni bliskimi to jednak
    czuja sie bardzo samotni :(
    i potrzebuja wsparcia z zewnatrz, tj ,psychologa
    Swiat marzen i wyobrazni to dobry sposob na oddalenie ponurych mysli,
    ale, ale !! nie za czesto Poczytaj sobie kiazki, sluchaj muzyki relaxs,
    pisz pisz, ROZMAWIAJ !
    koncze sie juz wymadrzac
    sciskam i pozdrawiam :*
    cichosza

    OdpowiedzUsuń
  2. Tule I przesylam pozytywne wibracje !!♥♥ trzymaj sie nasza lucyno !!! Dasz rade babo bo kto jak nie ty !!!! Emilia

    OdpowiedzUsuń

Wysoce prawdopodobne, że nie opublikuję komentarzy, które:
- obrażają autorkę bądź czytelników bloga,
- zawierają tylko link,
- mają charakter religijny i nawołują do "nawrócenia",
- nakłaniają do alternatywnych metod leczenia.

Oczywiście od powyższej reguły są wyjątki!
Akceptujmy i darzmy tolerancją siebie nawzajem :)