czwartek, 5 maja 2016



Smak wspomnień

Nie wiem, ile z Was pamięta smak chleba sprzed 20-25 lat. Był niesamowity.
Nie raz znikał już w drodze z zakupów do domu.
Siedziałyśmy z mamą na ławce i pochłaniałyśmy, jeszcze ciepły, wyrób rodzimej piekarni.
Świeżutki, cieplutki chlebek.
A ciepłe bułeczki znikały jak... ciepłe bułeczki.


I mleko. Mleko z tamtego czasu było esencją smakowitości. Cudem samym w sobie.
Często, pijąc podły wyrób mlekopodobny, wspominałam wakacje na wsi, u babci.
Mleka się nie nalewało. Zanurzało się kubek w kance i... I się nabierało.
Mruczałam z radości, oblizując mleczne wąsy.

A ostatnio stał się cud!
Mama dorwała jakąś kobitę ze wsi i... co dwa, trzy dni mam dostawę (niemal ciepłego!) mleczka prosto od krówki! Cena niższa, niż za sklepowe barachło, a doznania, och, ach!
Z początku podejrzewałam, że to jakaś farsa, że babka kupuje mleko w markecie i sprzedaje niby jako swoje (nie jedna taka historia się zdarzyła, najczęściej z jajkami).
Ale uwierzyłam w momencie, gdy przelałam mój biały skarb do dzbanka, a rano... Spijałam śmietankę!

Na równi z mleczkiem świeżym uwielbiam mleczko kwaśne.
A moja nowa radość życia jest "zbyt" świeża do kwaśnienia.
I tak czekałam dzień, dwa, trzy... W końcu mleko znikało, zanim zdążyło nabrać odpowiedniej konsystencji.
Aż tu wczoraj przyszła mi z pomocą aura.
Rano wlałam mlekusio do dzbaneczka, schowałam w szafce (bo kotom też ono wybitnie smakuje) i liczyłam się z intensywnym ślinotokiem przez najbliższy tydzień.
Niecierpliwe ze mnie stworzenie, zaglądałam tam co chwilę, szukając oznak zmiany stanu skupienia...
Ale zbierałam tylko śmietankę, oczywiście mleko nie chciało ruszyć.
O 17 ostatni raz ostrożnie, głęboką łyżką, wymiotłam z dzbaneczka resztę śmietany.

O 19 przyszła burza. Błyskało się i grzmiało aż miło.

O 21 mleko było niby piana z białek! Jak jogurt naturalny Bakomy!

Jest plan. Tylko kto mi zdradzi, gdzie zamówić burzę w każdy wtorek, czwartek i sobotę? ;)

Poniedziałkowe ognisko majowe się udało :)
Chociaż pogoda wybitnie chciała pokrzyżować nam plany.
O 15:45 wyszliśmy z Tesco. Kropiło.
O 16:00, na umówionym wcześniej miejscu, chmurki się rozwiały i zapanowało miłe, ciepłe popołudnie.
Rozpaliliśmy ogień, Zżarliśmy kiełbaski. Moja wyglądała jak skwarek (kto choremu zabroni, no kto?! raka już mam, co innego mi grozi? ;)).
 Jakoś grillowane wyroby masarskie do mnie nie przemawiają (jak już mówią to dobitnie: "Jesteśmy obrzydliwe!"), ale ogniskowe, oj tak tak.
Jednak mi jakoś bardziej posmakował chlebek opiekany, mniam!
Moje włosy, a dokładniej ich obecność powyżej brwi (które też darzę wielkim sentymentem) doczekały się nawet zauważenia! ;)
O 18:00 stwierdziliśmy, że już się najedliśmy, latoroślom znajomych zaczęło się ziewać, no to się zaczęliśmy zbierać. W momencie, gdy już wszystko było spakowane, żegnamy się, wsiadamy do samochodu... I zaczęło padać :)
Pogoda dała nam równe dwie godziny na popołudniowy chillout :D

Om nom nom. Zgadnijcie, co właśnie piję... :)
Udpostępnij:

0 komentarzy:

Prześlij komentarz

Wysoce prawdopodobne, że nie opublikuję komentarzy, które:
- obrażają autorkę bądź czytelników bloga,
- zawierają tylko link,
- mają charakter religijny i nawołują do "nawrócenia",
- nakłaniają do alternatywnych metod leczenia.

Oczywiście od powyższej reguły są wyjątki!
Akceptujmy i darzmy tolerancją siebie nawzajem :)