wtorek, 28 października 2014



Jak zmienił mnie alien, czyli wszystko ma swoje dobre strony.

Od jakiegoś momentu zastanawiam się, kim jestem i czy w ogóle jeszcze jestem sobą. Patrzę czasem w lusterko i nie widzę siebie. Choroba zmienia. Bardzo. Ale czy na gorsze?


Wiele się nauczyłam w ciągu ostatnich pięciu miesięcy.
Zawsze byłam Zosią Samosią, nienawidziłam samej myśli o pozostawaniu zależnej od kogokolwiek. Przez całe życie chyba nigdy nikogo nawet nie poprosiłam o pomoc. Dodatkowo zawsze MUSIAŁAM być najlepsza. We wszystkim, za co tylko się wzięłam. Nie akceptowałam świadomości, że ktoś może być lepszy. Miałam wrażenie, że stracę wszystkich, gdy tylko pokażę, że mam jakieś słabości. Przez co nie potrafiłam też okazywać uczuć. Zawsze zimna, niezależna, pozostająca gdzieśtam na granicy zaangażowania.
Uważałam się za osobę głęboką, uduchowioną, wiecie, niemal natchnioną. Ale gdy ktoś pytał, co jest dla mnie najważniejsze w życiu... nie wiedziałam. Zwyczajnie nie wiedziałam.
Wszystko było ważne - praca, znajomi, emocje, pasja. Ale czy najważniejsze?

Dzisiaj jest zupełnie na odwrót.
Pierwszy raz w życiu jestem zupełnie zależna. Nie mogę iść sama do sklepu, czasami nie mam siły nawet podnieść się, żeby zrobić sobie herbatę. Musiałam nauczyć się mówić, czego potrzebuję. Prosić o pomoc. I tym samym pokazać, że... że potrzebuję innych.
Wiem też, że nic nie muszę. Mogę cały dzień leżeć w łóżku, a świat się nie zawali. Świat się nie zawali, jeżeli nie ukończę kolejnej szkoły, jeżeli nie wyhaftuję najpiękniejszego na świecie obrazka i nie zaprojektuję najcudowniejszego z cudownych makijaży. A nawet nie zawali się, gdy mój kochany wróci z pracy i nie zastanie zastawionego stołu. Nie muszę się starać, bo... bo wiem, że i tak jestem kochana. Wiem, że są na tym świecie ludzie, którzy nie pozwolą mi za nic w świecie zniknąć, przepaść, poddać się, samej się zniszczyć.

Wiem też w końcu, co jest najważniejsze.
Nie praca. Zawsze można ją stracić.
Nie znajomi. Oni odchodzą i przychodzą, jak w kalejdoskopie.
Nie emocje. One są zupełnie ulotne.
Nie pasja. Ją zawsze można zmienić.

Najważniejsi na świecie są ludzie, których kochamy i którzy kochają nas.
Bez nich bylibyśmy nikim.

Zawsze byłam dobra w życiu chwilą, w czerpaniu radości z prostych rzeczy. Ale teraz jestem mistrzynią.
Uwielbiam herbatki z moją mamuśką. Nawet, gdy mnie wkurza. Uwielbiam nieporadne rozmowy telefoniczne z ojcem (który jak i ja ma problemy z okazywaniem uczuć). Mruczenie kota doprowadza mnie do ekstazy. A najbardziej kocham moment, gdy kładziemy się spać, a ja mogę wtulić się w moje kochanie i po prostu zasnąć kołysana miłością.

Zabawne. Dopiero rak sprawił, że jestem szczęśliwa.
W końcu doceniam to co mam.

* * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * *
SMS na numer 75 165 o treści: POMOC 6742
czyni mój świat lepszym :)

poniedziałek, 27 października 2014



Chyba widziałam kotecka, czyli jak pomnożyć kocią ferajnę razy cztery.

No nie ukrywajmy, że ja i mój Mężny to totalnie ześwirowane kocie wariaty. Tak na amen.

Jednego kocura mamy już od maja (właśnie próbuje mnie zadusić swoją kocią miłością), ale ciągle gdzieśtam przewijał się temat drugiego mruczka. Ale przewijał się, nie było okazji, motywacji, sposobności. Aż do piątku, gdy wylądowaliśmy w sklepie zoologicznym, gdzie były do oddania dwa rude maluszki. Po stertach zachwytów, ochów i achów, mój Mężny zmiękł na dobre i oświadcza pani, że weźmiemy jednego malucha. A tu psikus! "On już zamówiony!". I moje serce pękło na pół.
Czułam się jak nieszczęśliwie zakochana, odrzucona nastolatka. Wiecie, boli i kłuje i pusto w środku jakoś.

Nastała sobota. Mężny wyczaił na fejsie kociaki do oddania. No to wiśta wio, jedziem w świat, na Bzie dokładnie. Całą drogę skakałam w samochodzie jak piłeczka kauczukowa, ping ping ping, kotek kotek kotek!

Na miejscu zobaczyłam trzy maluchy, w wersji "very hard junior". Nosz klopsiki takie, że wszystkie trzy mieściły się na dwóch dłoniach. A dwa na jednej. Ja wiedziałam od razu, którego bobasa chce, mam ogromną słabość do szarych dachowców, uwielbiam skubańce. Drugi mruczek był czarno-biały, trzeci grafitowo-biały ze wspomnieniem prążków.
"Nie chcecie wszystkich?", zapytała dzierżycielka ferajny. My, że nie, nie, mamy już jednego, starczy. A potem wiadomość, że te, które domku nie znajdą polecą do szamba. Uhhhh...

Mój Mężny to bardzo dziwny człowiek. Wiecie, na wierzchu macho i macho tym zadem, a w środku półpłynny, różowy jednorożec. Ale tego dnia zaskoczył nawet mnie. Chociaż myślałam, że znam go już wzdłuż, wszerz, w poprzek i na wylot.

Mój Mężny wziął wszystkie kociaki. Wszystkie. Od razu też jednemu załatwił domek krótkim telefonem do kumpla. Do domu dotarliśmy już tylko z dwoma maluchami, bo czarno-białego podrzuciliśmy owemu kumplowi.

I tu zaczyna się hardkor stosowany.

O ile prążkowana Łapka umiała od początku sama wszamać to, co do miseczki się dało (oczywiście brudząc wszystko dookoła, łącznie z własnym brzuchem, uszami, grzbietem i ogonem - nie wierzcie reklamom Whiskasa, kociaki nie potrafią się nie ufajdać przy jedzeniu...), to Bąbel, grafitowo-biały nadprogramek, nie potrafił pojąć, na czym polega jedzenie. No to, po licznych próbach i błędach, skonstruowaliśmy mu butelkę do ciamkania. Najpierw dostawał samo mleczko, ale ciągle chodził głodny i marudny (trzydzieste ósme "miau" w ciągu dwóch minut potrafi wkurzyć...). No to... zmiksowaliśmy kocią karmę z puszki. I zadziałało :) Dzisiaj rano malucha przekonałam dodatkowo, że z talerzyka też można jeść. I problem z głowy :)

Od początku baliśmy się, jak zachowa się nasz kocurek. Nowe stworki na jego terenie? Oczami wyobraźni widziałam już kocie flaki porozrzucane po pokojach.
A tu psikus!
Gacek tak się wkręcił w maluchy, że wystarczy tylko, że któryś zamiauczy... a on już jest obok i wylizuje mu pyszczek. Rewelacyjnie też układa je do snu. Jestem z niego taka dumna!!!

W sobotę maluchy w sumie tylko spały. Wczoraj już nieco pobrykały. Dzisiaj mam tu Sajgon.
Przed chwilką nakarmiłam znowu bydlaczki, Gacuś je ululał do snu wylizując calutkie. I wylądowaliśmy we dwójkę w łóżku, wymęczona kocia mama i matkujący kocurek. Gacek już zasnął.

A ja?

Nie mam czasu czuć się źle. No nie mam. Chemia była w czwartek, w pysku mam burdel jak po Hiroszimie (zapalenie jamy ustnej), a ja nawet nie mogę położyć się i postękać w spokoju.
Bo trzeba nakarmić maluchy. Trzeba ululać maluchy. Trzeba pobawić się z maluchami...
Nagle ozdrowiałam!

ZAJEBIŚCIE JEST ZAPOMNIEĆ, ŻE JEST SIĘ CHORYM :)))

* * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * *
SMS na numer 75 165 o treści: POMOC 6742
czyni mój świat lepszym :)

wtorek, 21 października 2014



Kto, kogo i dlaczego?

Codziennie słyszę "będzie dobrze", "musisz walczyć", każdego dnia gdzieśtam przewijają się słowa pseudowsparcia (moje ukochane "teraz można się tylko modlić") i ukradkiem uronione łzy.
No jestem chora, nie da się ukryć. Czasami samą mnie to przygniata, ale... ale co mogę zrobić poza grzecznym leżeniem, gdy w żyły wpływa mi życiodajna połówka tablicy Mendelejewa?

W momencie, gdy wszyscy wokół się smucą, żałują, powtarzają "dlaczego ona?" morale spadają gwałtownie. Tak, jakby już nie było ratunku, nie było szans. Ludzie dookoła chcą mnie wesprzeć, a prawda jest taka, że to ja najczęściej mówię "wszystko będzie w porządku".
Jestem oskarżana o zbyt lekkie podchodzenie do aliena, do lekceważenia go... tak. Lekceważę dziada, bo mnie napadł nieproszony. Nie jestem w stanie w tym momencie zrobić nic więcej, niż robię. Więc wrzucam na luz. Śmieję się. Żartuję. Sprawdzam granice własnej autoironii.
Będzie co ma być, życie nie zatrzymało się tylko dlatego, że mam raka.
Trzeba nadążać.

I wiem, że nie mogę się poddać. Ja nawet nie mogę się spokojnie podołować i posmucić jak rozpieszczona nastolatka, chociaż czasami bardzo mam ochotę.
Gdy ja się poddam to poddadzą się moi najbliżsi.
A walczę tylko po to, by przy nich być.

* * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * *
SMS na numer 75 165 o treści: POMOC 6742
czyni mój świat lepszym :)

sobota, 18 października 2014



Nocne mrowiska, czyli mrówki drążące dziury tam, gdzie nie powinny.

No to jestem po kolejnej chemii, rozpoczęłam trzeci z ośmiu planowanych trzytygodniowych cykli. Jak się czuję? Uh, nieco skołowana. Ale na szczęście niemal nic nie boli, tylko świat nieco tancuje przed oczkami. Taki stan jak po trzecim drinku. Albo czwartym piwie. Nie lubię nie nadążać za własnymi myślami... to takie upokarzające.



W chorowaniu na raka jest wiele upokarzających i/lub wkurzających rzeczy.

Lekarze, którzy chcą człowieka przemaglować w każdą stronę. Nie liczę już, ile razy mnie rozbierano, oglądano, przeglądano jak konia na wystawie... albo na końskim targu. Pozbawiają człowieka złudzeń intymności, prywatności, zdzierają resztki dumy i człowieczeństwa. Tak, wiem, to konieczne. Ale mogłoby się odbywać w nieco inny sposób niż w polskich szpitalach...

Znachorzy, którzy raka znają tylko z książek i filmów. Nie wiem, jak ktoś może liczyć na to, że dobrowolnie zrezygnuję z leczenia, które DAJE EFEKTY dla jakiś bałwochwalczych tańców w blasku księżyca. Czy cokolwiek. No dobra, sama kiedyś byłam nieco nawiedzona Sekretami, Czegośtam Podświadomości i takie tam. Ale, wierzcie mi, to wszystko zamienia się w stek bzdur, gdy walczysz o swoje życie. Osobiście chyba wolałabym paść w kościele na kolana i modlić się zacięcie (jestem totalną antykatolicko-antychrześcijańską ateistką), niż zrezygnować z chemii i leków. Wiecie dlaczego? Bo poznałam osobiście osobę, która twierdzi, że to bóg ją wyleczył. A nie poznałam nikogo, kto by się pozbył aliena ziółkami i medytacją.
Dalej jestem pod wpływem nurtu "prawo przyciągania", ale podchodzę już do niego z większą rezerwą. Bo nigdy się o raka nie prosiłam. Wierzę tylko, że moja choroba jest jedynie drogą. A cel jest tym, co sama sobie wymarzyłam. Staram się w to wierzyć jak tylko potrafię.
Ale z natury jestem raczej niedowiarkiem. Wada genetyczna.

Upokarzający jest ZUS (który znowu się odezwał, hehe... wspominałam, że tęsknię za druczkami, czyż nie?). Wypłacają chorym śmieszne pieniądze (spróbuj za to wyżyć, człowieku, no spróbuj), a trzeba się naprosić jak o milion w lotku. Nawet nie wiecie, jak marzę o tym, aby jakoś zdobyć nieco wolnej gotówki. Żeby spokojnie starczało na cały miesiąc. I żebym nie musiała mieć wyrzutów sumienia, że znowu na leki poszło za dużo kasy. Albo na moje wieczne zachcianki. Prawdę powiedziawszy połowę wolnego czasu spędzam na próbach rozmnożenia moich świadczeń zdrowotnych do poziomu mojej dawnej wypłaty. To było ponad dwa razy więcej kasy. I już się boję, bo we wrześniu wylądowałam w szpitalu i znowu mi obetną śmieciowe wypłaty. Na szczęście są osoby, Rodziciele moi kochani, którzy nie szczypią się i kasą rzucają, gdy jest pilna potrzeba. Ale... ale nie o to mi chodziło, gdy wyprowadzałam się w kwietniu z domu. Chciałam być samodzielna. Wreszcie. Dorosła. A w maju zaczął się cyrk z rakiem. I marzenia o samodzielności poszły sobie na zieloną trawkę...

Są znajomi, których tak na prawdę nie ma. I wiem, że to nie ich wina, że ich nie ma. Po prostu choroba zmienia. Nie bawi mnie już imprezowanie, latanie po sklepach, malowanie paznokci czy makijaże (z zawodu jestem wizażystką i BHPowcem, w ramach ścisłości). To wszystko blednie jakoś przy wizji choroby. Brzmi górnolotnie, wiem, ale taka jest prawda. Alien kompletnie przewartościował moje życie. Zawsze chciałam mieć męża, dzieci, to normalne, każda dziewczyna tego chce. Ale dla mnie był to plan drugo, a nawet trzecioplanowy. A teraz... teraz wiem, że może braknąć mi czasu. Tak, wiem, wszyscy teraz odezwą się chórem, że dam radę, że wygram. Chcę w to wierzyć i staram się jak mogę, ale normalnym jest, że pojawiają się chwile zwątpienia. Gdy dowiadujesz się o kolejnych przerzutach. Gdy wszystko boli. Gdy w sumie... w sumie nie możesz zrobić nic, poza leżeniem w łóżku i gapieniem się na sufit. Bo nawet spać nie możesz.

No i najgorsze. Wkurzająca jestem ja.
Wiem, że choroba nie jest moją winą. Ale ciągle mam wyrzuty sumienia, że wszystko się psuje tylko przeze mnie i moje wredne alieny w różnych częściach ciała. Żałuję połowy rzeczy, które się działy i miliona rzeczy, których nie zrobiłam. Ciągle mam jakieś chore wahania nastroju, nie nadążam sama za sobą. Potrafię w sekundę przejść ze skrajnej euforii do stanu granicznej depresji. Nie nadążam za wszystkim. Chociaż wokół mnie nie dzieje się nic. Za to w głowie... W głowie, moi Mili, to ja mam istne mrowisko.

A jest jeszcze tyle rzeczy, które chcę... chciałam... zrobię?

* * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * *
SMS na numer 75 165 o treści: POMOC 6742
czyni mój świat lepszym :)

poniedziałek, 13 października 2014



Chora kura domowa zamierza posprzątać w domu.

Dlaczego bałagan w mieszkaniu rośnie odwrotnie proporcjonalnie do ochoty na sprzątanie?
Jeszcze wczoraj wieczorem oczami wyobraźni widziałam siebie zapierdzielającą ze szmatką po całym mieszkaniu.
Dzisiaj rano wstałam i... i zmieniłam zdanie.



Naczyń do umycia jest o kilka za dużo, prania do wyprania o tonę zbyt wiele, a na ziemi mam piaskownicę zamiast podłogi.
I jak na studiach w okresie sesji zawsze miałam w pokoju idealny porządek, tak teraz marzę o czymś, co mogłoby mnie skutecznie usprawiedliwić od nieposprzątania.
Niestety wiem, że posprzątać trzeba. Nie to, że trzeba. TRZEBA.
Przychodzi dzisiaj właścicielka mieszkania zabrać nam ponad połowę wypłaty Mężnego, czyli pobrać opłaty za wynajem. A łazienka świeżo po remoncie, przedpokój aż krzyczy błagając o odrobinę pędzla z farbą... Może udałoby się wynegocjować jakieś fajne zasady remontu przedpokoju. Gdybym tylko ogarnęła mieszkanie.
Ale ono jest za duże łamane przez za brudne, aby w dwie godziny posprzątać...

Tak. Notka też była wymówką od sprzątania.
Taka ze mnie chora kura domowa.

No to idę. Życzcie mi powodzenia.
Może się nie zgubię w kuchni...

* * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * *
SMS na numer 75 165 o treści: POMOC 6742
czyni mój świat lepszym :)

sobota, 11 października 2014



Mission Impossible, czyli jak samej wyrwać się z domu

Jak się siedzi pięć miesięcy w domu, a opuszcza się go tylko w obstawie to, wierzcie mi, pięknie jest zwyczajnie się wyrwać. Czuję się wtedy jak koń na wybiegu (ten wiatr tańczący w liniejących włosach!), jak kot wypuszczony na noc (ta mnogość doznań zmysłowych!), jak pies puszczony ze smyczy (ta piana cieknąca z ust!).



Do tej pory bez obstawy udało mi się wyrwać z domu dwa razy.

Pierwszy raz prawie się nie liczy, bo byłam jeszcze przed chemią. Wtedy wszyscy jakoś mniej jajkowato mnie traktowali. Mogłam nawet sama wyruszyć do sklepu... Ale jednak - wyrwałam się. Mojego Mężnego wypuściłam na spotkanie z kumplem (taka dobra ze mnie przyszła żona, taka dobra!), a mnie w domu aż roznosiło. No to, jak za starych czasów, włączyłam na głos muzykę i odstawiłam mini teledysk w domu. Opowiadał o tym, jak młoda kobieta szykuje się na mega imprezę. Wybór stroju, butów, no wiecie no przeca, jak to wygląda. No i wyruszyłam.
Zwykle moje spacery oscylowały w dystansie około pięciu kilometrów - słuchawki na uszach i chłonę, chłonę, chłonę świat dookoła!
Tym razem postanowiłam iść trasą standardową. Wyruszyłam! Zejście ze schodów... i odpoczynek na ławce. Dwieście metrów dalej znowu ławeczka. Ufff... Czy ktoś specjalnie aż tak wydłużył odcinek za naszym blokiem? Zlana potem dotarłam do pierwszego skrzyżowania. Serce nakazywało iść prosto, rozsądek i organizm wrócić do domu. Podkuliłam mentalny ogon i wróciłam do siedliszcza zołzy. Cały spacer trwał 10 minut. Przygotowania trzy razy tyle.
Od tej pory odechciało mi się spacerów.

Ale! Ale serce moje dalej jest dzikie i buntownicze, zatem nastał i drugi raz. Tym razem to już był poziom hard, gdyż Matkowata bardzo hermetycznie mnie pilnuje na każdym kroku.
Pewnego dnia zachciało mi się rosołu. Matkowata, aby mieć mnie na oku, przytaszczyła do nas pół swojej lodówki i rozpoczęła w naszej kuchni jakieś tajemnicze procesy alchemiczne. Tak się stało, zupełnie przypadkiem, że dzień wcześniej miałam chemię i dostałam pińcet recept do wykupienia. A recepty z onkologii to wyższy poziom wtajemniczenia, większość aptek w moim mieście bezradnie rozkłada ręce i oznajmia mi "Ni ma na stanie, ni ma!". No to Matkowata czaruje w kuchni, a ja obdzwaniam wszelkie sklepy parające się czarną magią. Znalazłam! Znalazłam! Znalazłam mój bardzo rzadki lek w przybytku urzędującym przy PKSie. Cichutko, bezszelestnie, ubrałam się i lecę do Matkowatej oznajmić, że idę do apteki. Lament, prośby, zapewnienia, że ona zaraz skończy i mi pojedzie po leki. A ja na to: "Spokojnie, zaraz będę spowrotem". Muahaha! Zostawiłam Matkowatą z kilkoma garami na gazie i sama wyrwałam się na przystanek. Trzeba przyznać, że przystanek jest jakieś 100 metrów od naszego domu, więc wyprawa na prawdę była bardzo skomplikowana. Zawierała w sobie: wsiąść do autobusu, wysiąść na PKSie, kupić leki, wsiąść do autobusu, przejść do domu. Ale jaka duma, jaka radość! Oczywiście moja mroczna natura musiała dać sobie upust, gdy jakiś młody i głupi osobnik zaczął obrażać starszych ludzi, że siedzą, a on, biedny, stoi. Pogroziłam mu glanami (wcale nie mam glanów, wcale nie ubieram się na czarno, wcale nie miałam wygolonej połowy głowy, a włosy wcale nie skrzyły się rubinem, wcaaale). Poczułam znowu moc płynącą z dręczenia słabszych i upośledzonych psychicznie. Ach. Ambrozja dla duszy.
Do domu wróciłam zmęczona jak diabli, ale szczęśliwa do granic rozsądku.

Minęło już kilka tygodni od mojej ostatniej wyprawy, po drodze zaliczyłam małą wpadkę pod tytułem: "zaburzenia oddychania i wywożenie karetką do szpitala", zatem nadzór nade mną wzrósł (myślałam, że bardziej się już nie da) i teraz wyrwanie się z domu to już poziom mision impossible. Ale nie byłabym sobą, gdybym nie spróbowała.
Akurat próbowałam skompletować dokumenty do pie(peeeep)onych świadczeń rehabilitacyjnych, więc musiałam stawić się w zakładzie pracy. Dwa dni zapewniałam Matkowatą, że dam radę, że pojadę sama, że to nic specjalnego. W dzień planowanej wyprawy nieopatrznie zadzwoniłam zapytać ją, o której jedzie najbliższy autobus na rynek. Po otrzymaniu informacji rozpoczęłam przygotowania. Jak do wyprawy Drużyny Pierścienia: coś do żarcia, coś przeciwbólowego, coś do słuchania w autobusie, coś jakby było za zimno. Rozumiecie?
Dumna z siebie wychodzę z domu, zamykam przybytek i śmigam na przystanek. W połowie drogi przypomniałam sobie, że mój telefon dalej tkwi przypięty do komputera w akcji kombinowania "czegoś do słuchania". Po drodze mijam klatkę Rodzicieli, więc postanowiłam zajść i zadzwonić domofonem, że nie mam telefonu, coby nikt się o mnie nie martwił. Wychodzę zza winkla bloku i widzę moją Matkowatą. Z uśmiechem rzucam "o, szłam Ci powiedzieć, że zapomniałam telefonu!". Gadka szmatka. Pytam w końcu, gdzie się wybiera. Odpowiedź odebrała mi nadzieję.
"Z tobą".
Oto jak upadła moja trzecia, samodzielna wyprawa.
Mordor zwyciężył, Elfy odeszły na Zachód.
Sauron siedzi na tronie i zaciesza, bo woda chlupocze go w...

* * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * *
SMS na numer 75 165 o treści: POMOC 6742
czyni mój świat lepszym :)

piątek, 10 października 2014



Jak działa żarłacz lodówkowy

Na twarzoksiążce powstaje powoli fanklub mojej żarłoczności.
Więc postanowiłam poruszyć ten temat. A to temat lodówka... Tfu. Rzeka.


Chemia. No jaka jest, każdy chyba wie. Albo chociaż się domyśla. Nie ukrywajmy, że to nie są zmiksowane ze szpinakiem brokuły podawane dożylnie. Prawda jest taka, że nazwa chemii pochodzi od jej składu, czyli połowy tablicy Mendelejewa. Wyżera toto z organizmu wszystko, nie tylko komórki alienowate. A potem zdrowe komórki trzeba odbudować... więc organizm krzyczy JEŚĆ!

Pani doktor moja powiedziała mi magiczne słowa: "Jeść wszystko, byle tylko w miarę utrzymać wagę".
No to... jem. Żrę. Pochłaniam.
To jest magia posiadania własnego aliena. Ciągle jem i ciągle chudnę.
No nie ukrywajmy, całe życie był ze mnie kawał baby. Jak każdy osobnik płci niebrzydkiej chciałam ładnie wyglądać. Więc było pilnowanie się.
Zjem tylko dwa czipsy.
Dwie kostki czekolady.
Jednego batonika.
Nie, nie mogę jeść frytek.
Czemu ten sos taki tłusty?
Pizza to zło!

Koło fortuny odwróciło się zupełnie, bo teraz, W KOŃCU!, mogę jeść, co zechcę. O ile nie zawiera czekolady, cebuli i papryki (owe składniki wyjątkowo podkurwiają moją wątrobę, więc wolę ich unikać).
Są dni, gdy do jedzenia ciągnie mnie średnio. Jak dzisiaj. Wystarczyło parę kanapek i pół pizzy, aby zaspokoić mnie na cały dzień.
Ale są dni, gdy wrzucam jedzenie do żołądka, a ono przepada jak w studni bez dna. I to w najdziwniejszych konfiguracjach. Ostatnio wygrywał kołaczyk zagryzany ogórkiem kiszonym i popijany mlekiem. Ale, wierzcie mi, to nie jest najdziwniejszy skład mojego posiłku ;)
Zasada jest prosta - smak musi być wyrazisty. Kiełbasa, mięso, więcej kiełbasy. Albo śledzik. Kapuśniak, barszcz, żurek. Śledzik?

Anegdotka.
Była sobie Lucynka i nienawidziła śledzi, kapuśniaku, burakowej, żurku i soku pomidorowego... A później dostała chemię.

Słodkim też nie gardzę. Bo dodaje energii. Podobno przy raku nie powinno się jeść glukozy, gdyż stymuluje komórki nowotworowe.
Wolę je nieco postymulować, niż chodzić po domu jak półłyse zombie.
Wiecie, jakim przekleństwem byłoby głodne, półłyse zombie z wiecznym okresem?!
(O wiecznym okresie opowiem przy innej okazji. Też jest o czym.)
A poza tym - słodkie przestało mnie kręcić tak, jak kręciło przed chorobą.
Szczerze? Wolę opakowanie śledzi w śmietanie niż tabliczkę czekolady.
Serio.
A że nie mogę jeść czekolady, a śledzie też średnio mojemu żołądkowi służą no to często bywam dość nieznośna. Zwykle zganiam wszystko na... Zgadliście! Okres ;)

Lodówki mają jedną wadę - przy napadzie chorej kury domowej zwykle wymiękają i pokazują swoje dno. Czyli jedno wielkie nic.
Historyjka z serii "z życia wzięte".

Luby Mój - Kochanie, posprzątałaś w lodówce?!
Ja - Nie, głodna byłam...

Matkowata przyzwyczaiła się już do telefonów pod tytułem "Cześć, co masz dobrego w lodówce? Aha... Będę za piętnaście minut!".

Gorzej jest, gdy coś za mną chodzi, a ja nie wiem, co. Nie dość, że mam wtedy humor jak kobieta w ciąży z siedmioraczkami, to jeszcze chodzę i mimowolnie pochłaniam wszystko, co znajdzie się na mojej drodze. Wiecie, taka czarna dziura działająca selektywnie - tylko rzeczy jadalne.
Po pochłonięciu już wszystkiego w końcu odkrywam magiczny składnik, faktor x. I powstają trzy atomówki zamknięte w jednym ciele.

Przyznajcie się. Zazdrościcie mi? Bo ja bym sobie cholernie zazdrościła.
Jeden z niewielu plusów mojej choroby - W KOŃCU MOGĘ JEŚĆ I CHUDNĘ!!!

PS. Nie składajcie zamówień na komórki alienowate. I tak się nimi nie podzielę, taka będę wredna, o!

* * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * *
SMS na numer 75 165 o treści: POMOC 6742
czyni mój świat lepszym :)


Wyrzuty sumienia vs "odpoczywam"

Czasami są dni, jak dziś. Niby czuję się całkiem znośnie: tylko raz musiałam zjadać śniadanie (bez zwrotów, ha!), wątróbka siedzi cicho, tylko cośtam momentami zakuje w boku. Ale, mimo samych pozytywów, czuję się jakby ktoś kijem bejsbolowym dość intensywnie sprawdzał mi wytrzymałość głowy.


Jak dołoży się do tego wredne guzy w kręgosłupie, które lubią sprawdzać, jak długo wytrzymam leżąc na boku, to mamy mega wkurwa, mega iryta i w ogóle podchodźcie tylko z czymś ostrym, co ciężko będzie wyrwać z rąk i użyć przeciwko Wam.

Stan ciągłego leniuchowania powoduje u mnie niemałe wyrzuty sumienia. Na przykład dzisiaj. Matkowata zabrała naszego lwa salonowego do weterynarza. A ja nawet nie mogłam towarzyszyć mu w ostatniej drodze jego jajec. Wróci mi do domu jako niekot-niekotka, a ja nawet nie mogłam sama go zanieść i sama odebrać. Serducho mi się kraja.
Nie wspomnę już o tym, że od trzech dni w pralce kisi nam się pranie, a stan "odpoczywam" skutecznie niweczy wszelakie plany o ruszeniu dupy z łóżka.

No to jej nie ruszam. Niech sobie leży. I postara się nie chudnąć.
Bycie perfekcyjną panią domu poczeka. Stan chorej kury domowej też ma swoje plusy.
Nazywają się: kiełbasa i twarożek, mniami :)

* * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * *
SMS na numer 75 165 o treści: POMOC 6742
czyni mój świat lepszym :)

czwartek, 9 października 2014



Typowy poranek chorej kury domowej


Godzina oscyluje w okolicach szóstej rano. Światło zapala się i aksamitny głos Mojego Pana informuje "Kawusia gotowa!". Jaka, krrrwa, kawusia, jaka, krrrwa, gotowa?! W mętlikach umysłu przypomina mi się wieczór i moje rzucone nieco na wyrost "Obudź mnie, zanim wyjdziesz". Przeklinam sama siebie w duchu, odwracam się na drugi bok, ale zamiast kawalerii prężnych przekleństw z moich ust wyrywa się jedynie "Spaaaać...".
"Zadzwonię o ósmej" - słyszę, uparcie starając się nie słyszeć nic. Czemu to światło jest tak jaskrawe i świeci prosto w oczy?! Zapadam znów w niespokojny sen, a w nim...

Chodzą za mną frytki. Dosłownie. Piękne, pachnące, tłuściutkie, stają za mną w szeregu i, dumnie unosząc bezgłowe łebki ku chmurom, raźno za mną maszerują. Roztaczają dookoła zapach pożądania i absolutnego głodu...

Telefon znowu wyrywa mnie z przepięknych snów o jedzeniu i pełnym brzuszku. Rozmowy nie pamiętam. Ale chyba wynegocjowałam jeszcze kilka minut leniuchowania, muahahaha! Nie minęła dłuższa chwila i, zgadliście, znów telefon. Podobno ustawiłam swój prywatny budzik w postaci Mojego Pana na godzinę dziesiątą. Sny o podróżach na łodziach, piraceniu, plądrowaniu i zdobywaniu skarbów w postaci śledzi zniknęły, cholera.

Po rozmowie zaciskam mocno oczy. Sen sen sen. Nie przychodzi. Odwracam się na drugi bok. Nic. Dopijam resztkę maślanki, która codziennie pilnuje w nocy mojego łóżka. Trzeci bok. Brzuch. Plecy. Lipa. Koniec spania. Jak na złość jeszcze wypełniony po brzegi pęcherz krzyczy o litość i możliwość zmniejszenia w nim troszkę ciśnienia. Olewam. Ja chcę wrócić do krainy frytek i śledzi!!!
Po kwadransie pęcherz wygrał.

No dobra. Może sztuką jest się obudzić, ale większą sztuką jest wstać i nie obudzić lwa. W sensie - Gacka. Naszego kota. Cichutko, najciszej jak się da, wstaję z łóżka. Nie zakładam nawet kapci, bo gad jeden by to usłyszał i czaił się pod drzwiami sypialni. Uchylam cichutko drzwi. Szybki rekonesans przez powstałą szparę - prawo, lewo, znowu w prawo. Droga wolna! Zapalam światło (i to był chyba błąd), ściągam, co ściągnąć trzeba, siadam na klopie z głupkowatym wyrazem ulgi na twarzy. Delektowanie się chwilą przerywa mi rozkoszne, najsłodsze na świecie "Mrrrrrrr!" dobiegające z dziury w drzwiach. Obudziłam bestię, cholera... W ciągu sekundy bestia ląduje mi na nagich kolanach. Zostaję przyklejona do deski sedesowej czterema kilogramami tęsknoty i niewypowiedzianej miłości. Jego pysk jest wszędzie, tula się, mizia, jego zad, zgodnie z kocim standardem, zostaje podstawiony mi pod nos, a Gacuś mruczy jak szalony. I weź się uwolnij, żeby wstać...

Po uwolnieniu, potykając się o kota tańczącego mi wokół stóp, lecę do kuchni. Kawy. KAWY!
Moją uwagę odwraca kołaczyk leżący na stole. Dobra, kawa poczeka. ŻARCIE! Coś mi przypełza do głowy... w lodówce była jakaś kiełbasa. I serek. I chyba widziałam oliwki. Mleko, gdzie ja postawiłam mleko...


Po kilkuminutowej uczcie zasiadam w moim Centrum Dowodzenia Wszechświatem.
Godzina jedenasta.
Hm...
Czy to nie jest czasem pora mojej przedobiedniej drzemki?

* * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * *
SMS na numer 75 165 o treści: POMOC 6742
czyni mój świat lepszym :)

środa, 8 października 2014



O tym, jak wszyscy kochają ZUS

No, młoda ze mnie dupa. Lat 26 na karku, pracować zaczęłam późno, bo uczyć mi się zachciało. To teraz mam efekty. Niebawem minie pół roku, jak siedzę na L4, no i czas... L4 kończyć.
I logika właśnie zaczyna fikołkować i koziołkować, bo mi przeca do wyzdrowienia to jeszcze kawałek czasu brakuje. Tak jakby z pół roku, patrząc na to pozytywnie. Nie wliczając ewentualnej operacji, ponownej chemii, naświetlań...


W związku z tym po raz kolejny muszę naszemu drogiemu Zakładowi Ubezpieczeń Społecznych udowadniać, że nie jestem różowym jednorożcem.
 Od kilku tygodni kompletuję dokumenty do jakiś dziwnych świadczeń rehabilitacyjnych. Jeden lekarz nie chciał uzupełnić druczku, bo "za mało wie o leczeniu", druga lekarka była bardzo chętna, ale sprzątnęła mi się na staż, trzecia stwierdziła, że nie ma problemu, a i tak zajęło jej to pięć dni. Oczywiście gotowe oświadczenie siedziało sobie w szpitalu w sekretariacie, Ojciecowaty pojechał zielonym, prężnym rumakiem odebrać papiurek... A panie z sekretariatu nie wydały papierka, bo, OCZYWIŚĆIE, "pan nie ma upoważnienia!". Biedna Matkowata musiała dzień później rumakiem stadnym i nie tak prężnym gnać do Katowic odebrać bezcenny papiur. Odebrała. Ale za to dzisiaj oglądam ciąg dalszy tej papieriady i witki mi opadają na samą ziemię. Odwiedzę sobie jeszcze zakład pracy (i powkurwiam się na to, jak nowi za cholerę nie potrafią zwięźle i uprzejmie polecić kawy, no jak tak można...), poskubię troszkę moje liniejące włoski nad papierkiem skierowanym do "ubezpieczonego", a następnie pognam na pocztę wysłać wszystko jak najszybciej. Bo dwa tygodnie temu już miało być w ZUSie. Nie przewidywałam tylko, że załatwienie tej papieriady zajmie aż tyle czasu...
Ale skąd wstęp, że ja niby piękna i młoda i pracować mi się nie chciało? Stąd, że nawet świadczenie rehabilitacyjne jest ograniczone czasowo. A ja nie mam pięciu lat pracy i.... nie dostanę renty chorobowej. Nawet jak będę zdychać z pyskiem w pustej misce - nie dostanę. Tak, jakbym dla społeczeństwa była jednostką wybrakowaną, bo zachorowałam przed osiągnięciem 28. roku życia...
Przykre, nieprawdaż?
A w ogóle to już się cieszę na myśl o wysyłaniu kolejnego L4 do ZUSu. Kocham papierki, kochaaaaam!

A w ogóle to kołaczyk zagryziony ogórkiem kiszonym i popity mlekiem to ambrozja dla skacowanego chemią podniebienia ;)

* * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * *
SMS na numer 75 165 o treści: POMOC 6742
czyni mój świat lepszym :)
Etykiety:


Instrukcja obsługi osoby chorej na raka ;)

W związku z pewną nieudolnością kontaktów towarzyskich, które wkradły się do mojego życia wraz z pojawieniem się karteczki głoszącej wszem i wobec "adenocarcinoma cholangiogenes" postanowiłam napisać krótką notkę informacyjną.


Definicja - człowiek mający raka to w dalszym ciągu człowiek, homo sapiens, jak każdy jeden obiekt dwunożny na ulicy (nie licząc pewnych neandertalczyków...). Zatem i instrukcja jest prosta:

1) Zadzwoń. Nie bój się. Jak nie będę w stanie odebrać to... zwyczajnie nie odbiorę i oddzwonię, gdy chemia przestanie trawić mi trzewia.

2) Jak już zadzwonisz to nie pytaj na wstępie, jak się czuję. Domyślnie możesz uznać, że to coś na kształt niekończącego się kaca.

3) Nigdy, przenigdy nie mów, że się za mnie modlisz. Może to i miłe i chcesz dobrze, ale, helloł, ja jeszcze żyję i mam się całkiem nieźle.

4) Ostrożnie z komplementami. "Schudłaś" w moich uszach brzmi jak "choroba cię zżera".

5) Wyciągnij mnie z domu. Jeszcze potrafię chodzić. Zazwyczaj.

6) Wpadnij na kawę. I przynieś coś słodkiego. Najlepiej śledzie i ogórki kiszone.

7) Nie narzekaj na swoje życie. Wierz mi, że cholernie Ci zazdroszczę.

A poza tym syndrom pochemiczny trwa sobie w najlepsze. Spać mi się chce, a nie mogę. I kości łamią jak opętane. Ktoś odprawia na nich chyba egzorcyzmy. Ale psychicznie nie jest źle. Chrapanie Lubego zawsze działa na mnie kojąco :)

* * * * * edit * * * * *
tu znajdziecie nową wersję instrukcji. Cheers! :)))


* * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * *
SMS na numer 75 165 o treści: POMOC 6742
czyni mój świat lepszym :)