Zeszłoroczny grudzień był przejebany.
Ten ma apiracje, aby go przebić.
Ja już trzy tygodnie w szpitalu. I nie wiadomo, kiedy wyjdę.
Port do usunięcia.
TK rzecze, że niby jakaś gigantyczna torbiel siadła mi na jajnik.
Poza tym, porównując wyniki do lutego, mamy stabilizację.
A już przecie wiecie, że mnie to wcale nie satysfakcjonuje...
I martwią mnie powiększone węzły chłonne przy nerkach i sercu.
Mama jest po dwóch komisjach lekarskich, stara się o rentę. ZUS nie odpowiada. Czyli kasy jakiejkolwiek zero.
Tata znowu zapalenie nerek.
A do tego jego zakład pracy ogłosił upadłość.
Całe szczęście w nieszczęściu, że jest na L4 i mamy trochę czasu na reakcję.
Jak nic nie wykombinujemy to nie wiem, z czego się utrzymają.
Nie umiem się zebrać do kupy.
Płakać mi się chce... A juz nawet do tego nie mam siły :(