Aniu, obiecałam Ci notkę przedwczoraj, ale nie miałam ani weny, ani siły. Możesz poczytać dzisiaj :)
Stawiłam się we wtorek w szpitalu. Bałagan mają okropny przez całe zielone karty onkologiczne. I złożyło się tak, że nawet zapomnięli mnie wpisać na listę wtorkowych pacjentów i dopisywali mnie na szybko. Na szczęście przyznali, że to nie moja wina i nie oddelegowali mnie do domu. Ale oddelegowała mnie Moja Doktorka, bo od kilku dni męczyła mnie gorączka. Nigdy nie sądziłam, że będę się tak cieszyć z nieotrzymania chemii. Ale wyjątkowo nie chciało mi się tam zostawać, masakrycznie! Więc wróciłam do domciu, radosna i uśmiechnięta, z receptą na antybiotyk :)
Nie lubię nikogo oceniać, ale... te ludziki z zieloną kartą w większości są okropni! Takie burdy wszczynali na korytarzu, że nie szło wytrzymać. Rzucali się, że muszą czekać, że miało być bez kolejek, blablabla. Aż w końcu jedna mądra pani uspokoiła ferajnę jednym zdaniem.
"Tu wszyscy są bez kolejki. Tyle jest bezkolejkowych, że aż się od nich kolejka zrobiła!"
A poza tym chyba wybitnie nie mam dzisiaj weny do pisania czegokolwiek. Zatem pozwólcie, że oddalę się celem obejrzenia siedemdziesiątego szóstego odcinka Brzyduli ;)
*rozpływa się w kłębach dymu, który pachnie kawą i czekoladą*
czwartek, 22 stycznia 2015
poniedziałek, 19 stycznia 2015
Ch...a kura domowa kontratakuje!
Nienawidzę naszej kuchni. Wspominałam już o tym nie raz i nie dwa. I pewnie nie raz wspomnę.
Ale dzisiaj nienawidzę jej bardziej, bo, uwaga uwaga, postanowiłam poprawić jej funkcjonalność za wszelką cenę. No i teraz mam na stołach masę misek, garnków, talerzy i tym podobnych, a powoli kończy mi się wena, gdzie jeszcze mogłabym to wszystko poutykać.
Dodatkowo postanowiliśmy być mądrzy, rozsądni i zapobiegliwi, co wiązało się z dużymi zakupami wczoraj. No i przez pół dnia kroiłam warzywka, aby je pomrozić. Na zakupy rzadko jestem w stanie wyjść, a zapasy w lodówce pomogą mi w gastronomicznej magii. Mniejsza z tym, że zamrażarka wygląda teraz jak z reklamy Hortexu (promocja w Kauflandzie, dużo mrożonków!) i Frosty (żadnych sztuczności, czyste żywe mięcho w woreczkach!), a szuflady niemal się nie domykają.
Tylko niech ktoś mi zdradzi tajemnicę jak te wszystkie gary mieściły się w szafkach przed reorganizacją? Ktoś ukradł mi spory kawał czasoprzestrzeni! Bo dzień minął, meble się skurczyły, a kuchnia dalej wygląda jak wygląda...
Kto przygarnie trzydzieści zbędnych misek? :/
Ale dzisiaj nienawidzę jej bardziej, bo, uwaga uwaga, postanowiłam poprawić jej funkcjonalność za wszelką cenę. No i teraz mam na stołach masę misek, garnków, talerzy i tym podobnych, a powoli kończy mi się wena, gdzie jeszcze mogłabym to wszystko poutykać.
Dodatkowo postanowiliśmy być mądrzy, rozsądni i zapobiegliwi, co wiązało się z dużymi zakupami wczoraj. No i przez pół dnia kroiłam warzywka, aby je pomrozić. Na zakupy rzadko jestem w stanie wyjść, a zapasy w lodówce pomogą mi w gastronomicznej magii. Mniejsza z tym, że zamrażarka wygląda teraz jak z reklamy Hortexu (promocja w Kauflandzie, dużo mrożonków!) i Frosty (żadnych sztuczności, czyste żywe mięcho w woreczkach!), a szuflady niemal się nie domykają.
Tylko niech ktoś mi zdradzi tajemnicę jak te wszystkie gary mieściły się w szafkach przed reorganizacją? Ktoś ukradł mi spory kawał czasoprzestrzeni! Bo dzień minął, meble się skurczyły, a kuchnia dalej wygląda jak wygląda...
Kto przygarnie trzydzieści zbędnych misek? :/
czwartek, 15 stycznia 2015
Lista skarg, zażaleń i wniosków.
Ojejku jej, mam Wam tyle do opowiedzenia, że nie wiem, jak to zrobię...
Na początek reklama - moje wyroby wróciły na Allegro :) Długo nie byłam w stanie nic tworzyć, choróbsko dało mi nieźle popalić... Ale wracam do żywych, wracam. Chociaż jest to powrót raczej krótkotrwały, bo wczoraj wróciłam z kolejnej chemii... Ale o tym zaraz :)
Zbliża się mało przyjemny czas rozliczeń podatkowych.
Dla mnie jest to ogromna szansa na zebranie środków na leczenie w specjalistycznej klinice. Nie narzekam na obecnych lekarzy, ale uparcie twierdzą, że moja wątróbka i drogi żółciowe są nieoperacyjne... A podobno w Warszawie jest Magik, który potrafi więcej niż nasi miejscowi czarodzieje. Może akurat by się udało wyciachać te moje wredne i niedobre alieny z bebechów? Tak prawdę powiedziawszy to właśnie wątróbka jest u mnie dalej najgorsza. Z trzustki przerzut zniknął, węzły chłonne się pomniejszyły do niemal normalnych rozmiarów, jedynie jeszcze kręgosłup do poprawki (nie mogę się już doczekać naświetlań, w końcu życie bez środków przeciwbólowych chociaż kilka razy w tygodniu!) no i ta przeklęta wątróbka.
Dlatego mam do Was ogromną prośbę: przekażcie swój jeden procent podatku na moje subkonto w Fundacji. Nic Was to nie kosztuje, a dla mnie to ogromna szansa! I, przekazując cokolwiek na moje konto fundacyjne, macie 100% pewności, że pójdzie to na leczenie. Muszę się tłumaczyć z każdego grosza stamtąd wydanego ;) Troszeczkę męcząca papierologia, ale rozumiem konieczność wypełniania tych wszystkich dokumentów. Ostatnio wypisałam jakieś 40 stron... Łapka bolała jak cholera, ale ta duma!
Dla zainteresowanych:
KRS - 0000298237
w rubryce inne informacje wpisz - dla Lucyny Polaków.
Będę teraz mędzić o ten jeden procent wszędzie, gdzie się da (Mamuśkowata rozniosła już z pińcet ulotków ;)), ale musicie mi wybaczyć - TO DLA MNIE OGROMNA SZANSA!
Finansowo nieco się ustabilizowaliśmy. Rewelacji nie ma, ale i tak nie mam co narzekać - ZUS jak chce to potrafi nawet zasiłek pielęgnacyjny przyznać, a jeszcze uznać, że choroba zaczęła się jeszcze na studiach ;) Cudowna jest ta świadomość, że każdego piętnastego dnia miesiąca na konto wpadnie kasa. Za L4 świadczenie wpływały kiedy chciały, jak chciały i nigdy nie mogłam niczego rozplanować. Jak jeszcze dorobię troszeczke na kolczykach i haftach to już całkiem będzie super :)
Wiecie, jak rewelacyjnie jest iść do apteki i po prostu sobie wykupić calutką receptę bez myślenia, czy stać mnie na to czy nie? Ogromny spokój psychiczny. Jednak zapisanie się do Fundacji było świetnym posunięciem :)
Kicia mi się przyssała do ręki. Jaka ona jest słodziutka...
A teraz wieści okołochemiczne. Czasami zastanawiam się, czy ze mną jest wszystko w porządku. Gdy się jest w jakimś szpitalu już jakiś dwudziesty raz to, siłą rzeczy, ludzie zaczynają cię kojarzyć. I próbują się zakumplować. Ok, spoko, jestem stworkiem dość towarzyskim ale... ale nie lubię, jak ludziki wchodzą mi na głowę ze swoimi problemami. Do choroby mam podejście, jakie mam - trzeba się po prostu oddać w łapki lekarzy z pełnym oddaniem, nadzieją, że wiedzą co robią i dołożyć wszelakich starań, aby w domu nie psuć tego, co lekarze w szpitalu zwojują. A tu przypełzają stworki, które zupełnie nie wierzą, że medycyna może im pomóc. I zarażają swoim brakiem wiary, nieufnością, nienawiścią do świata i swojego ciała (!!!). Jak można żywić nienawiść do swojego ciała, mieć do niego pretensje, że choruje?! Choroba jest znakiem, że coś się robiło nie tak, że miało się przez kilka lat w nosie swoje zdrówko (jadło się śmieci w akademiku, spało się tyle, co nic, stresowało się wszystkim dookoła, pracowało się przez kilka lat po dwieście godzin miesięcznie, głównie na nockach, w oparach szkodliwych substancji, nie myło się łapków wystarczająco często, nie czytało się etykiet na jedzonku... mea culpa!). Raczek pokazuje drogę. Krzyczy - zadbaj o siebie!
A tu przychodzą babki (głównie one) i marudzą, że umrą, że to nie ma sensu, płaczą, jęczą. No dobra, pierwsza i druga wizyta na onkologii łatwa nie jest. Służę wtedy pomocą, optymizmem i swoją wolą życia. Ale gdy po kilku miesiącach znajomości owe osóbki dalej myślą, jak myślą to... zaczynam ich unikać.
Akurat wczoraj i przedwczoraj wylądowałam na oddziale z jedną taką marudą. I pełna konspira. Z pokoju w ogóle niemal nie wychodziłam, chociaż nie było łatwo bo miałam pecha znów co do sublokatorki na sali (zaraz wyjaśnię). Ale wolałam zamknąć się w czterech ścianach niż słuchać znowu, że to leczenie nie ma sensu. Nosz wrrrr!
Sublokatorka? Bogowie jedyni, Bogowie moi!
Co chwilkę wzywała lekarza (ok, da się znieść), ciągle zamykała drzwi na salę i nie było czym oddychać (dam radę...), jeździła po sali na krzesełku z kółkami (dam radę, wytrzymam...), pierdziała jak dwustukilowy chłop po bigosie, fasolce i dużej ilości piwa (dam radę...), do tego cały wieczór nie chciała otworzyć okna. Ale zniosłabym. Spała cały wtorek, calusieńki. A wieczorem do mnie miała pretensje, że mam zapalone światełko nad łóżkiem i przez to nie może spać. Dobra, zrozumiem. Ale nie rozumiem braku zrozumienia dla tego, że moja chemia skończyła się dopiero przed czwartą w nocy. Światełko zostawiałam zapalone, aby pielęgniarka nie zapalała co pół godziny głównego światła na sali, bo jest zwyczajnie zbyt jaskrawe. No a sublokatorka w krzyk za każdym razem, gdy przychodziła do mnie pielęgniarka. Godzina piąta, mnie ciągnie do przytulania Króla Klopa, lecę do pielęgniarki po zastrzyk na nudności, a babsztyl na sali w krzyk, że w ogóle nie mam do niej szacunku i przeze mnie jest niewyspana... Jakby wszystko było ze mną ok to chyba nie leżałabym na onkologii, hmmm? Około siódmej poszłam pod prysznic. Wracam czyściutka, pachnąca, mokra. A babsztyl otwiera okno, bo... mój żel pod prysznic jej za bardzo pachnie! Gówno ją obchodziło, że ledwo się wykaraskałam z przeziębienia. Zamknęłam się w kiblu i się dosłownie popłakałam. Zwyczajnie brakło mi sił do wojny z sublokatorką.
Czy coś ze mną jest nie tak, czy to ludzi dookoła powariowali? :/
Na szczęście już po dziewiątej puścili mnie do domu. Miałam jeszcze drobną wycieczkę (drobną, hahaha) w poszukiwaniu mojej recepty. Trasa dyżurka pielęgniarek - dyżurka lekarska - sekretariat - dyżurka pielęgniarek - dyżurka lekarska - sekretariat nieco mnie wykończyła. Ale nie wróciłam na salę, nie dałam się tam znowu zaciągnąć.
A jednej recepty i tak nie zdobyłam.
Musiałam się poskarżyć swojej lekarce na ból żołądka, który mnie męczył dłuższy czas.
Lekarka - To może endoskopia?
Ja - E-e.
L - Dlaczego nie?
Ja - Bo już miałam.
L - Ale przydałoby się...
Ja - E-e, nie dam się żywcem!
L - A w znieczuleniu?
Ja - Ale całkiem całkiem, ogólnym?
L - Yhyyym.
Ja - To poproszę!
Nie ma to jak twarde negocjacje ;)
Wróciłam wczoraj do domku. I powtarzam sobie, za radą pani psycholog, "nic nie muszę, nic nie muszę". Bo ostatnimi czasy znowu wzięłam na siebie zbyt wiele - dbanie o dom, kolczykowanie, haftowanie, księgowość domowa, blog, dużo rozmów ze znajomymi, masa maili które błagają o uwagę i odpowiedź. Ale nic nie muszę, nic nie muszę, muszę tylko wyzdrowieć.
Boli mnie strasznie, że nie wyrabiam z obowiązkami. Ale... nic nie muszę, nic nie muszę...
Muszę tylko wyzdrowieć.
Na początek reklama - moje wyroby wróciły na Allegro :) Długo nie byłam w stanie nic tworzyć, choróbsko dało mi nieźle popalić... Ale wracam do żywych, wracam. Chociaż jest to powrót raczej krótkotrwały, bo wczoraj wróciłam z kolejnej chemii... Ale o tym zaraz :)
Zbliża się mało przyjemny czas rozliczeń podatkowych.
Dla mnie jest to ogromna szansa na zebranie środków na leczenie w specjalistycznej klinice. Nie narzekam na obecnych lekarzy, ale uparcie twierdzą, że moja wątróbka i drogi żółciowe są nieoperacyjne... A podobno w Warszawie jest Magik, który potrafi więcej niż nasi miejscowi czarodzieje. Może akurat by się udało wyciachać te moje wredne i niedobre alieny z bebechów? Tak prawdę powiedziawszy to właśnie wątróbka jest u mnie dalej najgorsza. Z trzustki przerzut zniknął, węzły chłonne się pomniejszyły do niemal normalnych rozmiarów, jedynie jeszcze kręgosłup do poprawki (nie mogę się już doczekać naświetlań, w końcu życie bez środków przeciwbólowych chociaż kilka razy w tygodniu!) no i ta przeklęta wątróbka.
Dlatego mam do Was ogromną prośbę: przekażcie swój jeden procent podatku na moje subkonto w Fundacji. Nic Was to nie kosztuje, a dla mnie to ogromna szansa! I, przekazując cokolwiek na moje konto fundacyjne, macie 100% pewności, że pójdzie to na leczenie. Muszę się tłumaczyć z każdego grosza stamtąd wydanego ;) Troszeczkę męcząca papierologia, ale rozumiem konieczność wypełniania tych wszystkich dokumentów. Ostatnio wypisałam jakieś 40 stron... Łapka bolała jak cholera, ale ta duma!
Dla zainteresowanych:
KRS - 0000298237
w rubryce inne informacje wpisz - dla Lucyny Polaków.
Będę teraz mędzić o ten jeden procent wszędzie, gdzie się da (Mamuśkowata rozniosła już z pińcet ulotków ;)), ale musicie mi wybaczyć - TO DLA MNIE OGROMNA SZANSA!
Finansowo nieco się ustabilizowaliśmy. Rewelacji nie ma, ale i tak nie mam co narzekać - ZUS jak chce to potrafi nawet zasiłek pielęgnacyjny przyznać, a jeszcze uznać, że choroba zaczęła się jeszcze na studiach ;) Cudowna jest ta świadomość, że każdego piętnastego dnia miesiąca na konto wpadnie kasa. Za L4 świadczenie wpływały kiedy chciały, jak chciały i nigdy nie mogłam niczego rozplanować. Jak jeszcze dorobię troszeczke na kolczykach i haftach to już całkiem będzie super :)
Wiecie, jak rewelacyjnie jest iść do apteki i po prostu sobie wykupić calutką receptę bez myślenia, czy stać mnie na to czy nie? Ogromny spokój psychiczny. Jednak zapisanie się do Fundacji było świetnym posunięciem :)
Kicia mi się przyssała do ręki. Jaka ona jest słodziutka...
A teraz wieści okołochemiczne. Czasami zastanawiam się, czy ze mną jest wszystko w porządku. Gdy się jest w jakimś szpitalu już jakiś dwudziesty raz to, siłą rzeczy, ludzie zaczynają cię kojarzyć. I próbują się zakumplować. Ok, spoko, jestem stworkiem dość towarzyskim ale... ale nie lubię, jak ludziki wchodzą mi na głowę ze swoimi problemami. Do choroby mam podejście, jakie mam - trzeba się po prostu oddać w łapki lekarzy z pełnym oddaniem, nadzieją, że wiedzą co robią i dołożyć wszelakich starań, aby w domu nie psuć tego, co lekarze w szpitalu zwojują. A tu przypełzają stworki, które zupełnie nie wierzą, że medycyna może im pomóc. I zarażają swoim brakiem wiary, nieufnością, nienawiścią do świata i swojego ciała (!!!). Jak można żywić nienawiść do swojego ciała, mieć do niego pretensje, że choruje?! Choroba jest znakiem, że coś się robiło nie tak, że miało się przez kilka lat w nosie swoje zdrówko (jadło się śmieci w akademiku, spało się tyle, co nic, stresowało się wszystkim dookoła, pracowało się przez kilka lat po dwieście godzin miesięcznie, głównie na nockach, w oparach szkodliwych substancji, nie myło się łapków wystarczająco często, nie czytało się etykiet na jedzonku... mea culpa!). Raczek pokazuje drogę. Krzyczy - zadbaj o siebie!
A tu przychodzą babki (głównie one) i marudzą, że umrą, że to nie ma sensu, płaczą, jęczą. No dobra, pierwsza i druga wizyta na onkologii łatwa nie jest. Służę wtedy pomocą, optymizmem i swoją wolą życia. Ale gdy po kilku miesiącach znajomości owe osóbki dalej myślą, jak myślą to... zaczynam ich unikać.
Akurat wczoraj i przedwczoraj wylądowałam na oddziale z jedną taką marudą. I pełna konspira. Z pokoju w ogóle niemal nie wychodziłam, chociaż nie było łatwo bo miałam pecha znów co do sublokatorki na sali (zaraz wyjaśnię). Ale wolałam zamknąć się w czterech ścianach niż słuchać znowu, że to leczenie nie ma sensu. Nosz wrrrr!
Sublokatorka? Bogowie jedyni, Bogowie moi!
Co chwilkę wzywała lekarza (ok, da się znieść), ciągle zamykała drzwi na salę i nie było czym oddychać (dam radę...), jeździła po sali na krzesełku z kółkami (dam radę, wytrzymam...), pierdziała jak dwustukilowy chłop po bigosie, fasolce i dużej ilości piwa (dam radę...), do tego cały wieczór nie chciała otworzyć okna. Ale zniosłabym. Spała cały wtorek, calusieńki. A wieczorem do mnie miała pretensje, że mam zapalone światełko nad łóżkiem i przez to nie może spać. Dobra, zrozumiem. Ale nie rozumiem braku zrozumienia dla tego, że moja chemia skończyła się dopiero przed czwartą w nocy. Światełko zostawiałam zapalone, aby pielęgniarka nie zapalała co pół godziny głównego światła na sali, bo jest zwyczajnie zbyt jaskrawe. No a sublokatorka w krzyk za każdym razem, gdy przychodziła do mnie pielęgniarka. Godzina piąta, mnie ciągnie do przytulania Króla Klopa, lecę do pielęgniarki po zastrzyk na nudności, a babsztyl na sali w krzyk, że w ogóle nie mam do niej szacunku i przeze mnie jest niewyspana... Jakby wszystko było ze mną ok to chyba nie leżałabym na onkologii, hmmm? Około siódmej poszłam pod prysznic. Wracam czyściutka, pachnąca, mokra. A babsztyl otwiera okno, bo... mój żel pod prysznic jej za bardzo pachnie! Gówno ją obchodziło, że ledwo się wykaraskałam z przeziębienia. Zamknęłam się w kiblu i się dosłownie popłakałam. Zwyczajnie brakło mi sił do wojny z sublokatorką.
Czy coś ze mną jest nie tak, czy to ludzi dookoła powariowali? :/
Na szczęście już po dziewiątej puścili mnie do domu. Miałam jeszcze drobną wycieczkę (drobną, hahaha) w poszukiwaniu mojej recepty. Trasa dyżurka pielęgniarek - dyżurka lekarska - sekretariat - dyżurka pielęgniarek - dyżurka lekarska - sekretariat nieco mnie wykończyła. Ale nie wróciłam na salę, nie dałam się tam znowu zaciągnąć.
A jednej recepty i tak nie zdobyłam.
Musiałam się poskarżyć swojej lekarce na ból żołądka, który mnie męczył dłuższy czas.
Lekarka - To może endoskopia?
Ja - E-e.
L - Dlaczego nie?
Ja - Bo już miałam.
L - Ale przydałoby się...
Ja - E-e, nie dam się żywcem!
L - A w znieczuleniu?
Ja - Ale całkiem całkiem, ogólnym?
L - Yhyyym.
Ja - To poproszę!
Nie ma to jak twarde negocjacje ;)
Wróciłam wczoraj do domku. I powtarzam sobie, za radą pani psycholog, "nic nie muszę, nic nie muszę". Bo ostatnimi czasy znowu wzięłam na siebie zbyt wiele - dbanie o dom, kolczykowanie, haftowanie, księgowość domowa, blog, dużo rozmów ze znajomymi, masa maili które błagają o uwagę i odpowiedź. Ale nic nie muszę, nic nie muszę, muszę tylko wyzdrowieć.
Boli mnie strasznie, że nie wyrabiam z obowiązkami. Ale... nic nie muszę, nic nie muszę...
Muszę tylko wyzdrowieć.
Subskrybuj:
Posty (Atom)


