poniedziałek, 14 września 2015



Cherl cherl cherl.


Budzę się.
Skrajnie lewym palcem lewej stopy (czyli tej, gdzie paluch jest nie po lewej, ale po tej drugiej lewej stronie) namierzam rzeczywistość, czyli miękkość wykładziny w sypialni.
O, jest.
Miękka, brudna, posklejana.
Namierzyłam rzeczywistość.
Z radosnym "apsik" i mniej radosnym "cherl cherl cherl" człapię do kuchni, celem wrzucenia na ruszt piętnastu tabletek i szklanki wody z dwudziestoma dwoma suplementami diety.
To nic nie daje. Dalej głębokie "cherl cherl" idące prosto z trzewi rozrywa moje gardło i klatkę piersiową.
No cóż. Odporność na poziomie zerowym ma swoje konsekwencje.
Otóż... ponownie wyhodowałam świerszczyki w oskrzelach.
Czy nie mogłabym chociaż przez jeden, jedyny dzień być zwyczajnie zdrowa, bez żadnych jebanych chemii, gorączek i katarów?
Od trzech tygodni ciągła walka. I to tym razem nie z alienem, ale ze zwykłym, kurwa, przeziębieniem.
Ileż można? Cherl, cherl, cherl...
Udpostępnij:

4 komentarze:

  1. No i dostało mi się zarazkiem od Lucyny. Teraz też jestem pociągająca i cherlająca :(

    OdpowiedzUsuń
  2. No i dostało mi się zarazkiem od Lucyny. Teraz też jestem pociągająca i cherlająca :(

    OdpowiedzUsuń
  3. Trzymajcie się dziewczyny i zdrowiejcie.

    OdpowiedzUsuń
  4. Hej Lucynka, wykaraskalas się juz z tego przeziębienia? Trzymaj się dziewczyno.
    aga

    OdpowiedzUsuń

Wysoce prawdopodobne, że nie opublikuję komentarzy, które:
- obrażają autorkę bądź czytelników bloga,
- zawierają tylko link,
- mają charakter religijny i nawołują do "nawrócenia",
- nakłaniają do alternatywnych metod leczenia.

Oczywiście od powyższej reguły są wyjątki!
Akceptujmy i darzmy tolerancją siebie nawzajem :)