wtorek, 30 grudnia 2014

HATE!!!

Czasami mam ochotę załatwić sobie jakiąś siekiere, maczugę, karabin... tasak chociaż i zapierdolić każdego w tym jebanym szpitalu. Sił brak, witki opadają. Sama nie wiem, co jeszcze. Przyjeżdżam z samego rana, tylko po to, aby ignorować mnie aż do godziny 12. Lekarz mówi, że platyny dzisiaj nie będzie. A jednak wypisuje na nią zlecenie. I marzenie o trzygodzinnej chemii poszło się paść na zieloną łąkę. Chemię podłączyli około 14. Skończy się po 22... Ale nie dam się tu zamknąć na noc. Tylko ścieknie mi tabliczka Mendelejewa to śmigam do domciu. Nawet, jeżeli mam wrócić o północy. Nie chcę tu dzisiaj zostawać...
W słuchawkach napierpapierdziela Korn. Wysysam życie z woreczków.
Ssssssss....
Odnalazłam w sobie młodzieńczy bunt, nastoletnią nienawiść.
Więcej Korna.
To gdzie mój tasak?

poniedziałek, 29 grudnia 2014

Transakcje wiązane ;)

Koty mnie molestują na potęgę. Ciemka przyciamkała mi się do dłoni (i nie przeszkadza jej wcale to, że ciągle tą ręką ruszam), a Gacek uparcie próbuje mi pokazać, że on jest ważniejszy niż jakieśtam małe coś, co trzymam w rękach i uparcie się w to wlepiam. Koty bardzo nie lubią elektroniki odciągającej uwagę od nich samych ;) Próba jedzenia sałatki w takiej konstelacji spełza na niczym - koty muszą sprawdzić mi każdy kęs. Takie są dobre i kochane, że nie chcą, aby ich pani się czymś otruła ;) Ponadto Gacek miał wczoraj pierwsze przygody z fajewerkami. Na początku patrzył na nie oczarowany. Dopóki jedna z petard nie wpadła na nasz balkon, kiedy on akurat leżakował na parapecie. Biedny dalej ma traumę ;) Przez kilka godzin po zdarzeniu był jeszcze w szoku i, z przerażeniem w oczach, siedział na ziemi i uparcie obserwował okno. Za to teraz boi się każdego hałasu. A Ciemka poluje na ubrania w pralce, które właśnie się piorą ;) Ot, poranek jak każdy inny. Jeszcze Kawaler poszedł do pracy... a mi pusto w domu. Przywykłam przez ostatni tydzień do porannej kawki i śniadanka w jego towarzystwie.

Już jutro mój mężny przestanie być dwudziestokilkolatkiem, bo stuknie mu trzydziecha ;) Jak na złość jutro rano akurat jadę na chemię i wrócę dopiero w środę. Głupia konstelacja zdarzeń. Ciekawe, jak zniosę sylwestra na pochemicznym kacu. Niby planujemy tylko skromną domówkę dla paru znajomych, jednak miło by było, gdybym nie zasnęła przed północą ;)
Parę tygodni temu, gdy zaczęłam coraz wyraźniej odczuwać poprawę swojego samopoczucia, zaczęła mi chodzić po głowie idea uczenia się. Musicie wiedzieć, że uwielbiam się uczyć. Może i studia przerwałam, ale za to zdałam na 100% egzamin zawodowy na technika BHP (w mojej szkole takie stuprocentowe ewenementy zdażały się raz na pięć lat ;)) i ze świetnymi wynikami zostałam wizażystką/stylistką. Może teraz kosmetologia? Przez jakiś czas nawet byłam na dwóch kierunkach, właśnie na wizażu i kosmetologii, ale niestety pani dyrektor nie dotrzymała słowa i zajęcia się w większości pokrywały. Nie dałam rady z pracą i jednoczesnym nadrabianiem zaległości ;) Tylko muszę poszukać jakiejś dobrej szkoły w okolicy, bo do Katowic, gdzie wcześniej się uczyłam, nie dam rady dojeżdżać. Myślę, że byłaby to super odskocznia od alienowatej rzeczywistości :)
Tylko jaki kierunek? Kosmetologia? Administracja? Księgowość?
Marzeniem byłaby weterynaria, ale w Żorach mnogę o tym zapomnieć...
Ale coś wybiorę :) I zacznę od nowego semestru :)
Uh. Pralka skończyła prać, a ja boję się wyjąć z niej pranie. Guz pod miednicą dosyć mocno ogranicza moje zdolności ruchowe...
Przed Świętami postanowiłam zrobić coś ze swoją liniejącą szopą. Nie chce do końca wypaść, ale też nie wygląda zbyt gęsto. Dałam Kawalerowi trzy kolory do wyboru - blond, czerwień i czarny. Blond wykluczył stanowczo, co do reszty dał mi wolną rękę ;) Na przekór wybrałam czarny ;P
Konsekwencje czerni na łbie?
+ włosów wydaje się duuuużo więcej!
+ mniej widać prześwity
+ krótkie włosy zdają się być świadomą decyzją, a nie efektem wypadku (każdy przecież może przez przypadek wpaść pod kosiarkę ;))
- przy myciu włosów widać, ile ich tak na prawdę wypada... pływająca na powierzchni wody warstewka czerni nie wygląda zachęcająco
- moje brwi wyglądały blado...
Ustanowiono zatem transakcję wiązaną - hennę brwi!
Po kilku minutach walki z sypkim proszkiem i wodą utlenioną udało się osiągnąć cel.
+ mam brwi!
- gdzie moja penseta...
To ja już chyba skończę z metamorfozami, co? ;)
A już dzisiaj, uwaga uwaga, odbieram okularki! :D

niedziela, 28 grudnia 2014

Czwarty dzień Świąt

Tradycyjna już pobudka w środku nocy. Wstać, ogarnąć krwotok z nosa, wypić ze dwa painkillery. To może coś skrobnę, hm?
Dziwnie się w tym roku Święta skonfigurowały... Zamiast Wigilii i dwóch dni, mamy Wigilię i cztery dni Świąt. Zwykle już przy drugim dniu mam absolutnie dość. Ale nie tym razem! Teraz świętować mogę jeszcze i następny tydzień. Dlaczego?

Bo spokojnie jest. Uzyskałam stan absolutnej nirwany. Zaczęło się od odebrania wyników z tomografii bebechów. I od tamtej pory nie rusza mnie absolutnie nic. Nawet zepsuty komputer (stłuczona matryca) nie zachwiał moim stoicyzmem na zbyt długo. Co do winnych kalejdoskopu zamiast ekranu w moim laptopie - winnych tak de facto brak. W wigilijny wieczór komputer stał jeszcze na szafce, w świąteczny poranek był już na ziemi. W nocy nie odnotowaliśmy żadnych hałasów. Teorie są dwie, łamane przez trzy. Brzmią: Mikołaj wychodzący przez okno lub Gacek/Ciemka konwersujący ze swoim cieniem. Jako, że dowodów winy któregokolwiek z wymienionych brak, postanowiłam nie być Grinchem i uchyliłam się od wymierzenia kary. Po co psuć niemal idealne Święta?

Dlaczego "niemal"? Ech. Sprawa z gatunku "skomplikowane" i "temat tabu". Zdradzę tylko tyle, że pierwszy raz w życiu nie zobaczyłam się w Święta ze swoimi braćmi. A pierwszy raz w życiu Święta w ogóle mnie interesują. Mając bombe zegarową w trzewiach troszkę inaczej się postrzega świat. I kłuje, cholibka...
W okolicy Świąt działo się kilka ciekawych rzeczy.
Jadę z Jeszcze Kawalerem skądśtam dokądśtam, grunt, że jazda w tym momencie polegała na staniu na czerwonym świetle. Drogę przecina nam Aleja Zjednoczonej Europy.
Jeszcze Kawaler - Patrz, jak ten sk*****l dopierd**la!
Rzekł moj luby roździawiając uroczo swój pyszczek.
Ja - Noooo... A tu ograniczenie do pięćdziesięciu!
W tym momencie, jak na złość, światła turn out z czerwieni na soczystą zieleń. I ruszyliśmy z kopyta.
JK - Jak do pięćdziesięciu? Do siedemdziesięciu!
Ja - Nie... Do pięćdziesięciu!
I taka jałowa sprzeczka trwała dobrą minutę (rekordowa długość naszej kłótni - zwykle odpuszczam po trzydziestu sekundach). Wtem...
JK - Widziałaś to?!
I następuje pińcet rzeczy na raz: kawaler zjeżdża na pobocze, samochody dookoła jeżdżą dalej jak opętane, ja się miotam w te i wewte nie wiedząc, czy kogoś przejechaliśmy, czy coś zgubiliśmy, czy odpadła nam jakaś newralgiczna część samochodu, czy może Jeszcze Kawaler musiał bardzo pilnie skoczyć pod krzaczki. Widzę go kątem oka jak przebiega między samochodami niosąc w rękach sporą piłkę. W geście zwycięstwa, z mega bananem na pyszczku, podnosi nad głowę... jeża, który ogarnięty świąteczną gorączką pomylił trawnik ze środkiem ulicy.
Różowy półpłynny jednorożec kontra macho: dwa do jednego.
Jako, że moje oczyska ostatnio stroją fochy i a) ciągle są przesuszone, b) bez przerwy coś w nie wpada, c) ślepnę na potęgę, postanowiono - trzeba odwiedzić okulistę. No to się zebrałam do takowego. Po wstępnych oględzinach oczków przez lornetkę, zostaję zaproszona na krzesełko ustawione przed tabliczkami z literkami i cyferkami. Okulista zasłania mi lewe oczko i jedziem z czytaniem. Trzeci rządek od dołu poszedł nawet sprawnie. Dorzucił mi ze dwa szkiełka i nawet przeczytałam ostatni rządek! No to zmiana oczków.
Okulista - No to proszę czytać.
No to nie było takie proste. Ogniskuję wzrok, skupiam się, namyślam, ustalam największą cyferkę na tablicy.
Ja - No to będzie... Obstawiam siódemkę?
Okulista spojrzał na mnie z ukosa. Dorzucił jakieś szkiełko do metalowych okularów osadzonych na moim nosie.
Ja - O, to jednak dwójka, ale psikus!
Po dłuższej chwili kombinowania (przygody pod tytułem - nie widzę, rozmazuje się, karuuuuuzelaaaa, dlaczego widzę podwójnie) następuje test generalny. Następuje odsłonięcie obu oczek iiii...
Ja - Pan mi coś dolał do wody? Dlaczego widzę trzy tablice?! I czemu wszystko tańczy?
Trzy tablice były od początku, tylko dwóch z nich nawet nie widziałam... Ale efektu tańczenia nie pozbyliśmy się nawet przy czwartej konfiguracji szkiełek. Lewe oczko mam tak słabe, że ostatni rządek mogę wsadzić już tylko w strefę marzeń. Po zaledwie czterech miesiącach chemii...
Ale już jutro odbieram okularki i, uwaga uwaga, będę WIDZIEĆ! :)))
Przez Święta wydarzyło się też parę rzeczy niesamowitych. Dla przykładu - "paczka" od mojej slawistyki kochanej (kilka lat temu, w innym świecie, studiowałam dwa lata czeski ;)), paczka od pracowników przychodni (gdzie zaczęła się moja przygoda z alienem, kiedyś opowiem Wam dokładnie) i... niemal tysiąc złotych uzbieranych na koncie Fundacji. Jak jeszcze powiem Wam, że przyszedł przelew z ZUSu, chociaż nowa opinia orzecznika jeszcze nie jest prawomocna, to... no brak słów. Życie potrafi zaskakiwać :)))
Dziękuję Wam wszystkim bardzo bardzo bardzo!
Staliście się wszyscy mecenasami spokojnych Świąt, podczas których nie musiałam się absolutnie niczym martwić... :)
I będę miała okularki! Będę WIDZIEĆ! :D