czwartek, 10 października 2019

Własność publiczna


Druga wersja tego samego wpisu. Dostałam kilka wiadomości, że to, co napisałam, jest "nie na miejscu".

A ja właśnie o tym pisałam. Wraz z każdym słowem napisanym na blogu, każdą maskotką wystawioną na sprzedaż, każdą złotówką zebraną na koncie fundacji czuję, że coraz mniej należę do siebie.

Odnoszę wrażenie, że stałam się własnością publiczną.
Taka marionetka na usługach społeczeństwa.

Muszę znowu złapać dystans.
Coś chorobliwe ciasno robi mi się w głowie, a to nie jest dobry objaw.
Do tego dupa mi mięknie.
Pamiętać - miękkie serce wymaga twardej dupy. Na odwrót to nie chce działać.
Sprawdzałam.

I nie, nie ocenzoruję "dupy".
Dupki są ladne.

niedziela, 29 września 2019

Wrzesień nie będzie stracony!


Od dwudziestu lat nie zdarzył się wrzesień (ani marzec), który obyłby się bez grypy.
Mam wrażenie, że robię wirusom za przetrwalnik. 
Takie "Hej, wiruski, chodźta do Lucynki! Schowamy się na jesień, ona gorąca dziewczyna, nigdy nie marznie! Będzie nam tu milusio i cieplusio!". 
Zabawne (albo i nie...) jest to, że już w te dwa miesiące w roku ograniczam wyjścia z domu do minimum, nie przesiaduję na balkonie zawinięta w kocyk z kawą w łapce (kochałam takie wschody słońca na naszym pierwszym mieszkaniu! za balkonem mieliśmy łąkę, po której każdego ranka malowniczo spacerowała sobie mgła), ani nawet nie otwieram okien (chociaż uwielbiam świeże powietrze w mieszkaniu, nawet zimą ;)). Dbam o siebie jak mogę, nawet owoce i warzywa wcinam jak szalona. A i tak grypa mnie łapie.
Coś czuję w oskrzelach, że może się nie skończyć na samej grypce, ale miejmy nadzieję, że wywinę się zapaleniom tego i owego w drogach oddechowych. Uch. Zapalenie płuc miałam w życiu już kilka(naście...) razy, nie lubię.

W sumie ta grypa by mnie nawet nie denerwowała, gdyby nie jeden drobny szczegół. 
Mam paskudną wątrobę (chociaż rak twierdzi, że jest całkiem apetyczna ;)). Najlepiej czuję się, gdy nie biorę żadnych leków, poza Nospą, magnezem i witaminą D. Każde inne lekarstwo, nawet przeciwbólowe, powoduje pewne, hmmm, "niedogodności".
Dla przykładu - Gripexy, Fervexy i wszelkie inne exy wkurwiają moją fabrykę żółci. Polopiryna, syropy na kaszel, nawet głupia witamina C - również. Ba! 
Nawet Nimesil, Pyralgina czy Dexak, które biorę na ból chociażby wątroby (!), sprawiają, że robi się ona twarda, napuchnięta i nieco ckliwa. Po tygodniu na przeciwbólkach mogę na kilka dni zapomnieć o jakimkolwiek jedzeniu, które nie jest gotowane i nie jest serkiem lub bułką. A bułki, jak każdy gluten, wywołuje u mnie biegunki. 
Kombo, nie? Jak zatem wygląda grypa?

Godzinę zastanawiam się, czy wolę bolacą wątrobę, czy bolące wszystko. Gdy zaczynam marzyć o wyciu z bólu lub zwyczajnie łapię mnie gorączka, w końcu coś biorę. Już po pierwszym dniu zaczyna nakurwiać wątroba. Boli kolejne trzy dni od ostatniej dawki syropu/napoju/tego czegoś przeciwwirusowego. A następnie, przez dietę "lekkostrawną", dostaję sraczki. Brzuch boli jeszcze bardziej, bo całe podbrzusze chce mi eksplodować.
Nocami tulę się do termoforka i marzę o śmierci. Serio.

A teraz zastrzelę tych, co chcieli napisać "czosnek i cebula" - od jednego i drugiego też boli wątroba. Podobnie jak od fasoli, papryki, pieprzu i czterdziestu innych rzeczy. Z czekoladą na czele.

Ogólnie jestem teraz na etapie "chcę być bogata i mieć jacuzzi z podgrzewaną wodą". W sumie spędziłam dzisiaj już trzy godziny w wannie. I zaraz znowu tam idę. 
Jak tak dalej pójdzie to do wtorku wyhoduję sobie płetwy i łuski ;) 

Za tydzień będzie już lepiej. Mam nadzieję. 

piątek, 20 września 2019

Święta, święta i po wakacjach


No. Tyle by było z latania w samych majtach po domu. Pizga już strasznie. Nawet kaloryfery napełnili wodą, czym też spowodowali lekkie zamieszanie w naszej chałupie, bo... Jeszcze nie mieliśmy kaloryfera w łazience ;p Ale już jest ;))) 

Ja tymczasem uczę się regularności. 
Tak.
Znowu ;) 

Nie wiem, czy jestem aż tak leniwa, czy aż tak zbuntowana, że nie potrafię się utrzymać w ryzach i grzecznie trzymać planu dnia. Trzeci dzień z rzędu jem grzecznie pięć posiłków i, dla mnie, to już ogromny sukces. 
A jak napiszę już tę notkę to będę miała odhaczone wszystkie "to do" z dzisiejszej listy. 
No, poza malowaniem pazurów. To jest jako relaks po ciężkim dniu ;) 

Próbuję ogarnąć dom po remoncie, ale znowu okazuje się, że jestem bardzo ujową panią na włościach. Mycie okien czwarty raz przerzuciłam o trzy dni do przodu ;)
Nic się nie stanie, jak kurz jeszcze poleży, ale chciałabym zdążyć z tymi porządkami na Boże Narodzenie. Albo chociaż na Wielkanoc ;) 
Znowu w kuchni zalęgły się mole spożywcze, mając kompletnie w czułkach pułapki, ocet i suszone goździki. Ktoś w naszym pionie musi mieć niezły Sajgon w domu i nam przypełzają te stwory do chałupy. 

Nie to, żebym miała coś przeciwko nowym zwierzaczkom. Ale, no, ten teges, no mam.
Po pierwsze:
Coś latającego pod sufitem plus pięć kotów próbujących to złapać równa się Czabajska Masakra Kotem Demonicznym. Już dwa razy zrzuciły mi szczepki roślinek z naszego "kredensu"*. O dziwo, żadna szklanka nie ucierpiała - niespotykanym trafem za pierwszym razem po prostu się przewróciła, za drugim spadła na... Muszlę klozetową.
Tak. Mamy w dużym pokoju, zaraz koło kuchni, muszlę. Na szczęście w kartonie ;p
Czeka cierpliwie na lepsze czasy, czyli moment w którym Tofik przestanie umierać** i, w końcu, zafuguje mi tę cholerną podłogę w łazience.
Po drugie (tak, wracamy do moli ;)):
Mole robią pajęczyny. A pajęczyny to samice pająków (przecież to takie oczywiste, nie sądzicie? ;)). A ja się, przypominam, panicznie boję pająków. Może umiałam ten fakt przez trzy lata ukrywać przed Mężnym, ale sama przed sobą nie sam rady tego ukryć. Chociaż próbuję.

* Nasz "kredens" to ikeowski Kallax. Jaka gospodyni, taki, kwa, kredens. 

** Krzysiek umiera. Aktualnie na grypę. Tydzień temu umierał na zakwasy. Dwa tygodnie temu na lenia. Pasujemy do siebie ;D

No i tak się kręci ta dziwna karuzela. Z żalem patrzę na żółknące liście. I to, tym razem, nie u mnie w mieszkaniu. Tym razem na dworze. 
Drzewa przebierają się na jesień.
Ja jeszcze popierniczam w balerinach. I to tanecznym krokiem. 
Ot, słonik w składzie porcelany. Czyli w kredensie? Hm. 
Ciekawe, czy się tam zmieszczę... ;) 

Ach! Zapomniałam, że w naszym kredensie nie ma porcelany! :D