Cieszyłam się jak dzidzi z różowego misia moim nagłym i niespodziewanym, aczkolwiek wysoce pożądanym, spadkiem wagi. Kilka dni na sterydach i jestem w punkcie wyjścia. Wchłaniam wszystko, co jadalne, jak kot Whiskasa (saszetkowego, uwielbiają go, skurczybyki), a dupka rośnie, oj, rośnie. Nosa przyklejam do szyby powtarzając swoją mantrę - byle do środy, w środę będzie już po wszystkim. I będzie basen, i będzie aerobik (wtorki i czwartki w MOKu, yeah), i będzie dieta, i będę stara, dobra ja. Lekko tłustawa, nieco nadprogramowa, ale śmigająca radośnie w spodniach rozmiaru 44 tudzież 46. I skończy się to dziwne uczucie niewygodności. Bo dodatkowe 25kg jest bardzo niewygodne, wierzcie mi. Jakbym ciągle latała w kurtce puchowej. Bleah!
Wczoraj odbyło się kobiece święto. Jeszcze Kawaler sporządził śniadanie (naleśniki z bananami, Nutellą i bitą śmietaną) oraz zadbał o obiadek (placki po węgiersku), a nawet wyprowadził mnie na spacer (co z tego, że samochodem?). I sobie siedziałam, i sobie pachniałam (nowymi perfumami od Tatuśkowatego, ha!) i dobrze mi było niesamowicie. Dzień Kobiet powinien być co najmniej raz w tygodniu.
W kuchni znowu generuje się nowa cywilizacja. Chyba odkryli kanalizacje, bo śmierdzi tam kanałami. Albo rozlałam mleko, albo moja zupa (sprzed pięciu dni?) udała się na wycieczkę po kuchni. Musiała przy tym sforsować pokrywkę garnka, ale czymże jest pokrywka dla młodej i ambitnej (po mamusi, czyli mnie ;)) zupki?
W głowie powstaje myśl. A nawet MYŚL. Tworzę tygodniowy plan zarządzania wszechświatem. No dobra - domem. Nawet jak się będę go trzymać trzy dni to i tak będę do przodu o dwa mycia naczyń, pranie i ścieranie kurzy. Może nawet kwiatki doczekają się podlania. Jestem stanowczo zbyt niezorganizowana.
I lubię kanapki z serem.
Nawet na diecie.
Ba!
Szczególnie na diecie!
(i wcale nie podżeram bitej śmietany)
poniedziałek, 9 marca 2015
piątek, 6 marca 2015
Notka wymówkowa (nie będę sprzątać, nie będę sprzątać, nie będę sprzątać!)
Odkryłam brutalną prawdę, przyczynę mojej kurodomowej nieudolności.
Ja po prostu nie lubię rytuałów.
Mam swój, jeden jedyny. Kawa z rana. A reszta to dzieło przypadku.
Dbanie o dom to pasmo czynności powtarzalnych.
Mycie naczyń, pranie, odkurzanie, gotowanie, wszelakie sprzątanie.
Zrobisz raz. I maksymalnie za dwa dni czynność musisz powtórzyć.
NIENAWIDZĘ ROBIĆ DWA RAZY TO SAMO!
No dobra, wyszywam. Obrazki składają się z tysięcy krzyżyków.
Robię w kółko krzyżyki (hehe). Ale stoją w różnych konstelacjach.
Cierpliwość do nich mam anielską... jednak tylko do momentu, gdy się nie pomylę i nie muszę czegoś wypruwać. Kilka osób widziało robótkę lecącą przez pół pokoju, poganianą cudownie niezrównoważoną wiązanką pięknej polszczyzny zaprawionej laciną.
Większość schowanych, nieskończonych wyszywanek to te, gdzie musiałam coś spruć.
Ale jak już skończę to... jest zrobione. I nikt nie da rady namówić mnie na wyszycie drugi raz tego samego obrazka. Nie da się.
Jak już coś napiszę to jest to napisane.
Nie muszę zaglądać do tekstu co drugi dzień, czy czasem nie zanika.
Jest, skończony, done, odznaczone na liście.
Znam kobiety, które przez lata malują się tak samo, noszą te same ubrania, mają jedną parę butów, posiadają jeden, ukochany odcień lakieru do paznokci i szminki...
Ja mam około czterdziestu lakierów (jeszcze z czasów singielki, hehe...), kilkanaście szminek, mnóstwo paletek cieni (taki zawód ;)) i nigdy nie umiałam się dwa razy tak samo pomalować. Lakiery były używane samodzielnie maksymalnie dwa razy, kupiłam coat matujący, żeby z posiadanych czterdziestu kolorów zrobić osiemdziesiąt... i miliony kombinacji barwnych.
Ubrań cała szafa, niewiele z nich było używanych dwa razy w tej samej konfiguracji.
Nawet moje włosy widziały już wszystko - czerń, fiolet, bordo, rudy, ognista czerwień, nawet ciemny blond i żywa platyna. Nie potrafiłam wytrwać z jednym kolorem dłużej niż pół roku...
Nieźle idzie mi dłubanie na drutach. Ale po dziesięciu rządkach mam dość, bo ileż można robić w kółko to samo, tym samym kolorem i w takiej samej kolejności? Z tego samego powodu szydełko też nie jest dla mnie ;)
Nigdy nie umiałam wytrwać na diecie, bo wymaga rytuałów. Ćwiczenia nudzą mi się po trzech seriach.
Ba! Ja nawet używam kilku żeli pod prysznic naprzemiennie, bo jeden jest nudny. Tak samo z szamponami.
Muszę tłumaczyć, jak wygląda sprawa z perfumami? ;) Mam jedne, ukochane. Ale używam ich rzadko... bo nie chcę, aby się znudziły.
Rytm i powtarzalność doprowadza mnie do szału.
Jestem twórcą, artystyczną duszą. Łatwiej namówić mnie na remont niż do powieszenia prania.
A dzisiaj czeka mnie bardzo odtwórczy dzień.
I chuj mnie strzela.
Ja chcę na Karaiby!
Ja po prostu nie lubię rytuałów.
Mam swój, jeden jedyny. Kawa z rana. A reszta to dzieło przypadku.
Dbanie o dom to pasmo czynności powtarzalnych.
Mycie naczyń, pranie, odkurzanie, gotowanie, wszelakie sprzątanie.
Zrobisz raz. I maksymalnie za dwa dni czynność musisz powtórzyć.
NIENAWIDZĘ ROBIĆ DWA RAZY TO SAMO!
No dobra, wyszywam. Obrazki składają się z tysięcy krzyżyków.
Robię w kółko krzyżyki (hehe). Ale stoją w różnych konstelacjach.
Cierpliwość do nich mam anielską... jednak tylko do momentu, gdy się nie pomylę i nie muszę czegoś wypruwać. Kilka osób widziało robótkę lecącą przez pół pokoju, poganianą cudownie niezrównoważoną wiązanką pięknej polszczyzny zaprawionej laciną.
Większość schowanych, nieskończonych wyszywanek to te, gdzie musiałam coś spruć.
Ale jak już skończę to... jest zrobione. I nikt nie da rady namówić mnie na wyszycie drugi raz tego samego obrazka. Nie da się.
Jak już coś napiszę to jest to napisane.
Nie muszę zaglądać do tekstu co drugi dzień, czy czasem nie zanika.
Jest, skończony, done, odznaczone na liście.
Znam kobiety, które przez lata malują się tak samo, noszą te same ubrania, mają jedną parę butów, posiadają jeden, ukochany odcień lakieru do paznokci i szminki...
Ja mam około czterdziestu lakierów (jeszcze z czasów singielki, hehe...), kilkanaście szminek, mnóstwo paletek cieni (taki zawód ;)) i nigdy nie umiałam się dwa razy tak samo pomalować. Lakiery były używane samodzielnie maksymalnie dwa razy, kupiłam coat matujący, żeby z posiadanych czterdziestu kolorów zrobić osiemdziesiąt... i miliony kombinacji barwnych.
Ubrań cała szafa, niewiele z nich było używanych dwa razy w tej samej konfiguracji.
Nawet moje włosy widziały już wszystko - czerń, fiolet, bordo, rudy, ognista czerwień, nawet ciemny blond i żywa platyna. Nie potrafiłam wytrwać z jednym kolorem dłużej niż pół roku...
Nieźle idzie mi dłubanie na drutach. Ale po dziesięciu rządkach mam dość, bo ileż można robić w kółko to samo, tym samym kolorem i w takiej samej kolejności? Z tego samego powodu szydełko też nie jest dla mnie ;)
Nigdy nie umiałam wytrwać na diecie, bo wymaga rytuałów. Ćwiczenia nudzą mi się po trzech seriach.
Ba! Ja nawet używam kilku żeli pod prysznic naprzemiennie, bo jeden jest nudny. Tak samo z szamponami.
Muszę tłumaczyć, jak wygląda sprawa z perfumami? ;) Mam jedne, ukochane. Ale używam ich rzadko... bo nie chcę, aby się znudziły.
Rytm i powtarzalność doprowadza mnie do szału.
Jestem twórcą, artystyczną duszą. Łatwiej namówić mnie na remont niż do powieszenia prania.
A dzisiaj czeka mnie bardzo odtwórczy dzień.
I chuj mnie strzela.
Ja chcę na Karaiby!
środa, 4 marca 2015
Bezchemiczność medyczna kontra alchemia kosmetyczna
No to nastała kolejna przerwa w mojej chemioterapii. Ale pierwszy raz nie nasączali mnie medykamentami z powodu innego, niż infekcja tudzież przeziębienie. Okazało się, że białych krwinek mam tak malutko i są takie maciupenieczkie, że cudem jest fakt, że a) aktualnie niemal nie kicham, b) oskrzela mam krystalicznie czyste, c) nie zabiła mnie jeszcze gorączka. I znowuż wysmarowano mi receptę na pincet cudów medycyny, o dziwo, większość z nich to witaminy. A sądziłam, że o siebie bardzo dbam. Kuźwa jego mać!
Miała to być ostatnia, OSTATNIA chemia! Zła jestem okropniasto.
Ale pani doktor (znowuż nie moja, ale o tym zaraz) uspokoiła mnie, że po piętnastu wlewach mam prawo odmówić posłuszeństwa.
Wyniki wynikami, a ja czuję się świetnie. No dobra. Troszkę bardziej chce mi się zwracać śniadania (chociaż od chemii już tydzień, więc to raczej nie od niej), nic mi się nie chce bardziej niż zwykle i ogólnie jestem dość rozchwiana emocjonalnie. Ale to podobno norma.
Dodatkowo kolejna MOJA doktorka zawinęła ogonem i zwiała ze szpitala. Już kolejny raz. Niemal błagałam dzisiaj lekarkę, aby przygarnęła mnie na stałe. I się uśmiałam, gdy usłyszałam "Chciałabym bardzo" ;) Niestety moja ulubiona jest tylko czasami, gdy inni lekarze się buntują. Normalnie na terenie szpitala nie występuje. Szkoda. Lubię ją bardzo. I jest tylko dwa lata ode mnie starsza :D
W związku z pilną potrzebą poprawienia sobie humoru wstąpiłam do drogerii po farbę do włosów. Wybrałam cudny odcień głębokiego granatu.
udało mi się zafarbować:
- ramiona
- uszy
- kark
- lewe udo
- ręcznik
- szlafrok
- panele w dużym pokoju
- zasłonę prysznicową
- kafelki nad wanną
- paznokcie
- skarpetki.
Ale to jest norma przy moim procesie farbowania. Dzisiejszym ewenementem są zafarbowane:
- kawałek kota
- dywan w przedpokoju
- lodówka
- kaloryfer w kuchni
- firanki w kuchni
- okno w sypialni
- firanki w sypialni
- firanka na okienku drzwi łazienkowych
- kaloryfer w łazience
- bateria w zlewie
- suszarka na pranie
- lusterko w szafie
- kubek z herbatą.
Czas działania farby, jakieś 35 minut, spędziłam latając po mieszkaniu z Cifem i szorując ślady wszechobecnego fioletu.
Efekt farbowania?
Niemal brak. Lekka poświata śliwkowa. Bardzo lekka.
Czarne włosy to zło.
Oddajcie mi moje kasztanowe włosiskaaa!!!
Dodatkowo, jak już zmyłam farbę, postanowiłam zadbać o resztę ciała. Wykorzystałam:
- krem na suche policzki
- krem matujący na nos
- krem nawilżający na dekolt
- krem podnoszący biust na piegi... ftu, piersi
- balsam na blizny na brzuch
- balsam ujędrniający na pośladki
- krem antycelulitowy na uda
- balsam nawilżający na ramiona i ręce
- masło do ciała na kolana i łokcie
- krem po goleniu na łydki
- krem do stópek na stópki.
Dumna z siebie rozsiadłam się na kanapie, czując wchłanianie się kremów, balsamów i innej alchemii.
Wtem przybyły koty.
Kilka chwil miziania, dwa futrzaste cielska mnie wytuliły.
Idzie wiosna, linieją.
Cała oblazłam sierścią. Jedyne co mogłam zrobić to znowu iść pod prysznic.
Nie chce mi się nawet patrzeć na te wszystkie kremy.
To już chyba wolę gotować...
Miała to być ostatnia, OSTATNIA chemia! Zła jestem okropniasto.
Ale pani doktor (znowuż nie moja, ale o tym zaraz) uspokoiła mnie, że po piętnastu wlewach mam prawo odmówić posłuszeństwa.
Wyniki wynikami, a ja czuję się świetnie. No dobra. Troszkę bardziej chce mi się zwracać śniadania (chociaż od chemii już tydzień, więc to raczej nie od niej), nic mi się nie chce bardziej niż zwykle i ogólnie jestem dość rozchwiana emocjonalnie. Ale to podobno norma.
Dodatkowo kolejna MOJA doktorka zawinęła ogonem i zwiała ze szpitala. Już kolejny raz. Niemal błagałam dzisiaj lekarkę, aby przygarnęła mnie na stałe. I się uśmiałam, gdy usłyszałam "Chciałabym bardzo" ;) Niestety moja ulubiona jest tylko czasami, gdy inni lekarze się buntują. Normalnie na terenie szpitala nie występuje. Szkoda. Lubię ją bardzo. I jest tylko dwa lata ode mnie starsza :D
W związku z pilną potrzebą poprawienia sobie humoru wstąpiłam do drogerii po farbę do włosów. Wybrałam cudny odcień głębokiego granatu.
udało mi się zafarbować:
- ramiona
- uszy
- kark
- lewe udo
- ręcznik
- szlafrok
- panele w dużym pokoju
- zasłonę prysznicową
- kafelki nad wanną
- paznokcie
- skarpetki.
Ale to jest norma przy moim procesie farbowania. Dzisiejszym ewenementem są zafarbowane:
- kawałek kota
- dywan w przedpokoju
- lodówka
- kaloryfer w kuchni
- firanki w kuchni
- okno w sypialni
- firanki w sypialni
- firanka na okienku drzwi łazienkowych
- kaloryfer w łazience
- bateria w zlewie
- suszarka na pranie
- lusterko w szafie
- kubek z herbatą.
Czas działania farby, jakieś 35 minut, spędziłam latając po mieszkaniu z Cifem i szorując ślady wszechobecnego fioletu.
Efekt farbowania?
Niemal brak. Lekka poświata śliwkowa. Bardzo lekka.
Czarne włosy to zło.
Oddajcie mi moje kasztanowe włosiskaaa!!!
Dodatkowo, jak już zmyłam farbę, postanowiłam zadbać o resztę ciała. Wykorzystałam:
- krem na suche policzki
- krem matujący na nos
- krem nawilżający na dekolt
- krem podnoszący biust na piegi... ftu, piersi
- balsam na blizny na brzuch
- balsam ujędrniający na pośladki
- krem antycelulitowy na uda
- balsam nawilżający na ramiona i ręce
- masło do ciała na kolana i łokcie
- krem po goleniu na łydki
- krem do stópek na stópki.
Dumna z siebie rozsiadłam się na kanapie, czując wchłanianie się kremów, balsamów i innej alchemii.
Wtem przybyły koty.
Kilka chwil miziania, dwa futrzaste cielska mnie wytuliły.
Idzie wiosna, linieją.
Cała oblazłam sierścią. Jedyne co mogłam zrobić to znowu iść pod prysznic.
Nie chce mi się nawet patrzeć na te wszystkie kremy.
To już chyba wolę gotować...
Subskrybuj:
Posty (Atom)



