piątek, 24 sierpnia 2018



Peszek. Pech. Peszysko.

Czasami sama jestem w szoku, w jaki magiczny sposób jeszcze się jako tako trzymam. Jak ja to robię, że nie płaczę, nie panikuję, nie zalamuję się.

Odnoszę niekiedy wrażenie, że ostatnie 4-5 lat mojego życia to wielki test piekła na miarę XXI wieku  Kotły są przestarzałe.
Teraz mają tam bardziej wysublimowane metody tortur - bezsilność, wściekłość, ból i strach.
Rok 2018, podobnie jak 2014, okazuje się brutalną koniunkcją ciał złośliwych.
W tym roku miały miejsce tylko trzy jasne, piękne i warte zapamiętania wydarzenia. Cała reszta to błoto, szlam i trzy kilometry mułu.
Zwykle nie piszę o problemach, bo jestem zdania, że mogę pisać tylko o tym, co dotyczy wyłącznie mnie.
Nie wspominałam o chorobie Tatuśka, który od miesiąca jest w stanie bardzo ciężkim. Mama nie wytrzymuje psychicznie i fizycznie. Czabajek próbuje utrzymywać resztki optymizmu.
Każde ogniwko naszego małego kółeczka wzajemnej bezinteresowności zaczyna niebezpiecznie pękać.

Nie mam się komu wypłakać. Pewnie dlatego nie płaczę.
Tata w kolejnym szpitalu, przerzucają go z jednego do drugiego, pozbywając się problemu i odpowiedzialności. Mama zajechana do granic możliwości. Od kilku tygodni opiekuje się Tatuśkiem. Niby mają pomoc Hospicjum Domowego, ale oni nie siedzą w domu podopiecznych przez 24h na dobę. Krzysiek od pół roku boi się iść do lekarza, coby nie wyszło, że więcej elementów rodzinnych jest w stanie chorobowym. Czasami poważnie się o niego martwię, od dłuższego czasu chodzi ze stłuczoną nogą i wybitym barkiem. Maści przeciwbólowe idą u nas na kilogramy.
A ja?
Walić mnie. Nawet psa nam sparaliżowało od pasa w tył. I tak z tym moim rozwalonym kręgosłupem wnoszę i znoszę go po schodach raz lub dwa razy na dzień. Przecież nie uśpię Reksia tylko dlatego, że jest chory. Mnie też trzeba by uśpić z tego powodu. Najgorsze jest to, że on dalej ma mentalność szczeniaka. Pies jedenastoletni, a brykałby jak dzieciak. Gdyby mógł chodzić.

Zostały jeszcze cztery miesiące tego przeklętego roku. I normalnie się boję, jaki rodzaj rozrywek piekielnych będziemy jeszcze doświadczać.
A w 2019 może być jeszcze mniej wesoło - w grudniu mam komisję o przedłużenie renty, a do tego kończy mi się umowa w pracy. Od kilku tygodni zaciskamy pasa, coby spłacić jak najwięcej kredytów, zostać w miarę z czystym kontem i przywyc znowu do planu minimum - 200zł na tydzień i koniec kropka.
Krzysio zajeżdża się w pracy jak konie na krakowskim rynku, żeby ustukać jeszcze jakiś zapas, kupić co trzeba kupić, naprawić to, co jeszcze wymaga naprawy. Mam wrażenie, że mieszkam sama, bo Mężny codziennie wstaje o 4:15, żeby wrócić w okolicach 17-18 (o ile szczęście dopisze). To jest jakieś durne nieporozumienie.

Próbuję dojść w tej mojej pisaninie do jakichś wniosków, ale żadne mi się nie nasuwają.
Poza jednym:
Muszę być silna. Nikt inny za mnie nie będzie.
Tylko dlaczego nie mam już tego wewnętrznego uporu?
Dlaczego jestem tak cholernie wkurwiona, że pech rozpełz się na całą rodzinę?
Mam wrażenie, że ten cholerny rak serio jest zarażliwy.
Raz kąsa ciałko. Raz zeżre duszę.
A jeszcze innym razem wpierdoli całe szczęście.

I cały misterny plan poszedł w pizdu.