środa, 4 kwietnia 2018



Tryb "opanować wątrobę"

Lubię jajka. Uwielbiam. Mogłabym żyć na samych jajkach, sałacie i truskawkach.
No ale moja wątroba nie uwielbia jajek.
Wielkanoc to dla niej okres próby. No i niestety, wczoraj na kolację zjadłam ostatnie dwa gwoździe do wątrobowej wytrzymałości - kanapki z jajkiem.
No i już w nocy spałam z termoforem.
Dzisiaj akcja ratunkowa!

Moi znajomi żyją w błędnym przekonaniu, że na ból zawsze łykam przeciwbólki. Oszczerstwo ;)
Przeciwbólowe to dla mnie ostatni bastion. Jak już nic nie działa to dopiero zaczynam grzebać w apteczce.

Pierwszym stopniem opanowania obrażonej wątroby jest... Dieta. Taki jeden, dwa dni, gdy mogę zapomnieć o kawie i czekoladzie ;)
Drugi stopień - Heparegen w dawce uderzeniowej i tabletki z karczochami.
Trzeci stopień - herbatka ziołowa o wdzięcznej nazwie "Leber" ;p Z Niemiec wysłała mi ją Gabrysia i, po serii prób, okazuje się, że ma na mnie zbawienny wpływ. I herbata, i Gabi ;p
Czwarty stopień - termofor i gorący prysznic.

Dopiero jak powyższa mieszanka nie daje rady (lub muszę iść do pracy) to sięgam po Pyralginę ;)

Co do pracy - wczoraj wróciłam na kasę po niemal dwutygodniowym urlopie. I, powiem Wam, widać, że ludzie wypoczęli podczas Świąt! Dawno nie widziałam aż tylu uśmiechniętych klientów na raz! Nikomu się nie śpieszyło, nikt nie marudził, nikt nie pyskował.
Tylko jedna czilatka wszczęła alarm - bo chłopak za nią w kolejce kupował sobie deskorolkę. A czilatka dała wszystkim w okolicy do zrozumienia, że ona też chce deskorolkę ;p
No... I jeden pan wszczął prawdziwy alarm. Zdjął taśmę zamykającą kasę. Chyba myślał, że ja tak dla hecy czekam na ochronę ;)
No i pół sklepu słyszało, że naruszono zamkniętą kasę ;p

Ale, ogólnie, fajnie było :)

Czymta się ciepło! :)