wtorek, 30 stycznia 2018



Broken down

Psuję się. Coraz częściej coś mnie boli. Zwykle wątroba, ale plecy, żołądek, kości wszelakie, nie pozostają w tyle. Oczami wodzę po mieszkaniu: tyle rzeczy bym porobiła!
Malować się chce, posprzątać w małym pokoju, a i szafę ogarnąć. Ale leżę, z kotami i termoforkiem. Wieczorem niby do pracy, ale jak się nie poprawi to urlopik na żądanie. Czyli leżę.
W czwartek do onkologa. Czuję, że tak na 90% znowu wyląduję z chemią. Ale ból powoli robi się tak nieznośny, że nawet średnio mnie to rusza.
Byle, po prostu, przestało boleć...


Nie wiem, czy to kwestia pory roku, bo zawsze zimą czuję się dużo gorzej niż latem, czy to kwestia jebanego raka. Czy też stres daje mi popalić. Nie ukrywajmy, na wieść o kontroli u lekarza raczej nie skaczę z radości ;)

Nic już nie wiem.
I nie wiem, czy chcę wiedzieć.