piątek, 8 grudnia 2017



Grudzień srudzień, kurwa, dupa, chuj.

Mało mnie na blogu. Na fanpage'u też mnie mało.
Ciężko się uśmiechać i być twardą, gdy psychika konsystencją przypomina kluski lane, które mi dzisiaj wybitnie nie wyszły (wyglądały jak woda z warstwą ściętego jajka).


Tata dalej kiepsko (żeby nie napisać "chujowo" ).
We wtorek miał operację, leży dalej w szpitalu, taki wymiętoszony, zmęczony, zbolały, smutny i chudziutki. I jeszcze do tego sam, bo leży w Tychach, a tam z naszego zadupia ciężko się dostać.
Jutro mieliśmy jechać do Poznania z przyjaciółmi, na Stand Up. Tak miało być fajnie, wesoło i radośnie. Ale nie jedziemy. Znaczy się jedziemy, ale do Tychów, do szpitala.

Na przełomie grudnia i stycznia miałam robić kontrolną tomografię. Ale, póki co, nie robię.
To nie ma sensu.
Poczekam, aż się trochę życie ustabilizuje, psychika naprostuje, a świat przestanie kopać leżącego.
Fizycznie czuję się w miarę dobrze, czasami tylko odezwie się wątroba czy kręgosłup, ale one zawsze tak reagują przy stresie, nic nowego.
A chodzę napięta jak struny na moich niebieskich skrzypkach (do których też ostatnio nie mam serca).
Podejrzewam, że gdyby nawet TK wyszło gorzej, niż się spodziewam (a, jak wszyscy doskonale wiedzą, nieszczęścia chodzą parami... lub stadami), to w tym momencie nie zdecydowałabym się na chemię czy naświetlania. W sumie na żadną formę leczenia.
Dlatego z kontrolą poczekam do czasu, gdy będę miała znowu siłę walczyć, a ewentualne wyzwania spotkają się z innymi słowami niż "Pierdolę, może jak w końcu wyciągnę kopyta, to odpocznę, wyluzuję i uśmiechnę się tym uśmiechem, który sięga oczu".
Bo, póki co, mam ochotę tylko spać i wyć.

Reksio chodzi coraz gorzej, nawet Nuśce (pies rodziców, którego to ja przyniosłam do domu ze schroniska ;)) wysiadły tylne łapy. Oba czteronogi regularnie wymagają wnoszenia do domu.
(mówiłam coś o stadnym pechu, nie?)

Ostatni prawdziwy obiad ugotowałam z dwa tygodnie temu. A to jest idealnym wyznacznikiem mojego stanu - zwykle obiad jest codziennie. Ciężko kucharzyć, gdy jedzenie staje w gardle ością.

W pracy dobrze. O ile dobre może być fantazjowanie na temat wypruwania klientom flaków ;)
 To, co ludzie teraz kupują i ile tego kupują, nie mieści się w głowie.
Do tego niektórzy sądzą, że są lepsi od kasjerów, bo stoją po drugiej stronie kasy.
Nie radzą nawet "dziękuję" odpowiedzieć...
Na szczęście, większość nie opiera się mojemu urokowi osobistemu (buahaha, to walnęłam żartem ;p). Kolejki ustawiają się gigantyczne.
A ja robię tylko pik, pik, pik. Czasem ramię się jeszcze buntuje, ale w sumie praca to jedyne światełko w tej mojej popierdolonej rzeczywistości.
Krzysiek całe dnie w pracy, Reksio leży bez ruchu, koty (jak zawsze) śpią. Gdyby nie praca to chyba bym całkiem ześwirowała.
Póki co,  jeszcze się trzymam. Trochę koślawo, nieco chwiejnie, momentami obsesyjnie lub desperacko, ale się trzymam.

Tylko dlaczego jest czwarta w nocy, a ja dalej nie mogę zasnąć?