wtorek, 11 lipca 2017



"Życie, życie jest nowelą..." A raczej ekscytującą książką przygodową!

Urodziny przeurodzinowane. I to mocno przeurodzinowane!
Minęły już prawie dwa tygodnie, a niespodzianki się nie kończą :)

W zeszłym tygodniu, w sobotę, odwiedziliśmy Tychy. A tam koncert Grubsona. Pokiwaliśmy się (w moim wypadku), poskakaliśmy (Krzysiowa działka), ponuciliśmy (znowu ja), a nawet darliśmy pyski na całego (a to Krzyś).
Mężny lubi Grubsona. Bardzo lubi. A ja lubię Mężnego, więc dzielnie znoszę kolejne koncerty Grubsona (bo Mężny się tak cudnie śmieje od ucha do ucha, gdy tylko go widzi).
Od domu Marcinków do strusiopodobnej żyrafy jest całkiem spory kawałek.
Przeszłam go!
Na koncercie też z dwie godziny postałam!
I nawet WŁASNONOŻNIE wróciłam (na piechtę!) do domu!
Dumna z siebie byłam niesamowicie. Już nie wspomnę o tym, że pozwoliłam sobie na coś mocniejszego niż sok pomarańczowy, wino, czy piwo. Ba! Nawet od wódki mocniejszego!
I przeżyłam :D




Gorzej było z przeżyciem... kibla!
Tak, kibla!
Stojąc w kolejce dziwiłam się, czemu każdy wychodzi taki zniesmaczony. Wręcz zdruzgotany.
Dowiedziałam się. Przekonałam boleśnie na swoim tyłku (i nosie).
Wszyscy robimy sobie podśmiechujki z indyjskich pociągów, gdzie toaleta to tylko dziura w podłodze.
No to Wam powiem, że kibelek przy scenie wyglądał jak indyjskie WC, wersja deluxe.
Wersja deluxe, bo była dziura w podłodze, a w nią wklejona miska a'la zlew. Ale z wyznaczonym miejscem na postawienie stóp.
Nie wierzyłam własnym oczom. I nie ma zmiłuj dla dzieci, ciężarnych, niepełnosprawnych. Masz dziurę to szczaj.
Syf straszny. Obszczane wszystko dookoła. Nie dziwię się, w sumie. Ciężko wcelować w dziurę.
Ani żadnych poręczy, ani uchwytów, nic.
I jeszcze pobierali za to opłaty.
SERIO.
Dalej jestem zdegustowana do granic możliwości.

Na szczęście zdjęcie zrobione na przystanku poprawiło mi humor.


Z naszymi Marcinkami <3 p="">
Ten przystanek to fajny myk. Podchodzisz do tablicy informacyjnej, klikasz ikonkę z aparatem, robisz zdjęcie, wpisujesz swój mail i... już. Masz zdjęcie na swoim mailu :D
Tak gratis i w prezencie.
Świetna sprawa :)))

W zeszły weekend zrobiliśmy małe przebudowanie dużego pokoju. Miałam się chwalić zdjęciami, ale mam taki syf w chacie, że strach to pokazywać publicznie ;) Od trzech dni jestem lekko niedysponowana, a przedwczoraj skręciłam sobie kostkę. No, może nie skręciłam, nadwerężyłam.
Zwał jak zwał - boli. Leżę na doopie i bawię się z czwartym kotem.

Yhym. Czwartym kotem :D

W niedzielę poszliśmy z Reksiem na dłuuuugi spacer. I wróciliśmy z niego z małym, czarnym kocurkiem. Takim ślicznym :D
Krzysiek tak mnie zszokował swoim "Przygarniemy go?", że aż wyrżnęłam na prostej drodze ;)

No i czarnulek, zaksięgowany w bazie u weterynarza jako Lestat (ale imię to jeszcze kwestia dyskusyjna, poznajemy się, póki co ;)), je, bawi się i śpi.
I daje się zdjęciować :)










Staram się jak mogę dalej być zorganizowaną, pracować, tworzyć i ogarniać.
Ale... świat teraz składa się dla mnie z mruczącej, czarnej kuleczki.
Doświadczona poprzednimi trzema kotami wiem, że te kuleczki bardzo szybko rosną.
Chcę się nacieszyć Lestusiem, jego drobniutkimi łapkami i trybem traktorka.
Z rok będzie już duży.
Świat poczeka, sukces poczeka. Lesiu nie poczeka, dorośnie.
Dlatego to on teraz jest moim priorytetem :)))

* * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * *

Komentarze karmią blogera :)))