poniedziałek, 27 marca 2017



Wiem, że nic nie wiem

Mądrość dnia:
Gdy masz koty, wszystko w domu najlepiej mieć plastikowe: doniczki, kubki, szklanki, a nawet słoiki. Jeżeli się da - spróbuj sam zamienić się w plastik. Będziesz kotoodporny.

Rysiek przed chwilą zrzucił mi doniczkę z parapetu. Może nawet bym się nie wściekła, ale akurat ta doniczka była ładna, dopasowana do wystroju pokoju. Nie mógł zrzucić żadnego glinianego potworka?! Musiał akurat tą, różową. Menda.

Odnośnie przerzutu na jajnik - nie ma źle. Jeżeli nic się nie będzie działo to mam dalej luz.
Zweryfikuje to kwietniowa tomografia.
Opcji "będzie się coś działo" pod uwagę nie biorę.
Nic nowego ;)

Ostatnio zapomniałam napisać, że wróciły moje biżutki :)
link -> HaLucynki <- link
Sporo nowych bransoletek :)

Nauczyłam się nowych ściegów. Typowe szycie, czy też tkanie, koralikami. Zawsze mnie to drażniło, ale jakoś teraz idzie jak burza.
Mam ambitny plan, aby dostać się do jakiejś galerii internetowej z biżuterią i iść w kierunku "mniej, ale lepiej", niż tej taśmowej, którą akurat uprawiam ;)
Nie to, żebym taśmówkę odwalała specjalnie. Samo idzie jakoś tak, że jak już nawlekam koraliki to od razu na pięć bransoletek.
Chyba psuję rynek rękodzielniczy, bo te bransoletki zwykle są dwa razy droższe, niż ja sprzedaję...
Muszę coś z tym zrobić, ale w sumie nie mam pomysłu, co to dokładnie ma być ;)

Aż się pochwalę!


Nic, czekam na Mamuśkę. I lecę tkać kolejne ciągi koralikowe. To wsysa! :)))

* * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * *
SMS na numer 75 165 o treści: POMOC 6742
czyni mój świat lepszym :)

sobota, 25 marca 2017



Patologiczna patomorfologia plus realna recenzja szpitala ligockiego

Nie odzywałam się, bo stres przedwynikowy mnie zżerał. Ale już wyniki odebrane, zatem...
Mogę znowu pisać.

No i stało się to, czego nikt się nie spodziewał.
Były dwie drogi:
a) dobra, czyli nowotwór niezłośliwy
b) zła, czyli rak jajnika.

Nie przyszło mi nawet do głowy, aby wziąć pod uwagę ścieżkę "c", czyli... przerzut.
Tak, patomorfologia wyciętego guza (swoją drogą - 7x5x4cm, bydle!) twierdzi, iż był to przerzut.
Czy to dobrze? Nie wiem.
Czy źle? Również nie wiem.
Czas pokaże ;P

Jako, że spotkanie z Okręgowym Szpitalem Kolejowym w Katowicach mam już za sobą, a wrócić tam nie zamierzam (chociaż by mnie tam wołami ciągnęli, nie wrócę!) to mogę napisać... recenzję.
Chociaż raczej można to nazwać "ostrzeżeniem".

Wygląd szpitala ominę. Jest w fazie remontów (słuchanie wiercenia całymi dniami było dość... ciekawym przeżyciem), dlatego daruję znęcanie się nad tym aspektem.

Lekarze? Poza anestezjolożką - polecam. Lekarze wręcz wybitni, bardzo opiekuńczy i uważni, ciekawi pacjenta. Nawet dwa regularne obchody dziennie były. Chociaż i oni robią rzeczy, które jeżą włosy na głowie.

Jedzenie rewelacyjne. Najlepsze, z jakim miałam do czynienia do tej pory na salach szpitalnych.

I z plusów... to by było na tyle.
Przyszłam tam w poniedziałek. Przy przyjęciu ostrzegłam, że okres był mi się nie dość, że pośpieszył to jeszcze rozciągnął w czasie. Do tego trwał nadal. Pewnie ze stresu.
Co zrobili?
Nie, nie odesłali mnie do domu. Od poniedziałku kiblowałam w szpitalu, bo miałam okres.
Podobno inne pacjentki odsyłają, mnie zostawili.
Wkurw okropny. Nie wiedziałam, że miesiączka to taka wielka choroba, że aż trzeba mnie w szpitalu zamknąć.
W środę dziadostwo przeszło. Zapisali mnie na piątek na operację.
Nie szło mnie po prostu oddelegować na kolejny poniedziałek?
Nie, nie mają tam tłoku. Przez cały pobyt większość sal była w połowie pusta.
Nie ogarniam, ale dobra.

Czwartek. Rozmowa z anestezjologiem.
Zastrzegam, że paracetamol nigdy na mnie nie działał, a pyralginę nieco nadużywam, więc też średnio z jej skutecznością. Lekarka niby przyjęła to do wiadomości.
Proponuje cewnik dooponowy, którym to będą mi dawać przeciwbólki,
Z radości zamerdałam ogonem, bo to jest chyba najlepszy środek przeciwbólowy, jaki do tej pory wymyślono.

Pielęgniarki informują, że lepiej, aby w piątek nikt mnie nie odwiedzał, bo i tak będę spać.
Mężny potwierdza, że po operacji przez dwa dni nie kontaktował, tak go faszerowali przeciwbólowymi. Dlatego odwołuję wizytę i Mężnego, i Rodziców.

Ach. W poniedziałek zgłosiłam, że mam popsute łóżko (niby elektrycznie podnoszone oparcie).
Pielęgniarka wsadziła wtyczkę do kontaktu. Gdy nie zadziałało, stwierdziła, że musi się naładować.
Jak się domyślacie - nie naładowało się. Spałam na zepsutym łóżku aż do soboty. Ale do łóżka jeszcze wrócimy ;)

Piątek. Zawieźli mnie na salę, znieczulili... film się urwał.

Budzi mnie "Proszę przejść na drugie łóżko!".
Rozumiem, że swoje ważę, ale ten szok...
Wiecie, kładziesz się w pełni sprawny, teraz próbujesz się ruszyć i podbrzusze rozrywa ból. Ból nie do opisania słowami. Przeszłam jakoś. Zasnęłam na czas drogi.
Budzi mnie kolejne "Proszę przejść na drugie łóżko!".
Było jeszcze gorzej.
Kładę się, czekam na sen. Nie przychodzi.
Tylko kolejne fale bólu. Mamie piszę pamiętnego smsa o treści "Napierdala.".
Oddzwania, język mi się plącze. Ale mają z Tatuśkiem przyjechać.
Płaczę z bólu. Nikt nie reaguje.
Pierwszymi moimi słowami na sali było:
"Kurwa, ja pierdole, dacie mi w końcu coś przeciwbólowego?!".
Pielęgniarka w szoku, bo przecież leci! Paracetamol leci!
Cewnika dooponowego mi nie założyli, nie wiem, czemu. Nikt mi nie powiedział. Były inne ustalenia.
Po godzinie wycia na cały oddział przyjeżdżają rodzice. Mama opierdala pielęgniarki.
Dostaję kolejną kroplówkę...
Pyralginę.
Nic nie dało tłumaczenie, że to na mnie nie działa. Około czternastej (po czterech godzinach) ktoś wpada na pomysł, aby po tych wszystkich eksperymentach dać mi po prostu morfinę. Zasypiam od razu.

Rodziców próbują wygonić z oddziału. Bo ja mam spać, a oni mi nie pozwalają, rzekomo.
Nie ma tak łatwo, nie dali się.
Około siedemnastej kolejny atak. Nic już nie chcą dać, bo niby dostałam tak duże dawki, że mi wątroba może wysiąść.
Rzeczywiście, jak później sprawdziłam w karcie to było tam niemal wszystko - od paracetamolu, ibuprofenu, przez tramal, ketonal i inne dziwne rzeczy, których nazw nawet nie kojarzę.
Niby się starali, co?
Nie do końca. Jestem dość poinformowana w sprawie przeciwbólków. Już dawno lekarz powiedział mi, że przy chorej wątrobie tylko morfina jest w pełni bezpieczna, bo nie wymaga od wątroby filtracji czy przyswajania. Jest w formie od razu do wsiąknięcia.
Zlitowali się, dali morfinę.
Pielęgniarki buntują się.
Rodziców zastępuje Mężny. Pielęgniarka i jego próbuje wywalić z sali. Nie da się, przykro mi ;)

Przychodzi zmiana pielęgniarek. Nagle Mężny nikomu nie przeszkadza, siedzi u mnie jeszcze ponad dwie godziny od próby usunięcia go z sali ("bo już późno").
Jedna z pielęgniarek się lituje, pomaga mi się przebrać (cała byłam zlana potem po batalii z bólem).
Zasypiam. Jestem przypilnowana.
Na noc dają mi jakiś zastrzyk przeciwbólowy. Wszystko śmiga.

Rano budzi mnie salowa.
"Proszę wstać i siedzieć", po czym wychodzi z sali. Na chwiejnych nogach człapam na krzesło koło umywalki. Zmieniła mi pościel.
Kazała się umyć CHUSTECZKAMI NAWILŻANYMI.
Nikt nie pomógł.
Siadam z powrotem na łóżko. Rozwaliło się do końca, ja wpadłam w dziurę. Aż zawyłam z bólu.
Przenieśli mnie na drugie łóżko na sali, które cały czas było puste.
Znowu dają mi zastrzyk.
Znowu zasypiam.

Fajnie było, dopóki nie przyszła nocna zmiana. O dziewiętnastej wołam o coś przeciwbólowego.
Już jestem w miarę ruchoma i trzeźwa. Z zegarkiem w ręce czekam na reakcję.
Czterdzieści minut. I to był rekord!
Współlokatorce też liczyłam czas reakcji personelu - bywało i dwie godziny.

W niedzielę już nawet nie prosiłam o nic "ichnego".
Rozpuszczałam kodeinkę i piłam. Już nic mnie nie bolało. Pomyśleć, że wystarczyły dwie tabletki na dzień i z głowy...

Po operacji nikt mnie nie umył, raz mnie tylko przebrano. Sama musiałam polegać na sobie i swojej rodzinie. Współlokatorka tak samo.
Nikt nie powiedział "teraz można już pić" czy "teraz już można jeść". Sama musiałam pilnować godzin, dób od operacji i się dopytywać, co już mogę, a czego nie. Nikt nie poradził, jak używać pasa pooperacyjnego. Co mogę robić, czego nie.

W poniedziałek wyszłam. Dosłownie wyfrunęłam.
W domu jakoś łatwiej...

Podsumowanie?
Chyba zbędne.
Lekarze fajni. Anestezjolożka do dupy. Pielęgniarki pół na pół.
Salowa świetna, chociaż sama nie była w stanie ogarnąć ośmiu osób.
Tak, na oddziale było między pięcioma a dwunastoma zajętymi łóżkami. Trzy-cztery pielęgniarki na zmianie.
A my nie mogłyśmy się doprosić o przeciwbólki...
Ze współlokatorką wyłyśmy na zmianę. Płakałyśmy po nocach.
Gryzłyśmy poduszki.
A oni mieli to w dupie.

Zatem ostrzeżenie - na operację poszukajcie lepszego szpitala.
Do dzisiaj boli mnie i wątroba i żołądek po ich mieszankach lekowych.
Trzy tygodnie od operacji, a one jeszcze nie doszły do siebie...

Kurtyna.

PS. Jeśli ktoś ma ochotę pozwać mnie o zniesławienie - polecam. Mam świadków, że wszystko, co tu napisałam to najprawdziwsza prawda. A jeszcze może odszkodowanie za straty moralne dostanę ;)

* * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * *
SMS na numer 75 165 o treści: POMOC 6742
czyni mój świat lepszym :)

środa, 15 marca 2017



Argh!!!

Nie sądziłam, że będę pisać o tym notkę. Ale cały dzień tylko o tym myślę.
Nie potrafię przestać.
Doszło do tego, że pół dnia siedziałam (a właściwie - leżałam), gapiłam się w sufit i powtarzałam sobie:
"nie drap, nie drap, nie drap!".


Te swędzenie jest okropne!
Człowiek jest w stanie ogarnąć jakoś, że będzie bolało, że trzeba przeciwbólki łykać, ale, że nie będziesz w stanie myśleć o niczym, poza tym, że swędzi?
W życiu bym się nie spodziewała!

Poza tym, że swędzi - wszystko w porządku.
Szwy zdjęte, wątroba nieco marudzi (da się przeżyć, jeżeli zaczniesz się żywic kaszą manną i Heparegenem), miałam chwilowy problem z żołądkiem (chyba nie lubi Dorety...), ale też jakoś ogarnęłam.
Teraz tylko... Swędzi.
Kurwa, swędzi ;(((

posted from Bloggeroid

czwartek, 9 marca 2017



Instrukcja obsługi osoby chorej na raka (remake)

Dawno temu, na samym początku istnienia bloga, napisałam Instrukcję dla osób niewprawionych i niedoświadczonych.
Po dwóch latach chorowania nastąpił czas na aktualizację owego tekstu, bo doszłam do wielu nowych wniosków :)

INSTRUKCJA OBSŁUGI CZŁEKA Z RAKIEM

1) Chory człowiek dalej jest człowiekiem.
Wbrew pozorom, nie rozmawiamy tylko o chemiach i naświetleniach, nie dyskutujemy o modelach chustek, czapek i peruk.
Jestem tym samym człowiekiem, którego znałeś. Tylko troszkę mądrzejszym.

2) Odciągnij uwagę.
Postaraj się nie pytać, jak wyniki, jak się czuje, jak postępy leczenia. Rozumiem, że się martwisz i chcesz wiedzieć, ale zwykle mamy dość tematyki rakowej.
W wolnej chwili od chorowania chcemy... być zdrowi.

3) Nie gadaj o alternatywnych sposobach leczenia.
99,9% moich zaraczonych znajomych nienawidzi tematyki pestek moreli, odkwaszania organizmu, oleju z konopii i tym podobnych. Jeżeli ktoś już podjął leczenie standardowe to, wierz mi, raczej nie skusi się na czary-mary hokus-pokus.
Co więcej - takim gadaniem możesz nawet zaszkodzić.

4) Nie traktuj mnie jak dziecko.
Umiem sama wstać, przejść, nawet zakupy zrobię.
Jeśli sobie nie radzę - delikatnie zaproponuj pomoc. Ale nie wyręczaj.

5) Daj się ponieść marzeniom.
Lubimy planować. Lubimy marzyć o dniu, gdy już będziemy zdrowi. Daj nam ten luksus. Pozwól czekać, niecierpliwić się.
Nie planuj rzeczy zbyt odległych. Ale spokojnie możesz zaplanować coś miesiąc naprzód.
Dasz siłę do przetrwania. I nowy punkt odniesienia.

6) Zainteresuj się budżetem.
Kwestia finansowa to zwykle temat tabu. Jednak pewnie wyczujesz, że coś jest nie tak.
Nie proponuj wspólnego wyjazdu na wakacje, gdy koszt to pińć milionów dwieście. Przy raku pieniądze topią się jak lód na wiosnę.
Ileż razy musiałam mówić "nie chcę", bo wstyd było mi powiedzieć "nie stać mnie"...
To boli. I wywołuje poczucie winy.

7) Najważniejsze:   NIE LITUJ SIĘ!
Litość to paskudna rzecz.
Wyważone współczucie - owszem, mile widziane.
Ale litość?
Nie potrzebujemy jej.
Jedyne czego potrzebujemy to komunikatu: 
Jestem. I będę, obojętnie, czy będzie dobrze czy źle. 
Nigdy nie zostawię Cię z tym samego.

Pozdrawiam cieplutko!
Ja dalej leżę i nic nie robię. Uh...
Do tego dzisiaj brzuszek boli jakoś bardziej... :(


* * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * *
SMS na numer 75 165 o treści: POMOC 6742
czyni mój świat lepszym :)

środa, 8 marca 2017



Siedzenia na doopie dzień trzeci (i już mnie coś trafia)

Wcale nie tak łatwo nic nie robić.
Robię już listę rzeczy, które można czynić w pozycji leżącej (i nie mając komputra na brzuchu, bo to też boli).

I nie mam nic. Szydełkować się da, ale nie mam nawleczonych koralików (a tego na leżąco robić nie polecam).
Mogłabym wyszywać, ale strasznie się nitki plączą.
Czytanie mi nie wychodzi, bo czytam zwykle leżąc na brzuchu. Inaczej nie umiem.

Chyba zaraz całe Simsy przejdę. Jak Chuck Norris!

Mogłabym rozliczyć PITy, ale wymaga to przekopania się przez stertę dokumentów. Na siedząco. Jak siedzę to boli brzusio.

Oglądanie seriali to dłuższa zabawa kabelkami pomiędzy komputrem a telewizorem. A ja się nawet schylić nie umiem, co dopiero za tivikiem grzebać.

KURWA!
NIE MAM CO ROBIĆ!

Wczoraj byłam ambitna i nawet obiad ugotowałam.
Brzuszek się zbuntował, uczynił mi dzisiaj kryzys i nawet nieco krewki z szewka puścił.

W ramach nudzenia się pospałam do jedenastej.
Ale ileż można spać?

Płakać mi się chce.
Tyle przynajmniej mogę zrobić w pozycji horyzontalnej...

A w akwarium jakiś dziwny pomór. Trzy rybki zdechły od poniedziałku.
W tym mój ukochany, najpiękniejszy skalarek.




Tak, ten największy... :(

Wczoraj odeszła śliczna, największa pielęgniczka meeka.
Dzisiaj ramirezka.

Mam ochotę kupić sobie na pocieszenie z dwie rybki.
Ale to wymaga wyjścia z domu.
Już dwa opierdole zebrałam za sam pomysł opuszczenia pieleszy.
Więcej się nie wychylam...

No nic. Odpalam Simsy. Kurwa...


* * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * *
SMS na numer 75 165 o treści: POMOC 6742
czyni mój świat lepszym :)

wtorek, 7 marca 2017



Praca wre (i kilka pooperacyjnych prawd)

Podobno chodzę jak gołąb.
Nie Kawaler łazi za mną po domu i kusi słowami "grochu! grochu!".
Grochu wolę nie.
Jakby mówił "Bitej śmietany! Bitej śmietany!" to może bym się skusiła ;)))

Psie smycze idealnie nadają się jako prowizoryczne drabinki rehabilitacyjne.
W każdym pokoju mamy jakąś przypiętą do kaloryfera. Pomagają mi zmieniać pozycje z horyzontalnej na wertykalną. Ciekawie bywa, nie powiem.

Śmiem również twierdzić, że w szpitalu było mi łatwiej siedzieć i się nudzić.
Nie chce mi się siedzieć i nudzić w domu.
Doprowadziło to do lekkiego (leciuteńkiego!) krwawienia z szewka, zatem siedzę na doopie i już nic nie ruszam, bo jeszcze sobie krzywdę zrobię.

Ale to nic nie robienie nie dotyczy wycinania ulotek, które własnoręcznie zrobiłam, wydrukowałam i teraz zmieniam ich rozmiar z A4 na A8. Niektóre na A6. I jeszcze kilka na A7. O ile takie rozmiary w ogóle istnieją.
Jeśli nie istnieją to właśnie zaistniały, gdyż je wyprodukowałam.
Ulotki wyglądają o tak:


Jak Wam się podobają? Ja jestem z nich dumna ;) Strasznie dumna! :D
Pozwalam Wam je drukować, rozprzestrzeniać, udostępniać, mnożyć, dzielić, polecać, wciskać, rekomendować, zachwalać, zalecać, eksponować, promować, lansować,  puszczać w świat, wyróżniać, podsuwać, przekazywać, szerzyć, rozsiewać i wszystko, co związane jest z wyżej wymienionymi ;)
A nawet będę za takie postępowanie wdzięczna :)
Zezwalam również wykorzystywać informacje na niej zawarte... Wiecie, rozliczenia, PITy, magiczne procenciki...
Wiecie zapewne, co z tym robić.
I zapewne wiecie, jak ogromnie wdzięczna będę i radosna, gdy coś się na Fundacji uzbiera.

Za pomoc, jak zawsze, OGROMNIE DZIĘKUJEMY!

Btw. Wczorajsza wizyta w aptece kosztowała prawie 150zł. MASAKRA.
A już się tak cieszyłam, że pięknie i grzecznie nam upłynął cały miesiąc, a nawet i na marcowe ubezpieczenie samochodu odłożyliśmy.
Odłożenie się dołożyło do budżetu i jakoś lecimy, ale i tak nie podobają mi się ceny leków. Bardzo mi się nie podobają. Kpina jakaś.
Szczególnie w zestawieniu z wysokością renty.
No ale już nie narzekam, bo znowu będzie, że narzekam, a ja wcale nie narzekam. Tylko dzielę się spostrzeżeniami na temat wysokości zapomóg i cen "darmowego" leczenia w naszym kraju.
(Pamiętajcie, wszystko wina Tuska!)
Koniec wycieczki politycznej.
Wracam do ciachania. I wcale nie wyobrażam sobie nikogo, tnąc nożyczkami kartki na części szesnaste... ;)

Tak w ogóle to głodna jestem. I znowu muszę wstać.
Szlag by to.

Buziam mocno!

PS. Jak zajebiście jest być w domuuu!!! :)))


* * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * *
SMS na numer 75 165 o treści: POMOC 6742
czyni mój świat lepszym :)

niedziela, 5 marca 2017



Lucynka się obudziła (na dobre!)

Dawno się tak nie wyspałam. Zasnęłam po 20, wstałam około 9. Paranoja :D

A nastąpiło to po przygodach pt. "zaraz dam pani coś przeciwbólowego". "Zaraz" trwało 40 minut, co i tak jest cudem, bo po operacji 2 godziny czekałam na coś innego niż pyralgina i paracetamol (KURWA! PO OPERACJI DALI PARACETAMOL!).
No ale dzisiaj już nic nie brałam, śmigam w pasie pooperacyjnym po korytarzu, siedzę po turecku (leżę też po turecku ;)).
Największym wyzwaniem okazuje się...
Kibelek.
Trzeba w miarę szybko wstać z wyrka, doczłapać do łazienki na końcu korytarza, wleźć do kabiny, podciągnąć pas i koszulę, opuścić majty, jakoś usadowić dupsko i jazda. Jeśli tylko siku to pół biedy, przy "grubszej sprawie" chce się wyć z bólu.
No dobra, po wszystkim trzeba się podetrzec (KURWA! To jest najtrudniejsze w tym całym wypadzie ;)).
Podciągasz gacie (powodzenia ze schylaniem), obciągasz kiecę i pas i długa do łóżka.


Odcewnikowali mnie wczoraj. Pierwsza wyprawa na tron trwała ponad 30 minut. Już uwijam się w dziesięć ;)
W życiu bym się nie spodziewała, że wyszczanie się będzie takim wyzwaniem.

A w ogóle marzę o kawie, torcie, bitej śmietanie i plackach ziemniaczanych.
Awww...

I prysznicu. Zaznaczam teren smrodem. Bleee...
Zaraz Mężny wpadnie to pomoże mi się przebrać, umyć, cokolwiek.
Bo pielęgniarki mają nas w dupie ;)
Z sasiadką rywalizujemy, czyje włosy są tluściejsze i czyja koszula bardziej śmierdzi ;p
Poszłabym sama się umyć, ale zwyczajnie się boję. Może wytrzymam z tym smrodkiem do 14 ;)

Buziam Was mocno, doceniajcie ciągłość swojej powłoki, póki ją macie! ;)

posted from Bloggeroid

sobota, 4 marca 2017



czwartek, 2 marca 2017



;)

Pierwsza z piguł okołooperacyjnych wzięta.
Zatem...


...do zobaczenia w świecie z jednym jajnikiem ;)

(chyba piguła działa, bo się nie boję
chcę to mieć już za sobą... ;))

posted from Bloggeroid

środa, 1 marca 2017



Jak najdalej stąd, jak najszybciej chcę biec, byle jak najdaleeeej..!

Jedną nogą jestem za drzwiami szpitala. Drugą za oknem.
Taka rozerwana tkwię w łóżku. I wcale nie podoba mi się myśl, że już w piątek mnie poharatają.
Jakoś czuję się przywiązana do mojej spójności i nienaruszonej powłoki cielesnej.
Dziwnie mi z myślą, że ktoś będzie mi babrał łapami w bebechach.
Może i bebechy są niegrzeczne, ale są moje. Jestem o nie zazdrosna.

Nie podoba mi się to, co widzę na łóżku sąsiadki. A widzę tam sąsiadkę po operacji.
Te wszystkie rurki, kabelki, leżenie na płask przez cały dzień.
Nie chcem.

Można przejść operację jakoś, nie wiem, internetowo? Korespondencyjnie?
Poproszę na wynos!


posted from Bloggeroid