wtorek, 15 listopada 2016



Jak utrudniać sobie życie

Właśnie skończyłam czytać serię "Ola i Otto" pióra Aleksandry Rudej (swoją drogą - polecone przez Anię z Aniversum). Książka rewelacyjna - lekka, przyjemna, masująca gardło kolejnymi salwami śmiechu. I przypomniała mi o czymś. O akademiku.


Tak, dobrych parę lat temu mieszkałam w akademiku. Czas to był pięknie prosty i nieskomplikowany.
Wstawałam rano, pożerałam Mlekołaki cynamonowe rozmoczone w jogurcie, robilam termos kawy i, z owym napojem, popierniczałam na zajęcia.
W drodze powrotnej kupowałam jakieś udko czy inne skrzydełko (gdy sakiewka zezwalała - filecik kurczakowy), Jeszcze w pełnym rynsztunku leciałam do kuchni (drugi koniec korytarza), do jedynego garneczka wrzucałam owe mięso i wracałam do pokoju. Prysznic, odcinek jakiegoś serialu. Powrót do kuchni. Wyciągałam kości z rozgotowanego mięsa, dorzucałam do tego samego garneczka (bo przeca tylko jeden miałam!) garść makaronu i serek topiony (tudzież szpinak ;)). Piętnaście minut gawędziłam z sąsiadami. Gotową "potrawę" trachałam do pokoju. W zależności od dostępnych naczyń (jeden talerz głęboki, jeden duży obiadowy, jeden mały i komplet sztućców) wykładałam jedzonko na talerz lub szamałam z garnka. Porcja wychodziła dwudniowa, więc dzień później musiałam tylko szamę odgrzać. Kilka godzin nauki (albo seriali, albo wycieczek miastowych, albo randek, albo imprez, albo muzyki, albo niczego), na kolację pomarańcza lub banan, niekiedy jabłko lub coś bardziej egzotycznego ;) Wieczorem do miseczki wrzucałam garść gwiazdeczek cynamonowych, mieszałam z jogurtem, ustawiałam na noc na kaloryferze. Rano powtórka ze schematu.

Gdy znudziły się śniadania - zmieniałam smak jogurtu. Jajka kupiłam dwa razy. Wszystkie od razu ugotowałam, bo nie chciało mi się co chwilę do kuchni latać. I w ogóle - gotowane były dłużej zdatne do spożycia. Parówki gotowałam w czajniku bezprzewodowym, nie ruszając nawet zada z pokoju. Przywleczone z domu schabowe odgrzewałam w opiekaczu do kanapek. Co śmieszne - chleb kupiłam może ze dwa razy ;) Za to moja współlokatorka wielbiła opiekacz - przywoziła z domu niemal cały chleb przerobiony na kanapki, trzymała je w lodówce i w razie konieczności - odgrzewała w sandwichu ;)
Ziemniaki (całe półtora kilograma) kupiłam raz. Wyprowadzając się wyjmowałam je z szafki - pięknie zakwitły ;)

Nawet szczurka miałam! Demon się nazywał. Cudowne stworzenie!
Zwykle zapominałam kupić mu żarełka, więc jadł to, co ja - makaron, kulki cynamonowe, troszkę mięska i to, co wysępił od sąsiadów z piętra. A po korytarzu często biegał. Lubił :)
Lubił też latać z nożem w pyszczku (nie pytajcie, nie wnikajcie - nie wiem, o co mu chodziło). Klatkę miał zawsze otwartą, spał ze mną w łóżku. I grzecznie załatwiał swoje potrzeby w kuwecie.
Tryb życia mu chyba sprzyjał, bo dożył do sędziwego (jak dla szczurów) wieku czterech lat. Żadnemu z późniejszych ogoniastych się to nie udało.


W czwartki miałam tylko jeden wykład, gdzieś o 18. Poranek poświęcałam na sprzątanie, bo prosto z piątkowych zajęć już jechałam do domu.
Czasami nie jechałam, wtedy wraz z Uti korzystałyśmy z dobrodziejstwa pralni i suszarni. Przy tym trzeba było pamiętać, aby bieliznę suszyć w pokoju na kaloryferze. Miała dziwną tendencję do znikania z akademikowej suszarni. Aczkolwiek trend ten nie dotyczył skarpetek. Podejrzane to było ;)

Na przeżycie miałam 300zł. Starczało i na żarcie, i na wino z czekoladą od czasu do czasu, a nawet na buciki czy kurtkę. A i oszczędzić potrafiłam. Nie wiem, jak to działało, nie wiem.
No dobra, może i miałam małą fabrykę kolczyków i biżuterii ogólnopojętej, ale nie zbierałam na niej jakiś kokosów. Tak raczej reperowałam budżet.

I teraz powiedzcie mi - jak to możliwe, że mieszkając w akademiku miałam czas na wszystko, absolutnie nie byłam zmęczona, nie musiałam kombinować nad rozmnożeniem środków brzęczących w portfelu?
Mieszkamy we dwójkę (plus trzy koty, nie wolno zapominać ;)), a ja od rana latam ze szmatą, zastanawiam się nad obiadem, marudzę, że jemy za mało warzyw. Czas wolny pożerają mi książki. A czas wolny posiadam od godziny 22 do 2. Wcześniej nie umiem się ze wszystkim wyrobić.
Po co nam dwie kompletne zastawy, telewizory, komputry, 56 metrów kwadratowych, dwa mopy, siedem wiader, dwie szafy ubrań?
Jak pomyślę, że wszystkie moje szmatki mieściły mi się w czterdziestu centymetrach szafy to aż nie wierzę.

W którym momencie zamiast żyć zaczęłam sprzątać?

W ramach powrotu do przeszłości dzisiaj na obiad szara breja z makaronem i mięsem. Zrobię na dwa dni. Żeby tradycji stało się zadość!