środa, 20 lipca 2016



Zębolog - epizod pierwszy

Powiem Wam, że bycie zębologiem to strasznie ciężki zawód.
Nawet bycie prześliczną, słodką, milutką i delikatną blondyneczką nie uratuje Was przed ciskanymi mentalnie tasakami i piłami łańcuchowymi.

Tak, odbyłam wczoraj pierwszą od trzech lat wizytę na znienawidzonym fotelu.


Cały dzień (...o ile nie tydzień...) chodziłam jak struta, stres odbierał mi chęć do życia i siły witalne. Co druga myśl oscylowała w granicach "wtorek, wtorek, kurwa, wtorek...".
Śmieszne, nie? Ja, herszt baba, która przeżyła chemię, radio, dziwne zabiegi i badania, trzęsłam się jak galareta na samą myśl o tych białych gabinetach i lampie świecącej prosto w ślipia.

Już w poczekalni siedziałam jak na szpilkach (rozglądając się nerwowo i szukając szansy na ucieczkę). Gdyby nie Tatusiek, który dybał na mnie z kanapy naprzeciwko to pewnie wzięłabym nogi za pas. Zaszczułabym się w domu z butelką wina i miała w nosie cały dentystyczny cyrk.
No ale Tatusiek dybał.

Okazało się, że jest źle z moimi kłami. W sensie - u góry wszystkie do naprawy, jakieś pięć do wyrwania, dolne całkiem sprytnie uniknęły zniszczeń.
Wchodzi myk drugi - po radioterapii trzeba odczekać pół roku przed wyrywaniem. W ten sposób mój plan "zrobić wszystko w dwa miesiące i mieć zębologów w dupie na kilka następnych lat" zupełnie nie wypali.
No, ale jakby nie było - owocnie odzyskałam pół jedynki, które odpadło po trzeciej chemii. Dziwnie się czuję mogąc szczerzyć się pełną gębą ;)
Bolało? Bolało. Jeszcze dzisiaj czuję jakby mi ktoś brutalnie dociskał czoło do fotela, a potylica fantomowo odczuwa ucisk zagłówka, Ząbek zainteresowany wczorajszymi manewrami też pobolewa, okoliczne dziąsła również.
Ale! Ale!
Nie uciekłam! Wytrwałam!
Następna wizyta dopiero 29 sierpnia.
Może uda mi się przez chwilę chociaż nie odliczać...

Zębologofobia trwa w najlepsze! Szlag by to... :/