piątek, 29 lipca 2016



Wyciąg z domowej apteczki - czyli "must have" w każdym domu ;)

Zaliczyłam już masę lekarstw. Zwykle receptowych, drogich i... średnio skutecznych.
Jednak przez ostatnich kilka lat udało mi się wygrzebać perełki bezreceptowe.
Tanie, w miarę naturalne i... skuteczne aż do bólu!
Podzielę się odkryciami ;)



Miejsce 5.
Octanisept

Zapomnijcie o wodzie utlenionej i spirytusie. To cudeńko wygaja wszystkie ranki w kilka godzin!
W czasie chemii musiałam dezynfekować najmniejsze skaleczenia i otarcia (żeby się durna sepsa nie wżarła). Po tym czasie weszło mi to już w nawyk - dziabnę się? No to spryskać dziurę, nakleić plasterek. Następnego dnia zostaje już tylko strupek ;)
Nawet jak kot mnie podrapie to od razu pryskam tym cudem. Każdy pryszczyk, ugryzienie, wszystko praktycznie traktuję Octaniseptem. Dlaczego? Działa bakteriobójczo, wirusobójczo i grzybobójczo. Do tego nie piecze i... można nim traktować nawet błony śluzowe. Polecam, zamiast tradycyjnej soli, do płukania bolącego gardła ;) Nawet rany pooperacyjne fajnie wygaja ;)

Nie jest wybitnie tani (około 20zł), ale za to wydajny i prosty w użyciu. No i skuteczny :)


Miejsce 4.
Maść kasztanowa

To ustrojstwo pomogło moim żyłom przetrwać chemioterapię ;) Smarowanie widocznie zwiększa wytrzymałość żył. Pomaga też przy opuchniętych nóżkach i... siniakach :D

W zależności od firmy - około 10zł :)


Miejsce 3,
Maść cynkowa

To trzeba mieć w... kosmetyczce. W ciągu jednej nocy potrafi wysuszyć największego nawet syfa ;)
Z jego pomocą wybrnęłam z hormonalnej huśtawki zaraz po chemii - moja twarz wyglądała jak łańcuch górki (z kilkoma czynnymi wulkanami). W kilka dni problem znikł :)

Cena? Śmieszności - 2zł :)


Miejsce 2,
Maść majerankowa

Znacie stan katarowy, który nieleczony trwa siedem dni, a leczony zaledwie tydzień?
Alergicy pewnie wybuchają w tym momencie śmiechem, bo katar sienny potrafi trwać cały sezon...
A co z noskiem po miesiącu ciągłego smarkania?
Od tego jest właśnie ta maść :)
Raz dwa likwiduje podrażnienia noska, nawilża i... nie piecze jak zwykłe kremy ;P
Działa.

Cena? 3zł. A opakowanie trwa w nieskończoność.


Miejsce 1,
Hit absolutny!
Maść nagietkowa!

Podobno jest na wszystko. Odparzenia, odmrożenia, oparzenia, trudno gojące się rany, stany zapalne. Do tego działa silnie nawilżająco.
No cóż, być może to ta maść uratowała mi życie.
W październiku zeszłego roku w okolicach portu donaczyniowego zaczęła mi się zbierać ropa. Nie pomagały antybiotyki. Nic nie pomagało. Dopiero pod koniec grudnia pielęgniarka z hospicjum poleciła mi maść nagietkową.
W dwa dni przy porcie pojawiła się przetoka, cała ropa wypłynęła. Już po kilku dniach mogli mnie kroić. Wszystko dzięki niej :)
Dodatkowo na wierzchach dłoni posiadam oparzenia pochemiczne. No, kroplówka wyciekła, wypaliła skórę i żyły. Też nic nie pomagało. Każdy kontakt z zimnem lub gorącem kończył się strupami i zrogowaceniami. I swędzeniem. Bleah.
To cudo, stosowane zaledwie kilka dni, wyraźnie wygładziło skórę dłoni, zlikwidowało nadwrażliwość no i... pozbyło się blizn :)

Na chwilę obecną tej maści używam na mocne przesuszenia (nosek, między brwiami, policzki). Na stópki (nawet odgniotki usuwa :D), jako krem do rąk, na łokcie i kolana (pa pa szorstka skóro!). A nawet radzi sobie z zajadami i spierzchniętymi ustami. Oparzenia słoneczne też wygaja :)
Szczerze? Nie znalazłam jeszcze przypadłości skórnej, na którą owa maść nie działa.

A najlepsze są dwie rzeczy: działa bardzo szybko (zwykle jedna, dwie aplikacje i już jest po problemie :)) i... kosztuje grosze.
4zł za 20 gram.
Ale polecam od razu wziąć większe opakowanie - na pewno znajdziecie dla niej wieeeele zadań :)))



Post nie jest sponsorowany. Nikt nie płaci mi za reklamę. Ot - dzielę się odkryciami :)

czwartek, 28 lipca 2016



Chcę na wieś!

No. Żeby nie było: wróciłam ;) Chciałabym napisać, że cała i zdrowa, ale to byłaby lekka przeginka ;P

Kontynuując temat biletów: bilet dla opiekuna udało się kupić u konduktora. Chociaż chwilę trwało, zanim udało się nam dogadać, o co chodzi, ale, jakby nie było, problem zażegnany.
Dziwi mnie tylko fakt, że kupując przez internet ten mój bilet zdawało się, jakby cały pociąg był już zarezerwowany do granic możliwości - nic bardziej mylnego. Niemal całą podróż spędziliśmy w przedziale sami.
Swoją drogą - zapomniałam przez te kilka lat, jaką radochę sprawia mi podróżowanie pociągiem. Nie potrafiłam oczu oderwać od krajobrazu za oknem!

Do Wrocławia dotarliśmy późnym wieczorem w piątek.
W sobotę akcja "zwiedzanie!".


Oj. Ja i "zwiedzanie" w połączeniu z trybem pogody "piekarnik" to bardzo złe połączenie. Nie dość, że żar lał się z nieba, nie dość, że pot lał się na mnie jak owy żar z nieba, to jeszcze moje butki (zwykłe adidaski!) obtarły mi nóżki aż do krwi. Nie pomógł nawet szybki zakup zwykłych japonek, bo... one też mnie poobcierały ;)

Wrocław oczami turystki?
Poza parkiem (taki zamknięty, na którego terenie nie można jeździć rowerem, pić, palić, ani nawet wprowadzać psów - cud miód i orzeszki) nic mnie nie urzekło. No niestety, nie jestem typem mieszczucha.
Nie przekupiła mnie nawet plaża na rynku, ani nawet odkręcone hydranty i wszechobecne bańki mydlane. Wokół kręciła się masa turystów, zjeżdżających na Światowe Dni Młodzieży. Miłe to było dla oka, nie powiem :)
No i koniki. Za koniki na rynku miasto ma plusa. Już nie będę wymyślać, że męczą zwierzęta itp. itd., bo kopytne były typowo pociągowe, a dla nich dorożka z kilkoma ludźmi to pikuś. Lepsze to, niż gdyby miały orać w polu (bądź kopalni - jak to bywało jeszcze nie tak dawno temu).
Nawet akwarium w Arkadach, które Kawaler mi tak zachwalał, jakoś nie odbiło się zachwytem w moich oczach. Może po tych latach opowiadań spodziewałam się czegoś więcej?

No i wyszło tak, że Kawalerowi wytrąciłam z ręki kartę przetargową pt. "bo tam jeszcze nie byłaś!" i podtrzymuję swoje zdanie: żadnych wyprowadzek do Wrocławia!
Nie jestem kompatybilna z miastami. Jeszcze jakiś Rybnik by uszedł (lubię Rybnik <3), ale, przykro mi, metropolia całkowicie odpada.
Utrzymałam swoją opinię, która głosi, iż Ustroń, Bielsko, Wisła (i wszelkie zabite dechami dziury w pobliżu powyższych) to spełnienie marzeń. Nie chcę utknąć w zatłoczonym mieście, nie ma szans.

Wróciliśmy w niedzielę. Zahaczyliśmy nawet o dom Rodzicieli. I troszkę poświętowaliśmy z okazji 65. urodzin Tatuśkowego.

A od poniedziałku wzięłam się za sprzątanie. Bo zostawienie trzech kotów samopas to dość kiepski pomysł ;)

A dzisiaj? Drugi dzień latam z chusteczkami (a dokładniej: z papierem toaletowym). Już tak myślę, czy by go sobie nie zawiesić na szyi na sznureczku, żeby ciągle był pod ręką.
Kocham moje zatoki, serio. Padają szybciej niż wyczerpują się moje bateryjki w zadku.
Czuję się mniej osłabiona dzięki nim ;)))

A tak serio?
Uh. Ślub za 17 dni. Powoli zaczyna to do mnie docierać ;)))

piątek, 22 lipca 2016



PKP i bilety internetowe - czyli jak się wkurwić na wesoło ;)

Opowiem Wam świeżutką historię typu "z życia wzięte". Miała miejsce 20 minut temu ;)

Wybieramy się z Kawalerem na weekend do siostry Kawalerzastego.
Odkryłam, że bilety można kupić przez internet. No to jazda!


Wybieram pierwszy bilet: ulga 37%, osoba niezdolna do samodzielnej egzystencji, enter. Płacę, wszystko gra.

Zamawiam drugi bilet: ulga 95%, opiekun osoby niezdolnej do samodzielnej egzystencji, enter.
Wyskakuje okienko "podaj numer biletu osoby wymagającej opiekuna".
Wpisuję swój numer biletu, enter.
Wyskakuje błąd "brak wolnych miejsc w przedziale" i system pokazuje mi środkowy palec.
Tu już powoli nabieram mindfucka, ale nie poddaję się.

Wymieniam swój bilet na inny, ale go nie opłacam.
Zamawiam bilet dla opiekuna, wpisuję numer tego zamówionego, nieopłaconego biletu.
Wyskakuje błąd "bilet osoby towarzyszącej musi być opłacony".

No to próbuję zrezygnować z pierwszego biletu, żeby móc opłacić drugi (resztki finansowe na koncie ;)). Ha! Życzą sobie 15% opłaty "manewrowej". Czyli zamiast 23zł zwróciliby niecałe 20...
A jaka jest szansa, że za drugim razem uda się dorwać dwa miejsca w jednym przedziale,,,?

Przeca nie będę kupować piętnastu biletów!
Dzwonię na infolinię.

Przedstawiam pani sytuację.
Pani - No niestety widocznie pociąg jest już tak wykupiony, że nie można zamówić miejsc obok siebie.
Ja - Ale mi nie zależy na miejscach obok siebie, niech będą gdziekolwiek, tylko niech mnie system puści dalej.
Pani - No niestety nic z tym nie mogę zrobić.
Ja - A mogłaby Pani sprawdzić, w którym przedziale będą te dwa miejsca wolne, aby móc przez internet zamówić?
Pani - No niestety nie mam wglądu. Musiałaby Pani podejść do kasy.
Ja - No dobrze. A wie Pani może, czy w Żorach jest kasa?
Pani - Już sprawdzam... No niestety nie. Mogłaby Pani podjechać do Rybnika ewentualnie.
Ja - No niestety to ja jestem ta osobą niezdolną do samodzielnej egzystencji, więc raczej odpada...
Pani - No to może Pani zamówić bilet normalny, bez zniżki, wtedy system puści...

Podziękowałam za rozmowę i się rozłączyłam.
Bilet kosztuje 47 zł, ten ze zniżką (należną!) 2,35 zł.
Mam nadpłacić 45zł, bo mają ujowy system sprzedaży. No cóż...

Będziem walczyć u konduktora ;)))

czwartek, 21 lipca 2016



Łapki wszędzie... ;)

Mój Prawie Mężu to typ pedanta, niestety.
Gdy jestem w trybie "na chodzie" to ma głęboko w nosie obowiązki domowe. W jego mniemaniu chyba wszystko robi się samo ;)
Sprawa komplikuje się, gdy wkraczam w tryb "nie chce mi się" lub "nie mam siły".
Wtedy Mężny chwyta za odkurzacz i zaczyna się... gehenna ;P

Na początku ingerowałam w jego sprzątanie ("poodkurzałeś sypialnię?", "odsunąłeś kuwetę?"), ale ostatnio wzięłam na wstrzymanie. Niech uczy się na swoich błędach (jak i ja musiałam ;)).
Do czego zmierzam?

Wtorek. Ja po dentyście, ledwo kontaktuję, jestem w głębokim szoku - muszę odreagować skutki fobii. A mój Pan stwierdził, że posprząta. No okey, miłego ;)

Szkopuł w tym, że mamy starą drukarkę. Taka z odzysku, miała już dawno wylądować na śmietniku, bo ciecze z niej tusz na wszystko dookoła. Przeciwdziałam temu podkładając spodeczek pod rurkę-wyplujkę, no ale... Kawaler nieopatrznie ruszył cały stelaż. No i tusz wylądował na podłodze.
Niespiesznie poodkurzał resztę mieszkania.
No, ale drugi szkopuł w tym, że mamy trzy koty...
One nie przepuszczą okazji do wytaplania się w bajorku czarnej cieczy.
W ułamku sekundy pokryły mieszkanie gęstą plątaniną kocich łapek.
Kawaler się wściekł (a ja podśmiechiwalam się w duszy - znam ten ból, ale co będę korygować jego błędy... niech się uczy ;)), rozwinął sprzęt myjący.
Umył podłogę. Panny lekkich obyczajów latały na prawo i lewo.
No ale kotom oberwało się najgorszą z możliwych kar - zostały wykąpane.
Obyło się bez ran kłutych, szarpanych, drapanych i gryzionych, zatem jest dobrze.
Kawaler nie dostał zawału. Czyli wszystko bez zmian, ufff.


Dzisiaj już oszczędziłam chłopu małego armagedonu. Sama poodkurzałam.
Po co znowu stresować koty? ;)

środa, 20 lipca 2016



Zębolog - epizod pierwszy

Powiem Wam, że bycie zębologiem to strasznie ciężki zawód.
Nawet bycie prześliczną, słodką, milutką i delikatną blondyneczką nie uratuje Was przed ciskanymi mentalnie tasakami i piłami łańcuchowymi.

Tak, odbyłam wczoraj pierwszą od trzech lat wizytę na znienawidzonym fotelu.


Cały dzień (...o ile nie tydzień...) chodziłam jak struta, stres odbierał mi chęć do życia i siły witalne. Co druga myśl oscylowała w granicach "wtorek, wtorek, kurwa, wtorek...".
Śmieszne, nie? Ja, herszt baba, która przeżyła chemię, radio, dziwne zabiegi i badania, trzęsłam się jak galareta na samą myśl o tych białych gabinetach i lampie świecącej prosto w ślipia.

Już w poczekalni siedziałam jak na szpilkach (rozglądając się nerwowo i szukając szansy na ucieczkę). Gdyby nie Tatusiek, który dybał na mnie z kanapy naprzeciwko to pewnie wzięłabym nogi za pas. Zaszczułabym się w domu z butelką wina i miała w nosie cały dentystyczny cyrk.
No ale Tatusiek dybał.

Okazało się, że jest źle z moimi kłami. W sensie - u góry wszystkie do naprawy, jakieś pięć do wyrwania, dolne całkiem sprytnie uniknęły zniszczeń.
Wchodzi myk drugi - po radioterapii trzeba odczekać pół roku przed wyrywaniem. W ten sposób mój plan "zrobić wszystko w dwa miesiące i mieć zębologów w dupie na kilka następnych lat" zupełnie nie wypali.
No, ale jakby nie było - owocnie odzyskałam pół jedynki, które odpadło po trzeciej chemii. Dziwnie się czuję mogąc szczerzyć się pełną gębą ;)
Bolało? Bolało. Jeszcze dzisiaj czuję jakby mi ktoś brutalnie dociskał czoło do fotela, a potylica fantomowo odczuwa ucisk zagłówka, Ząbek zainteresowany wczorajszymi manewrami też pobolewa, okoliczne dziąsła również.
Ale! Ale!
Nie uciekłam! Wytrwałam!
Następna wizyta dopiero 29 sierpnia.
Może uda mi się przez chwilę chociaż nie odliczać...

Zębologofobia trwa w najlepsze! Szlag by to... :/

poniedziałek, 18 lipca 2016



Na kanapie leży... Wszystko.

Mam lenia. Zwyczajnie. Bez owijania w bawełnę - mam wszo dookoła w dupie. Postępujący armagedon domowy zbywam obojętnym spojrzeniem.


Odpoczywam.
Staram się nie myśleć.
Dłubię w nosie.
A zaraz odpalę sobie jakiś film i będę się dalej lenić.
I panoszyć na kanapie (wraz z orzeszkami, kawą i kilkoma kartkami wyrwanymi z notesika "ślubnego").

Lenistwo bywa fajne.
Szkoda, że tak szybko mi się nudzi.

środa, 13 lipca 2016



Sprzętoteka!

Mam dziwny zwyczaj personifikacji sprzętu. Każda rzecz w domu ma swój charakter(ek) i wymaga specjalnego traktowania. Dzisiaj będzie o... zmywarkach ;)

Pierwsza zmywarka była nieco chimeryczna. Nie mogła dostać naczyń z resztkami, potrzebowała świeżej dostawy soli i najlepszych detergentów. Do tego naczynia musiały być ułożone IDEALNIE.

Druga zmywarka to była taka lekka... blachara. Mogła dostać masę śmieci (nigdy się nie zapchała), nie potrzebowała soli, ale... człeku spróbuj wrzucić jej tabletkę gorszą niż najlepsza na rynku!
W odpowiedzi na Ludwika lub najtańszego Somata ustanawiała protesty i planowała zamieszki. Wystarczyło jednak wrzucić jej jakąś superdrogą nowość rynkową, a ona umyła wszystko. Nawet wówczas, gdy fizycznie było to niemożliwe.

Trzecia, aktualna zmywarka, to taka chłopczyca, którą czasami trzeba potraktować z kopyta. Musi mieć ogrom soli w sobie. W sumie już jak ma sól to można do mycia dodawać... więcej soli i odrobinkę octu, umyje idealnie. Nie lubi markowych detergentów. Najlepiej pracuje na... tabletkach z Aldika. Trzeba nieco uważać, jak się układa naczynia w środku, bo potrafi odstawić bunt maszyn i wyć w niebogłosy, ale zachowując przestrzeń prywatną dla każdego przedmiotu w środku - czyni cuda. Jednak od czasu do czasu, raz-dwa razy na miesiąc, trzeba ją sprowadzić do pionu. Nalać do środka Domestosa i wrzucić na pusty bieg. Inaczej zaczyna świrować ;)
Nienawidzi kawy, w sensie - fusów. Umyje wszystko, ale nie waż się wstawić niczego z chociażby jednym ziarenkiem zmielonej kawy. Blachara nie miała takiej fanaberii ;)

Ostatnia zmywarka strasznie przypomina mnie - nawet ja nienawidzę fusów z kawy ;P

I na życzenie - zdjęcie tegorocznych lilijek :)


Buziole!

wtorek, 12 lipca 2016



Vratila jsem!

No!
Skończyłam naświetlania. Lekko nie było, ale już widzę, że powoli odzyskuję siły :) Znowu biegam po domu ze szmatą i wiadrem, wieszam pranie za praniem i szoruję kuchnię. Więc jest dobrze.
Powoli przymierzam się do mycia okien. Ale bardzo powoli... Bo znowu pada ;)

Z wieści okołoślubnych:
Dotarła moja kieca! I jest absolutnie niesamowita! Nawet nie wiedziałam, że mogę wyglądać inaczej, niż Buka przebrana za baletnicę. A jednak ;)
Cieszę się jak dziecko, bo już faktycznie... wszystko gotowe. Dokładnie za miesiąc ślub, a my będziemy już tylko układać playlistę i się tulać ;)

Przyjechała też Agusia. I będzie w okolicy jeszcze dłuuuugo! Pysk mi się śmieje na samą myśl o tym, że ona jest gdzieś niedaleko i mogę w każdej chwili wymyślić sobie "wpadaj na kawuchę!".
No, będę sobie to wymyślać, jak odgruzuję chałupę.
Tydzień byłam półprzytomna, więc i stan domostwa ucierpiał. Bardzo.
Kurz chyba będę wycierać szlifierką o.O



Swoją drogą - zaczynam kolejną część przygody pt. "Przetwory na zimę". Dzisiaj przetestuję coś takiego jak "ogórki kanapkowe". Bo pierwsza porcja małosolnych już gotowa :)))

A poza tym to życie jednak jest zajebiste.
Trwa drugi dzień bez leków przeciwbólowych :)))

środa, 6 lipca 2016



Meldunek

Jeśli ktoś kiedyś będzie próbował Wam wmówić, że naświetlania to pikuś, to... Możecie w moim imieniu splunąć mu w twarz.

Dwa z pięciu zaliczone.
Pozostały już tylko trzy dni do przespania.

Jak dobrze, że mam jeszcze kilka sloiczków z pieczarkami.
Ratują mi podniebienie.

Idę dalej spać.
Trzymajcie kciuki.
Może dzisiaj nie zasnę w samochodzie...


A w ogóle to frytek. I arbuza.
I zrzucone 3kg w dwa dni.
Aż strach się bać...