wtorek, 7 czerwca 2016



Znikam

Tak jest, znikam tu i ówdzie. Głównie w strefie talii (o jak miło ją znowu widzieć!), lecz niestety "ochraniacze płuc" również cierpią (tak miło było je widzieć...).
Jest mnie 16kg mniej od niechlubnego rekordu wagowego z grudnia. Czyli idę, może i pomału, ale jednak do przodu ;)

Ból w tym, że to wszystko wymaga coraz więcej wyrzeczeń. I nie podoba mnie się to bardzo. Najbardziej tęsknię za... uwaga uwaga...


Ano. Frytkami. Od wieków już nie miałam takowych w ustach (a chętnie bym to zmieniła).
Cheetosów jeszcze do końca nie odstawiłam, ale już fantomowo za nimi tęsknię. Owa tęsknota charakteryzuje się pochłanianiem każdej spiralki, jaką spotkam na swej drodze. No niestety.

Ale ale. Nie ma źle, jeszcze słodzę napoje. I chyba nie prędko to się zmieni ;P

Powoli dojrzewam do wychodzenia na basen. Ale dalej trwa przeszkoda numer uno: nie posiadam kostiumu kąpielowego. W worek na śmieci niestety się nie zmieszczę, także wymówka całkiem konkretna.

Kompleksy na punkcie swojej wagi mam chyba już od zawsze.
I od zawsze bałam się jadać w miejscach publicznych. Gdy tylko ktoś na mnie krzywo spojrzał to od razu chowałam żarło do torebki i udawałam, że od trzech i pół miesiąca nie miałam nic w pysku.
Nie wiem, czemu pokutuje w ludziach przeświadczenie, że grubasy nie jedzą. Jemy, jasne, że jemy. W większości przypadków nawet kochamy jeść. O dziwo, nigdy nie jadałam dużo (zasada nie obowiązuje w okresie świątecznych wyżerek). Zwyczajnie problemy trawienne (nie bez powodu, jak już wiadomo) plus ciągłe terapie sterydowe.

Jeść publicznie nauczył mnie chłop. Kawaler lubi wyciągnąć mnie na jedzonko tu i tam, gdy tylko zasoby finansowe na to pozwalają. Taka metoda odciążenia mnie od garów (z jednoczesnym nie przeciążaniem garami siebie ;)).
Pierwsze wyjścia to była tragedia. No ale jakoś przetrwałam, przeca nie pokażę przed (wówczas jeszcze nie do końca) moim, że szamanie naleśników przy stoliku zaraz przy oknie to dla mnie jakiś problem ;P I tak powoli, powoli ogarnęłam temat.
Powtórny nawrót panicznego strachu przed jedzeniem publicznym pokazał się w momencie, gdy z rocznego aresztu domowego zaczęliśmy gdziekolwiek wychodzić. Test był niełatwy - ja jakieś 50kg większa niż przed chorobą, a ten ciągnie mnie do chińskiej knajpy w, uwaga uwaga, MARKECIE! Przez chwilę miałam wrażenie, że dosłownie wszyscy się na mnie gapią.
No ale przeżyłam. I zjadłam :D

A dlaczego to piszę? Wspominałam już, że w weekend bawiliśmy na koncertach. Wracając z imprezy byłam tak głodna, że pochłonęłabym konia z kopytami. Napatoczyła się po drodze Żabka, to i znalazły się Cheetosy (spiralki <3). Szłam środkiem chodnika z moim Prawie Mężem i żarłam spiralki pełną gębą.
Jakaś kobita na mnie krzywo spojrzała. Nawet nie spojrzała - GAPIŁA SIĘ chamsko, jak metal na Dodę czy skin na murzyna.
A ja co? Zjadłam spiralkę, oblizałam się i z szerokim uśmiechem spojrzałam na nią wzrokiem pt. "Ty będziesz następna".
Zadziałało? Zadziałało ;P

I, jak to mi kiedyś kumpela rzekła, "masz zbyt wielką duszę, by zmieściła się w rozmiarze 38".
Skubana dusza, podczas choroby urosła do rozmiaru 52 o.O

PS. Pragnę wszystkich uspokoić, że nie postradałam zmysłów i się nie katuję. Dieta jest konieczna, żeby odciążyć mój zaguzowany kręgosłup. Chciałabym, aby jeszcze troszkę mi posłużył :)

PPS. Wiecie, kupienie z siedem lat temu rowerka stacjonarnego to był genialny pomysł - nie ma lepszego wieszaka na ubrania i uchwytu do dźwigania się z łóżka. A i koty lubią na nim spać. Same pozytywy! ;)))

PPPS. A może ja już bym poszła spać?

PPPPS. Zaaaaraz... Gdzieś tu widziałam moje spiralki... ;)