czwartek, 26 maja 2016



Lecę w kulki

Bilard ma moc.


Gdy odwiedzili nas A. i M. to pognaliśmy w otchłań nocy. A dokładniej do baru. Bo KULKI!
Okazało się, że są darmowe, więc hulaj dusza, piekła nie ma. To była ekstaza!

Dzisiaj nawiedziliśmy Mamuśkę w szpitalu. A co tam było? KULKI!
Partyjka rozegrana z Mężczyznami Mojego Życia to doświadczenie nie do opisania.
Tatusiek niemal nas pokonał :D Nawet Matula pokusiła się o jedno uderzenie kijkiem w piłkę.
Jest moc :)
Swoją drogą - gdyby na onkologii pokusili się o bilard to chyba nikt nie byłby w stanie ściągnąć mnie do domu ;)

Nie. Nie jestem dobra w graniu w kulki. Ale uwielbiam to. I czasami nawet udaje mi się wbić piłkę do dziurki, taka zdolna jestem ;)

A wiecie, co w tym najśmieszniejszego?
Gdy widzę stół i kije i piłeczki i to wszystko dookoła to mój upierdliwy kręgosłup zapomina, że mnie napierdala nieustannie od czwartku. Taka magiczna moc.

Wniosek prosty. Na opakowaniu przeciwbólków powinny być KULKI.
Bo kulki mają moc <3

Przygotowania do ślubu idą pełną parą. Nawet zaproszenia już w drodze (do nas, nie do gości ;)). W następnym poście może nawet pokuszę się o opis "batalii o kieckę". Bo to zasługuje na spisanie.

Ale póki co zmykam do łóżka. Bo kręgosłup. I morfina zaczyna działać (zieeeeeew!).
Że tak zacytuję Skazę z Króla Lwa: "Wybacz, że nie podskoczę z radości - boli mnie grzbiet." ;)))