piątek, 20 maja 2016



Pan (w) Domu

Kura domowa, pani domu, niepracująca...
Można wymieniać nazwy godzinami, ale jedno jest stałe - źle się kojarzy.

Tzw. "siedzenie w domu" to, wbrew opinii publicznej, dość ciężka harówka. A nasi "Panowie" nie do końca ogarniają, o co chodzi z tym, że nie mamy czasu (bądź już siły) iść na imprezę, wykąpać się, pomalować, pójść na spacer czy, chociażby, zajrzeć na fejsbuka ("Jak to nie widziałaś, co opublikowałem?!?!?!"). Często dopytują się "a coś ty taka zmęczona..?". Kobietom niepracującym, zajmującym się domem, nie trzeba tłumaczyć. Ale reszcie chyba tak.


Kilka dni temu na twarzoksiążce opublikowałam obrazek, przedstawiający harmider domowy i męża wracającego z pracy.
Mąż - Kochanie, co tu się stało?!
Żona - Nic. Po prostu nie zrobiłam tego, co nazywasz "siedzeniem w domu".

I, jakby przepowiednia, stała się u nas rzecz podobna ;)

Mój Prawie Mąż jest z tych, co potrafią włączyć pralkę, powiesić pranie, odkurzyć, wstawić czy też wyjąć naczynia ze zmywarki, czasami nawet samodzielnie wyjmie pełny worek z kosza. Do tego uwielbia tym chwalić się przed znajomymi. Ja wówczas, zdumiona, podnoszę brwi. Ale siedzę cicho. Co mu będę psuć publiczny image?
Bo mój Pan nie do końca wie, jak wygląda "domowy" dzień ;)
Niestety, zdaniem Panów Pracujących, wystarczy raz w tygodniu poodkurzać, umyć naczynia, kuchnia naturalnie jest lśniąca, w kibelku mamy samoczyszczące się sanitariaty, obiad to pół godziny roboty, a kwiatki i trzoda domowa żyje samym powietrzem. Nie wspomnę już o tym, że brudne skarpetki to tak naprawdę zaklęte gąsieniczki, które, gdy śpimy, samodzielnie lądują w koszu na pranie. Podobną właściwość mają wszystkie inne brudne rzeczy pałętające się po mieszkaniu.

I tak w środę byłam na tomografii. Samo badanie było dopiero o 17:35, a do Katowic wyjechałam przed 11. W takich sytuacjach zwykle, w biegu przed eskapadą, sprzątam w kocich kuwetach, wstawiam zmywarkę, raz dwa nastawiam pranie i dopiero wybywam w świat. Zwykle też jeżdżę wcześniej i wracam zanim K. wróci do domu.
No, ale przedwczoraj było inaczej, do domu zawitałam przed 20.

Pan Domu dostał zadanie "zrób mi coś do zjedzenia, może być omlet".
Dzwonię do niego i informuję, że będę za kwadrans i może smażyć. No i...
Punkt pierwszy: "Jak będzie jakaś czysta patelnia to zrobię". Uhu, ktoś nie wstawił naczyń. Jednak trzeba myć je częściej? ;)
Punkt drugi: przychodzę do domu, odkurzacz rozwalony na całą podłogę. "Wiesz, jak koty nabrudziły żwirkiem?". Uhu, wiem.
Punkt trzeci: "Wiesz, jaki tu był sajgon? Nie było jak wody do czajnika nalać!". Uhu, wiem. Norma.
Punkt czwarty: mój Pan, krzywiąc się, szuka noża i widelca. Jakoś zdobył jeden widelec. Sam zjada kolację małym widelczykiem, do ciasta. Złośliwa jędza w mojej duszy zdycha ze śmiechu ;)
Punkt piąty: "No popatrz, jak ładnie ogarnąłem mieszkanie!". Uhu, widzę. Codziennie to robię. I to lepiej. I nie domagam się pochwał. Bo i tak nikt tego nie zauważa ;)

Dzień później sama nie wiedziałam, do czego ręce włożyć. Kwiatki podwiędnięte, wszędzie pełno piasku, koty zarzygały podłogę, śmieci wysypują się z kosza... No nic, codzienność.
Ale przecież ja tylko "siedzę w domu" :)))

Przez tą notkę prawdopodobnie śpię na kanapie. Życzcie mi powodzenia ;)))