czwartek, 19 maja 2016



Z życia wzięte - garść doznań z ostatnich dni

Powoli gubię się w wydarzeniach. Dużo się dzieje. Tak dużo, że nawet nie mam kiedy tego spisywać.

We wtorek zaliczyliśmy pogrzeb wujka od mojego Prawie Męża.
I byłoby w porządku. Byłoby dobrze. Gdyby ksiądz nie pierdolił od rzeczy.
O ile przy "Bóg jest sprawiedliwy i miłosierny" jeszcze jakoś się trzymałam, o tyle "Bierze do siebie ludzi, którzy są u niego potrzebni bardziej, niż na ziemi" się poddałam.
Miałam ochotę rzucać w księdza cegłami. Tasakami. Pociskami przeciwczołgowymi.
Czy ktokolwiek może bardziej niż dziecko potrzebować matki?
Jaka jest sprawiedliwość w tym, że ludzie umierają w mękach?
Jakie miłosierdzie jest w bólu, cierpieniu, łzach, tęsknocie?
I czemu mamy być pokorni? Po co? Dlaczego mamy zwiesić głowy i brać, co Bóg daje i oddawać to, czego żąda?
Nie po to mnie stworzył, butną, dumną, wojowniczą, żebym pozbawiała się tych cech.
Nie po to zrobił ze mnie maszynkę do pokonywania przeciwności życiowych, żebym oddawała się na jego łaskę czy niełaskę.
Księża powinni być inni. Powinni czegoś doświadczyć w życiu. Nie może nauczać nas młokos, który gówno wie o życiu. Ksiądz powinien mieć swój bagaż doświadczeń, swój zbiór przeszkód, które pokonał, swoje życiowe doświadczenie.
Może wtedy nie musiałby unikać moich gromiących spojrzeń i mentalnie ciskanych ostrych i ciężkich przedmiotów.
Może wtedy zaczęłabym chodzić do kościoła. I może zaczęłabym wierzyć w instytucję Kościoła.

W takich średnio sprzyjających okolicznościach poznałam rodzinkę Prawie Męża. Mimo atmosfery byli dla mnie zaskakująco mili i cieplutcy. Niepotrzebnie się stresowałam... Zupełnie to zbędne było ;)

Teraz zmiana tematu na przeciwstawny ;)


Ostatnio polataliśmy po salach weselnych. Były trzy.
1. Zaskakująco miłe przyjęcie. Jakbyśmy byli już klientami. Kobitka niesamowicie fajnie wszystko wytłumaczyła, dała ksero oferty. Przygotowana na maksa, chociaż wcześniej nawet się nie umówiliśmy. Gdzieśtam w weekend dzwoniliśmy o tego 13 sierpnia, ale bez deklarowania się. A ona o wszystkim wiedziała, chociaż nie z nią rozmawialiśmy ;)

2. Sala niby okej. Gdyby babka nas nie wprowadziła przez zaplecze. Stan zaplecza? TRAGEDIA! W życiu nie chciałabym jeść chociażby sałatki, która stała w tamtejszej kuchni.
No i kobiecina poleciała po bandzie, bo... zamiast propozycji wesela miała przyszykowaną... propozycję stypy ;) Tak tematycznie, my świeżo po pogrzebie, no to czemu by nie, siedzimy w temacie. Tylko nie wiem, kto planuje stypy trzy miesiące naprzód ;) Pani się grubo tłumaczyła, przepraszała itp, ale jednak niesmak pozostał. Jak już powiedzieliśmy, że my tak tylko orientacyjnie to... zamknęła papiery, ofertę i w sumie nas spławiła. Wal się. Pfr.

3. Piękna sala. Nożesz cudna. Tylko za mała. No niestety.

Przygotowania do małego ślubu wcale się nie różnią od przygotowań do dużego ślubu, wierzcie mi.
I tak trzeba wszystko zaplanować, rozplanować, załatwić, obdzwonić...
Ale podoba mnie się to :D
Chodzę uśmiechnięta od ucha do ucha. No dobra. Wcale nie chodzę. Tańczę :D
Cudnie będzie. Tylko nadal nie mam sukienki ;)))

Znowuż zmiana tematu ;)

Wczoraj byłam na tomografii bebechów.
Latałam po szpitalu, jakbym była u siebie. No w sumie... w zeszłym roku spędziłam tam w sumie z 3-4 miesiące (musiałabym to policzyć, hmm...).
Cały personel witał mnie z szeroko otwartymi ramionami :D Wytuliłam wszystkich, jak rodzinę. Chwaliłam się na prawo i lewo, że bierzemy ślub, a oni byli dosłownie wniebowzięci :)
Mój wygląd wywoływał "efekt wow".
Jak dla mnie niewiele się zmieniłam. Ale widzę siebie codziennie w lustrze ;) Powoli sobie chudnę, jakiś kilogram na dwa-trzy tygodnie (bez pośpiechu, nigdzie się nie wybieram ;)), znikły opuchlizny posterydowe, pyszczek też jakby gładszy. I wszędzie słyszę "wooooow!" :D
Miłe to jak diabli ;) Do tego dochodzi mega banan na pysku i śpiew radości w sercu (ślub, ślub, ślub!) i mamy roześmianego, szczęśliwego Lucyferka :)

Siedząc przed salą z tomografem, gdy wypijałam moje półtora litra kontrastu, rozmawiałam z jedną babeczką. Przyprowadzili ją z oddziału na tomografię.
Oj, jak narzekała. I jak uparcie twierdziła, że ja nic nie wiem ;)

B(abeczka) - No ileż można czekać? Ileż to może trwać?! Ciągle tylko kroplówki, bo cukier mi spada, no i muszę glukozę dostawać... Już nie mam siły.
J(a) - Glukozę? Przecież to nie koniec świata...
B - No pani nie rozumie, bo mi cukier spada, bo mam guza na trzustce.
J - Rozumiem, też miałam glukozę, też przez guza na trzustce.
B (konsternacja) - No to straszne, już mnie wenflon boli, ciągle w żyle...
J - To chemię pani dostaje?
B - Nie, jeszcze nie, dopiero diagnozują i mnie na badanie przyprowadzili...
J - Jeszcze wiele przed panią. Trzeba być dobrej myśli, raczysko lubi jak się stresujemy i martwimy. Musi pani się po prostu uśmiechnąć i brać na klatę, co los zsyła. W końcu będzie dobrze.
B - Łatwo się pani mówi, pani taka młoda, zdrowa, uśmiechnięta...

I w tym momencie nie wiedziałam już, co odpowiedzieć, utonęłam w wybieraniu zaproszeń na allegro.
Co miałam jej powiedzieć?
"O, to niech pani się szykuje, że będzie jeszcze gorzej. Przy chemii człowiek się czuje, jakby mu do żył czystą lawę wtłaczali."
Bo, niestety, nie miałam ochoty przepuszczać przez usta: "Wcale nie jestem zdrowa. Nauczyłam się tylko ignorować chorobę.".
Nie miałam też ochotę opowiadać o tym, jak tygodniami przyszpilona byłam do łóżka. I to wcale nie z powodu glukozy (którą łatwo się naprawia, serio). A jakbym jej opowiedziała o tym, co we mnie siedzi, to i tak by nie uwierzyła.
Staram się dawać ludziom dookoła siłę. Ale czasami jej zwyczajnie nie chcą.
Nie każdemu da się pomóc...
A szkoda.

Ale radujmy się!
Wesele na karku! Ślub już za pasem!
W tym momencie na raka nie mam ani czasu, ani ochoty.
A już miejsca w moim życiu na niego nie ma zupełnie.
I tego trzymać się trzeba ;)