piątek, 13 maja 2016



Czas na radość :)))

Po wielu miesiącach udręki, życia z dnia na dzień, pozbawiania się wszelakich przyjemności, odstawiania na bok swoich marzeń i pragnień... nastał czas dla NAS.

Korzystając z okazji, że pech wziął sobie czasowy urlop...
BIERZEMY ŚLUB :D


Za trzy miesiące, trzynastego sierpnia w samo południe, powiemy sobie "tak", czy wyklepiemy jakąś tam formułkę w Urzędzie Stanu Cywilnego. A później, z garstką najbliższych nam ludzi, pójdziemy na (rzekomo uroczysty ;)) obiad do restauracji.

Niby ślub mały i skromny, ale, raz po raz, dochodzą nam nowe rzeczy do załatwiania.
Jeszcze raz trzeba skoczyć do Urzędu.
Oblecieć listę upatrzonych restauracji i wcisnąć nas na ustalony termin.
Załatwić ubranka, fryzjera, kwiaty, napoje, jedzonko.
Obrączki, nie zapomnieć o obrączkach.
Ani o zaproszeniach.
Już mnie wkurza sama myśl o wypisywaniu sterty ładnych kartoników i, mniej ładnych, kopert. 
I załatwianie wszystkich adresów.
A później odhaczanie na liście, kto potwierdził przybycie.
I znowu dzwonienie do knajpy.
I bukiet, trzeba załatwić bukiet. I środek transportu.
No i jeszcze materace. Potrzebna duża ilość materacy, aby goście z drugiego końca Polski mieli gdzie przekimać.

Niby tak skromnie, a roboty niemal tyle, co przy normalnym weselu.
Na szczęście kapel nie będzie trzeba przesłuchiwać ;)

Cieszę się. Żyję na endorfinach. Ale też się boję nadmiaru obowiązków i listy "must to do".

W środę, w tym samym dniu, co ustaliliśmy termin w Urzędzie, zawitałam u onkolożki.
Byłam w szoku, że moja karta z Oddziału Onkologicznego nie poszła do Poradni Onkologicznej, tylko prosto do archiwum.
Zostałam zarchiwizowana. Oby na dłuuuugo.
Lekarka nie wymacała nic groźnego w moim brzuszku. Podobno mięciutki, a i wątroba w normalnej wielkości.
Oczekuję potwierdzenia w tomografiach. Osiemnasty i dwudziesty czwarty maja.
A potem w połowie czerwca znowuż do onkolożki.

Węszę szczęście. Próbuję je łapać.
Wycisnę życie jak cytrynkę. Albo pomarańczkę.
Albo truskaweczki. Z mleczkiem. Mniam <3