czwartek, 5 maja 2016



Wizja 500+

Moje poranne herbatki z Mamuśkowatą to istna burza mózgów. Dzisiaj doczepiłyśmy się programu 500+ i wymyśliłyśmy cudne rozwiązania ;)

Pewnie odezwą się głosy, że nie mam co o tym pisać, bo sprawa mnie nie dotyczy.
Może dzięki temu mam dystans do całego programu i jakoś lepiej mi wpaść na genialne pomysły?
No ale do rzeczy.


Mieszkamy w małym mieście, gdzie, niestety, szerzy się patologia jak diabli.
Znane są nam już przypadki, gdzie rodziny wielodzietne nagle rezygnują z pracy, bo przecież z urzędu dostają trzy koła, więc po co pracować?
I tak już są pierwsze zgłoszenia do opieki społecznej, pierwsze libacje z kasy państwowej (a więc też naszej - w końcu płacimy podatki!).

Pierwszy pomysł dość staroświecki.
Zamiast realnych pieniędzy rozdawanie bonów żywnościowych, za które nie szło by kupować alkoholu ani tytoniu.
Tylko bony mają jedną wadę - nie każdy sklep je akceptuje. A do tego nie da się z nich wydawać reszty.
Wydawanie reszty to też głupi pomysł. Kupiło by się gumę do żucia za 2zł, a 498zł poszłoby na alkohol.

Drugi pomysł był fiskusowy.
Na każde dziecko 6 tysięcy złotych rocznie do odliczenia w PITach.
Minusy - ludzie musieliby wydać te sześć koła z własnej kiesy, dopiero później dostawaliby zwrot.
A magazynowanie faktur za zakupy fajne nie jest...
Można by odliczać to z góry, bez udowadniania zakupów. Ale wtedy te 6 tysięcy by znikało w otchłaniach. Tak samo jak te 500zł. Zła koncepcja.

Wtem wpadł mi do głowy pomysł trzeci.
Konto z kartą płatniczą!
Państwo wpłacałoby ładnie pieniądze na konto, a kartą szło by płacić za zakupy. Do tego zawsze byłaby możliwość zapłacenia przelewem za żłobek, przedszkole, zajęcia dodatkowe.
Takie rozwiązanie dawałoby pełny wgląd w listę zakupów, które łatwiej byłoby kontrolować.
Do tego pieniądze z programu w realny sposób napędzałyby gospodarkę, a nie tkwiły na koncie oszczędnościowym (bardzo częste rozwiązanie). Ludzie kupowaliby nowe podręczniki do szkół, nowe ubrania, nowe obuwie, nowe sprzęty domowe (napędzanie gospodarki! nowe miejsca pracy! bo odkupując rzeczy używane, no niestety, nie wkładamy nic do państwa...).
Drugi myk - zakupy z tej karty mogłyby nie być opodatkowane! Wiecie, bez VATu.
Trzecia sprawa - tak przypuszczalnie można by wprowadzić ważność środków. Powiedzmy, że na rok. Rok to wystarczający czas, aby zebrać kwotę np. na meble dla dziecka, czy nawet remont mieszkania (nie ukrywajmy - dzieciom lepiej się mieszka w zadbanym domku), a pieniądze niewykorzystane mogłyby spokojnie wrócić do puli kasy państwowej.

Co w ogóle sądzę o tym programie?
Pomysł dobry. Tylko kiepsko zrealizowany.
Niewiele jest rodzin, w których dzieci w ogóle odczują dodatkowy zastrzyk gotówki. A wiele jest rodzin, które dodatkowe pieniądze całkiem zdestabilizują.
Troszkę się pośpieszyli z wprowadzaniem ustawy w życie. Skoro ja byłam w stanie w ciągu godziny wymyślić trzy lepsze sposoby dotacji to... to chyba każdy byłby w stanie to wymyślić.
Wystarczyło tylko pomyśleć.


Smak wspomnień

Nie wiem, ile z Was pamięta smak chleba sprzed 20-25 lat. Był niesamowity.
Nie raz znikał już w drodze z zakupów do domu.
Siedziałyśmy z mamą na ławce i pochłaniałyśmy, jeszcze ciepły, wyrób rodzimej piekarni.
Świeżutki, cieplutki chlebek.
A ciepłe bułeczki znikały jak... ciepłe bułeczki.


I mleko. Mleko z tamtego czasu było esencją smakowitości. Cudem samym w sobie.
Często, pijąc podły wyrób mlekopodobny, wspominałam wakacje na wsi, u babci.
Mleka się nie nalewało. Zanurzało się kubek w kance i... I się nabierało.
Mruczałam z radości, oblizując mleczne wąsy.

A ostatnio stał się cud!
Mama dorwała jakąś kobitę ze wsi i... co dwa, trzy dni mam dostawę (niemal ciepłego!) mleczka prosto od krówki! Cena niższa, niż za sklepowe barachło, a doznania, och, ach!
Z początku podejrzewałam, że to jakaś farsa, że babka kupuje mleko w markecie i sprzedaje niby jako swoje (nie jedna taka historia się zdarzyła, najczęściej z jajkami).
Ale uwierzyłam w momencie, gdy przelałam mój biały skarb do dzbanka, a rano... Spijałam śmietankę!

Na równi z mleczkiem świeżym uwielbiam mleczko kwaśne.
A moja nowa radość życia jest "zbyt" świeża do kwaśnienia.
I tak czekałam dzień, dwa, trzy... W końcu mleko znikało, zanim zdążyło nabrać odpowiedniej konsystencji.
Aż tu wczoraj przyszła mi z pomocą aura.
Rano wlałam mlekusio do dzbaneczka, schowałam w szafce (bo kotom też ono wybitnie smakuje) i liczyłam się z intensywnym ślinotokiem przez najbliższy tydzień.
Niecierpliwe ze mnie stworzenie, zaglądałam tam co chwilę, szukając oznak zmiany stanu skupienia...
Ale zbierałam tylko śmietankę, oczywiście mleko nie chciało ruszyć.
O 17 ostatni raz ostrożnie, głęboką łyżką, wymiotłam z dzbaneczka resztę śmietany.

O 19 przyszła burza. Błyskało się i grzmiało aż miło.

O 21 mleko było niby piana z białek! Jak jogurt naturalny Bakomy!

Jest plan. Tylko kto mi zdradzi, gdzie zamówić burzę w każdy wtorek, czwartek i sobotę? ;)

Poniedziałkowe ognisko majowe się udało :)
Chociaż pogoda wybitnie chciała pokrzyżować nam plany.
O 15:45 wyszliśmy z Tesco. Kropiło.
O 16:00, na umówionym wcześniej miejscu, chmurki się rozwiały i zapanowało miłe, ciepłe popołudnie.
Rozpaliliśmy ogień, Zżarliśmy kiełbaski. Moja wyglądała jak skwarek (kto choremu zabroni, no kto?! raka już mam, co innego mi grozi? ;)).
 Jakoś grillowane wyroby masarskie do mnie nie przemawiają (jak już mówią to dobitnie: "Jesteśmy obrzydliwe!"), ale ogniskowe, oj tak tak.
Jednak mi jakoś bardziej posmakował chlebek opiekany, mniam!
Moje włosy, a dokładniej ich obecność powyżej brwi (które też darzę wielkim sentymentem) doczekały się nawet zauważenia! ;)
O 18:00 stwierdziliśmy, że już się najedliśmy, latoroślom znajomych zaczęło się ziewać, no to się zaczęliśmy zbierać. W momencie, gdy już wszystko było spakowane, żegnamy się, wsiadamy do samochodu... I zaczęło padać :)
Pogoda dała nam równe dwie godziny na popołudniowy chillout :D

Om nom nom. Zgadnijcie, co właśnie piję... :)