wtorek, 31 maja 2016



Wir przygotowań i "społeczno-usługowy ślubny szał"

Tak sobie powolutku organizujemy nasze wesele i ślub.
Pomalutku do przodu :)

Kiecuchna niemal jest,
Kwiaty niemal są.
Obrączki niemal są.
Zaproszenia niemal są.
Samochód niemal jest.
Alkohol niemal jest.
W Urzędzie Cywilnym niemal dopięte na ostatni guzik.

Tak, dobrze czytacie. Wszystko jest w fazie "niemal" ;)
Poza butami i fryzjerem, to już załatwione ;P

W wirze przygotowań odkryliśmy dziwną tendencję.
Jeśli powiesz w sklepie, że coś jest "na ślub" to automatycznie cena mnożona jest razy trzy.
I tak.
Suknia wieczorowa: 700zł - suknia ślubna: 2100zł
Fryzura 60zł - fryzura ślubna 180zł
Makijaż 50zł - ślubny 150zł
Impreza w restauracji: 40zł/os - wesele w restauracji: 120zł/os
Bukiet kwiatów: 50zł - wiązanka ślubna 150zł
Wynajęcie samochodu: 200zł - samochód do ślubu: 600zł
Koszula: 40zł - koszula do ślubu: 120zł
Krawat: 20zł - krawat ślubny: 60zł


I tak dalej, i tak dalej. Zasada sprawdza się w 90% przypadków.
Wszystko staramy się ładnie obejść. Bo dla chcącego (chytrego i skąpego ;P) nic trudnego!

W akcie uniesień ślubnych Mamuśka postanowiła kupić mi kieckę z prawdziwego zdarzenia. Wypatrzyłam sobie jedną na allegro, ale wydawała mi się być za mała w piersiach i za krótka.
No to ściągam zdjęcie na komórkę i jazda po salonach. Domyślnie owe cudo kosztowało 140zł.

W pierwszym salonie jej koszt obliczono mi na 2400zł, ale po rabacie byłoby 1600zł.
W drugim przemiła pani stwierdziła, że maksymalnie 1200zł.
W trzecim pani była oburzona, że tak późno sukienki szukam! Mało ją obchodziło, że przeca 11 maja dopiero termin ustaliliśmy. Pokręciła nosem i stwierdziła, że tak tnąc koszty na maksa to by było z 2200zł.

Szczeny nam opadły, morale sięgnęło dna, humory poszły się paść.
No ale nie poddajemy się, robimy kurs po sklepach.
Mówię "do ślubu cywilnego". Co słyszy sprzedawczyni? "Garsonka".
Nawet pokazywano mi czarny komplet, że niby śliczny i bla bla bla.
Tak, odkryłam lukę na rynku. Nazywa się "skromna sukienka ślubna".
Albo chcą człowieka upiąć w bezie o 3m rozpiętości, albo wcisnąć w koronkę pod samą szyję, albo koralikami okryć najmniejszy skrawek kiecki. Dla równowagi możesz sobie kupić garsonkę, którą po ślubie możesz wykorzystywać na pogrzeby. Tragedia.

Już miałam w akcie desperacji owinąć się firanką bądź prześcieradłem ;)
Ale skończyło się na tym, że moja kieca się szyje.
I szyje się nie jako suknia ślubna, a jako biała kieca wieczorowa.
Cena spadła z o 90%. Dosłownie.
Pochwalę się, jak już będzie w domku :)

W akcji poszukiwania makijażystki usłyszałam od Lubego: "Przecież jesteś wizażystką!".
Nom. Umknęło mnie to.
Przypomniałam sobie mój makijaż studniówkowy i... wiem, że nikt nie ubazgra mnie tak ładnie jak ja sama ;P

Na fejsbuku uczestniczę w kilku grupach ślubnych. I powiem Wam, że jestem przerażona.
Ludzie dosłownie stają na głowie. Jakby zapominali, po co się bierze ślub.
Nie chodzi o kreację za cztery tysiaki, buty za pięć stów, czy biżuterię za drugie tyle.
Tu chodzi o te dwie osoby, które się kochają i chcą być ze sobą. Chodzi o świętowanie tej pięknej chwili z najbliższymi ludźmi.
Chodzi o radość, szczęście, uśmiech i miłość.
A zwykle wygląda jak konkurs na to, kto przyprawi sobie przed imprezą więcej stresu i kosztów.
Tak jakby ludzie w markowych ubraniach kochali się bardziej, niż ci bez nich.

A ileż ja się nasłuchałam, że jak się nie ma kasy to się nie bierze ślubu! Że trzeba być przygotowanym na koszty!
Ludzie, my się po prostu kochamy. Chcę w końcu mówić do Kawalera "Mężu". I być traktowana jako jego pełnoprawna partnerka, a nie dostawka.
Bo niestety prawo nie odróżnia "chłopaka" od "narzeczonego". Ani nawet "chłopaka" od "prawie męża".
Albo mąż, albo nie rodzina.
A jest moją rodziną. Moim kochanym wariatem <3 :)))

sobota, 28 maja 2016



Życie

Chciałabym nauczyć ludzi patrzeć na świat moimi oczami.
I widzieć to, co ja widzę.
Bo ja chyba nie dorosłam, patrzę na świat oczami dziecka.
I po dziecięcemu potrafię się nim zachwycić.


Nie widzę lasu, lecz setki drzew z milionami listków, które szumią i skrzą się na wietrze.
Nie widzę rzeki czy jeziora, a miliardy kropli, które błyszczą w słońcu.
Nie widzę słońca, a jego promienie igrające na każdym załamaniu powierzchni, podkreślające kształty i kolory.

Na ulicach nie widzę tłumu, a dziesiątki ludzi, z których każdy jest osobnym bytem i ma w sobie skryty cud życia.
Nie widzę korka, a dziesiątki ludzi zamkniętych we własnych samochodach, w których unoszą się myśli, uczucia i plany podróżujących.
W sklepie nie widzę motłochu ludzi, a pojedyncze osoby kupujące to, czego potrzebują (albo i nie). Lubię patrzeć na ukryte pod maską uśmiechy. Widać je nawet, gdy próbują być poważni i nieodgadnięci.
Patrząc na starszyznę nie widzę zmarszczek i niedowładów, a ludzką historię: historię miłości, szczęścia, nieraz bólu czy niedocenienia.

Nie znam ich, a świat dookoła nie należy do mnie. Jednak nie zmienia to faktu, że potrafię się do głębi zachwycić i, niby bez powodu, wzruszyć.
Tak mnie skonstruowano.

Chciałabym, aby każdy umiał się zatrzymać w jakimkolwiek miejscu czy momencie i go docenić. Wczuć się, odkryć drzemiące w nim piękno, docenić kunszt natury i ludzi.
Niestety, większość patrzy na mnie jak na wariatkę, gdy z oczami wielkimi jak spodki przyklejam się do szyby w autobusie i chłonę. Chłonę świat takim, jakim jest.
Bo jest piękny. A piękno to jest niezależne od ludzkich fanaberii.

czwartek, 26 maja 2016



Lecę w kulki

Bilard ma moc.


Gdy odwiedzili nas A. i M. to pognaliśmy w otchłań nocy. A dokładniej do baru. Bo KULKI!
Okazało się, że są darmowe, więc hulaj dusza, piekła nie ma. To była ekstaza!

Dzisiaj nawiedziliśmy Mamuśkę w szpitalu. A co tam było? KULKI!
Partyjka rozegrana z Mężczyznami Mojego Życia to doświadczenie nie do opisania.
Tatusiek niemal nas pokonał :D Nawet Matula pokusiła się o jedno uderzenie kijkiem w piłkę.
Jest moc :)
Swoją drogą - gdyby na onkologii pokusili się o bilard to chyba nikt nie byłby w stanie ściągnąć mnie do domu ;)

Nie. Nie jestem dobra w graniu w kulki. Ale uwielbiam to. I czasami nawet udaje mi się wbić piłkę do dziurki, taka zdolna jestem ;)

A wiecie, co w tym najśmieszniejszego?
Gdy widzę stół i kije i piłeczki i to wszystko dookoła to mój upierdliwy kręgosłup zapomina, że mnie napierdala nieustannie od czwartku. Taka magiczna moc.

Wniosek prosty. Na opakowaniu przeciwbólków powinny być KULKI.
Bo kulki mają moc <3

Przygotowania do ślubu idą pełną parą. Nawet zaproszenia już w drodze (do nas, nie do gości ;)). W następnym poście może nawet pokuszę się o opis "batalii o kieckę". Bo to zasługuje na spisanie.

Ale póki co zmykam do łóżka. Bo kręgosłup. I morfina zaczyna działać (zieeeeeew!).
Że tak zacytuję Skazę z Króla Lwa: "Wybacz, że nie podskoczę z radości - boli mnie grzbiet." ;)))

piątek, 20 maja 2016



Pan (w) Domu

Kura domowa, pani domu, niepracująca...
Można wymieniać nazwy godzinami, ale jedno jest stałe - źle się kojarzy.

Tzw. "siedzenie w domu" to, wbrew opinii publicznej, dość ciężka harówka. A nasi "Panowie" nie do końca ogarniają, o co chodzi z tym, że nie mamy czasu (bądź już siły) iść na imprezę, wykąpać się, pomalować, pójść na spacer czy, chociażby, zajrzeć na fejsbuka ("Jak to nie widziałaś, co opublikowałem?!?!?!"). Często dopytują się "a coś ty taka zmęczona..?". Kobietom niepracującym, zajmującym się domem, nie trzeba tłumaczyć. Ale reszcie chyba tak.


Kilka dni temu na twarzoksiążce opublikowałam obrazek, przedstawiający harmider domowy i męża wracającego z pracy.
Mąż - Kochanie, co tu się stało?!
Żona - Nic. Po prostu nie zrobiłam tego, co nazywasz "siedzeniem w domu".

I, jakby przepowiednia, stała się u nas rzecz podobna ;)

Mój Prawie Mąż jest z tych, co potrafią włączyć pralkę, powiesić pranie, odkurzyć, wstawić czy też wyjąć naczynia ze zmywarki, czasami nawet samodzielnie wyjmie pełny worek z kosza. Do tego uwielbia tym chwalić się przed znajomymi. Ja wówczas, zdumiona, podnoszę brwi. Ale siedzę cicho. Co mu będę psuć publiczny image?
Bo mój Pan nie do końca wie, jak wygląda "domowy" dzień ;)
Niestety, zdaniem Panów Pracujących, wystarczy raz w tygodniu poodkurzać, umyć naczynia, kuchnia naturalnie jest lśniąca, w kibelku mamy samoczyszczące się sanitariaty, obiad to pół godziny roboty, a kwiatki i trzoda domowa żyje samym powietrzem. Nie wspomnę już o tym, że brudne skarpetki to tak naprawdę zaklęte gąsieniczki, które, gdy śpimy, samodzielnie lądują w koszu na pranie. Podobną właściwość mają wszystkie inne brudne rzeczy pałętające się po mieszkaniu.

I tak w środę byłam na tomografii. Samo badanie było dopiero o 17:35, a do Katowic wyjechałam przed 11. W takich sytuacjach zwykle, w biegu przed eskapadą, sprzątam w kocich kuwetach, wstawiam zmywarkę, raz dwa nastawiam pranie i dopiero wybywam w świat. Zwykle też jeżdżę wcześniej i wracam zanim K. wróci do domu.
No, ale przedwczoraj było inaczej, do domu zawitałam przed 20.

Pan Domu dostał zadanie "zrób mi coś do zjedzenia, może być omlet".
Dzwonię do niego i informuję, że będę za kwadrans i może smażyć. No i...
Punkt pierwszy: "Jak będzie jakaś czysta patelnia to zrobię". Uhu, ktoś nie wstawił naczyń. Jednak trzeba myć je częściej? ;)
Punkt drugi: przychodzę do domu, odkurzacz rozwalony na całą podłogę. "Wiesz, jak koty nabrudziły żwirkiem?". Uhu, wiem.
Punkt trzeci: "Wiesz, jaki tu był sajgon? Nie było jak wody do czajnika nalać!". Uhu, wiem. Norma.
Punkt czwarty: mój Pan, krzywiąc się, szuka noża i widelca. Jakoś zdobył jeden widelec. Sam zjada kolację małym widelczykiem, do ciasta. Złośliwa jędza w mojej duszy zdycha ze śmiechu ;)
Punkt piąty: "No popatrz, jak ładnie ogarnąłem mieszkanie!". Uhu, widzę. Codziennie to robię. I to lepiej. I nie domagam się pochwał. Bo i tak nikt tego nie zauważa ;)

Dzień później sama nie wiedziałam, do czego ręce włożyć. Kwiatki podwiędnięte, wszędzie pełno piasku, koty zarzygały podłogę, śmieci wysypują się z kosza... No nic, codzienność.
Ale przecież ja tylko "siedzę w domu" :)))

Przez tą notkę prawdopodobnie śpię na kanapie. Życzcie mi powodzenia ;)))

czwartek, 19 maja 2016



Z życia wzięte - garść doznań z ostatnich dni

Powoli gubię się w wydarzeniach. Dużo się dzieje. Tak dużo, że nawet nie mam kiedy tego spisywać.

We wtorek zaliczyliśmy pogrzeb wujka od mojego Prawie Męża.
I byłoby w porządku. Byłoby dobrze. Gdyby ksiądz nie pierdolił od rzeczy.
O ile przy "Bóg jest sprawiedliwy i miłosierny" jeszcze jakoś się trzymałam, o tyle "Bierze do siebie ludzi, którzy są u niego potrzebni bardziej, niż na ziemi" się poddałam.
Miałam ochotę rzucać w księdza cegłami. Tasakami. Pociskami przeciwczołgowymi.
Czy ktokolwiek może bardziej niż dziecko potrzebować matki?
Jaka jest sprawiedliwość w tym, że ludzie umierają w mękach?
Jakie miłosierdzie jest w bólu, cierpieniu, łzach, tęsknocie?
I czemu mamy być pokorni? Po co? Dlaczego mamy zwiesić głowy i brać, co Bóg daje i oddawać to, czego żąda?
Nie po to mnie stworzył, butną, dumną, wojowniczą, żebym pozbawiała się tych cech.
Nie po to zrobił ze mnie maszynkę do pokonywania przeciwności życiowych, żebym oddawała się na jego łaskę czy niełaskę.
Księża powinni być inni. Powinni czegoś doświadczyć w życiu. Nie może nauczać nas młokos, który gówno wie o życiu. Ksiądz powinien mieć swój bagaż doświadczeń, swój zbiór przeszkód, które pokonał, swoje życiowe doświadczenie.
Może wtedy nie musiałby unikać moich gromiących spojrzeń i mentalnie ciskanych ostrych i ciężkich przedmiotów.
Może wtedy zaczęłabym chodzić do kościoła. I może zaczęłabym wierzyć w instytucję Kościoła.

W takich średnio sprzyjających okolicznościach poznałam rodzinkę Prawie Męża. Mimo atmosfery byli dla mnie zaskakująco mili i cieplutcy. Niepotrzebnie się stresowałam... Zupełnie to zbędne było ;)

Teraz zmiana tematu na przeciwstawny ;)


Ostatnio polataliśmy po salach weselnych. Były trzy.
1. Zaskakująco miłe przyjęcie. Jakbyśmy byli już klientami. Kobitka niesamowicie fajnie wszystko wytłumaczyła, dała ksero oferty. Przygotowana na maksa, chociaż wcześniej nawet się nie umówiliśmy. Gdzieśtam w weekend dzwoniliśmy o tego 13 sierpnia, ale bez deklarowania się. A ona o wszystkim wiedziała, chociaż nie z nią rozmawialiśmy ;)

2. Sala niby okej. Gdyby babka nas nie wprowadziła przez zaplecze. Stan zaplecza? TRAGEDIA! W życiu nie chciałabym jeść chociażby sałatki, która stała w tamtejszej kuchni.
No i kobiecina poleciała po bandzie, bo... zamiast propozycji wesela miała przyszykowaną... propozycję stypy ;) Tak tematycznie, my świeżo po pogrzebie, no to czemu by nie, siedzimy w temacie. Tylko nie wiem, kto planuje stypy trzy miesiące naprzód ;) Pani się grubo tłumaczyła, przepraszała itp, ale jednak niesmak pozostał. Jak już powiedzieliśmy, że my tak tylko orientacyjnie to... zamknęła papiery, ofertę i w sumie nas spławiła. Wal się. Pfr.

3. Piękna sala. Nożesz cudna. Tylko za mała. No niestety.

Przygotowania do małego ślubu wcale się nie różnią od przygotowań do dużego ślubu, wierzcie mi.
I tak trzeba wszystko zaplanować, rozplanować, załatwić, obdzwonić...
Ale podoba mnie się to :D
Chodzę uśmiechnięta od ucha do ucha. No dobra. Wcale nie chodzę. Tańczę :D
Cudnie będzie. Tylko nadal nie mam sukienki ;)))

Znowuż zmiana tematu ;)

Wczoraj byłam na tomografii bebechów.
Latałam po szpitalu, jakbym była u siebie. No w sumie... w zeszłym roku spędziłam tam w sumie z 3-4 miesiące (musiałabym to policzyć, hmm...).
Cały personel witał mnie z szeroko otwartymi ramionami :D Wytuliłam wszystkich, jak rodzinę. Chwaliłam się na prawo i lewo, że bierzemy ślub, a oni byli dosłownie wniebowzięci :)
Mój wygląd wywoływał "efekt wow".
Jak dla mnie niewiele się zmieniłam. Ale widzę siebie codziennie w lustrze ;) Powoli sobie chudnę, jakiś kilogram na dwa-trzy tygodnie (bez pośpiechu, nigdzie się nie wybieram ;)), znikły opuchlizny posterydowe, pyszczek też jakby gładszy. I wszędzie słyszę "wooooow!" :D
Miłe to jak diabli ;) Do tego dochodzi mega banan na pysku i śpiew radości w sercu (ślub, ślub, ślub!) i mamy roześmianego, szczęśliwego Lucyferka :)

Siedząc przed salą z tomografem, gdy wypijałam moje półtora litra kontrastu, rozmawiałam z jedną babeczką. Przyprowadzili ją z oddziału na tomografię.
Oj, jak narzekała. I jak uparcie twierdziła, że ja nic nie wiem ;)

B(abeczka) - No ileż można czekać? Ileż to może trwać?! Ciągle tylko kroplówki, bo cukier mi spada, no i muszę glukozę dostawać... Już nie mam siły.
J(a) - Glukozę? Przecież to nie koniec świata...
B - No pani nie rozumie, bo mi cukier spada, bo mam guza na trzustce.
J - Rozumiem, też miałam glukozę, też przez guza na trzustce.
B (konsternacja) - No to straszne, już mnie wenflon boli, ciągle w żyle...
J - To chemię pani dostaje?
B - Nie, jeszcze nie, dopiero diagnozują i mnie na badanie przyprowadzili...
J - Jeszcze wiele przed panią. Trzeba być dobrej myśli, raczysko lubi jak się stresujemy i martwimy. Musi pani się po prostu uśmiechnąć i brać na klatę, co los zsyła. W końcu będzie dobrze.
B - Łatwo się pani mówi, pani taka młoda, zdrowa, uśmiechnięta...

I w tym momencie nie wiedziałam już, co odpowiedzieć, utonęłam w wybieraniu zaproszeń na allegro.
Co miałam jej powiedzieć?
"O, to niech pani się szykuje, że będzie jeszcze gorzej. Przy chemii człowiek się czuje, jakby mu do żył czystą lawę wtłaczali."
Bo, niestety, nie miałam ochoty przepuszczać przez usta: "Wcale nie jestem zdrowa. Nauczyłam się tylko ignorować chorobę.".
Nie miałam też ochotę opowiadać o tym, jak tygodniami przyszpilona byłam do łóżka. I to wcale nie z powodu glukozy (którą łatwo się naprawia, serio). A jakbym jej opowiedziała o tym, co we mnie siedzi, to i tak by nie uwierzyła.
Staram się dawać ludziom dookoła siłę. Ale czasami jej zwyczajnie nie chcą.
Nie każdemu da się pomóc...
A szkoda.

Ale radujmy się!
Wesele na karku! Ślub już za pasem!
W tym momencie na raka nie mam ani czasu, ani ochoty.
A już miejsca w moim życiu na niego nie ma zupełnie.
I tego trzymać się trzeba ;)

poniedziałek, 16 maja 2016



Tryb wędruśki

Wystarczyło raz mnie wyprowadzić.
Teraz codziennie domagam się porcji spacerku.

W ramach spacerowo-zakupowych połaziłam po osiedlu, szukając tej wrednej kocurzycy z poprzedniego posta.
Nic. Nada, Nula.
Jak kamień w wodę.

Teraz szukam lokalizatorów dla moich kociaków.
Umarłabym chyba z żalu, gdyby któryś mi nawiał...

niedziela, 15 maja 2016



SZUKAMY KOTKA!

Apel do mieszkańców Żor.

Na osiedlu PAWLIKOWSKIEGO w okolicach bloku numer 16 zaginęła kotka ze zdjęcia.


Ma charakterystyczne kreseczki koło oczu (jak makijaż) i czarną "grzywkę".
Kotka wysterylizowana i domowa, ale może nie reagować na obce osoby. Jak ją zobaczycie to po prostu do mnie piszcie/dzwońcie (507 897 585).

Pomóżcie. 
To wspollokatorka siostry naszej Ciemki.

piątek, 13 maja 2016



Czas na radość :)))

Po wielu miesiącach udręki, życia z dnia na dzień, pozbawiania się wszelakich przyjemności, odstawiania na bok swoich marzeń i pragnień... nastał czas dla NAS.

Korzystając z okazji, że pech wziął sobie czasowy urlop...
BIERZEMY ŚLUB :D


Za trzy miesiące, trzynastego sierpnia w samo południe, powiemy sobie "tak", czy wyklepiemy jakąś tam formułkę w Urzędzie Stanu Cywilnego. A później, z garstką najbliższych nam ludzi, pójdziemy na (rzekomo uroczysty ;)) obiad do restauracji.

Niby ślub mały i skromny, ale, raz po raz, dochodzą nam nowe rzeczy do załatwiania.
Jeszcze raz trzeba skoczyć do Urzędu.
Oblecieć listę upatrzonych restauracji i wcisnąć nas na ustalony termin.
Załatwić ubranka, fryzjera, kwiaty, napoje, jedzonko.
Obrączki, nie zapomnieć o obrączkach.
Ani o zaproszeniach.
Już mnie wkurza sama myśl o wypisywaniu sterty ładnych kartoników i, mniej ładnych, kopert. 
I załatwianie wszystkich adresów.
A później odhaczanie na liście, kto potwierdził przybycie.
I znowu dzwonienie do knajpy.
I bukiet, trzeba załatwić bukiet. I środek transportu.
No i jeszcze materace. Potrzebna duża ilość materacy, aby goście z drugiego końca Polski mieli gdzie przekimać.

Niby tak skromnie, a roboty niemal tyle, co przy normalnym weselu.
Na szczęście kapel nie będzie trzeba przesłuchiwać ;)

Cieszę się. Żyję na endorfinach. Ale też się boję nadmiaru obowiązków i listy "must to do".

W środę, w tym samym dniu, co ustaliliśmy termin w Urzędzie, zawitałam u onkolożki.
Byłam w szoku, że moja karta z Oddziału Onkologicznego nie poszła do Poradni Onkologicznej, tylko prosto do archiwum.
Zostałam zarchiwizowana. Oby na dłuuuugo.
Lekarka nie wymacała nic groźnego w moim brzuszku. Podobno mięciutki, a i wątroba w normalnej wielkości.
Oczekuję potwierdzenia w tomografiach. Osiemnasty i dwudziesty czwarty maja.
A potem w połowie czerwca znowuż do onkolożki.

Węszę szczęście. Próbuję je łapać.
Wycisnę życie jak cytrynkę. Albo pomarańczkę.
Albo truskaweczki. Z mleczkiem. Mniam <3

poniedziałek, 9 maja 2016



Mamuśka, wzywaj egzorcystę!

Wyprałam wszystkie ręczniki i ścierki. Po raz pierwszy w życiu na innym programie niż "numer pięć".
Debiutował "numer jeden".
Pranie wstępne z gotowaniem, całe 90 stopni!


Mało tego!
Dotknęłam urządzenia tabu.
Tak, wyprasowałam wszystkie moje ściereczki.
Nie prasowałam nic od... *liczę*... marca 2014?
Po co to zrobiłam? Nie wiem.
Jakoś tak mnie natchnęło.

Napomknęłam coś Kawalerowi o prasowaniu ręczników. I pościeli.
A On mi mówi, że jego skarpetki również przydałoby się wyprasować.
Challenge accepted!

Chyba kurodomownictwo siadło mi na mózg.
Intensywnie.
Trzy dni temu równiutko poukładałam rzeczy w szafie.

Co się ze mną dzieje?
"Palce, gdzie są moje palce?!"

czwartek, 5 maja 2016



Wizja 500+

Moje poranne herbatki z Mamuśkowatą to istna burza mózgów. Dzisiaj doczepiłyśmy się programu 500+ i wymyśliłyśmy cudne rozwiązania ;)

Pewnie odezwą się głosy, że nie mam co o tym pisać, bo sprawa mnie nie dotyczy.
Może dzięki temu mam dystans do całego programu i jakoś lepiej mi wpaść na genialne pomysły?
No ale do rzeczy.


Mieszkamy w małym mieście, gdzie, niestety, szerzy się patologia jak diabli.
Znane są nam już przypadki, gdzie rodziny wielodzietne nagle rezygnują z pracy, bo przecież z urzędu dostają trzy koła, więc po co pracować?
I tak już są pierwsze zgłoszenia do opieki społecznej, pierwsze libacje z kasy państwowej (a więc też naszej - w końcu płacimy podatki!).

Pierwszy pomysł dość staroświecki.
Zamiast realnych pieniędzy rozdawanie bonów żywnościowych, za które nie szło by kupować alkoholu ani tytoniu.
Tylko bony mają jedną wadę - nie każdy sklep je akceptuje. A do tego nie da się z nich wydawać reszty.
Wydawanie reszty to też głupi pomysł. Kupiło by się gumę do żucia za 2zł, a 498zł poszłoby na alkohol.

Drugi pomysł był fiskusowy.
Na każde dziecko 6 tysięcy złotych rocznie do odliczenia w PITach.
Minusy - ludzie musieliby wydać te sześć koła z własnej kiesy, dopiero później dostawaliby zwrot.
A magazynowanie faktur za zakupy fajne nie jest...
Można by odliczać to z góry, bez udowadniania zakupów. Ale wtedy te 6 tysięcy by znikało w otchłaniach. Tak samo jak te 500zł. Zła koncepcja.

Wtem wpadł mi do głowy pomysł trzeci.
Konto z kartą płatniczą!
Państwo wpłacałoby ładnie pieniądze na konto, a kartą szło by płacić za zakupy. Do tego zawsze byłaby możliwość zapłacenia przelewem za żłobek, przedszkole, zajęcia dodatkowe.
Takie rozwiązanie dawałoby pełny wgląd w listę zakupów, które łatwiej byłoby kontrolować.
Do tego pieniądze z programu w realny sposób napędzałyby gospodarkę, a nie tkwiły na koncie oszczędnościowym (bardzo częste rozwiązanie). Ludzie kupowaliby nowe podręczniki do szkół, nowe ubrania, nowe obuwie, nowe sprzęty domowe (napędzanie gospodarki! nowe miejsca pracy! bo odkupując rzeczy używane, no niestety, nie wkładamy nic do państwa...).
Drugi myk - zakupy z tej karty mogłyby nie być opodatkowane! Wiecie, bez VATu.
Trzecia sprawa - tak przypuszczalnie można by wprowadzić ważność środków. Powiedzmy, że na rok. Rok to wystarczający czas, aby zebrać kwotę np. na meble dla dziecka, czy nawet remont mieszkania (nie ukrywajmy - dzieciom lepiej się mieszka w zadbanym domku), a pieniądze niewykorzystane mogłyby spokojnie wrócić do puli kasy państwowej.

Co w ogóle sądzę o tym programie?
Pomysł dobry. Tylko kiepsko zrealizowany.
Niewiele jest rodzin, w których dzieci w ogóle odczują dodatkowy zastrzyk gotówki. A wiele jest rodzin, które dodatkowe pieniądze całkiem zdestabilizują.
Troszkę się pośpieszyli z wprowadzaniem ustawy w życie. Skoro ja byłam w stanie w ciągu godziny wymyślić trzy lepsze sposoby dotacji to... to chyba każdy byłby w stanie to wymyślić.
Wystarczyło tylko pomyśleć.


Smak wspomnień

Nie wiem, ile z Was pamięta smak chleba sprzed 20-25 lat. Był niesamowity.
Nie raz znikał już w drodze z zakupów do domu.
Siedziałyśmy z mamą na ławce i pochłaniałyśmy, jeszcze ciepły, wyrób rodzimej piekarni.
Świeżutki, cieplutki chlebek.
A ciepłe bułeczki znikały jak... ciepłe bułeczki.


I mleko. Mleko z tamtego czasu było esencją smakowitości. Cudem samym w sobie.
Często, pijąc podły wyrób mlekopodobny, wspominałam wakacje na wsi, u babci.
Mleka się nie nalewało. Zanurzało się kubek w kance i... I się nabierało.
Mruczałam z radości, oblizując mleczne wąsy.

A ostatnio stał się cud!
Mama dorwała jakąś kobitę ze wsi i... co dwa, trzy dni mam dostawę (niemal ciepłego!) mleczka prosto od krówki! Cena niższa, niż za sklepowe barachło, a doznania, och, ach!
Z początku podejrzewałam, że to jakaś farsa, że babka kupuje mleko w markecie i sprzedaje niby jako swoje (nie jedna taka historia się zdarzyła, najczęściej z jajkami).
Ale uwierzyłam w momencie, gdy przelałam mój biały skarb do dzbanka, a rano... Spijałam śmietankę!

Na równi z mleczkiem świeżym uwielbiam mleczko kwaśne.
A moja nowa radość życia jest "zbyt" świeża do kwaśnienia.
I tak czekałam dzień, dwa, trzy... W końcu mleko znikało, zanim zdążyło nabrać odpowiedniej konsystencji.
Aż tu wczoraj przyszła mi z pomocą aura.
Rano wlałam mlekusio do dzbaneczka, schowałam w szafce (bo kotom też ono wybitnie smakuje) i liczyłam się z intensywnym ślinotokiem przez najbliższy tydzień.
Niecierpliwe ze mnie stworzenie, zaglądałam tam co chwilę, szukając oznak zmiany stanu skupienia...
Ale zbierałam tylko śmietankę, oczywiście mleko nie chciało ruszyć.
O 17 ostatni raz ostrożnie, głęboką łyżką, wymiotłam z dzbaneczka resztę śmietany.

O 19 przyszła burza. Błyskało się i grzmiało aż miło.

O 21 mleko było niby piana z białek! Jak jogurt naturalny Bakomy!

Jest plan. Tylko kto mi zdradzi, gdzie zamówić burzę w każdy wtorek, czwartek i sobotę? ;)

Poniedziałkowe ognisko majowe się udało :)
Chociaż pogoda wybitnie chciała pokrzyżować nam plany.
O 15:45 wyszliśmy z Tesco. Kropiło.
O 16:00, na umówionym wcześniej miejscu, chmurki się rozwiały i zapanowało miłe, ciepłe popołudnie.
Rozpaliliśmy ogień, Zżarliśmy kiełbaski. Moja wyglądała jak skwarek (kto choremu zabroni, no kto?! raka już mam, co innego mi grozi? ;)).
 Jakoś grillowane wyroby masarskie do mnie nie przemawiają (jak już mówią to dobitnie: "Jesteśmy obrzydliwe!"), ale ogniskowe, oj tak tak.
Jednak mi jakoś bardziej posmakował chlebek opiekany, mniam!
Moje włosy, a dokładniej ich obecność powyżej brwi (które też darzę wielkim sentymentem) doczekały się nawet zauważenia! ;)
O 18:00 stwierdziliśmy, że już się najedliśmy, latoroślom znajomych zaczęło się ziewać, no to się zaczęliśmy zbierać. W momencie, gdy już wszystko było spakowane, żegnamy się, wsiadamy do samochodu... I zaczęło padać :)
Pogoda dała nam równe dwie godziny na popołudniowy chillout :D

Om nom nom. Zgadnijcie, co właśnie piję... :)

poniedziałek, 2 maja 2016



Oł maj maj!

Przeprowadzki mają wadę.
Niby już się zadomowiłam, jednak pobudka w środku nocy totalnie resetuje ustawienia "nowy dom".

Wstaję o trzeciej nocy. Zaplątuję się w kurtki wiszące w przedpokoju na ścianie. Zapominam, że kuchnia ma dwa wejścia. W końcu próbuję wrócić do łóżka, a ląduję w innym pokoju i... i nie wiem, gdzie się położyć. Bo sypialnia wyjechała do innego pomieszczenia.
Po raz kolejny zaplątuję się w kurtki.
Ląduję w wyrku. Jakoś.
Pewnie jedynie cudem ;P


Majówka trwa w najlepsze. Chata wysprzątana, aż lśni. Tak zabijamy nudę ;)
Dzisiaj w planach ognisko, ale pogoda chyba ma względem nas inne plany. 
Czyżby zauważyła, że nie umyłam w środku kuchennych szafek..?